Zapiski Skryby z Wieczernika

– dokumentowanie procesu wyboru nowego apostoła

Wstęp

Ja, Nataniel ben Isajasz, skryba z pokolenia Lewiego, spisuję te słowa jako świadectwo wydarzeń, których byłem świadkiem. Nie jestem jednym z wybranych uczniów, ani nie kłamię twierdząc, że od początku podążałem za Nauczycielem. Przyszedłem później, przyciągnięty opowieściami o Jego cudach i naukach. A gdy nastał ów straszliwy dzień ukrzyżowania, byłem jednym z wielu, którzy patrzyli z daleka, drżąc ze strachu i zwątpienia.

Lecz po Jego zmartwychwstaniu, gdy uczniowie zaczęli gromadzić się w Wieczerniku, poczułem wezwanie, by tam być. Nie jako jeden z nich, ale jako świadek i kronikarz. Bo choć nie byłem godzien stać między nimi, miałem dar, który mogłem ofiarować – umiejętność posługiwania się piórem, zdolność zapisywania wydarzeń tak, by przetrwały dla przyszłych pokoleń.

Z początku apostołowie patrzyli na mnie nieufnie. Kim był ten obcy człowiek siedzący cicho w kącie, zapisujący ich słowa? Ale Piotr, gdy wyjaśniłem mu mój zamiar, skinął głową z aprobatą.

„Niech będzie zapisane” – powiedział. „Dla tych, którzy przyjdą po nas, by wiedzieli, jak wszystko się zaczęło.”

I tak rozpocząłem moją pracę, spisując te niezwykłe dni po Wniebowstąpieniu, gdy jedenastu pozostałych apostołów stanęło przed zadaniem wyboru tego, który miał zająć miejsce zdrajcy Judasza.

To, co następuje, jest wiernym zapisem tego, co widziałem i słyszałem. Niech Bóg pomoże mi przedstawić prawdę, nic ponad i nic poniżej.

Dzień pierwszy: Ciężar pustego miejsca

Dziewięć dni minęło od Wniebowstąpienia Pana naszego. Uczniowie, wraz z niewiastami, które podążały za Jezusem, oraz Jego Matką Maryją, gromadzą się codziennie w Wieczerniku na wspólnej modlitwie. Jest ich wszystkich około stu dwudziestu osób, i choć pełni są oczekiwania na obiecanego Ducha, nad zgromadzeniem unosi się także ciężar niewypowiedzianego pytania.

Dziś, po wieczornej modlitwie, gdy większość wiernych rozeszła się do swoich domów, jedenastu apostołów pozostało razem z niektórymi bliższymi uczniami. Szymon Piotr, który od czasu Zmartwychwstania przyjął na siebie rolę przewodnika, przesuwa spojrzeniem po twarzach zebranych, a potem zatrzymuje wzrok na pustym miejscu, które zawsze pozostawiają między sobą – miejsce należące kiedyś do Judasza z Kariotu.

„Bracia” – powiedział w końcu, a jego mocny głos rybaka wypełnił ciszę. „Musimy zmierzyć się z tym, co stoi przed nami. Pan nasz wybrał dwunastu, a teraz jest nas jedenastu. Dwanaście to liczba pokoleń Izraela, dwanaście to pełnia. Musimy uzupełnić nasze grono.”

Jan, najmłodszy z apostołów, ten którego Jezus miłował szczególnie, pochylił głowę.

„Czy to konieczne, Piotrze? Czy nie powinniśmy czekać, aż Pan sam wskaże nam kogoś? Może gdy nadejdzie obiecany Duch…”

Piotr podszedł do Jana i położył mu dłoń na ramieniu.

„Rozumiem twoje wątpliwości, Janie. Sam je mam. Ale pamiętaj słowa Pisma, które mówią o zdrajcy: 'Urząd jego niech przejmie inny.’ To, co się stało z Judaszem, było przepowiedziane. I zastąpienie go również jest przepowiedziane.”

Podniósł się szmer wśród zgromadzonych. Kilku apostołów skinęło głowami, inni wydawali się nieprzekonani. Andrzej, brat Piotra, przerwał milczenie:

„Jeśli mamy wybrać kogoś na miejsce Judasza, kto to ma być? Jakie są kryteria?”

Piotr przeszedł kilka kroków, jakby zbierając myśli. Jego twarz, ogorzała od lat spędzonych na łodzi pod galilejskim słońcem, nosiła ślady zmęczenia, ale i determinacji.

„Ten, kto ma być świadkiem” – powiedział w końcu. „Tak samo jak my zostaliśmy wybrani, by być świadkami. Musi to być ktoś, kto był z nami od początku, od chrztu Jana, aż do dnia, w którym Pan został wzięty do nieba. Ktoś, kto widział to samo co my, kto może świadczyć o Zmartwychwstaniu tak jak my.”

Zapisuję te słowa, a dłoń mi drży. Bo w nich zawiera się istota tego, kim są apostołowie – świadkami. Nie filozofami, nie teologami, nie przywódcami w ludzkim rozumieniu. Ale świadkami – tymi, którzy widzieli i mogą zaświadczyć o prawdzie.

Bartłomiej, który dotąd milczał, odezwał się cicho:

„Jeśli takie są kryteria, to krąg się zawęża. Niewielu podążało za Mistrzem od samego początku aż do końca.”

„Tak” – zgodził się Piotr. „I dlatego proszę was wszystkich: zastanówcie się, przemódlcie tę sprawę. Jutro ponownie się spotkamy, by wskazać kandydatów.”

Gdy apostołowie zaczęli się rozchodzić, zauważyłem, że wielu z nich podchodziło do różnych uczniów, rozpoczynając rozmowy pełne gestów i ożywienia. Proces się rozpoczął. Modlę się, by Bóg pokierował ich sercem i umysłem.

Dzień drugi: Wyłonienie kandydatów

Dzień spędziłem na rozmyślaniach nad tym, co usłyszałem wczoraj. Kim jest apostoł? Co oznacza być świadkiem? Te pytania nurtowały mnie, gdy powróciłem do Wieczernika na wieczorne spotkanie.

Atmosfera była dziś inna – pełna oczekiwania, ale i napięcia. Wyczuwałem, że apostołowie prowadzili przez cały dzień rozmowy i konsultacje. Gdy zebraliśmy się po modlitwie, Piotr ponownie zabrał głos:

„Bracia, czy przemyśleliście sprawę wyboru dwunastego apostoła? Czy macie kandydatów, którzy spełniają warunki, o których mówiliśmy?”

Tomasz, ten sam, który wątpił w Zmartwychwstanie, dopóki nie dotknął ran Pana, wystąpił pierwszy.

„Rozmawiałem z wieloma uczniami. Dwóch wydaje się spełniać wszystkie warunki: Józef zwany Barsabą, któremu nadano przydomek Justus, oraz Maciej.”

Zapisałem te imiona, przyglądając się uważnie dwóm mężczyznom, którzy stanęli teraz w centrum uwagi. Obaj wyglądali na zmieszanych i niepewnych, co ich czeka. Józef Barsaba był człowiekiem w średnim wieku, o muskularnej budowie i ogorzałej twarzy, która zdradzała lata spędzone na zewnątrz. Maciej wydawał się młodszy, o spokojnym spojrzeniu i delikatniejszych rysach.

Filip, który stał obok mnie, szepnął:

„Obaj podążali za Mistrzem od chrztu w Jordanie. Obaj widzieli cuda, słyszeli nauki. Obaj byli świadkami Zmartwychwstania. Żaden z nich nie szukał tej pozycji – to inni ich wskazali.”

Piotr gestem zaprosił obu mężczyzn, by stanęli na środku zgromadzenia.

„Józefie, Macieju” – powiedział. „Bracia wskazali was jako godnych rozważenia na miejsce opuszczone przez Judasza. To wielki zaszczyt, ale i wielka odpowiedzialność. Czy jesteście gotowi?”

Obaj skinęli głowami, choć na ich twarzach malowało się wyraźne onieśmielenie. Józef, starszy z dwóch, odezwał się pierwszy:

„Nie uważam się za godnego, by stanąć wśród apostołów Pana. Ale jeśli taka jest wola Boża, nie mogę odrzucić tego wezwania.”

Maciej nie odezwał się wcale, jedynie pochylił głowę w geście akceptacji.

Piotr rozejrzał się po zgromadzonych.

„Czy ktoś ma inne propozycje? Czy ktoś chce przemówić za lub przeciw tym kandydatom?”

Zapadła cisza. Zapisuję to słowo – cisza – ale nie oddaje ono w pełni tego momentu. Bo była to cisza pełna oczekiwania, przesycona modlitwą, nabrzmiała od niewypowiedzianych myśli. Wreszcie Jakub, syn Alfeusza, przerwał milczenie:

„Obaj są godni. Obaj spełniają kryteria. Jak więc mamy wybierać między nimi?”

Piotr spojrzał na Jakuba, a potem przeniósł wzrok na Matkę Jezusa, która siedziała cicho wśród niewiast.

„Nie my będziemy wybierać” – powiedział w końcu. „My możemy tylko przedstawić kandydatów. To Pan musi dokonać wyboru.”

„Ale jak?” – zapytał Mateusz, były celnik. „Jak mamy poznać wolę Pana w tej sprawie?”

Piotr milczał przez chwilę, a w jego oczach widziałem zmaganie.

„Rzucimy losy” – powiedział w końcu. „Jak czynili nasi ojcowie. Przygotujemy dwa losy – jeden z imieniem Józefa, drugi z imieniem Macieja. A potem będziemy się modlić, by Pan wskazał tego, którego On sam wybrał.”

Propozycja Piotra wywołała ożywioną reakcję. Niektórzy kiwali głowami z aprobatą, inni wydawali się niepewni. Jan podszedł do Piotra i powiedział tak cicho, że ledwo mogłem to usłyszeć:

„Czy to właściwa droga, Piotrze? Rzucać losy o tak wielką sprawę?”

Piotr położył dłoń na ramieniu Jana.

„Pamiętasz, jak wybierano Saula na króla? Jak wybierano, kto ma wejść do Świętego Świętych? Los był zawsze narzędziem w ręku Boga. Nie chodzi tu o przypadek, Janie, ale o to, by odstąpić wybór samemu Bogu.”

Po krótkiej naradzie apostołowie zgodzili się, że nazajutrz, po całonocnej modlitwie, rzucą losy, by wybrać dwunastego apostoła. Dziś nie zapadnie decyzja – i słusznie. Bo jak mówi Pismo: „Od Pana pochodzi rozstrzygnięcie przez losy”.

Dzień trzeci: Noc modlitwy i przygotowań

Słońce zaszło już dawno, a Wieczernik wciąż rozświetlają lampy oliwne. Apostołowie postanowili spędzić całą noc na modlitwie przed jutrzejszym wyborem. Inni uczniowie, w tym ja, dołączyliśmy do nich, choć wielu odeszło do swoich domów, by wrócić o świcie.

Siedzę w kącie, zapisując te słowa przy blasku małej lampki, obserwując scenę, która rozgrywa się przede mną. Apostołowie modlą się – niektórzy głośno, inni w ciszy, jeszcze inni nucąc psalmy. Józef Barsaba i Maciej również są tu obecni, pogrążeni w modlitwie, jakby chcieli pokazać, że niezależnie od wyniku losowania, ich pierwszym powołaniem jest służba Bogu.

Piotr podszedł do mnie przed chwilą, przynosząc mi kubek wina rozcieńczonego wodą.

„Piszesz nawet o północy, Natanielu?” – zapytał z delikatnym uśmiechem.

„Piszę, gdy dzieje się historia” – odpowiedziałem. „A to, co widzę tej nocy, jest historią rodzącego się Kościoła.”

Piotr przez chwilę milczał, patrząc na modlących się braci.

„Nigdy nie myślałem, że tak to będzie wyglądać” – powiedział cicho. „Gdy szedłem za Nim, myślałem o królestwie, o chwale, o zasiadaniu po Jego prawicy. A teraz? Jesteśmy grupą przestraszonych ludzi, ukrywających się przed władzami, rzucających losy, by uzupełnić nasze grono.”

„A jednak” – odpowiedziałem – „robicie to, co wam powierzył. Jesteście Jego świadkami.”

Piotr spojrzał na mnie z uwagą, jakby słysząc w moich słowach echo czegoś, co sam wiedział, ale co umknęło jego świadomości.

„Tak” – powiedział w końcu. „Jesteśmy świadkami. I dlatego potrzebujemy dwunastu – pełnej liczby świadków dla dwunastu pokoleń Izraela.”

Odszedł, by dołączyć do modlitwy, a ja wróciłem do zapisywania. Tymczasem Jakub i Jan przygotowują losy na jutro – dwa małe kamienie, na których wyryto imiona kandydatów. Będą one umieszczone w naczyniu, zakryte płótnem, a potem jeden z nich zostanie wyciągnięty – wskazując wybranego przez Boga apostoła.

Obserwuję też obu kandydatów. Józef Barsaba rozmawia po cichu z Filipem, gestykulując żywo, jakby opowiadał jakąś historię. Maciej siedzi samotnie, z zamkniętymi oczami, pogrążony w modlitwie lub medytacji. Dwaj różni ludzie, o różnych temperamentach i darach. Który z nich będzie dwunastym apostołem?

Większość uczniów, którzy pozostali, to mężczyźni, ale są też niewiasty, w tym Matka Jezusa. Siedzą one razem, modląc się i rozmawiając cicho. Maria Magdalena – ta, która pierwsza zobaczyła Zmartwychwstałego – spogląda czasem w stronę apostołów z wyrazem twarzy, którego nie potrafię odczytać. Czy to troska? Niepewność? A może po prostu zmęczenie po tych wszystkich wydarzeniach, które tak gwałtownie zmieniły ich życie?

Jest już późno, a moje oczy są zmęczone. Odłożę pióro, by dołączyć do modlitwy, a potem może usnę na chwilę. Jutro będzie dzień, który zostanie zapamiętany – dzień, gdy Bóg wskaże dwunastego apostoła.

Dzień czwarty: Los zostaje rzucony

Świt zastał nas wszystkich w Wieczerniku – niektórych przebudzonych z płytkiego snu, innych wciąż pogrążonych w modlitwie. Pierwszemu światłu towarzyszył śpiew ptaków z pobliskich drzew, a przez okna wdzierał się zapach poranka – świeży, pełen obietnicy.

Piotr wstał jako pierwszy, otrzepując szatę z kurzu i prostując plecy zmęczone nocnym czuwaniem. Jego twarz nosiła ślady zmęczenia, ale oczy były jasne i zdecydowane.

„Bracia i siostry” – powiedział głosem, który natychmiast uciszył wszystkie rozmowy. „Nadszedł czas, by uzupełnić grono Dwunastu. Módlmy się, by Pan wskazał nam, którego z tych dwóch wybrał.”

Wszyscy uklękli, a Piotr wzniósł dłonie w górę, rozpoczynając modlitwę:

„Ty, Panie, który znasz serca wszystkich, wskaż z tych dwóch jednego, którego wybrałeś, aby zajął miejsce w tym posługiwaniu i apostolstwie, któremu sprzeniewierzył się Judasz, aby pójść swoją drogą.”

Słowa modlitwy Piotra zapisuję dokładnie, bo czuję, że są one kluczowe dla zrozumienia tego momentu. Nie prosił on Boga, by wybrał apostoła – bo wybór już został dokonany przez samego Boga. Prosił jedynie, by Bóg wskazał im, kogo wybrał.

Po modlitwie Piotra inni apostołowie również modlili się, każdy własnymi słowami. Gdy ostatni z nich skończył, Piotr wstał i gestem przywołał Jakuba, który trzymał małe gliniane naczynie przykryte płótnem.

„W tym naczyniu są dwa losy” – wyjaśnił Piotr, chociaż wszyscy już wiedzieli, co się dzieje. „Jeden z imieniem Józefa zwanego Barsabą, drugi z imieniem Macieja. Niech Bóg wskaże swojego wybrańca.”

Józef i Maciej stanęli obok siebie, tuż przed Piotrem. Obaj wydawali się spokojni, choć mogłem zauważyć, jak Józef nieświadomie zaciska i rozluźnia pięści – jedyny znak napięcia, które musiał odczuwać.

Piotr spojrzał na obu kandydatów, a potem na zgromadzonych uczniów.

„Kto powinien wyciągnąć los?” – zapytał.

Przez chwilę panowała cisza, a potem Jan wystąpił naprzód.

„Niech to będzie Matka Pana” – powiedział cicho. „Ona, która nosiła Go w swoim łonie, niech wskaże tego, który będzie świadczył o Nim.”

Propozycja Jana spotkała się z aprobatą apostołów. Maryja, która dotąd siedziała cicho wśród innych niewiast, wstała z wyrazem zaskoczenia na twarzy. Piotr podszedł do Niej z naczyniem.

„Czy uczynisz nam ten zaszczyt, Matko?” – zapytał z szacunkiem.

Maryja spojrzała na naczynie, potem na obu kandydatów, a w końcu na apostołów. Jej twarz, znaczona cierpieniem, ale wciąż piękna, wyrażała teraz głębokie skupienie.

„Niech się stanie wola Boża” – powiedziała, sięgając ręką pod płótno.

Moment, gdy Jej dłoń zanurzyła się w naczyniu, wydawał się trwać wiecznie. Nikt nie oddychał, nikt się nie poruszał. A potem wyciągnęła jeden z losów i podała go Piotrowi.

Piotr spojrzał na kamień, a potem podniósł go, pokazując wszystkim wyryte na nim imię.

„Maciej” – ogłosił głośno. „Bóg wybrał Macieja, by dołączył do grona Dwunastu.”

Wieczernik wypełniły okrzyki radości i modlitwy. Apostołowie otoczyli Macieja, kładąc na nim ręce w geście błogosławieństwa i akceptacji. Maciej klęczał, przyjmując ich błogosławieństwo, a jego twarz wyrażała mieszaninę zdumienia, wdzięczności i onieśmielenia.

Obserwowałem też Józefa Barsabę. Stał z boku, a gdy nasz wzrok się spotkał, uśmiechnął się lekko i skinął głową, jakby chciał powiedzieć: „Tak miało być”. Nie dostrzegłem w nim rozczarowania czy zazdrości – tylko akceptację woli Bożej.

Piotr podszedł do Józefa i położył mu dłonie na ramionach.

„Twoja wierność nie będzie zapomniana, bracie” – powiedział głośno, tak by wszyscy słyszeli. „To, że nie zostałeś wybrany na apostoła, nie znaczy, że Pan nie ma dla ciebie wielkiego zadania.”

Józef skinął głową, a potem podszedł do Macieja i uścisnął go, czym wywołał kolejną falę radosnych okrzyków wśród zgromadzonych.

A teraz, gdy spisuję te wydarzenia kilka godzin później, zastanawiam się nad tajemnicą tego wyboru. Dlaczego Maciej, a nie Józef? Obaj byli godni, obaj byli wiernymi świadkami. Czy był jakiś szczególny powód, dla którego Bóg wskazał właśnie Macieja? Czy może chodziło po prostu o to, by pokazać, że wybór należy do Boga, a nie do ludzi?

Jakiekolwiek były powody, jedno jest pewne: grono Dwunastu zostało uzupełnione. Luka po zdrajcy została wypełniona. A apostołowie są teraz gotowi na to, co ma nadejść – na zesłanie Ducha Świętego, które Pan im obiecał.

I ja, Nataniel ben Isajasz, skryba z pokolenia Lewiego, byłem tego świadkiem. I zapisałem to, by przyszłe pokolenia wiedziały, jak wybrano Macieja na miejsce Judasza, jak uzupełniono grono Dwunastu przed nadejściem Pięćdziesiątnicy.

Dzień piąty: Pierwsze kroki apostoła Macieja

Wczorajszy wybór Macieja na dwunastego apostoła zmienił atmosferę w Wieczerniku. Wcześniej unosił się nad zgromadzeniem ciężar nierozwiązanej sprawy, napięcie oczekiwania. Teraz zastąpiła je nowa energia – oczekiwanie na obiecanego Ducha, ale już bez cienia niepewności co do składu apostolskiego grona.

Dziś miałem okazję obserwować, jak Maciej wchodzi w swoją nową rolę. Od samego rana apostołowie wprowadzali go głębiej w to, czego nauczał ich Pan, w szczególności w ostatnich dniach przed Wniebowstąpieniem. Piotr, Jan i Jakub na zmianę dzielili się z nim szczegółami, których mógł nie znać, będąc wśród szerszego grona uczniów, a nie wśród Dwunastu.

Siedziałem niedaleko, zapisując urywki ich rozmów. Maciej słuchał z wielką uwagą, czasem zadając pytania, innym razem dzieląc się własnymi wspomnieniami z czasu, gdy podążał za Jezusem.

„Pamiętam, gdy rozmnożył chleb dla pięciu tysięcy” – mówił, a jego oczy błyszczały na wspomnienie cudu. „Byłem jednym z tych, którzy rozdawali jedzenie. Ludzie nie mogli uwierzyć, że wciąż mamy chleb i ryby, mimo że koszyki powinny już dawno być puste.”

Jan skinął głową.

„A pamiętasz, co powiedział następnego dnia? O tym, że On sam jest chlebem życia?”

Maciej zamyślił się.

„Tak, pamiętam. Wielu odeszło od Niego po tej nauce. Była zbyt trudna, zbyt wymagająca. Ale ja zostałem, choć nie rozumiałem wszystkiego.”

Piotr położył dłoń na ramieniu Macieja.

„Właśnie dlatego tu jesteś, bracie. Bo zostałeś, nawet gdy nie rozumiałeś. Bo widziałeś i uwierzyłeś.”

To było poruszające – obserwować, jak jedenastu przyjmuje dwunastego, jak dzielą się z nim nie tylko wiedzą, ale i wspomnieniami, przeżyciami, wspólnym doświadczeniem podążania za Mistrzem.

Po południu zauważyłem Macieja siedzącego samotnie w kącie Wieczernika. Zbliżyłem się do niego, niepewny, czy moja obecność nie będzie przeszkodą, ale uśmiechnął się na mój widok.

„Ty jesteś skrybą, prawda? Tym, który zapisuje wszystko, co się tu dzieje?”

Skinąłem głową.

„Tak, nazywam się Nataniel ben Isajasz. Zapisuję te wydarzenia, by przyszłe pokolenia wiedziały, jak to wszystko się zaczęło.”

Maciej spojrzał na mnie z zaciekawieniem.

„Czy mogę zapytać… co zapisałeś o wczorajszym wyborze? O mnie?”

Zawahałem się, niepewny, jak odpowiedzieć. W końcu postanowiłem być szczery.

„Zapisałem, że los padł na ciebie, że zostałeś przyjęty do grona Dwunastu. Zapisałem też, że patrząc na ciebie i na Józefa Barsabę, trudno było mi zrozumieć, dlaczego Pan wybrał jednego, a nie drugiego – obaj wydawaliście się godni.”

Spodziewałem się, że moje słowa mogą go urazić, ale Maciej tylko skinął głową, a na jego twarzy pojawił się wyraz zrozumienia.

„Sam się nad tym zastanawiam” – przyznał cicho. „Dlaczego ja? Co we mnie zobaczył Pan, czego nie dostrzegają ludzkie oczy? Boję się, że nie sprostam temu zadaniu.”

Jego szczerość mnie zaskoczyła. Spodziewałem się, że nowy apostoł będzie pełen pewności siebie, dumny z wyróżnienia. A tu był człowiek pełen wątpliwości i pokory.

„Zapisz i to, Natanielu” – powiedział, patrząc mi prosto w oczy. „Zapisz, że dwunasty apostoł nigdy nie czuł się godny swojego powołania. Że drżał na myśl o odpowiedzialności, którą na niego nałożono. Ale że mimo to przyjął ją, bo wierzył, że jeśli Pan go wybrał, to również da mu siłę, by wypełnić swoją misję.”

Te słowa zapisałem natychmiast po naszej rozmowie, by nie uronić ani jednego. Bo w nich, jak sądzę, kryje się istota apostolskiego powołania – nie w doskonałości czy niezachwianej pewności, ale w gotowości do podążania za głosem Pana mimo własnych ograniczeń i lęków.

Wieczorem, gdy większość uczniów rozeszła się do domów, zostałem jeszcze na chwilę, by dokończyć zapiski. Zobaczyłem wtedy, jak Maciej podchodzi do Józefa Barsaby, który również został na noc w Wieczerniku. Siedzieli razem przez długi czas, rozmawiając cicho. Nie słyszałem ich słów, ale widziałem, jak w pewnym momencie Maciej kładzie dłoń na ramieniu Józefa, a ten odpowiada skinieniem głowy i uściskiem.

W tym geście było coś głęboko poruszającego – dwaj ludzie, których los postawił w tak dziwnej sytuacji, odnajdujący wspólną płaszczyznę zrozumienia i braterstwa. I pomyślałem, że może właśnie o to chodziło w całym tym procesie wyboru – nie tylko o uzupełnienie liczby apostołów, ale o pokazanie, że w rodzącym się Kościele nie ma miejsca na rywalizację czy podziały. Że jest miejsce dla każdego, kto szczerze podąża za Panem, niezależnie od tytułu czy pozycji.

Dzień szósty: Przygotowanie do misji

Dziś Piotr zwołał wszystkich apostołów, w tym nowo wybranego Macieja, na specjalne spotkanie. Zostałem zaproszony, by zapisać ich słowa, co przyjąłem z wielkim zaszczytem i odpowiedzialnością.

Spotkanie rozpoczęło się od wspólnej modlitwy, a następnie Piotr stanął pośrodku i przemówił do zgromadzonych:

„Bracia, wypełniliśmy wolę Pana, uzupełniając grono Dwunastu. Maciej zajął miejsce Judasza, jak zostało przepowiedziane w Piśmie. Teraz musimy przygotować się do tego, co nadejdzie – do zesłania Ducha Świętego, który uczyni nas świadkami 'w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi’, jak powiedział Pan przed Wniebowstąpieniem.”

Apostołowie słuchali w milczeniu, ich twarze wyrażały skupienie i oczekiwanie. Maciej, siedzący między Janem a Filipem, sprawiał wrażenie człowieka, który stara się chłonąć każde słowo, każdy gest, by jak najszybciej wejść w swoją nową rolę.

„Musimy ustalić, jak będziemy działać, gdy nadejdzie obiecany Duch” – kontynuował Piotr. „Jak będziemy głosić Dobrą Nowinę o Zmartwychwstałym, jak będziemy świadczyć o tym, co widzieliśmy i słyszeliśmy.”

Tomasz, siedzący naprzeciwko mnie, podniósł rękę.

„Czy nie powinniśmy poczekać, aż Duch sam nas poprowadzi? Skąd mamy wiedzieć, jak działać, zanim On przyjdzie?”

Piotr skinął głową, uznając zasadność pytania.

„Masz rację, Tomaszu. Duch nas poprowadzi. Ale pamiętajcie, co mówił nam Pan – że mamy być roztropni jak węże i nieskazitelni jak gołębie. Roztropność wymaga przygotowania.”

Andrzej, brat Piotra, dodał swoją myśl:

„Poza tym, czy Pan nie przygotowywał nas przez trzy lata do tej misji? Każda Jego nauka, każda przypowieść, każde polecenie – wszystko to było przygotowaniem do tego, co mamy czynić teraz.”

Ta uwaga spotkała się z ogólną aprobatą. Jan, najmłodszy z apostołów, zwrócił się bezpośrednio do Macieja:

„Bracie, ty również byłeś z nami od początku, słyszałeś nauki Pana, widziałeś Jego czyny. Ale teraz, jako jeden z Dwunastu, będziesz miał szczególną rolę. Czy czujesz się gotowy?”

Wszystkie spojrzenia zwróciły się ku nowemu apostołowi. Maciej przez chwilę milczał, jakby ważąc słowa.

„Nie czuję się gotowy” – powiedział w końcu, a jego głos był cichy, ale pewny. „Ale wierzę, że Pan nie wybrałby mnie, gdyby nie wiedział, że z Jego pomocą mogę sprostać temu zadaniu. Jestem tu, by słuchać i uczyć się, by dołożyć swój głos do waszego świadectwa.”

Jego pokora wyraźnie zrobiła wrażenie na pozostałych apostołach. Jakub, syn Zebedeusza, pokiwał głową z aprobatą.

„Dobrze mówisz, Macieju. Nikt z nas nie czuje się wystarczająco godny czy przygotowany. Ale Pan nas wybrał – wszystkich, łącznie z tobą. I to Jego moc, nie nasza, będzie działać przez nas.”

Piotr powrócił do głównego tematu spotkania:

„Musimy ustalić, jak będziemy głosić Ewangelię. Pan nakazał nam chrzcić w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Musimy ustalić, jak będzie wyglądał ten chrzest, kto może go przyjąć, jakie będą warunki.”

To rozpoczęło długą i momentami gorącą dyskusję. Niektórzy apostołowie, jak Jakub i Juda, skłaniali się ku temu, by wymagać od nawróconych pogan pełnego przestrzegania Prawa Mojżeszowego. Inni, jak Piotr i Jan, wydawali się bardziej otwarci na złagodzenie tych wymagań.

„Pan nie kładł nacisku na przepisy dotyczące czystości” – argumentował Filip. „Jadał z celnikami i grzesznikami, dotykał trędowatych. Czy to nie pokazuje, że liczy się czystość serca, a nie zewnętrzna?”

„Ale sam przestrzegał Prawa” – odpowiadał Jakub. „Uczestniczył w świątynnych uroczystościach, obchodził święta. Nigdy nie powiedział, że Prawo straciło ważność.”

Obserwowałem Macieja, który słuchał tej wymiany zdań z głębokim skupieniem, ale sam się nie włączał. W pewnym momencie nasz wzrok się spotkał, i dostrzegłem w jego oczach błysk zrozumienia – jakby docierało do niego, że bycie apostołem to nie tylko zaszczyt, ale i brzemię ciągłego poszukiwania woli Bożej w konkretnych, codziennych sprawach.

Po długiej dyskusji Piotr podniósł rękę, prosząc o ciszę.

„Bracia, nie rozstrzygniemy dziś wszystkich tych kwestii. Potrzebujemy przewodnictwa Ducha Świętego. Ale jedno jest pewne – naszym pierwszym zadaniem jest świadczyć o Zmartwychwstaniu Pana. To jest rdzeń naszego przesłania. Wszystko inne będzie się z tego wywodzić.”

Te słowa spotkały się z powszechną zgodą. Piotr kontynuował:

„Każdy z nas powinien być gotowy w każdej chwili dać świadectwo o tym, co widział i słyszał. Każdy z nas powinien umieć opowiedzieć historię Jezusa z Nazaretu – Jego nauki, Jego cuda, Jego śmierć i Zmartwychwstanie. I każdy z nas powinien być gotowy powiedzieć, jak to zmieniło jego życie.”

Zwrócił się bezpośrednio do Macieja:

„Szczególnie ty, bracie, musisz być gotowy. Bo będą pytać: 'Dlaczego on? Dlaczego nie Józef Barsaba? Czy on naprawdę widział Zmartwychwstałego?’ Musisz być gotowy na te pytania.”

Maciej skinął głową, przyjmując to wyzwanie.

„Będę gotowy” – powiedział prosto. „Z Bożą pomocą.”

Gdy spotkanie dobiegało końca, Piotr poprosił wszystkich o powstanie i utworzenie kręgu. Apostołowie stanęli ramię w ramię, a Piotr wypowiedział słowa błogosławieństwa:

„Niech Pan, który nas wybrał, uczyni nas godnymi naszego powołania. Niech nasze świadectwo będzie jasne i prawdziwe. I niech Duch Święty, którego przyjście obiecał nam Pan, napełni nas mocą z wysoka.”

„Amen” – odpowiedzieli chórem apostołowie, a ja również szepnąłem to słowo, czując, że jestem świadkiem narodzin czegoś wielkiego – misji, która zmieni oblicze ziemi.

Dzień siódmy: Publiczny debiut Macieja

Dziś był ważny dzień dla nowego apostoła. Po raz pierwszy Maciej wystąpił publicznie w swojej nowej roli, gdy apostołowie spotkali się z większą grupą uczniów w dziedzińcu domu Marii, matki Jana Marka.

Było tam około pięćdziesięciu osób, mężczyzn i kobiet, którzy przyszli posłuchać apostołów i zobaczyć nowo wybranego Macieja. Wieść o uzupełnieniu apostolskiego grona rozeszła się szybko wśród wyznawców Jezusa w Jerozolimie i wzbudziła zrozumiałe zainteresowanie.

Piotr, jako nieformalny przywódca grupy, przedstawił Macieja zgromadzonym:

„Bracia i siostry, oto człowiek, którego Pan wybrał, by zajął miejsce Judasza. Maciej był z nami od początku, od chrztu Janowego, aż do dnia, w którym Pan został wzięty do nieba. Widział cuda, słyszał nauki, był świadkiem Zmartwychwstania. Jest jednym z nas, jednym z Dwunastu.”

Piotr położył dłoń na ramieniu Macieja, co było wyraźnym gestem akceptacji i wsparcia. Maciej stał wyprostowany, ale na jego twarzy malowało się onieśmielenie. Był to człowiek nieprzyzwyczajony do bycia w centrum uwagi, do bycia wyróżnionym spośród innych.

„Czy chciałbyś coś powiedzieć, bracie?” – zapytał Piotr.

Maciej rozejrzał się po twarzach zgromadzonych, a potem skinął głową.

„Nie prosząc o to ani nie zasługując, zostałem wybrany na świadka Zmartwychwstania” – zaczął, a jego głos, początkowo niepewny, nabierał mocy z każdym słowem. „Nie wiem, dlaczego Pan wskazał właśnie mnie, a nie kogoś innego. Ale wiem, co widziałem i czego doświadczyłem. I o tym chcę świadczyć przed wami i przed całym światem.”

Wśród zgromadzonych zapadła cisza. Wszyscy wsłuchiwali się w słowa nowego apostoła, oceniając go, zastanawiając się, czy jest godny stać wśród tych, których sam Pan wybrał.

„Byłem tam, w ogrodzie Józefa z Arymatei, trzeciego dnia po ukrzyżowaniu” – kontynuował Maciej. „Widziałem pusty grób. Widziałem odrzucony kamień. Widziałem płótna, w które było owinięte ciało Pana, leżące na ziemi. A potem, tego samego wieczoru, byłem wśród tych, którym ukazał się Zmartwychwstały. Widziałem Go na własne oczy, słyszałem Jego głos, byłem świadkiem, jak spożywa posiłek, by pokazać, że nie jest duchem, ale żywym człowiekiem.”

Jego słowa miały moc świadectwa – prostego, bezpośredniego, niepodważalnego. Nie było w nich teologicznego wyrafinowania ani retorycznych ozdobników. Była tylko prosta prawda człowieka, który widział na własne oczy i teraz dzielił się tym, co widział.

„Nie jestem uczonym w Piśmie” – przyznał Maciej. „Nie jestem wymownym mówcą ani znawcą Prawa. Jestem tylko świadkiem. I to jest moje zadanie – świadczyć o tym, co widziałem i słyszałem. Świadczyć o Jezusie z Nazaretu, ukrzyżowanym i zmartwychwstałym dla naszego zbawienia.”

Gdy skończył mówić, wśród zgromadzonych rozległ się szmer uznania. Niektórzy podchodzili do niego, by uścisnąć mu dłoń lub położyć rękę na ramieniu w geście wsparcia. Inni zwracali się do pozostałych apostołów, wyrażając aprobatę dla wyboru Macieja.

Obserwowałem tę scenę z moim zwykłym dystansem skryby, ale muszę przyznać, że byłem poruszony. Maciej, człowiek, który jeszcze kilka dni temu był jednym z wielu uczniów, teraz stawał się głosem rodzącego się Kościoła. Jego proste, szczere świadectwo miało w sobie moc, której nie dałoby się osiągnąć nawet najwymyślniejszą retoryką.

Później, gdy tłum zaczął się rozchodzić, zauważyłem, że Józef Barsaba, drugi kandydat na apostoła, również był obecny na spotkaniu. Podszedł do Macieja i uścisnął go, a na jego twarzy nie było śladu zazdrości czy żalu – tylko szczera radość i wsparcie dla brata w wierze.

To był poruszający moment – człowiek, który mógł czuć się odrzucony czy pominięty, okazywał zamiast tego braterską miłość i wsparcie. I pomyślałem, że może właśnie ta postawa Józefa była równie ważnym świadectwem jak słowa Macieja – świadectwem, że w tej nowej wspólnocie, której narodziny obserwuję, nie ma miejsca na rywalizację czy podziały. Jest tylko wspólna misja, wspólne świadectwo, wspólna służba Zmartwychwstałemu Panu.

A Maciej, nowy apostoł, udowodnił dziś, że jest godny swojego powołania. Nie przez wielkie słowa czy niezwykłe czyny, ale przez proste, szczere świadectwo człowieka, który widział i uwierzył. I to właśnie takich świadków potrzebuje rodzący się Kościół.

Dzień ósmy: Przygotowania do Pięćdziesiątnicy

Czas płynie szybko, zbliża się żydowskie Święto Tygodni, Pięćdziesiątnica. Jest to czas, gdy Jerozolima wypełnia się pielgrzymami ze wszystkich zakątków żydowskiego świata – od Rzymu po Babilon, od Aleksandrii po Azję Mniejszą. Dla apostołów i uczniów Jezusa jest to również czas szczególnego oczekiwania, bo Pan obiecał, że ześle Ducha Świętego.

Dziś rano Piotr zwołał spotkanie nie tylko apostołów, ale wszystkich uczniów – mężczyzn i kobiet, którzy uwierzyli w Zmartwychwstałego. Wieczernik był wypełniony po brzegi – naliczyłem około stu dwudziestu osób, stłoczonych w ciasnej sali, gdzie niegdyś Pan spożył Ostatnią Wieczerzę ze swoimi uczniami.

Piotr stanął na środku, a obok niego pozostali apostołowie, włącznie z Maciejem, który wydawał się już bardziej pewny swojej roli.

„Bracia i siostry” – przemówił Piotr głosem, który natychmiast uciszył wszystkie rozmowy. „Zbliża się czas wypełnienia obietnicy Pana. Powiedział nam: 'Otrzymacie moc Ducha Świętego, który zstąpi na was, i będziecie moimi świadkami w Jerozolimie, i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi.’ Ten czas jest bliski.”

Jego słowa wywołały falę poruszenia wśród zgromadzonych. Niektórzy zaczęli szeptać między sobą, inni patrzyli na apostołów z oczekiwaniem, jakby spodziewali się, że Duch Święty zstąpi na nich w tej właśnie chwili.

„Nie znamy dnia ani godziny” – kontynuował Piotr, unosząc dłoń, by uciszyć szmer. „Ale musimy być gotowi. Musimy być jednego serca i jednego ducha. Musimy trwać na modlitwie, jak nas nauczył Pan.”

Jan wystąpił naprzód, stając obok Piotra.

„Pamiętajcie, co powiedział nam Pan o Duchu Świętym” – powiedział swoim łagodnym, ale przenikliwym głosem. „Nazwał Go Pocieszycielem, Duchem Prawdy, który poprowadzi nas do całej prawdy. Powiedział, że Duch Święty nauczy nas wszystkiego i przypomni nam wszystko, co On nam powiedział. Ten sam Duch, który zstąpił na Niego podczas chrztu w Jordanie, zstąpi na nas.”

Wśród zgromadzonych czuć było rosnące podniecenie. Dla wielu z nich obietnica zesłania Ducha Świętego była abstrakcyjna, trudna do wyobrażenia. Ale teraz, gdy zbliżał się czas jej wypełnienia, stawała się coraz bardziej realna i namacalna.

Andrzej, brat Piotra, zaproponował:

„Powinniśmy spędzić te dni na modlitwie, wszyscy razem, w tym samym miejscu. Żeby być gotowymi, gdy nadejdzie obiecany Duch.”

Propozycja spotkała się z powszechną aprobatą. Ustalono, że uczniowie będą gromadzić się codziennie w Wieczerniku na wspólnej modlitwie, a ci, którzy mieszkają zbyt daleko, by wracać na noc do domów, będą mogli zostać i spać w sali lub w przyległych pomieszczeniach.

Maciej, nowy apostoł, przez większość spotkania słuchał w milczeniu. Ale gdy rozważano praktyczne aspekty organizacji, niespodziewanie zabrał głos:

„Jeśli mamy tu trwać przez wiele dni, będziemy potrzebować żywności i wody. Powinniśmy zorganizować to tak, by nikt nie cierpiał niedostatku. Ci, którzy mają więcej, niech dzielą się z tymi, którzy mają mniej.”

Ta praktyczna uwaga spotkała się z uznaniem zgromadzonych. Piotr skinął głową z aprobatą.

„Dobrze mówisz, bracie. Tak właśnie powinniśmy postępować – dzielić się wszystkim, jak nauczał nas Pan. Niech każdy przyniesie, co może, a my będziemy to sprawiedliwie rozdzielać między wszystkich.”

To był moment, który szczególnie utkwił mi w pamięci – ta troska o praktyczne potrzeby wspólnoty, o to, by nikt nie był głodny czy spragniony podczas dni modlitwy i oczekiwania. W tym prostym geście zobaczyłem początek czegoś nowego – wspólnoty, w której dzielenie się nie jest wyjątkiem, lecz normą, gdzie potrzeby każdego są potrzebami wszystkich.

Po spotkaniu apostołowie zostali jeszcze, by omówić szczegóły organizacyjne. Piotr zwrócił się do Macieja:

„Bracie, twoja uwaga była bardzo trafna. Czy mógłbyś podjąć się organizacji tego dzielenia? Znasz wielu uczniów, masz doświadczenie w zarządzaniu.”

Maciej wydawał się zaskoczony tym wyróżnieniem, ale po chwili skinął głową.

„Jeśli taka jest wola wasza i Pana, podejmę się tego zadania.”

Widziałem, jak pozostali apostołowie wymieniają spojrzenia pełne aprobaty. Maciej, choć dopiero od kilku dni należał do ich grona, już udowadniał swoją wartość – nie przez wielkie słowa czy nadzwyczajne czyny, ale przez praktyczną mądrość i gotowość do służby.

A ja, zapisując te słowa, zastanawiam się, czy właśnie to dostrzegł w nim Pan, wybierając go na apostoła. Czy to właśnie ta praktyczna mądrość, ta zdolność dostrzegania konkretnych potrzeb i znajdowania rozwiązań, była darem, który Maciej miał wnieść do apostolskiego grona?

Jedno jest pewne – Maciej coraz pewniej wchodził w swoją rolę. Nie próbował naśladować innych apostołów ani rywalizować z nimi. Znalazł własny sposób służenia, własny sposób bycia apostołem. I może właśnie w tym kryła się tajemnica jego powołania.

Dzień dziewiąty: Jedność w modlitwie i oczekiwaniu

Minął dzień od spotkania w Wieczerniku, a uczniowie, zgodnie z ustaleniami, zaczęli się gromadzić na wspólnej modlitwie. Przychodzą o świcie i zostają do późnego wieczora, a niektórzy spędzają tu całą noc. Wieczernik stał się centrum nowej wspólnoty – miejscem, gdzie uczniowie trwają jednomyślnie na modlitwie, oczekując obietnicy Ojca.

Dziś miałem okazję obserwować, jak Maciej wypełnia powierzone mu zadanie organizowania wspólnych posiłków. Stanął na wysokości zadania, wykazując się zmysłem praktycznym i wrażliwością na potrzeby innych. Utworzył system, w którym każdy, kto może, przynosi żywność lub pieniądze, a potem wszystko jest dzielone tak, by każdy otrzymał to, czego potrzebuje.

Co ciekawe, system ten zaczął wykraczać poza samo jedzenie. Uczniowie zaczęli przynosić również inne dobra – ubrania, oliwa, lekarstwa – i dzielić się nimi z potrzebującymi. W ten sposób, niemal mimowolnie, zaczęła powstawać nowa forma wspólnoty, gdzie wszystko było wspólne, a nikt nie nazywał swoim tego, co posiadał.

Obserwując to, pomyślałem o słowach Pana o Królestwie Bożym, które jest pośród nas. Czy to właśnie tak miało wyglądać to Królestwo? Wspólnota ludzi, którzy dzielą się wszystkim, którzy troszczą się o siebie nawzajem, którzy nie znają różnicy między „moim” a „twoim”?

Popołudnie spędziłem na zapisywaniu modlitw, które unosiły się w Wieczerniku. Były to głównie psalmy, śpiewane na przemian przez zgromadzonych, ale również spontaniczne modlitwy dziękczynne i prośby. Apostołowie, włącznie z Maciejem, przewodzili modlitwie, ale zdarzało się też, że głos zabierali inni uczniowie – mężczyźni i kobiety, młodzi i starzy.

Szczególnie poruszająca była modlitwa, którą zaproponowała Maria Magdalena – psalm 22, który rozpoczyna się od słów, które Pan wypowiedział na krzyżu: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?” Ale który kończy się triumfalnym wyznaniem wiary: „O Tobie moja pieśń w wielkim zgromadzeniu, wypełnię me śluby wobec bojących się Jego.”

Gdy słuchałem tego psalmu, śpiewanego na przemian przez mężczyzn i kobiety, zrozumiałem, że ta wspólnota rozumie głęboki paradoks wiary – że opuszczenie może stać się spotkaniem, że śmierć może stać się życiem, że cierpienie może stać się chwałą. Bo przecież oni sami doświadczyli tego paradoksu – ich Mistrz, ukrzyżowany i pochowany, teraz żyje i zasiada po prawicy Ojca.

Wieczorem Piotr zwołał apostołów na osobne spotkanie. Była to okazja, by Maciej mógł lepiej poznać swoich braci, a oni jego. Siedzieli w kręgu, dzieląc się wspomnieniami z czasu, gdy podążali za Panem, opowiadając anegdoty, wspominając nauki i cuda.

„Pamiętacie, jak uciszył burzę na jeziorze?” – mówił Jakub, syn Zebedeusza, a jego oczy błyszczały na wspomnienie tego cudu. „Morze było tak wzburzone, że fale zalewały łódź. A On spał! Obudziliśmy Go, przerażeni, a On wstał, zgromił wiatr i morze, i nastała wielka cisza.”

„A pamiętacie Łazarza?” – dołączył się Jan. „Cztery dni w grobie, a Pan go wskrzesił. Nigdy nie zapomnę twarzy Marty i Marii, gdy zobaczyły swojego brata wychodzącego z grobu, wciąż owiniętego w płótna.”

Maciej słuchał tych opowieści z głębokim zainteresowaniem, czasem dodając własne wspomnienia, ale głównie chłonąc doświadczenia tych, którzy byli najbliżej Pana. I choć nie należał do najwęższego kręgu uczniów, to jego własne świadectwa pokazywały, że naprawdę był z nimi od początku, że widział wiele z tego, co widzieli oni.

W pewnym momencie Piotr zwrócił się do nowego apostoła:

„A ty, Macieju, jakie jest twoje najsilniejsze wspomnienie o Panu? Co najbardziej utkwiło ci w pamięci?”

Maciej zamyślił się, jakby przeglądając w myślach swoje liczne wspomnienia. W końcu odpowiedział:

„To było w Kafarnaum, gdzie nauczał w synagodze. Mówił o sobie jako o chlebie życia, mówił rzeczy trudne do przyjęcia. Wielu odwróciło się i odeszło. Wtedy zwrócił się do nas, do Dwunastu, i zapytał: 'Czy i wy chcecie odejść?’ A Piotr odpowiedział: 'Panie, do kogo pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego.’ Ten moment, to pytanie i ta odpowiedź, utkwiły mi w pamięci na zawsze.”

Piotr patrzył na Macieja z wyraźnym zaskoczeniem.

„Byłeś tam? Słyszałeś moją odpowiedź?”

Maciej skinął głową.

„Byłem, słyszałem. I chociaż nie należałem do Dwunastu, to Jego pytanie zadźwięczało również w moim sercu. I twoja odpowiedź, Piotrze, stała się również moją odpowiedzią. Bo rzeczywiście – do kogo mielibyśmy pójść? On miał słowa życia wiecznego.”

W ciszy, która zapadła po tych słowach, poczułem, że coś się zmienia w relacji między Maciejem a pozostałymi apostołami. Jakby jego słowa, jego szczere wyznanie, budowały most nad przepaścią, która dzieliła go od nich – przepaścią czasu spędzonego bezpośrednio z Panem, przepaścią osobistych doświadczeń i wspomnień.

Piotr wstał i położył dłonie na ramionach Macieja.

„Bóg dobrze wybrał” – powiedział po prostu. „Jesteś jednym z nas, Macieju. Nie tylko z imienia czy z tytułu, ale z ducha.”

Ta prosta afirmacja, wypowiedziana przez pierwszego wśród apostołów, miała moc ostatecznego potwierdzenia. Maciej był teraz w pełni zaakceptowany, w pełni włączony do apostolskiego grona. Nie był już „tym nowym” czy „zastępcą Judasza” – był apostołem Maciejem, jednym z Dwunastu.

A ja, zapisując te słowa, czuję, że jestem świadkiem ważnego etapu w formowaniu się Kościoła – momentu, gdy grono Dwunastu, rozbite przez zdradę i śmierć Judasza, znów stało się pełne i zjednoczone.

Dzień dziesiąty: W przeddzień Pięćdziesiątnicy

Jest wieczór w przeddzień Pięćdziesiątnicy. Jerozolima tętni życiem, pełna pielgrzymów ze wszystkich zakątków świata żydowskiego. Na ulicach i w zaułkach słychać różne języki i dialekty – aramejski, grecki, łacinę, języki Partów, Medów, Elamitów, mieszkańców Mezopotamii, Judei, Kapadocji, Pontu, Azji, Frygii, Pamfilii, Egiptu, Libii, Rzymu, Krety i Arabii.

Wieczernik również jest pełen – uczniowie zgromadzili się na wieczornej modlitwie, przygotowując się do jutrzejszego święta. Ale to nie tylko przygotowanie do żydowskiego Święta Tygodni – to oczekiwanie na spełnienie obietnicy Pana, na zesłanie Ducha Świętego.

Apostołowie siedzą razem, w pierwszym rzędzie zgromadzonych, a wśród nich Maciej – już nie jako nowy czy obcy, ale jako jeden z nich, pełnoprawny członek apostolskiego grona. Ostatnie dni trwania na modlitwie, wspólne posiłki, dzielenie się wspomnieniami, a przede wszystkim wspólne oczekiwanie na Ducha Świętego, zbliżyły go do pozostałych apostołów bardziej, niż mogłyby to uczynić miesiące zwykłego przebywania razem.

Piotr wstał, by przemówić do zebranych:

„Bracia i siostry, jutro jest dzień Pięćdziesiątnicy, święto upamiętniające nadanie Prawa na Synaju. Ale dla nas może to być dzień nowego początku – dzień, w którym Bóg wypełni swoją obietnicę i ześle nam Ducha Świętego. Nie wiemy, jak się to stanie ani kiedy dokładnie, ale musimy być gotowi.”

Jego słowa zostały przyjęte z powagą i oczekiwaniem. Wśród zgromadzonych dało się wyczuć napięcie – nie z lęku, ale z głębokiego przeczucia, że zbliża się coś przełomowego, coś, co zmieni ich życie na zawsze.

Jan, najmłodszy z apostołów, dołączył do Piotra:

„Pan powiedział nam, że Duch Święty będzie nas prowadził do całej prawdy, że będzie nam przypominał wszystko, czego On nas nauczył. Módlmy się więc o otwarte serca i umysły, byśmy byli gotowi przyjąć to, co Bóg dla nas przygotował.”

Trwająca potem modlitwa była jednym z najpiękniejszych doświadczeń duchowych, jakich kiedykolwiek byłem świadkiem. Psalmy, śpiewane na przemian przez mężczyzn i kobiety, przeplatały się z osobistymi modlitwami uczniów. Apostołowie przewodzili modlitwie, ale głos zabierali również inni – Maria Magdalena, Maria matka Jakuba, Joanna, Salome, oraz wiele innych osób, których imion nie znałem.

Maciej również uczestniczył w prowadzeniu modlitwy. Gdy przyszła jego kolej, powstał i zaintonował psalm 133:

„O jak dobrze i jak miło, gdy bracia mieszkają razem! Jest to jak wyborny olejek na głowie, który spływa na brodę, brodę Aarona, która spływa na brzeg jego szaty. Jest to jak rosa Hermonu, która spada na góry Syjonu. Bo tam udziela Pan błogosławieństwa i życia na wieki.”

Jego głos, początkowo niepewny, nabierał mocy z każdym słowem. A gdy skończył psalm, dodał własną modlitwę:

„Panie, który znasz serca wszystkich, Ty wybrałeś nas, byśmy byli Twoimi świadkami. Spraw, by Twój Duch zstąpił na nas, by dał nam odwagę i mądrość, byśmy mogli świadczyć o Tobie przed wszystkimi narodami. Spraw, byśmy byli jedno, jak Ty jesteś jedno z Ojcem, byśmy mieszkali razem w zgodzie i miłości, by wszyscy, patrząc na nas, mogli powiedzieć: 'Zobaczcie, jak oni się miłują!'”

Ta modlitwa, prosta i szczera, poruszyła serca zebranych. Widziałem, jak niektórzy kiwają głowami, jak inni wypowiadają cicho „Amen”, jak jeszcze inni ocierają łzy wzruszenia.

Gdy modlitwa dobiegła końca, Piotr znów zabrał głos:

„Zostańmy tu na noc, wszyscy razem. Jutro jest dzień Pięćdziesiątnicy – dzień, w którym Jerozolima będzie pełna pielgrzymów ze wszystkich narodów. To może być dzień, w którym Pan ześle nam obiecanego Ducha. Bądźmy gotowi.”

Propozycja została przyjęta z entuzjazmem. Wieczernik, choć ciasny, pomieści wszystkich na noc. Niektórzy już rozkładają maty i koce, inni dzielą się jedzeniem na wieczorny posiłek.

Zauważyłem, że Maciej chodzi między zgromadzonymi, upewniając się, że każdy ma miejsce do spania i wystarczającą ilość jedzenia. Ta praktyczna troska o innych, ta służba bez rozgłosu, wydaje się być jego szczególnym darem. I pomyślałem, że może właśnie dlatego Pan go wybrał – nie dla wielkich przemówień czy spektakularnych czynów, ale dla cichej, nieustannej służby innym.

Późnym wieczorem apostołowie zebrali się jeszcze w małym kręgu, by omówić plany na jutro. Widziałem, jak Maciej siedzi między Janem a Filipem, jak słucha uważnie, czasem dodając swoje uwagi. Nie był już outsiderem, nie był „tym nowym”. Był jednym z nich, jednym z Dwunastu, apostołem wybranym przez samego Pana.

I tak kończy się ten dzień – ostatni dzień oczekiwania, ostatni dzień starego porządku. Bo jutro, jeśli Bóg zechce, zstąpi na nich Duch Święty. I nic już nie będzie takie samo.

Dzień Pięćdziesiątnicy: Zstąpienie Ducha Świętego

Z drżącą ręką i sercem pełnym wdzięczności zapisuję wydarzenia tego dnia – najbardziej niezwykłego dnia, jaki kiedykolwiek przeżyłem. Dnia, w którym obietnica Pana się wypełniła, w którym Duch Święty zstąpił na apostołów i uczniów, w którym narodził się Kościół.

Dzień zaczął się normalnie – uczniowie obudzili się o świcie, zmówili poranne modlitwy, podzielili się skromnym posiłkiem. Maciej, jak zwykle, upewniał się, że każdy otrzymał swoją część. Niektórzy zastanawiali się, czy dzisiaj nastąpi to, na co czekają, inni obawiali się, że ich oczekiwania znów pozostaną niespełnione.

Około trzeciej godziny dnia (według rzymskiej rachuby czasu, czyli około dziewiątej rano) wszyscy byli zgromadzeni w głównej sali Wieczernika. Apostołowie siedzieli razem, a wokół nich pozostali uczniowie – mężczyźni i kobiety, starzy i młodzi, wszyscy jednomyślnie trwający na modlitwie.

I wtedy to się stało.

Nagle rozległ się szum z nieba, jakby uderzenie gwałtownego wiatru, i wypełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też rozdzielone języki jakby z ognia, które spoczęły na każdym z nich. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić innymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić.

Byłem tego świadkiem. Widziałem to na własne oczy. Słyszałem to na własne uszy. I choć moje słowa nie są w stanie oddać w pełni tego, co się wydarzyło, muszę próbować, bo to jest moje zadanie – być świadkiem i kronikarzem tych przełomowych dni.

Szum był tak potężny, że zdawał się wstrząsać murami budynku. Języki ognia – nie płomienie, które palą, ale jakby żywe, pulsujące światło w kształcie języków – unosiły się nad głowami wszystkich obecnych. A potem zaczęli mówić językami, których nigdy wcześniej nie znali – płynnie, bez zająknięcia, jakby były to ich ojczyste języki.

Apostołowie – wszyscy, w tym Maciej – byli w centrum tego wydarzenia. To na nich najpierw spoczęły ogniste języki, to oni pierwsi zaczęli mówić innymi językami. I to oni pierwsi wyszli na zewnątrz, by głosić Dobrą Nowinę zgromadzonym tłumom.

Bo tłumy zaczęły się zbierać. Hałas dobiegający z Wieczernika przyciągnął uwagę przechodniów, pielgrzymów przybywających na święto, mieszkańców okolicznych domów. Ludzie ściągali ze wszystkich stron, zaciekawieni niezwykłym zjawiskiem.

A gdy apostołowie wyszli na zewnątrz, na taras lub dziedziniec przylegający do Wieczernika, zdumienie tłumu sięgnęło zenitu. Bo oto prości Galilejczycy przemawiali w językach wszystkich zgromadzonych – w parthyjskim, medyjskim, elamickim, w narzeczach Mezopotamii, Judei, Kapadocji, Pontu, Azji, Frygii, Pamfilii, Egiptu, Libii, Rzymu, Krety i Arabii!

„Jak to możliwe?” – pytali ludzie. „Czy ci wszyscy, którzy przemawiają, nie są Galilejczykami? Jakże więc każdy z nas słyszy swój własny język ojczysty?”

Inni drwili: „Upili się młodym winem!”

Wtedy Piotr, stojąc razem z Jedenastoma (wśród których był teraz Maciej), podniósł swój głos i przemówił do tłumu. Jego mowa była pełna mocy i przekonania. Wyjaśniał, że to, co widzą, jest wypełnieniem proroctwa Joela o wylaniu Ducha na wszelkie ciało. A potem mówił o Jezusie z Nazaretu – o Jego cudach i znakach, o Jego śmierci z rąk bezbożnych i o Jego zmartwychwstaniu, które było przewidziane przez króla Dawida.

Słuchałem tej mowy, stojąc nieco z boku, jak zawsze gotowy do zapisywania wszystkiego. Ale tym razem moje pióro nie nadążało za słowami Piotra. Były zbyt mocne, zbyt przejmujące, płynęły zbyt wartko. I nie byłem jedyny, który odczuwał ich moc – tłum słuchał w milczeniu, z twarzami wyrażającymi najpierw zdziwienie, potem niepokój, a w końcu głębokie poruszenie.

Gdy Piotr skończył, ludzie pytali apostołów: „Cóż mamy czynić, bracia?” A Piotr odpowiedział: „Nawróćcie się i niech każdy z was przyjmie chrzest w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a otrzymacie dar Ducha Świętego.”

I tego dnia przyjęło chrzest około trzech tysięcy osób.

Wśród apostołów udzielających chrztu był również Maciej. Widziałem go, jak wraz z innymi prowadził nawróconych do wody, jak zanurzał ich „w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”, jak kładł na nich ręce, modląc się o dar Ducha Świętego.

Był to chrzest w pełnym tego słowa znaczeniu – nie tylko obmycie wodą, ale i napełnienie Duchem, nie tylko odpuszczenie grzechów, ale i nowe narodzenie, nie tylko wejście do wspólnoty wierzących, ale i włączenie w Ciało Chrystusa.

A ja, obserwując to wszystko, uświadomiłem sobie, że jestem świadkiem narodzin czegoś nowego – Kościoła Chrystusowego, wspólnoty wierzących, zjednoczonych nie przez więzy krwi czy narodowość, ale przez wiarę w Zmartwychwstałego i przez dar Ducha Świętego.

I zrozumiałem również, dlaczego tak ważne było uzupełnienie grona Dwunastu przed zesłaniem Ducha. Bo Dwunastu miało być fundamentem, na którym zbudowany zostanie Kościół. Fundamentem złożonym z ludzi – niedoskonałych, słabych, czasem wątpiących, ale wybranych przez samego Pana i napełnionych Jego Duchem.

A Maciej, wybrany przez los, a w istocie przez samego Boga, stał się częścią tego fundamentu. Nie był już „zastępcą Judasza” czy „tym nowym” – był apostołem Maciejem, jednym z Dwunastu, świadkiem Zmartwychwstania, głosicielem Ewangelii, szafarzem Bożych tajemnic.

Epilog: Drogi apostoła Macieja

Mija piętnaście lat od wydarzeń, które opisałem w tych zapiskach. Piętnaście lat od wyboru Macieja na apostoła, od zesłania Ducha Świętego, od narodzin Kościoła.

Przez te lata byłem świadkiem niezwykłego wzrostu i rozwoju wspólnoty wierzących. Z małej grupy uczniów w Jerozolimie Kościół rozrósł się, obejmując tysiące ludzi w całej Judei, Samarii, a nawet daleko poza granicami Izraela.

Apostołowie, napełnieni Duchem Świętym, głosili Ewangelię z niezwykłą mocą. Dokonywali znaków i cudów, uzdrawiali chorych, wypędzali złe duchy, a nawet wskrzeszali umarłych. Ale przede wszystkim byli świadkami – świadkami Zmartwychwstałego Pana, głoszącymi Dobrą Nowinę o zbawieniu wszystkim narodom.

Maciej, o którym tak wiele pisałem w tych zapiskach, również podjął tę misję. Choć na początku wydawał się bardziej skłonny do praktycznej służby niż do publicznego nauczania, z czasem wyrósł na jednego z najbardziej gorliwych głosicieli Ewangelii.

Po początkowych latach spędzonych w Jerozolimie, gdy prześladowania zmusiły wielu uczniów do rozproszenia się, Maciej udał się na misje do pogańskich krajów. Z relacji, które do nas docierają, wiemy, że głosił Ewangelię w Etiopii i w innych częściach Afryki. Wszędzie, gdzie się udawał, zakładał wspólnoty wierzących, ustanawiał starszych, przekazywał nauki Pana.

Ale jego służba nie była łatwa. Spotykał się z oporem, z prześladowaniami, z groźbami śmierci. Kilka razy był więziony, biczowany, kamienowany. Ale nigdy nie wyparł się swojej wiary, nigdy nie zaprzestał świadczyć o Zmartwychwstałym.

W jednym z ostatnich listów, które od niego otrzymaliśmy, Maciej pisał:

„Każdego dnia dziękuję Panu, że wybrał mnie na świadka swojego Zmartwychwstania. Nie z powodu mojej sprawiedliwości czy mądrości, ale z czystej łaski zostałem wybrany, by być jednym z Dwunastu. I choć droga jest trudna, choć ciało słabnie, a niebezpieczeństwa czyhają na każdym kroku, nie żałuję ani jednego dnia spędzonego w służbie Ewangelii. Bo cóż może się równać z radością głoszenia Dobrej Nowiny tym, którzy siedzą w ciemności? Cóż może się równać ze szczęściem widzenia, jak ludzie przyjmują Chrystusa i otrzymują dar Ducha Świętego?”

Te słowa, pełne wiary i oddania, pokazują, jak daleko zaszedł Maciej od dnia, gdy został wybrany na apostoła. Z niepewnego, onieśmielonego ucznia stał się odważnym świadkiem, gotowym oddać życie za prawdę, którą głosił.

I taki jest właśnie los wszystkich apostołów – być świadkami aż po krańce ziemi, aż do ostatniego tchnienia. Niektórzy, jak Jakub syn Zebedeusza, już oddali życie za swoją wiarę. Inni, jak Piotr, Jan czy Maciej, wciąż głoszą Ewangelię, wiedząc, że w każdej chwili mogą zostać wezwani do złożenia ostatecznego świadectwa.

A ja, Nataniel ben Isajasz, skryba z pokolenia Lewiego, zapisuję te słowa jako świadectwo dla przyszłych pokoleń. By wiedzieli, jak wybrano Macieja na miejsce Judasza. By wiedzieli, jak Duch Święty zstąpił na apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy. By wiedzieli, jak narodził się Kościół.

I by zrozumieli, że Bóg wybiera zwykłych ludzi do niezwykłych zadań. Że napełnia ich swoim Duchem i posyła, by byli Jego świadkami aż po krańce ziemi. Że buduje swój Kościół nie na ludzkich talentach czy sile, ale na wierności swoich wybranych i na mocy swojego Ducha.

Niech te zapiski będą świadectwem wiary i nadziei dla wszystkich, którzy przyjdą po nas. Niech umacniają ich w przekonaniu, że Bóg jest wierny swoim obietnicom, że Jego Duch nieustannie działa w Kościele, że świadectwo apostołów – w tym Macieja, wybranego przez los, a w istocie przez samego Pana – pozostaje fundamentem, na którym budowane jest Królestwo Boże.

Ja, Nataniel ben Isajasz, spisałem te rzeczy, a świadectwo moje jest prawdziwe.

Koniec

Ten wpis został opublikowany w kategorii Dzieje Apostolskie, Nowy Testament, Wybór Macieja. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *