Wspomnienia Ucznia Spoza Dwunastu

– Refleksje świadka wyboru Macieja z perspektywy szerszego grona uczniów

Moje pierwsze spotkanie z Jezusem

Nazywam się Josef ben Eliezer z Arymatei. Nie, nie jestem krewnym tego Józefa z Arymatei, bogatego członka Sanhedrynu, który ofiarował swój grobowiec dla ciała Jezusa. Jestem tylko zwykłym handlarzem tkaninami, jednym z wielu, którzy szli za Nauczycielem z Nazaretu, nie należąc do grona Jego najbliższych uczniów.

Spotkałem Jezusa po raz pierwszy w Kafarnaum, gdzie miałem swój mały stragan. Przyszedł ze swoimi uczniami, a wokół Niego natychmiast zgromadził się tłum. Nie wiem, co dokładnie przyciągnęło moją uwagę – Jego głos, Jego oczy, czy może sposób, w jaki ludzie reagowali na Jego obecność. Ale zanim się zorientowałem, zamknąłem swój stragan i poszedłem za tłumem, żeby Go posłuchać.

Mówił o Królestwie Bożym jak ktoś, kto je widział na własne oczy. Nie jak uczeni w Piśmie, z ich niekończącymi się dyskusjami i interpretacjami. Mówił prosto, używając przypowieści, które nawet ja, prosty handlarz, mogłem zrozumieć.

Tamtego dnia nie stałem się od razu Jego uczniem. Wróciłem do swojego straganu, do swojego życia. Ale coś we mnie się zmieniło. Zacząłem szukać Jego nauk, słuchać o Jego cudach, dowiadywać się, gdzie będzie przemawiał.

I stopniowo, prawie niepostrzeżenie, stałem się jednym z tych, którzy chodzili za Nim – nie zawsze, nie wszędzie, ale ilekroć mogłem zostawić swój interes w rękach bratanka, ilekroć Jezus był wystarczająco blisko Kafarnaum.

Nie byłem jak Piotr czy Jan, którzy porzucili wszystko, by iść za Nim. Nie byłem nawet jak kobiety, które Mu służyły, podróżując z Nim z miejsca na miejsce. Byłem… obserwatorem. Słuchaczem. Kimś z dalszych kręgów.

Ale nawet tam, na peryferiach tłumu, czułem się częścią czegoś większego. Czegoś, co zmieniało świat. I chociaż nigdy nie jadłem z Jezusem przy jednym stole, nigdy nie rozmawiałem z Nim sam na sam, nigdy nie otrzymałem osobistych instrukcji czy specjalnego posłannictwa – czułem się Jego uczniem.

I może to jest właśnie najpiękniejsze w nauce Jezusa – że nie trzeba było być w wewnętrznym kręgu, by zostać przyjętym, by należeć, by zrozumieć.

Ostatni tydzień

Kiedy Jezus wjeżdżał do Jerozolimy, byłem tam, machając gałązką palmy jak wszyscy inni. Krzyczałem „Hosanna!”, wierząc – tak jak wielu – że oto nadchodzi chwila, gdy Jezus objawi się jako Mesjasz, gdy wyzwoli Izrael, gdy wszystko, co przepowiadał o Królestwie, stanie się rzeczywistością.

Przez następne dni krążyłem po mieście, słuchając Jego nauk w świątyni, obserwując konfrontacje z faryzeuszami i uczonymi w Piśmie, czując rosnące napięcie. Coś wisiało w powietrzu – coś nieuchronnego, ale niezdefiniowanego.

A potem nadeszła noc aresztowania.

Nie byłem przy tym obecny. Nie byłem w wieczerniku podczas Ostatniej Wieczerzy. Nie widziałem zdrady Judasza. Nie uciekałem w panice jak apostołowie. Dowiedziałem się o wszystkim następnego ranka, gdy wieść o aresztowaniu Jezusa rozeszła się po mieście.

Pamiętam uczucie paraliżującego strachu. Co jeśli władze przyjdą także po nas – po tych wszystkich, którzy chodzili za Nim, słuchali Go, okazywali Mu wsparcie? Co jeśli rozszerzą swoje prześladowania poza wąski krąg apostołów?

Wstydzę się tego teraz, ale muszę wyznać prawdę: ukryłem się. Zamknąłem się w domu mojego kuzyna w Jerozolimie, drżąc przy każdym odgłosie kroków na ulicy. Nie byłem obecny przy ukrzyżowaniu. Nie stałem pod krzyżem jak Jan czy kobiety. Byłem zbyt… zwyczajny. Zbyt słaby. Zbyt przerażony.

A kiedy nadeszła wieść o pustym grobie, o niewiarygodnych opowieściach kobiet, które widziały anioły, o uczniach, którzy spotkali zmartwychwstałego Pana – nie wierzyłem. Jak mogłem uwierzyć? Nie widziałem Go umierającego, więc jakże miałem uwierzyć w Jego powrót z martwych?

To wtedy po raz pierwszy poczułem się naprawdę outsiderem. Kimś, kto tylko udawał ucznia, ale kiedy przyszła próba, okazał się niegodny.

Po Zmartwychwstaniu

Dni po Zmartwychwstaniu były dziwne, napięte, pełne sprzecznych emocji. Pogłoski krążyły po Jerozolimie – o pustym grobie, o strażnikach, których przekupiono, by milczeli, o uczniach, którzy ukradli ciało, o spotkaniach ze zmartwychwstałym Panem.

Jako ktoś z zewnętrznego kręgu, nie byłem świadkiem tych spotkań. Nie jadłem z Nim ryby nad jeziorem, nie wkładałem palców w Jego rany jak Tomasz, nie rozmawiałem z Nim na drodze do Emaus.

Słyszałem tylko opowieści. I, muszę przyznać, długo się wahałem, czy im wierzyć.

Co przekonało mnie ostatecznie? Nie jeden moment, nie jedno świadectwo, ale suma wszystkich zmian, które widziałem. Piotr, który zaparł się Jezusa, stał się nieustraszonym głosicielem Jego nauk. Tomasz, sceptyczny i ostrożny, głosił z gorliwością neofity. Kobiety, których świadectwo było lekceważone w naszej kulturze, stały się pierwszymi zwiastunkami najważniejszej nowiny.

I była ta niewytłumaczalna radość, która promieniowała z każdego, kto twierdził, że widział Pana. Radość, której nie można było udawać, której nie można było wytłumaczyć żadnym naturalnym sposobem.

Stopniowo, niemal wbrew sobie, zacząłem wierzyć. I stopniowo, niemal niepostrzeżenie, zacząłem wracać do wspólnoty uczniów – teraz już nie jako obserwator, ale jako ktoś, kto naprawdę należy.

Czterdzieści dni

Przez czterdzieści dni po Zmartwychwstaniu Jezus ukazywał się uczniom. Nie mnie – nigdy mnie. Ale słyszałem opowieści, każdą nową relację, każde nowe słowo, które przekazał.

A potem, w czterdziestym dniu, zebrał ich wszystkich na Górze Oliwnej. I tam, na ich oczach, został zabrany do nieba.

Nie byłem tam. Byłem w Jerozolimie, zajęty swoimi sprawami, nie wiedząc, że coś tak monumentalnego się dzieje. Dowiedziałem się dopiero później, gdy apostołowie wrócili do miasta, pełni strachu i zachwytu jednocześnie.

Mieli Jego ostatnie słowa, Jego ostatnie instrukcje, Jego ostatnie błogosławieństwo. Ja miałem tylko ich relacje.

I znów poczułem to bolesne ukłucie – to poczucie bycia poza, bycia kimś mniej ważnym, mniej godnym. Kimś, kto zawsze przychodzi za późno, kto zawsze słyszy historię z drugiej ręki.

Ale było w tym też coś… właściwego. Jakby moje miejsce było dokładnie tutaj – wśród tych, którzy nie widzieli, a jednak uwierzyli. Wśród tych, którzy nie byli wybrani do wewnętrznego kręgu, ale mimo to zostali przyjęci. Wśród tych, których wiara musiała opierać się nie na bezpośrednim doświadczeniu, ale na świadectwie innych.

Może takich jak ja miał na myśli Jezus, gdy mówił Tomaszowi: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”.

Dzień Pięćdziesiątnicy

Byłem w Wieczerniku w dniu Pięćdziesiątnicy. Tym razem nie przegapiłem. Tym razem byłem częścią zgromadzenia – jednym ze stu dwudziestu uczniów, którzy trwali jednomyślnie na modlitwie.

Kiedy Duch zstąpił jak gwałtowny wiatr, jak języki ognia spoczywające na każdym z nas – doświadczyliśmy tego wszyscy. Nie tylko apostołowie, nie tylko wewnętrzny krąg, ale każdy, kto tam był. Każdy, kto czekał. Każdy, kto wierzył.

To było jak potwierdzenie – że w oczach Boga nie ma podziału na ważniejszych i mniej ważnych uczniów. Że Duch jest darem dla wszystkich. Że każdy ma swoje miejsce, swoją rolę do odegrania.

Gdy wyszliśmy na ulice, mówiąc językami, których nigdy się nie uczyliśmy, głosząc wielkie dzieła Boże ludziom ze wszystkich narodów pod niebem – byliśmy wszyscy równi. Wszyscy napełnieni tą samą mocą. Wszyscy posłani z tą samą misją.

Tego dnia około trzech tysięcy ludzi przyjęło chrzest. I nagle nasza mała wspólnota uczniów stała się czymś większym, czymś, co wykraczało poza wszelkie znane nam struktury i podziały.

I po raz pierwszy poczułem, że moje miejsce – jako świadka, jako kogoś z dalszych kręgów – ma swój własny cel i znaczenie. Że może być równie ważne jak miejsce apostoła.

Problem z Judaszem

W dniach po Pięćdziesiątnicy nasza wspólnota rosła, organizowała się, zaczynała tworzyć własne struktury. I wkrótce pojawił się problem – problem Judasza.

Dwunastu stało się jedenastoma. Zdrajca odszedł, pozostawiając lukę, wyrwę. I choć nikt nie mówił o tym głośno, wszyscy czuliśmy, że coś jest nie tak. Że równowaga została zaburzona. Że liczba, która miała symboliczne znaczenie – dwunastu apostołów dla dwunastu pokoleń Izraela – została naruszona.

Piotr był pierwszym, który poruszył tę kwestię otwarcie. Stanął pośród braci – było nas wszystkich około stu dwudziestu – i powiedział, że ktoś musi zająć miejsce Judasza. Ktoś, kto był z Jezusem od początku, od chrztu przez Jana, aż do Wniebowstąpienia. Ktoś, kto mógłby stać się, wraz z nimi, świadkiem Jego zmartwychwstania.

Słuchałem tych słów, wiedząc, że wykluczają mnie z grona kandydatów. Nie byłem z Jezusem od początku. Nie widziałem wszystkiego, co zrobił. Byłem tylko jednym z wielu, którzy dołączyli później, którzy przychodzili i odchodzili, którzy słuchali, ale nie zawsze rozumieli.

A jednak poczułem dziwny niepokój. Bo kryteria, które Piotr przedstawiał, wydawały się… ludzkie. Praktyczne. Logiczne. Ale czy na pewno zgodne z duchem nauczania Jezusa? Czy On sam nie wybierał często tych, których nikt by nie wybrał? Czy nie szukał celników, rybaków, kobiet z wątpliwą reputacją, Samarytan, pogan?

Nie wyraziłem tych wątpliwości głośno. Kto ja byłem, by kwestionować Piotra? Ale zapisałem je głęboko w sercu, przyglądając się, jak wydarzenia się rozwijają.

Wspólnota przedstawiła dwóch kandydatów: Józefa, zwanego Barsabą, z przydomkiem Justus, i Macieja. Obaj spełniali kryteria, obaj byli szanowani we wspólnocie, obaj byli świadkami od początku.

A potem modlili się: „Ty, Panie, który znasz serca wszystkich, wskaż, któregoś wybrał z tych dwóch, aby zajął miejsce w tym posługiwaniu i w apostolstwie, któremu sprzeniewierzył się Judasz, aby pójść swoją drogą”.

I rzucili losy.

Byłem zaskoczony. Czy to była właściwa metoda wyboru apostoła? Losowanie? Czy nie powinni raczej czekać na jakiś znak, jakieś nadprzyrodzone potwierdzenie? Czy nie powinni szukać kogoś, kogo sam Jezus wskazałby w jakiś sposób?

Ale los padł na Macieja. I został dołączony do grona jedenastu apostołów.

Moje refleksje po wyborze Macieja

Obserwowałem Macieja od dnia jego wyboru, przyglądając się, jak odnajduje się w nowej roli. Nie byliśmy blisko – należeliśmy do różnych kręgów uczniów – ale jego doświadczenie fascynowało mnie z powodów, których wtedy jeszcze nie rozumiałem.

Widziałem jego niepewność w pierwszych dniach. Jego ostrożność, gdy siadał z apostołami. Jego wahanie, gdy miał przemówić publicznie. Widziałem pytanie w jego oczach – to samo pytanie, które często widziałem w lustrze: Czy naprawdę tu pasuję? Czy naprawdę jestem tym, za kogo mnie uważają?

Ale widziałem też coś innego – determinację. Wiarę. Gotowość do przyjęcia powołania, które przyszło do niego w tak nieoczekiwany sposób.

I stopniowo zacząłem rozumieć, dlaczego jego historia tak mnie poruszała. Bo chociaż Maciej został wybrany do grona Dwunastu, a ja pozostałem w szerszym kręgu uczniów, dzieliliśmy podobne doświadczenie – doświadczenie kogoś, kto przychodzi później. Kto nie był tam od początku. Kto musi znaleźć swoje miejsce w historii, która już się toczy.

W pewnym sensie Maciej był jednym z nas – z tych, którzy nie jedli z Jezusem przy jednym stole, nie łowili z Nim ryb, nie słyszeli Jego nauk w prywatnych rozmowach. A jednak został wezwany, by dołączyć do wewnętrznego kręgu. By stać się świadkiem na równi z tymi, którzy widzieli więcej, doświadczyli więcej, byli bliżej.

To dawało mi nadzieję. Nadzieję, że może i moje miejsce – w szerszym kręgu, na peryferiach wspólnoty – ma swoje znaczenie i cel. Że może i ja jestem wezwany, choć w inny sposób, do bycia świadkiem.

Rozmowa z Maciejem

Kilka tygodni po jego wyborze miałem okazję porozmawiać z Maciejem sam na sam. Spotkaliśmy się przypadkiem na dziedzińcu świątyni, gdzie nasza wspólnota często się zbierała. Był sam, co było rzadkością – zwykle apostołowie poruszali się w grupach.

„Pokój z tobą, Macieju,” powitałem go.

„I z tobą, Józefie,” odpowiedział z lekkim uśmiechem. Znał moje imię, co nieco mnie zaskoczyło.

Chwilę staliśmy w niezręcznej ciszy, a potem obaj zaczęliśmy mówić jednocześnie.

„Jak się czujesz jako jeden z Dwunastu?” zapytałem.

„Jak się czujesz jako jeden z szerszego grona uczniów?” zapytał w tym samym momencie.

Roześmialiśmy się, a napięcie prysło.

„Ty pierwszy,” powiedział, gestem zachęcając mnie do mówienia.

„Cóż,” zacząłem, nie do końca pewien, jak ubrać w słowa to, co chciałem przekazać. „Zawsze czułem się trochę jak outsider. Ktoś, kto patrzy z daleka, słucha z daleka, wierzy… z daleka.”

Maciej słuchał uważnie, a w jego oczach zobaczyłem coś, czego się nie spodziewałem – zrozumienie. Jakby dokładnie wiedział, co mam na myśli.

„Czasami,” kontynuowałem, ośmielony jego uwagą, „zastanawiam się, czy moja wiara nie jest… gorsza. Słabsza. Bo nie widziałem tego, co wy widzieliście. Nie doświadczyłem tego, co wy doświadczyliście.”

Maciej pokiwał głową, a potem, ku mojemu zaskoczeniu, położył mi dłoń na ramieniu.

„Józefie,” powiedział cicho, „czy wiesz, co Jezus powiedział Tomaszowi, gdy ten w końcu uwierzył po zobaczeniu Jego ran?”

„’Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli,'” odpowiedziałem automatycznie. Te słowa stały się moim mantra, moim pocieszeniem.

„Dokładnie,” przytaknął Maciej. „I wiesz, myślę, że to odnosi się do wszystkich, którzy przyjdą po nas. Do wszystkich, którzy będą wierzyć przez nasze świadectwo, nie widząc Jezusa na własne oczy, nie słysząc Jego głosu własnymi uszami.”

„Ale ty Go widziałeś,” zaprotestowałem. „Byłeś z Nim od początku, od chrztu przez Jana.”

„Tak,” zgodził się. „Ale nie tak jak Piotr czy Jan. Nie siedziałem z Nim przy jednym stole podczas Ostatniej Wieczerzy. Nie widziałem Go umierającego na krzyżu – ukryłem się ze strachu, jak wielu z nas. I…” zawahał się, a potem dodał ciszej, „nie widziałem Go po zmartwychwstaniu. Nie tak, jak inni.”

Ta ostatnia uwaga mnie zaskoczyła. „Ale jesteś apostołem,” powiedziałem. „Jednym z Dwunastu.”

„Tak,” uśmiechnął się lekko. „Wybranym przez los, by zająć miejsce zdrajcy. I uwierz mi, Józefie, to nie jest łatwe brzemię do noszenia. Każdego dnia zastanawiam się, czy jestem godny. Czy podołam. Czy nie zawiodę tak jak mój poprzednik.”

Nagle zobaczyłem Macieja w zupełnie nowym świetle. Nie jako kogoś z wewnętrznego kręgu, kto ma wszystko ustalone, wszystko pewne. Ale jako kogoś, kto zmaga się z podobnymi wątpliwościami jak ja. Kto, mimo swojej pozycji, czuje się czasem jak outsider.

„Myślę,” powiedział po chwili Maciej, „że wszyscy jesteśmy w pewnym sensie 'spoza’. Nawet Piotr, nawet Jan. Bo żaden z nas nie rozumie w pełni. Żaden z nas nie ogarnia całości. Jesteśmy jak ludzie w ciemnym pomieszczeniu, każdy trzymający mały płomień, który oświetla tylko fragment przestrzeni.”

„Ale razem,” dodał, „nasze światła łączą się. I razem możemy zobaczyć więcej. Dlatego wszyscy jesteśmy potrzebni – ci z wewnętrznego kręgu i ci z zewnętrznego. Ci, którzy widzieli, i ci, którzy uwierzyli bez widzenia.”

Jego słowa były jak balsam dla mojej duszy. Jak odpowiedź na pytanie, którego nie umiałem nawet właściwie sformułować.

„Dziękuję,” powiedziałem prosto. „Za to, że podzieliłeś się tym ze mną.”

„Nie, to ja ci dziękuję,” odpowiedział z uśmiechem. „Za przypomnienie, że nie jestem sam w swoich zmaganiach.”

Gdy się rozstawaliśmy, poczułem nową więź – nie tylko z Maciejem, ale z całą wspólnotą. Bo zrozumiałem, że wszyscy jesteśmy w tej samej podróży, nawet jeśli idziemy różnymi ścieżkami.

Rozproszenie uczniów

Nie minęło wiele czasu, a nasza wspólnota stanęła w obliczu prześladowań. Szczepan, jeden z siedmiu diakonów, został ukamienowany. Jakub, brat Jana, został stracony z rozkazu Heroda. Wielu uczniów uciekło z Jerozolimy, rozpraszając się po całej Judei i Samarii, a nawet dalej.

Apostołowie, w tym Maciej, początkowo pozostali w Jerozolimie, ale i oni z czasem zaczęli podróżować, zakładać nowe wspólnoty, głosić Ewangelię w odległych miejscach.

Ja sam przez pewien czas pozostałem w Jerozolimie, ale kiedy prześladowania nasiliły się, zdecydowałem się wrócić do Kafarnaum. Tam, w moim rodzinnym mieście, zacząłem gromadzić wierzących, dzielić się z nimi wszystkim, co wiedziałem o Jezusie, o Jego naukach, o wspólnocie w Jerozolimie.

I wtedy zrozumiałem coś ważnego – że moje miejsce „spoza Dwunastu” miało swój własny cel. Że nie każdy jest powołany do bycia apostołem, ale każdy jest wezwany do bycia świadkiem. Że nie każdy musi stać na pierwszej linii, ale każdy ma swoją rolę do odegrania.

Ludzie w Kafarnaum słuchali mnie z uwagą, z szacunkiem. Nie dlatego, że byłem kimś ważnym – bo nie byłem. Ale dlatego, że moje doświadczenie było bliższe ich własnemu. Byłem jak oni – zwykłym człowiekiem, który spotkał coś niezwykłego. Który uwierzył nie dlatego, że widział wszystko, ale dlatego, że poczuł prawdę w świadectwie innych.

I może właśnie dlatego moje świadectwo miało dla nich szczególną wartość. Bo jeśli ja – zwykły handlarz tkaninami, bez szczególnych talentów czy pozycji – mogłem uwierzyć, mogłem stać się częścią wspólnoty, mogłem znaleźć swoje miejsce w tej nowej drodze, to oni też mogli.

Spotkanie z Pawłem

Lata mijały, a nasza wspólnota w Kafarnaum rosła. Słyszeliśmy wieści o innych wspólnotach, o podróżach apostołów, o cudach i nawróceniach. A potem dotarła do nas wiadomość, która nas zszokowała – Szaweł z Tarsu, znany prześladowca chrześcijan, sam stał się wyznawcą Chrystusa. Co więcej, zaczął głosić Ewangelię z żarliwością, która przewyższała wielu z nas.

Początkowo byliśmy sceptyczni. Czy to nie była aby sztuczka, podstęp, by przeniknąć do naszych wspólnot i zniszczyć je od środka? Ale z czasem, gdy coraz więcej świadectw potwierdzało jego przemianę, zaczęliśmy akceptować tę niewiarygodną historię.

A potem, ku mojemu zdumieniu, Paweł przybył do Kafarnaum.

Był to już człowiek starszy, naznaczony latami trudów i prześladowań. Jego ciało nosiło ślady biczowań, jego twarz była ogorzała od słońca wielu krain, które przemierzył. Ale jego oczy – jego oczy płonęły ogniem, którego nie widziałem od czasów Pięćdziesiątnicy.

Przyjąłem go w swoim domu, jak nakazywał zwyczaj gościnności. I tam, przy wieczornym posiłku, miałem okazję porozmawiać z człowiekiem, który, choć nigdy nie widział Jezusa za Jego ziemskiego życia, stał się jednym z najważniejszych apostołów.

„Słyszałem o wspólnocie w Kafarnaum,” powiedział Paweł, łamiąc chleb. „O jej gorliwości, o jej wierności. I chciałem poznać człowieka, który ją założył.”

„Nie założyłem jej,” zaprotestowałem. „Po prostu… podzieliłem się tym, co wiedziałem. Co widziałem i słyszałem.”

„A czy nie na tym polega zakładanie wspólnoty?” uśmiechnął się Paweł. „Na dzieleniu się świadectwem, na prowadzeniu innych do prawdy, którą samemu się odkryło?”

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Nigdy nie myślałem o sobie jako o kimś, kto „zakłada wspólnotę”. Byłem tylko… pośrednikiem. Przekaźnikiem. Kimś, kto dzieli się tym, co otrzymał od innych.

„Wiesz,” kontynuował Paweł, jakby czytając w moich myślach, „większość z nas jest jak ty. Nie widzieliśmy Jezusa za Jego ziemskiego życia. Nie byliśmy świadkami Jego cudów, Jego nauczania, Jego śmierci i zmartwychwstania. Wierzymy przez świadectwo innych.”

„Nawet ty?” zapytałem zaskoczony. „Ty, który widziałeś Go w wizji na drodze do Damaszku?”

„Nawet ja,” przytaknął Paweł. „Bo to, co zobaczyłem, było tylko błyskiem, momentem. Resztę poznałem od tych, którzy byli przede mną – od Apostołów, od uczniów takich jak ty.”

„Ale zostałeś apostołem,” zauważyłem. „Apostołem pogan.”

„Tak,” zgodził się. „I to jest łaska, której nie jestem godny. Ale wiesz, Józefie, bycie apostołem to nie tylko tytuł. To misja. I każdy, kto dzieli się Dobrą Nowiną, każdy, kto prowadzi innych do Chrystusa, jest w pewnym sensie apostołem – posłanym, by głosić.”

Jego słowa poruszyły mnie głęboko. Bo nigdy nie myślałem o sobie w ten sposób – jako o kimś posłanym, kimś z misją. Zawsze widziałem siebie jako kogoś z boku, z peryferii, kogoś, kto tylko przekazuje to, co usłyszał od ważniejszych, bardziej godnych świadków.

Ale Paweł widział to inaczej. I jego perspektywa otworzyła przede mną nowe rozumienie mojego miejsca w tej wielkiej historii, której byłem częścią.

„Każdy z nas ma swoje miejsce,” powiedział Paweł, podnosząc kielich. „Każdy z nas jest potrzebny. Każdy z nas jest częścią Ciała Chrystusa. I nie ma części mniej ważnych, mniej potrzebnych.”

Te słowa zostały ze mną długo po wyjeździe Pawła. I zmieniły sposób, w jaki postrzegałem swoją rolę, swoje miejsce, swoje świadectwo.

Wieści o apostołach

Lata mijały, a wieści o apostołach docierały do nas różnymi drogami. Słyszeliśmy o podróżach Pawła, o listach, które pisał do wspólnot. O Piotrze, który ostatecznie dotarł do Rzymu. O Janie, który zamieszkał w Efezie.

A co z Maciejem? O nim wieści były skąpe, rozproszone. Ktoś mówił, że głosił Ewangelię w Etiopii. Ktoś inny, że dotarł aż do Indii. Ktoś jeszcze, że pozostał bliżej, pracując wśród wspólnot Judei i Galilei.

Nie wiem, która z tych opowieści jest prawdziwa. Być może wszystkie, być może żadna. Ale jedno jest pewne – Maciej, wybrany losem, by zająć miejsce zdrajcy, znalazł swoją drogę, swoją misję, swoje miejsce w historii, która nas wszystkich przerosła.

A ja? Pozostałem w Kafarnaum, kontynuując swoją skromną pracę świadka. Nie napisałem listów, które czytają we wspólnotach od Jerozolimy po Rzym. Nie odbyłem podróży, które zmieniły mapę świata. Nie stanąłem przed królami i namiestnikami, głosząc imię Chrystusa.

Ale każdego dnia, na swoim małym skrawku świata, dzieliłem się tym, co wiedziałem. Co widziałem i słyszałem. Co przyjąłem przez wiarę. I każdego dnia widziałem, jak kolejni ludzie dołączają do wspólnoty, jak kolejne serca otwierają się na Dobrą Nowinę.

I może to jest właśnie istota bycia uczniem – nie tytuł, nie pozycja, nie spektakularne czyny, ale codzienna wierność. Codzienny akt dzielenia się tym, co najcenniejsze. Codzienny wybór, by iść za Jezusem, nawet gdy nie widzi się Go na własne oczy, nawet gdy nie słyszy się Jego głosu własnymi uszami.

Ostatnie spotkanie z Maciejem

Dwadzieścia lat po wyborze Macieja na miejsce Judasza, ku mojemu zaskoczeniu, spotkałem go ponownie. Przybył do Kafarnaum, nie jako oficjalny wysłannik apostołów, ale jako zwykły podróżnik, zmęczony drogą, szukający miejsca na odpoczynek.

Przyjąłem go w swoim domu, tak jak kiedyś przyjąłem Pawła. I tam, przy wieczornym posiłku, mieliśmy okazję porozmawiać – dwaj starsi już mężczyźni, naznaczeni latami służby, latami świadectwa.

Maciej zmienił się. Nie był już tym niepewnym, ostrożnym człowiekiem, którego pamiętałem z dni po jego wyborze. Był… spokojny. Pewny. Jakby znalazł odpowiedzi na pytania, które kiedyś go dręczyły.

„Słyszałem o twojej pracy tutaj,” powiedział, gdy siedzieliśmy przy lampie oliwnej. „O wspólnocie, którą zbudowałeś.”

„Nie ja ją zbudowałem,” zaprotestowałem, tak samo jak kiedyś wobec Pawła. „To dzieło Ducha.”

„Oczywiście,” uśmiechnął się Maciej. „Ale Duch działa przez ludzi. Przez takich jak ty, Józefie. Przez tych, którzy są wierni na swoim miejscu, w swoim powołaniu.”

Zawahałem się, a potem zadałem pytanie, które nurtowało mnie od lat: „Czy kiedykolwiek żałowałeś, że zostałeś wybrany do Dwunastu? Że los padł na ciebie, a nie na Józefa zwanego Barsabą?”

Maciej długo milczał, jakby rozważając swoją odpowiedź. „Na początku tak,” przyznał w końcu. „Czułem się niegodny. Nieprzygotowany. Przerastało mnie to powołanie.”

„A teraz?” zapytałem.

„Teraz?” uśmiechnął się. „Teraz widzę, że nie chodzi o godność czy przygotowanie. Chodzi o gotowość. O otwartość na prowadzenie Ducha. O wierność w małych rzeczach i w wielkich.”

Zamilkł na chwilę, a potem dodał: „Wiesz, przez lata wciąż mnie prześladowało to pytanie: Dlaczego ja? Dlaczego los padł na mnie, a nie na Józefa? Szukałem odpowiedzi w modlitwie, w Pismach, w rozmowach z innymi apostołami.”

„I znalazłeś ją?” zapytałem.

„Tak,” pokiwał głową. „Ale nie tam, gdzie szukałem. Znalazłem ją w pracy, w misji, w codziennym akcie dawania świadectwa. Zrozumiałem, że to nie było pytanie 'dlaczego ja?’, ale 'do czego ja?’. Do jakiej misji zostałem powołany? Jakie jest moje miejsce w tej historii?”

„I jakie jest?” zapytałem, zafascynowany jego refleksją.

„Moje?” uśmiechnął się. „Być świadkiem dla tych, którzy przychodzą później. Dla tych, którzy, jak ty i ja, nie byli w wewnętrznym kręgu od początku. Dla tych, którzy muszą wierzyć bez widzenia, ufać bez pewności, jaką daje bezpośrednie doświadczenie.”

Jego słowa poruszyły we mnie coś głębokiego. Bo czy nie to samo odkryłem na swojej własnej drodze? Czy nie to samo stało się moim powołaniem – być świadkiem dla zwykłych ludzi, dla tych, którzy potrzebują usłyszeć o Jezusie nie od kogoś wyjątkowego, ale od kogoś takiego jak oni sami?

„A co z tobą, Józefie?” zapytał Maciej. „Czy znalazłeś odpowiedź na pytanie o swoje miejsce?”

„Myślę, że tak,” odpowiedziałem powoli. „Moje miejsce jest tutaj – wśród ludzi, których znam, w mieście, które znam. Nie jako apostoł, nie jako wielki nauczyciel, ale jako zwykły świadek. Ktoś, kto mówi: 'Nie widziałem wszystkiego, ale to, co widziałem, zmieniło moje życie. I może zmienić też twoje.'”

Maciej skinął głową z aprobatą. „I to jest dokładnie to, czego potrzebuje świat,” powiedział. „Nie tylko wielkich apostołów, nie tylko męczenników i cudotwórców, ale zwykłych, wiernych świadków. Ludzi, którzy żyją prawdą, którą głoszą. Którzy pokazują, że Ewangelia nie jest tylko dla wyjątkowych, ale dla każdego.”

Gdy Maciej odjeżdżał następnego dnia, dałem mu mały zwój – przepisaną własnoręcznie kolekcję wspomnień o Jezusie, o Jego naukach, o początkach wspólnoty. Nie byłem pewien, czy to ma jakąkolwiek wartość dla apostoła, który znał te historie z pierwszej ręki.

Ale Maciej przyjął go z wdzięcznością. „Każde świadectwo jest cenne,” powiedział. „Każdy głos jest potrzebny. Bo historia Jezusa nie jest własnością apostołów. Jest dziedzictwem wszystkich, którzy w Niego wierzą.”

To było ostatnie spotkanie z Maciejem. Wkrótce potem dotarły do nas wieści o jego męczeńskiej śmierci – choć szczegóły różniły się w zależności od opowiadającego. Niektórzy mówili, że został ukamienowany w Jerozolimie. Inni, że został ścięty w Etiopii. Jeszcze inni, że umarł w spokoju, otoczony wspólnotą, którą założył.

Nie wiem, która wersja jest prawdziwa. Ale wiem jedno – Maciej, wybrany losem, by zająć miejsce zdrajcy, zakończył swoje życie jako wierny świadek. Jako ten, który znalazł swoje miejsce i wypełnił swoje powołanie.

Moje refleksje pod koniec życia

Teraz, gdy jestem już stary, gdy moje oczy słabną, a dłonie drżą, gdy piszę te słowa, patrzę wstecz na długie lata mojego życia jako ucznia „spoza Dwunastu”. I widzę, jak bardzo zmieniło się moje rozumienie tego, co to znaczy być uczniem.

Kiedyś myślałem, że prawdziwymi uczniami są tylko ci z wewnętrznego kręgu – apostołowie, którzy wszystko porzucili, by iść za Jezusem. Którzy widzieli więcej, słyszeli więcej, doświadczyli więcej.

Teraz wiem, że bycie uczniem to nie kwestia tego, co się widziało czy słyszało. To kwestia tego, jak się odpowiada na to, co się przyjęło. Jak się żyje prawdą, którą się poznało – czy to z pierwszej ręki, czy przez świadectwo innych.

Kiedyś żałowałem, że nie jestem jak Piotr czy Jan. Teraz jestem wdzięczny za swoje miejsce – za możliwość pokazania zwykłym ludziom, że Ewangelia jest dla nich. Że nie trzeba być wyjątkowym, by być uczniem. Że nie trzeba widzieć cudów, by wierzyć w cuda.

Kiedyś myślałem, że moje świadectwo jest mniej wartościowe, bo jest „z drugiej ręki”. Teraz widzę, że właśnie to czyni je szczególnie cennym dla tych, którzy, jak ja, muszą wierzyć bez widzenia.

A co z Maciejem? Czy on ostatecznie znalazł swoje miejsce wśród Dwunastu? Czy naprawdę stał się jednym z nich?

Myślę, że tak. Ale nie dlatego, że los padł na niego tamtego dnia w Wieczerniku. Nie dlatego, że oficjalnie przyznano mu tytuł apostoła. Ale dlatego, że przyjął powołanie, które przyszło do niego w tak nieoczekiwany sposób. Że był wierny misji, którą mu powierzono. Że do końca świadczył o prawdzie, którą poznał.

I może właśnie to jest istota bycia uczniem – nie miejsce w hierarchii, nie bliskość do centrum, ale wierność. Wierność tam, gdzie się jest. Z tym, co się ma. Dla tych, do których się jest posłanym.

Ja, Józef ben Eliezer z Kafarnaum, prosty handlarz tkaninami, jeden z wielu, którzy szli za Jezusem z Nazaretu, nie należąc do grona Jego najbliższych uczniów, kończę te wspomnienia z sercem pełnym wdzięczności. Wdzięczności za łaskę bycia częścią tej niezwykłej historii. Za przywilej bycia świadkiem – nie z pierwszej linii, ale z miejsca, które miało swoją własną wartość i cel.

I z nadzieją przekazuję te zapiski następnym pokoleniom uczniów. Niech wiedzą, że nie muszą być jak Piotr czy Paweł, by być prawdziwymi uczniami. Że nie muszą dokonywać wielkich czynów czy pisać głębokich listów, by mieć swoje miejsce w tej historii.

Niech wiedzą, że każdy, kto wierzy, każdy, kto idzie za Jezusem – czy to z pierwszego, czy z setnego rzędu – jest częścią tego samego Ciała, tej samej wspólnoty, tego samego dziedzictwa.

I niech wiedzą, że dla każdego z nich jest miejsce przy stole w Królestwie. Miejsce przygotowane nie przez ludzkie wybory czy losowania, ale przez Tego, który zna serca wszystkich i który wzywa każdego po imieniu.

Epilog: Odkrycie manuskryptu

Z notatek archeologa pracującego w okolicach starożytnego Kafarnaum, 2002 rok

Dziś dokonaliśmy niezwykłego odkrycia. W ruinach, które, jak sądzimy, były częścią wczesnej synagogi chrześcijańskiej, znaleźliśmy gliniane naczynie zawierające manuskrypt. Pergamin jest niezwykle dobrze zachowany, prawdopodobnie dzięki suchemu klimatowi i szczelności naczynia.

Tekst jest napisany w aramejskim, z pewnymi wpływami greki, co sugeruje, że powstał w pierwszym wieku naszej ery, prawdopodobnie w społeczności, która była mieszanką kultur żydowskiej i hellenistycznej.

Treść manuskryptu jest fascynująca. To rodzaj wspomnień lub pamiętnika, napisanego przez kogoś, kto przedstawia się jako Josef ben Eliezer, handlarz tkaninami z Kafarnaum. Autor twierdzi, że był w szerszym kręgu uczniów Jezusa, choć nie należał do grona apostołów.

Szczególnie interesujące są jego refleksje na temat wyboru Macieja na miejsce Judasza – wydarzenia, które jest krótko opisane w Dziejach Apostolskich, ale które tutaj otrzymuje osobisty, emocjonalny wymiar. Autor opisuje swoje przemyślenia jako kogoś „spoza Dwunastu”, kogoś, kto obserwuje wydarzenia z pewnego dystansu, ale jest w nie głęboko zaangażowany emocjonalnie i duchowo.

Czy te wspomnienia są autentyczne? Czy naprawdę zostały napisane przez kogoś, kto znał pierwsze pokolenie chrześcijan, kto widział wybór Macieja, kto rozmawiał z Pawłem i innymi apostołami?

Z naukowego punktu widzenia musimy zachować ostrożność. Potrzebne będą dalsze badania – datowanie radiowęglowe, analizy językowe, porównania z innymi dokumentami z tego okresu.

Ale nawet jeśli tekst okaże się późniejszy, nawet jeśli jest literacką kreacją, a nie dosłownym świadectwem, wciąż ma ogromną wartość. Bo pokazuje coś, co często umyka nam w badaniach nad wczesnym chrześcijaństwem – perspektywę zwykłych wierzących. Tych, którzy nie pisali listów, nie zakładali kościołów, nie dokonywali cudów, ale którzy, przez swoją codzienną wierność, byli fundamentem, na którym budowano wspólnotę.

I może właśnie to jest najcenniejsze w tym odkryciu – przypomnienie, że historia chrześcijaństwa to nie tylko historia wielkich apostołów, męczenników i teologów. To także historia niezliczonych, bezimiennych uczniów, takich jak Josef ben Eliezer, którzy w swoich małych społecznościach, w swoich codziennych interakcjach, żyli i dzielili się wiarą, która zmieniła świat.

Dr Sarah Cohen Uniwersytet w Tel Awiwie##

Ten wpis został opublikowany w kategorii Biblia, Dzieje Apostolskie, Nowy Testament, Wybór Macieja i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *