Z kłosami w dłoniach

– dziennik zbieraczki Rut na polach Boaza

MIESIĄC NISAN, DZIEŃ 12

Dziś rano Noemi powiedziała, że powinnam zacząć zbierać kłosy na polach. Zbiory jęczmienia już się rozpoczęły, a my nie mamy prawie nic do jedzenia. Przez całą drogę z Moabu do Betlejem jadłyśmy oszczędnie, ale zapasy skończyły się kilka dni temu. Dom Elimelecha, w którym teraz mieszkamy, stoi pusty, zakurzony, zaniedbany. Jak pustka w moim sercu po śmierci Machliona.

Noemi tłumaczyła mi prawo, które obowiązuje w Izraelu – że właściciele pól muszą pozostawiać kłosy na brzegach swoich pól i nie wolno im wracać po to, co upuścili podczas żniw. Te pozostałości są dla cudzoziemców, wdów i sierot.

Jestem cudzoziemką. Jestem wdową. Prawo mówi o mnie.

Czuję wdzięczność za to prawo, ale i wstyd, że muszę z niego korzystać. W domu mojego ojca w Moabie nigdy nie cierpiałam głodu. Teraz zbieram ziarno pozostawione dla najbiedniejszych. Ale zostałam tu z własnej woli, z miłości do Noemi. Nie mogłam zostawić jej samej po tym, jak straciła męża i obu synów.

Jutro pójdę szukać pola, na którym będę mogła zbierać kłosy.

MIESIĄC NISAN, DZIEŃ 13

Poranek był chłodny, gdy wyruszyłam z pierwszymi promieniami słońca. Noemi dała mi płócienny worek na ziarno i błogosławieństwo na drogę. „Niech Pan będzie z tobą, córko,” powiedziała, a jej oczy były pełne troski.

Nie znałam dobrze okolicy. Poszłam za innymi kobietami, które również szły zbierać kłosy. Były wśród nich wdowy, cudzoziemki jak ja, a nawet kilka starszych kobiet, których synowie zapewne nie mogli się nimi opiekować. Trzymałam się z tyłu, nie chcąc się narzucać. Nadal czuję się tu obca.

Zatrzymałyśmy się przy dużym polu jęczmiennym. Z daleka zobaczyłam żniwiarzy – mężczyzn koszących zboże sierpami i dziewczęta wiążące je w snopy. Ustawiłam się z innymi zbieraczkami w bezpiecznej odległości, czekając aż żniwiarze przejdą dalej.

Pracowałam cały dzień, schylając się po każdy pozostawiony kłos, nic nie pomijając. Moje plecy bolą, palce mam poranione, skórę na karku spaloną słońcem. Ale gdy wieczorem wymłóciłam zebrane kłosy, miałam prawie efę jęczmienia – wystarczająco, by upiec chleb dla mnie i Noemi na kilka dni.

Gdy wróciłam do domu, Noemi zapytała, na czyim polu zbierałam. Nie znałam odpowiedzi. Jutro muszę zapytać.

MIESIĄC NISAN, DZIEŃ 14

Dziś dowiedziałam się, że pole, na którym zbierałam, należy do człowieka imieniem Boaz. Jedna z kobiet powiedziała mi, że jest on krewnym Elimelecha, męża Noemi. Gdy oznajmiłam to Noemi wieczorem, jej twarz nagle się ożywiła. „Pan nie przestał okazywać dobroci żywym i umarłym!” zawołała. „Ten człowiek jest jednym z naszych najbliższych krewnych, naszym odkupicielem.”

Nie rozumiałam, co to znaczy. Noemi wyjaśniła mi, że według prawa Izraela, gdy mężczyzna umiera bezdzietnie, jego najbliższy krewny powinien poślubić wdowę po nim i wzbudzić potomstwo dla zmarłego. Ten obowiązek nazywają prawem lewiratu. Poza tym, jeśli rodzina musi sprzedać swoją ziemię z powodu biedy, najbliższy krewny ma prawo i obowiązek ją odkupić.

Czy Boaz jest naszym odkupicielem? Noemi nie była pewna – powiedziała, że jest jeszcze jeden krewny, bliższy niż Boaz. Ale i tak nalegała, bym wróciła na pole Boaza.

„Trzymaj się blisko jego służebnic,” powiedziała. „Niech cię zobaczą. Niech cię poznają.”

Nie rozumiem, co planuje Noemi. Ale ufam jej mądrości.

MIESIĄC NISAN, DZIEŃ 15

Dziś zdarzyło się coś, co całkowicie zmieniło moje życie.

Wróciłam na pole Boaza o świcie. Pracowałam pilnie, zbierając kłosy za żniwiarzami. Około południa na pole przyjechał sam Boaz. Nie widziałam go wcześniej. To mężczyzna w średnim wieku, o siwiejącej już brodzie, ale silny i wyprostowany, o pogodnych oczach i spokojnym głosie.

Pozdrowił swoich żniwiarzy słowami: „Pan z wami!” A oni odpowiedzieli: „Pan niech ci błogosławi!” Widziałam, jak rozmawia ze swoimi ludźmi, jak żartuje z nimi, jak pyta o ich rodziny. Wydawał się być dobrym człowiekiem.

W pewnym momencie zauważył mnie. Zapytał swojego zarządcę: „Do kogo należy ta młoda kobieta?” Zarządca opowiedział mu, kim jestem – Moabitką, która wróciła z Noemi z kraju Moabu, która poprosiła o pozwolenie na zbieranie kłosów i pracowała od rana bez odpoczynku.

Wtedy Boaz podszedł do mnie i powiedział: „Posłuchaj, moja córko. Nie chodź zbierać kłosów na inne pole. Nie odchodź stąd, ale pozostań z moimi dziewczętami. Spójrz na pole, które będą żąć, i idź za nimi. Nakazałem moim sługom, aby cię nie napastowali. A gdy poczujesz pragnienie, idź do naczyń i pij, co zaczerpnęli moi słudzy.”

Byłam tak zaskoczona jego dobrocią, że upadłam na twarz i pokłoniłam się aż do ziemi, pytając: „Czym zasłużyłam sobie na twą przychylność, że zwracasz na mnie uwagę, choć jestem cudzoziemką?”

Boaz odpowiedział mi: „Opowiedziano mi wszystko, co uczyniłaś dla swojej teściowej po śmierci swego męża: jak opuściłaś ojca i matkę, rodzinną ziemię, i przyszłaś do narodu, którego przedtem nie znałaś. Niech Pan ci odpłaci za twój uczynek i niech będzie pełna twoja nagroda od Pana, Boga Izraela, pod którego skrzydła przyszłaś się schronić.”

Jego słowa poruszyły mnie do głębi. Od kiedy przyszłam do Betlejem, czułam się obca, niewidzialna. A teraz ten człowiek, jeden z najbardziej szanowanych w mieście, zauważył mnie i docenił moje poświęcenie dla Noemi.

W czasie południowego posiłku zaprosił mnie, bym jadła z nim i jego żniwiarzami. Podał mi prażone ziarno, a ja jadłam do syta i jeszcze zostało. A gdy wstałam, by wrócić do zbierania kłosów, Boaz nakazał swoim sługom: „Pozwólcie jej zbierać nawet między snopami i nie czyńcie jej przykrości. Co więcej, wyciągajcie umyślnie kłosy z waszych snopów i zostawiajcie je, aby je zbierała, i nie krzyczcie na nią.”

Zbierałam do wieczora, a gdy wymłóciłam jęczmień, miałam około efy ziarna – więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Przyniosłam to do domu i dałam Noemi, opowiadając jej o wszystkim, co się wydarzyło.

Noemi była zachwycona. „Niech będzie błogosławiony przez Pana, który nie przestaje być łaskawy dla żywych i umarłych!” powiedziała. A potem dodała: „Ten człowiek jest naszym krewnym, jednym z naszych odkupicieli.”

Nie rozumiem jeszcze wszystkiego, co się dzieje. Ale czuję, że to początek czegoś nowego.

MIESIĄC NISAN, DZIEŃ 20

Przez ostatni tydzień wracałam codziennie na pole Boaza. Za każdym razem witał mnie życzliwie, upewniał się, że mam dostęp do wody i jedzenia, nakazywał swoim sługom, by zostawiali dla mnie więcej kłosów.

Jego dobroć mnie onieśmiela. Czasem łapię jego wzrok na sobie, gdy myśli, że nie patrzę. Jest w jego oczach coś, czego nie potrafię nazwać – nie tylko życzliwość, ale jakieś głębsze zainteresowanie.

Dziewczęta pracujące dla Boaza są dla mnie uprzejme. Jedna z nich, Tirsa, opowiedziała mi, że Boaz nigdy się nie ożenił, choć ma już ponad czterdzieści lat. „Mówią, że czekał na właściwą kobietę,” powiedziała z uśmiechem. „Może w końcu ją znalazł.”

Nie wiem, co o tym myśleć. Jestem wdową, cudzoziemką, bez posagu i pozycji. Boaz to jeden z najbogatszych ludzi w Betlejem. Z pewnością mógłby poślubić każdą kobietę, jaką by zechciał.

Ale dziś, gdy pracowałam wśród jęczmienia, złapałam się na tym, że myślę o nim – o jego łagodnych oczach, o jego silnych dłoniach, o jego głosie, gdy mówi do mnie „moja córko”. I zastanawiam się, czy mogłoby być coś więcej.

Muszę porozmawiać z Noemi.

MIESIĄC IJAR, DZIEŃ 2

Żniwa jęczmienne dobiegają końca. Wkrótce rozpoczną się żniwa pszeniczne. Noemi powiedziała, że powinnam nadal chodzić na pole Boaza, trzymać się jego dziewcząt, zbierać kłosy aż do końca żniw.

Wczoraj wieczorem, gdy siedziałyśmy przy lampie oliwnej, Noemi powiedziała coś, co mnie zaskoczyło. „Córko moja, czy nie powinnam ci szukać spokojnego miejsca, gdzie byłabyś szczęśliwa? Oto Boaz, nasz krewny, z którego dziewczętami byłaś, będzie dziś w nocy wiał jęczmień na klepisku. Umyj się więc i namaść, nałóż swoje najlepsze szaty i zejdź na klepisko. Nie daj się jednak poznać temu człowiekowi, dopóki nie skończy jeść i pić. A gdy się położy, ty zauważ miejsce, gdzie się kładzie, podejdź, odkryj miejsce przy jego nogach i połóż się. On ci powie, co masz czynić.”

Jej słowa mnie zszokowały. To, co proponowała, wydawało się śmiałe, nawet ryzykowne. Ale Noemi wyjaśniła mi, że jest to sposób dania Boazowi do zrozumienia, że jeśli chce, może wypełnić prawo lewiratu i poślubić mnie jako wdowę po jego krewnym. „To nie jest nic niestosownego,” zapewniła mnie. „To stary zwyczaj naszego ludu. Rozciągnięcie płaszcza nad kobietą jest symbolicznym gestem wzięcia jej pod opiekę, poślubienia jej.”

Nie wiem, czy starczy mi odwagi, by to zrobić. Ale ufam Noemi. I ufam Boazowi, że nic złego mi nie zrobi.

Jutro odbędzie się świętowanie zakończenia żniw jęczmiennych. Jutro wieczorem… jutro wieczorem wszystko się zmieni.

MIESIĄC IJAR, DZIEŃ 3

Nie spałam całą noc. Nie jestem w stanie uporządkować myśli. Moje serce nadal bije jak szalone, gdy wspominam wydarzenia ostatniej nocy.

Zrobiłam, jak radziła Noemi. Umyłam się, namaściłam olejkami, włożyłam swoją najlepszą suknię – tę, w której wyszłam za Machliona. Czesałam długo włosy, wplatając w nie wstążkę, którą dała mi Tirsa. Gdy byłam gotowa, Noemi spojrzała na mnie i powiedziała: „Jesteś piękna, córko. Idź z odwagą.”

Klepisko Boaza znajdowało się niedaleko od pól, na otwartej przestrzeni, gdzie wiatr pomagał oddzielić ziarno od plew. Wieczorem mężczyźni świętowali koniec żniw – jedli, pili, śpiewali pieśni dziękczynne dla Pana. Obserwowałam to z daleka, ukryta w cieniu, nie chcąc, by mnie zobaczono.

Gdy księżyc wzniósł się wysoko na niebie, a mężczyźni, najedzeni i zmęczeni, zaczęli kłaść się spać pod gołym niebem, wypatrzyłam Boaza. Położył się na skraju, blisko sterty jęczmienia. Czekałam, aż jego oddech stał się miarowy, a potem podeszłam cicho, odkryłam miejsce przy jego nogach i położyłam się.

O północy Boaz drgnął i przewrócił się. Odkrył, że kobieta leży u jego stóp.

„Kto ty jesteś?” zapytał szeptem.

„To ja, Rut, twoja służebnica,” odpowiedziałam, a mój głos drżał z emocji. „Rozciągnij skraj swego płaszcza nade mną, bo jesteś moim odkupicielem.”

Przez chwilę milczał, a moje serce biło tak głośno, że bałam się, iż usłyszy je cały obóz. A potem powiedział coś, co rozwiało mój strach i napełniło mnie nadzieją.

„Błogosławiona bądź, moja córko, przez Pana! Jeszcze lepiej niż za pierwszym razem okazałaś swą miłość, bo nie zabiegałaś o młodzieńców, biednych czy bogatych. Teraz, moja córko, nie bój się! Uczynię wszystko, o co prosisz, gdyż wszyscy w mieście wiedzą, że jesteś dzielną kobietą.”

Jego słowa, wypowiedziane z czułością i szacunkiem, sprawiły, że łzy napłynęły mi do oczu. Ale potem dodał coś, co przypomniało mi o komplikacjach naszej sytuacji.

„Lecz jest krewny bliższy ode mnie. Pozostań tu na noc, a rankiem, jeśli on zechce cię wykupić, dobrze, niech wykupi. Lecz jeśli nie zechce cię wykupić, ja cię wykupię, na życie Pana! Śpij aż do rana.”

Spałam u jego stóp do świtu, czując się bezpieczna i chroniona jak nigdy wcześniej. Przed wschodem słońca Boaz obudził mnie łagodnie, mówiąc: „Wstań, zanim ktokolwiek będzie mógł rozpoznać drugiego, aby nie mówiono, że kobieta przyszła na klepisko.”

A potem powiedział: „Podaj okrycie, które masz na sobie, i trzymaj je.” Gdy je rozłożyłam, nasypał do niego sześć miar jęczmienia, mówiąc: „Nie wracaj z pustymi rękami do swojej teściowej.”

Wróciłam do domu, gdy pierwsze promienie słońca dotykały murów Betlejem. Noemi czekała na mnie, niecierpliwa i pełna nadziei.

„Jak ci poszło, moja córko?” zapytała, a ja opowiedziałam jej wszystko, co się wydarzyło.

Gdy skończyłam, Noemi pokiwała głową z zadowoleniem. „Czekaj spokojnie, moja córko, aż dowiesz się, jak sprawa się rozstrzygnie, gdyż ten człowiek nie spocznie, dopóki nie załatwi dzisiaj tej sprawy.”

I tak siedzę teraz, nie mogąc znaleźć sobie miejsca, czekając na wieści, które mogą zmienić moje życie na zawsze.

MIESIĄC IJAR, DZIEŃ 4

Dziś moje życie zmieniło się bezpowrotnie. Zostałam żoną Boaza.

Wszystko wydarzyło się tak szybko, że nadal wydaje mi się to snem. Boaz poszedł do bramy miejskiej wcześnie rano i usiadł tam, gdzie odbyły się wszystkie oficjalne sprawy. Gdy przechodził ów bliższy krewny, o którym mówił, zawołał go i poprosił, by usiadł. Wziął też dziesięciu mężów spośród starszych miasta na świadków.

Boaz przedstawił sprawę krewnemu: Noemi sprzedaje dział pola, który należał do Elimelecha. Jeśli krewny chce skorzystać z prawa wykupu, pole będzie jego.

Krewny odpowiedział: „Ja go odkupię.”

Wtedy Boaz dodał: „W dniu, kiedy kupisz pole z rąk Noemi, kupisz również mnie, Rut Moabitkę, wdowę po zmarłym, aby zachować jego imię na jego dziedzictwie.”

Na to krewny odpowiedział: „Nie mogę skorzystać z prawa wykupu, bo mógłbym zaszkodzić mojemu dziedzictwu. Skorzystaj z mojego prawa wykupu, bo ja nie mogę tego uczynić.” I zdjął swój sandał, przekazując go Boazowi na znak przekazania prawa wykupu.

A Boaz powiedział do starszych i całego ludu: „Jesteście dziś świadkami, że nabyłem z ręki Noemi wszystko, co należało do Elimelecha i wszystko, co należało do Kiliona i Machliona. A także Rut Moabitkę, wdowę po Machlionie, nabyłem za żonę, aby zachować imię zmarłego na jego dziedzictwie, aby imię zmarłego nie zginęło wśród jego braci ani w bramie jego miasta.”

Zebrani przy bramie odpowiedzieli: „Jesteśmy świadkami. Niech Pan uczyni kobietę, która wejdzie do twego domu, podobną do Racheli i Lei, które zbudowały dom Izraela. Stań się możny w Efrata i zdobądź rozgłos w Betlejem! Niech twój dom przez potomstwo, które da ci Pan z tej młodej kobiety, będzie jak dom Peresa, którego Tamar urodziła Judzie!”

A potem… potem Boaz przyprowadził mnie do swojego domu. Zawarliśmy małżeństwo według zwyczajów ludu Izraela. Noemi była przy nas, jej twarz jaśniała szczęściem, jakiego nie widziałam od czasu śmierci jej synów.

Nigdy nie sądziłam, że moje życie potoczy się w ten sposób. Gdy opuszczałam Moab, szłam w nieznane, wiedziona tylko miłością do Noemi. Nie szukałam nowego męża, nowego życia, nowej pozycji. Chciałam tylko być wierną swojej przysiędze, swojej teściowej, swojemu nowemu Bogu.

A teraz jestem żoną jednego z najszlachetniejszych ludzi w Betlejem. Jestem panią wielkiego domu, mam pod opieką służbę, pola, stada. Ale największym skarbem jest miłość Boaza – jego czułość, jego szacunek, jego oddanie.

Dziś wieczorem, gdy zostaliśmy sami, Boaz wziął moje dłonie w swoje i powiedział: „Od pierwszego dnia, gdy zobaczyłem cię na moim polu, wiedziałem, że jesteś wyjątkowa. Twoja lojalność wobec Noemi, twoja pracowitość, twoja godność mimo trudnych okoliczności – wszystko to zdobyło moje serce. Ale dopiero gdy przyszłaś do mnie na klepisko, zrozumiałem, że to, co czuję, to miłość.”

Czy to możliwe? Czy ja, Moabitka, wdowa bez posagu, zasłużyłam na taką miłość? Na takie szczęście?

Jedyne, co mogę zrobić, to dziękować Panu za Jego dobroć i miłosierdzie, za to, że wyprowadził mnie z pustki i smutku do pełni i radości. I przyrzec sobie, że będę dobrą żoną dla Boaza, dobrą córką dla Noemi, dobrą służebnicą dla mojego Boga.

MIESIĄC SZEWAT, DZIEŃ 15

Minęło dziewięć miesięcy od mojego ślubu z Boazem. Dziewięć miesięcy szczęścia, spokoju, dostatku. Ale dziś – dziś moje szczęście osiągnęło pełnię, jakiej nie śmiałam nawet marzyć.

Dzisiaj urodziłam syna.

Poród był długi i trudny. Kobiety z Betlejem mówiły, że to dlatego, że to moje pierwsze dziecko, że mam wąskie biodra, że jestem już nie najmłodsza. Ale żadne z tych wyjaśnień nie miało znaczenia, gdy położono mi na piersi to maleńkie, czerwone, krzyczące istnienie.

Mój syn. Owoc miłości mojej i Boaza. Dziedzic imienia Machliona, Elimelecha. Pociecha dla Noemi.

Boaz płakał, gdy po raz pierwszy wziął go na ręce. „Mój syn,” powtarzał, dotykając jego malutkiej twarzy, jego drobnych paluszków, jego ciemnych włosków. „Mój syn.”

A potem przyszła Noemi, a jej oczy były jak gwiazdy, jak księżyc w pełni, jak niebo o świcie – pełne światła i życia.

„Daj mi go,” powiedziała, wyciągając ręce. I położyłam jej mojego syna na kolanach, a ona objęła go z czułością, z jaką matka obejmuje dziecko.

Kobiety, które pomagały mi przy porodzie, kobiety z naszej dzielnicy, które przyszły świętować narodziny, powiedziały do Noemi: „Błogosławiony Pan, który nie zostawił cię dziś bez odkupiciela! Niech jego imię będzie sławne w Izraelu! On będzie dla ciebie pociechą i żywicielem w twojej starości. Urodziła go bowiem twoja synowa, która cię kocha i która jest dla ciebie więcej warta niż siedmiu synów.”

A potem nadały mu imię: Obed, „Sługa Pana.” Obed, syn Boaza i Rut. Obed, dziedzic Machliona i Elimelecha. Obed, wnuk Noemi.

Gdy patrzę na niego teraz, śpiącego spokojnie w swoim malutkim łóżeczku, gdy patrzę na Boaza siedzącego obok mnie, na Noemi stojącą w drzwiach z uśmiechem na twarzy, czuję, że moje serce może pęknąć ze szczęścia.

Kto by pomyślał, że ja, Rut z Moabu, znajdę nowy dom, nową rodzinę, nowe życie w obcej ziemi?

Kto by pomyślał, że moja droga, która zaczęła się od żałoby i straty, doprowadzi mnie do takiej radości i pełni?

Kto by pomyślał, że z garści kłosów zebranych na polu obcego człowieka wyrośnie nowe życie, nowa nadzieja, nowa przyszłość?

Pan jest dobry. Pan jest miłosierny. Pan wynagradza wierność i miłość stokrotnie. Pan daje nadzieję tam, gdzie wydaje się, że nie ma nadziei. Pan daje życie tam, gdzie była tylko śmierć. Pan daje pełnię tam, gdzie była tylko pustka.

I za to będę mu wdzięczna do końca moich dni.


Zapisy w tym dzienniku zostały odnalezione wiele lat później przez Isajasza, syna Obeda, wnuka Rut i Boaza, a ojca Jessego, który był ojcem króla Dawida. Isajasz przepisał je na nowy zwój i przekazał swojemu synowi, by ten nigdy nie zapomniał o swojej prababce, o jej wierze, jej lojalności, jej miłości. By pamiętał, że w żyłach królewskiego rodu Judy płynie również krew cudzoziemki, Moabitki, która wybrała Boga Izraela i została przez Niego wybrana, by być matką dynastii, z której miał narodzić się Mesjasz.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Księga Rut. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *