PIEŚNI PUSTYNI
Opowieść Eliela, syna Heziela, z pokolenia Dana
Rozdział 1: Narodziny w piasku
Nazywam się Eliel, syn Heziela z pokolenia Dana. Moi rodzice mówią, że urodziłem się podczas drugiego roku wędrówki, w miesiącu Nisan, gdy kwiaty na pustyni kwitną po zimowych deszczach. Był to czas, gdy nadzieja na szybkie dotarcie do Ziemi Obiecanej była jeszcze żywa, choć pierwsze rozczarowania już zaczęły kiełkować.
Nie znam Egiptu. Nigdy nie widziałem jego drapaczy chmur, jak nazywa je mój ojciec – tych wielkich kamiennych budowli sięgających nieba. Nigdy nie czułem na plecach bicza egipskiego nadzorcy. Nigdy nie lepiłem cegieł z gliny i słomy pod palącym słońcem, ani nie widziałem wód Nilu zmieniających się w krew.
Moim światem zawsze była pustynia – bezkresne połacie piasku i skał, okazjonalne oazy, góry wyrastające nagle z płaskiego terenu jak strażnicy jakiegoś zapomnianego królestwa. Znam smak manny – chleba z nieba, który zbieramy każdego ranka oprócz szabatu. Znam dźwięk wiatru szumiącego przez obozowisko, niosącego piasek, który dostaje się wszędzie – do jedzenia, do odzieży, pomiędzy palce u stóp, do uszu i oczu.
Moja matka, Adina, często opowiada mi o Egipcie, choć jej wspomnienia są gorzkie. Mówi o ciasnych, brudnych kwartałach, w których mieszkali Hebrajczycy. O ciężkiej pracy od świtu do zmierzchu. O strachu, który towarzyszył im każdego dnia – strachu przed nadzorcami, przed faraonem, przed kolejnym dekretem, który mógłby jeszcze bardziej utrudnić ich życie.
Ale opowiada też o rzeczach, za którymi tęskni – o domach zbudowanych z prawdziwych cegieł, które nie trzeba było rozkładać i składać co kilka dni. O świeżych rybach z Nilu, o cebuli, czosnku i melonach, które rosły w żyznej ziemi nad rzeką. O pewnej stabilności, nawet jeśli była to stabilność niewoli.
Mój ojciec, Heziel, mówi mniej o Egipcie. Gdy matka wspomina smak ryb i świeżych warzyw, on zaciska szczęki i odchodzi. Dla niego Egipt to tylko zniewolenie, cierpienie i śmierć. To grób, z którego Adonaj nas wyciągnął potężną ręką. Nocami czasem słyszę, jak krzyczy przez sen – są to krzyki człowieka, który nosi w sobie blizny niewidoczne dla oczu.
Jestem dzieckiem pustyni, dzieckiem wolności i tułaczki. Nie znam innego życia niż rozkładanie i składanie namiotów, zbieranie manny o świcie, słuchanie stu trzydziestu tysięcy ludzi modlących się jednocześnie do Adonaj, obserwowanie słupa ognia w nocy i słupa dymu w dzień, które prowadzą nas przez piaski.
Nie wiem, czy jestem szczęśliwy. Nie mam z czym porównać mojego życia. Ale jestem wolny – to jedno wiem na pewno. I ta wolność jest darem i przekleństwem, jak mówi mój nauczyciel, Itamar. Jest darem, bo możemy czcić naszego Boga bez strachu. Jest przekleństwem, bo wolność niesie odpowiedzialność, a my, Hebrajczycy, dopiero uczymy się, co to znaczy.
Mam osiem lat i tylko tyle pamiętam. Oto moja historia – historia dziecka urodzonego pomiędzy Egiptem a Kanaanem, dziecka, które nie zna ani niewoli, ani ziemi mlekiem i miodem płynącej. Dziecka, które ma tylko pustynię, mannę i obietnicę.
Rozdział 2: Manna i przepiórki
Manna spada każdego ranka, oprócz szabatu. Jest jak szron na ziemi, drobna i biała. Smakuje jak placki z miodem, choć niektórzy mówią, że dla nich smakuje inaczej – jak ulubione danie z dzieciństwa, jak coś, za czym tęsknią. Dla mnie to po prostu manna – jedyny chleb, jaki znam.
Wstaję zawsze przed świtem wraz z moim ojcem, matką i moim młodszym bratem Baruchem. Wychodzimy z namiotu, uważając, by nie obudzić babci Sary, która śpi dłużej z powodu swoich starych kości, jak mówi. Powietrze o tej porze jest chłodne, czasem nawet zimne. Pustynia jest miejscem skrajności – paląca w dzień, lodowata w nocy.
Każda rodzina wychodzi zebrać mannę dla siebie. Zbieramy ją do koszy wyplatanych z trzciny, którą znaleźliśmy przy oazach. Jeden omer na osobę – taka jest zasada. Nie więcej, nie mniej. Kto próbuje zebrać więcej, odkrywa, że i tak ma tylko tyle, ile potrzebuje. Kto zbiera mniej, także ma wystarczająco. To jeden z cudów Adonaj, które stały się dla nas codziennością.
– Pamiętaj, Elielu – mówi mi ojciec, gdy zbieramy – manna jest lekcją zaufania. Każdego dnia musimy ufać, że Adonaj zapewni nam pożywienie. Nie możemy gromadzić na zapas, nie możemy polegać na własnych zapasach. Tylko na Nim.
To trudna lekcja dla ludzi, którzy byli niewolnikami. W Egipcie, jak mówi matka, zawsze myśleli o jutrze, zawsze ukrywali trochę jedzenia na czarną godzinę. Zawsze żyli w strachu, że będzie za mało. Teraz muszą uczyć się żyć dzień po dniu, ufając, że Bóg zapewni wszystko, czego potrzebują.
Tylko w szósty dzień zbieramy podwójną porcję – na ten dzień i na szabat, siódmy dzień, dzień odpoczynku. Manna zebrana szóstego dnia nie psuje się przez noc, choć w każdy inny dzień staje się robaczywa i śmierdząca, jeśli próbujemy ją przechować.
Oprócz manny, czasem trafiają się nam przepiórki. Przychodzą wieczorem, zmęczone lotem, łatwe do złapania nawet dla dzieci. Ich mięso jest delikatne i słodkie, a dla wielu starszych jest to smak, który przypomina im życie przed pustynią. Dla mnie to po prostu smak święta – nie jemy przepiórek codziennie, tylko czasami, gdy Bóg je przysyła.
Pewnego razu, gdy byłem młodszy, zapytałem ojca, czy w Ziemi Obiecanej też będzie manna.
– Nie, synu – odpowiedział, a w jego głosie było coś, czego nie rozumiałem. – W Kanaanie będziemy sami uprawiać zboże. Będziemy orać ziemię, siać ziarno, zbierać plony. Będziemy jeść chleb, który sami zrobimy, z mąki, którą sami zmielimy, z ziarna, które sami wyhodujemy.
Brzmiało to dziwnie. Jak można jeść coś, co nie pochodzi bezpośrednio od Boga?
– Ale dlaczego, abba? Czy manna nie jest lepsza? Czy Bóg nie mógłby nadal nam jej dawać?
Ojciec uśmiechnął się, ale jego oczy pozostały poważne.
– Manna jest dla pustyni, Elielu. Jest dla ludu, który jest w drodze. W Kanaanie nie będziemy już wędrowcami – będziemy mieli domy, pola, winnice. Będziemy pracować na swoje utrzymanie.
– Ale czy to nie jest trudniejsze? – zapytałem. – Czy nie lepiej po prostu wyjść i zebrać mannę?
– Łatwiejsze? Może. Lepsze? Nie – pokręcił głową. – Adonaj nie chce, byśmy na zawsze pozostali dziećmi, które tylko wyciągają ręce i czekają, aż ktoś wypełni je jedzeniem. Chce, byśmy dorośli, byśmy nauczyli się pracować i tworzyć, byśmy kształtowali świat własnymi rękami.
Nie byłem pewien, czy rozumiem. Albo czy mi się to podoba. Manna wydawała się idealna – nie trzeba było się o nią martwić, nie trzeba było jej uprawiać, zawsze była dokładnie taka, jakiej potrzebowaliśmy.
– Nie martw się – dodał ojciec, widząc moją zdezorientowaną minę. – Kanaan będzie piękny na swój sposób. I nauczysz się cieszyć pracą własnych rąk. To także jest dar od Adonaj – możliwość tworzenia, nie tylko otrzymywania.
Czasami, gdy jem mannę, zastanawiam się, czy kiedykolwiek przyzwyczaję się do innego chleba. Do chleba, który trzeba siać, zbierać, mielić, piec. Do chleba, który nie pojawia się po prostu na ziemi każdego ranka, jak dar z nieba.
Szabat jest jedynym dniem, gdy nie zbieramy manny. Jest to dzień odpoczynku, dzień poświęcony Adonaj. Cały obóz zamiera – nie rozpala się ognia, nie gotuje, nie zbiera się drewna, nie wykonuje żadnej pracy. Tylko modlitwa, odpoczynek i radość z obecności Boga wśród nas.
Lubię szabat. Lubię, jak ojciec śpiewa pieśni i recytuje błogosławieństwa. Lubię, jak matka zapala świece, które osłania dłońmi, by nie zgasły na pustynnym wietrze. Lubię, jak Baruch zadaje pytania, na które nie zawsze znamy odpowiedzi, ale które sprawiają, że ojciec się uśmiecha i mówi, że jego syn będzie kiedyś wielkim nauczycielem.
W szabat przypominamy sobie, że nie jesteśmy niewolnikami, którzy muszą pracować bez przerwy. Jesteśmy ludem Adonaj, ludem, który może odpoczywać, wiedząc, że świat nie zawali się, jeśli przestaniemy pracować na jeden dzień. Jesteśmy ludem, który ufa, że Bóg zapewni nam wszystko, czego potrzebujemy.
W szabat przypominamy sobie, że nawet Bóg odpoczywał po stworzeniu świata. I jeśli On mógł odpocząć, tym bardziej my powinniśmy.
Rozdział 3: Namiot Spotkania
W centrum naszego obozowiska stoi Namiot Spotkania – Miszkan. Jest to miejsce, gdzie Adonaj mieszka wśród nas, gdzie Jego chwała spoczywa pomiędzy złotymi cherubinami umieszczonymi na Arce Przymierza.
Miszkan jest ogromny w porównaniu z naszymi namiotami, ale i tak wydaje się zbyt mały, by pomieścić Boga, który stworzył niebo i ziemię. Mój nauczyciel Itamar mówi, że Miszkan nie jest po to, by ograniczać Boga, ale by dać nam miejsce, gdzie możemy Go spotykać. By przypominać nam, że choć jest On wszędzie, to szczególnie obecny jest wśród swojego ludu.
Nigdy nie byłem w środku Miszkanu – tylko kapłani mogą tam wchodzić, a ja nie jestem z rodu Aarona. Ale widziałem go z zewnątrz wiele razy. Jest zbudowany z akacji pokrytej złotem, z zasłon z najlepszego lnu, z purpury, szkarłatu i błękitu. Nawet na pustyni, gdzie wszystko jest szare i brązowe, Miszkan jaśnieje kolorami jak kwiat na piasku.
Wokół Miszkanu zawsze jest aktywność – kapłani wchodzą i wychodzą, składają ofiary, palą kadzidło. Ludzie przychodzą ze swoimi darami, ze swoimi modlitwami, ze swoimi prośbami. Czasami przychodzą też z wyznaniem grzechów i ofiarami przebłagalnymi.
Mój ojciec często mnie tam zabiera. Mówi, że powinienem przyzwyczaić się do obecności Adonaj, do Jego świętości, do Jego praw. Mówi, że nasza relacja z Bogiem jest tym, co odróżnia nas od innych narodów – nie nasze bogactwo, nie nasza potęga, ale to, że Stwórca wszechświata wybrał nas jako swój lud.
– Patrz, Elielu – mówi, wskazując na dym unoszący się z ołtarza. – Ten ogień nigdy nie gaśnie. Nawet gdy się przemieszczamy, kapłani przenoszą go ze sobą. To symbol obecności Adonaj – zawsze z nami, nigdy nie gasnący, prowadzący nas przez ciemność.
Czasami, gdy stoję wystarczająco blisko, słyszę Mojżesza rozmawiającego z Bogiem. Nie słyszę słów Adonaj – te są tylko dla uszu Mojżesza. Ale słyszę głos naszego przywódcy – czasami błagalny, czasami zdenerwowany, czasami pełen radości. On rozmawia z Bogiem jak przyjaciel z przyjacielem, twarzą w twarz, jak mówią starsi.
Zastanawiam się, jak to jest rozmawiać z Bogiem. Czy Jego głos jest jak grzmot? Czy jak szept? Czy mówi w naszym języku, czy w jakimś niebiańskim dialekcie, którego musiał nauczyć się Mojżesz? Czy odpowiada na wszystkie pytania, czy niektóre pozostawia bez odpowiedzi?
Pewnego dnia, gdy byłem przy Miszkanie z ojcem, zobaczyłem Mojżesza wychodzącego z namiotu. Jego twarz jaśniała dziwnym światłem, jakby odbijała promienie słońca, choć słońce już zachodziło. Zasłaniał twarz welonem, ale nawet przez materiał widać było blask.
– Dlaczego jego twarz tak świeci, abba? – zapytałem.
– Bo rozmawiał z Adonaj – odpowiedział ojciec. – Nikt nie może zobaczyć Boga i pozostać przy życiu, ale Mojżesz widzi tyle, ile człowiek może znieść. I to światło, ten blask, to odblask chwały Adonaj.
Myślałem o tym przez wiele dni. Jak to jest patrzeć w twarz Boga? Jak to jest nosić Jego światło na swojej skórze, w swoich oczach? Czy to boli? Czy to daje radość? Czy zmienia człowieka na zawsze?
Itamar mówi, że każdy z nas spotyka Boga na swój sposób. Niektórzy, jak Mojżesz, spotykają Go twarzą w twarz. Inni, jak Jozue, słyszą Go przez usta proroków. Jeszcze inni, jak większość z nas, spotykają Go w Jego przykazaniach, w Jego Torze, w Jego prowadzeniu przez pustynię.
– Ale każde spotkanie z Adonaj zmienia nas – dodaje. – Może nie tak dramatycznie jak Mojżesza, może nie tak, by inni to zauważyli. Ale wewnątrz, w naszych sercach, jesteśmy inni po każdym spotkaniu z Nim.
Czasami, gdy leżę w namiocie przed zaśnięciem, próbuję rozmawiać z Adonaj. Nie jak Mojżesz, twarzą w twarz, ale w swoich myślach, w swoim sercu. Opowiadam Mu o swoim dniu, o swoich lękach, o swoich marzeniach. Nie wiem, czy mnie słucha. Nie wiem, czy odpowiada. Ale czuję się inaczej po tych rozmowach – spokojniejszy, bardziej pewny, że nawet na pustyni nie jestem sam.
Miszkan przypomina mi, że choć wędrujemy, choć nie mamy domów zbudowanych z cegieł i kamieni, to mamy coś ważniejszego – mamy Boga, który wędruje z nami, który rozbija swój namiot pośród naszych namiotów, który dzieli z nami pustynię.
Rozdział 4: Wąż miedziany
Kiedy miałem sześć lat, wydarzyło się coś, co zapamiętałem na zawsze – plaga węży.
Nie pamiętam dokładnie, co się stało, dlaczego Adonaj zesłał na nas tę karę. Dorośli mówili coś o narzekaniu, o niewdzięczności, o tęsknocie za Egiptem. Mówili, że lud szemrał przeciwko Bogu i Mojżeszowi, że narzekał na mannę, że tęsknił za jedzeniem, które mieli w niewoli.
Pamiętam tylko, że pewnego ranka obudziłem się w namiocie i usłyszałem krzyki. Nie zwykłe krzyki – nie kłótnie ani wołania, ale krzyki przerażenia i bólu. Krzyki, które mrożą krew w żyłach, które sprawiają, że serce zatrzymuje się na chwilę.
Mój ojciec wybiegł z namiotu, krzycząc do mnie i Barucha, byśmy zostali w środku. Matka przytuliła nas do siebie, jej ciało drżało, choć starała się wyglądać na spokojną.
– Co się dzieje, ima? – zapytałem.
– Węże – odpowiedziała cicho. – Jadowite węże wszędzie w obozie. Ludzie są kąsani.
Baruch zaczął płakać, wtulając twarz w szatę matki. Ja też się bałem, ale byłem zbyt zszokowany, by płakać. Węże? W obozie? Jak to możliwe? Widywaliśmy węże na pustyni, ale zawsze z daleka, zawsze mogliśmy ich uniknąć. A teraz były wszędzie?
Przez szczelinę w namiocie widziałem, co się dzieje na zewnątrz. Ludzie biegali w panice, niektórzy leżeli na ziemi, wijąc się z bólu. A wśród nich pełzały węże – brązowe, szybkie, jadowite.
Ojciec wrócił po kilku godzinach. Był blady, na jego czole perliły się krople potu.
– Ludzie umierają – powiedział do matki, myśląc, że nie słyszymy. – Wielu już nie żyje. Jad działa szybko.
– Co zrobimy? – zapytała matka, a w jej głosie słyszałem strach, który starała się ukryć przed nami.
– Mojżesz modli się do Adonaj o ratunek – odpowiedział ojciec. – Tylko On może nas teraz ocalić.
Siedzieliśmy w namiocie cały dzień, bojąc się wyjść. Słyszeliśmy krzyki, płacz, modlitwy. Słyszeliśmy, jak imiona zmarłych są przekazywane z namiotu do namiotu, jak rodziny opłakują swoich bliskich, jak plemiona liczą swoje straty.
A potem, pod wieczór, usłyszeliśmy nowy dźwięk – dźwięk nadziei. Mojżesz otrzymał odpowiedź od Adonaj. Miał wykonać węża z miedzi i umieścić go na palu. Każdy, kto został ukąszony, miał spojrzeć na miedzianego węża i zostać uleczony.
To brzmiało jak magia, jak zabobon. Jak patrzenie na metalową figurę mogło wyleczyć jadowite ukąszenie? Ale kiedy twoi przyjaciele i sąsiedzi umierają wokół ciebie, nie kwestionujesz ratunku, niezależnie od tego, jak dziwny może się wydawać.
Mojżesz szybko wykonał węża z miedzi. Był to długi, błyszczący wąż, zawieszony na wysokim palu, widoczny z każdego miejsca w obozie. I wydarzył się cud – ci, którzy byli ukąszeni i spojrzeli na miedzianego węża, zostali ocaleni. Jad przestawał działać, rany goiły się, życie wracało do umierających.
Mój przyjaciel Beniamin został ukąszony. Widziałem go później, bladego, ale żywego, z czerwonym śladem na nodze, tam gdzie kły węża przebiły jego skórę.
– Jak to było? – zapytałem go, gdy był już wystarczająco silny, by rozmawiać. – Patrzeć na węża i zostać uzdrowionym?
Zamyślił się.
– To było dziwne – powiedział w końcu. – Czułem, jak jad rozprzestrzenia się w moim ciele. Było gorąco, bolało, myślałem, że umieram. A potem mój ojciec zaniósł mnie do miedzianego węża, podniósł moją głowę, bym mógł go zobaczyć. I gdy na niego spojrzałem… – zamknął oczy, jakby próbując przypomnieć sobie dokładnie to uczucie. – Poczułem chłód. Jakby coś zimnego przepływało przez moje ciało, wypychając jad. I po chwili mogłem znowu oddychać, ból zaczął ustępować, gorączka spadła.
– Ale dlaczego wąż? – zastanawiałem się. – Dlaczego Adonaj wybrał węża jako symbol uzdrowienia, skoro to węże nas zaatakowały?
– Nie wiem – wzruszył ramionami. – Może to była lekcja? Może Adonaj chciał nam pokazać, że nawet to, co nas zabija, może nas ocalić, jeśli On tak zdecyduje?
Ta myśl została ze mną na długo. Nawet teraz, ilekroć czuję strach, przypominam sobie miedzianego węża. Przypominam sobie, że to, co wydaje się naszą zgubą, może stać się naszym ratunkiem w rękach Adonaj.
Plaga węży ustała równie nagle, jak się zaczęła. W ciągu jednego dnia węże zniknęły, jakby nigdy ich nie było. Ale miedziany wąż pozostał – zabraliśmy go ze sobą, gdy ruszyliśmy dalej. Jest przypomnieniem – przypomnieniem kary, ale także miłosierdzia. Przypomnieniem, że Adonaj może zarówno karać, jak i leczyć.
Czasami, gdy przechodzimy obok miedzianego węża, widzę, jak dorośli dotykają swoich blizn – tych, które pozostawiły węże na ich skórze. I widzę w ich oczach mieszankę strachu i wdzięczności. Strach przed gniewem Boga, wdzięczność za Jego miłosierdzie.
I zastanawiam się, ile jeszcze takich lekcji czeka nas na pustyni. Ile jeszcze bólów i uzdrowień, ile kar i przebaczenia, ile śmierci i nowego życia. I czy my, dzieci pustyni, będziemy pamiętać te lekcje, gdy wejdziemy do Ziemi Obiecanej, czy zapomnimy je tak szybko, jak zapomnieli nasi rodzice o niewoli egipskiej.
Rozdział 5: Opowieści przy ognisku
Wieczorem, gdy słońce zachodzi i pustynia staje się zimna, zbieramy się wokół ognisk. Nie tylko moja rodzina, ale kilka rodzin razem – sąsiedzi, przyjaciele, krewni. Siedzimy blisko siebie dla ciepła, dla bezpieczeństwa, dla towarzystwa. I opowiadamy historie.
Lubię te wieczory najbardziej. Lubię słuchać opowieści starszych – o Egipcie, o plagach, o przejściu przez morze, o wszystkim, czego nie pamiętam, bo urodziłem się później. Lubię patrzeć na twarze dorosłych oświetlone ciepłym blaskiem ognia, gdy wspominają minione dni. Lubię słyszeć głos mojego ojca, gdy opowiada o tym, jak zobaczył morze rozdzielające się przed nimi, tworząc suchą drogę po jego dnie.
– Wody stały jak ściany po obu stronach – mówi, a jego oczy jaśnieją w świetle ognia. – Jak ściany z kryształu. Widziałem ryby pływające w nich, jakby były uwięzione w szkle. A dno morza było suche pod naszymi stopami. Suche jak pustynia. I przeszliśmy na drugą stronę – wszyscy, cały lud, z naszymi dziećmi, naszymi zwierzętami, naszym dobytkiem.
– A Egipcjanie? – pyta zawsze ktoś z młodszych dzieci, nawet jeśli wszyscy znamy tę historię.
– Egipcjanie poszli za nami – kontynuuje ojciec. – Ich rydwany i jeźdźcy weszli do morza. Ale gdy ostatni z nas stanął na drugim brzegu, wody się zamknęły. Zamknęły się nad faraonem i jego armią jak wielkie dłonie klaszczące. I gdy znów spojrzeliśmy na morze, było spokojne, jakby nic się nigdy nie wydarzyło.
Ta historia zawsze wywołuje westchnienia zachwytu i strachu. Zachwyt nad mocą Adonaj, strach przed Jego sądem.
Moja matka zazwyczaj opowiada o wyjściu z Egiptu – o pośpiechu, o strachu, o nadziei. O chlebie, którego nie zdążyli zakwasić. O kosztownościach, które dali im Egipcjanie, by tylko odeszli. O płaczu pierwszej nocy na pustyni – gdy wszyscy zdali sobie sprawę, że nie ma już odwrotu, że zostawili za sobą wszystko, co znali, że idą w nieznane.
– Byliśmy jak noworodki – mówi, kołysząc Barucha, który zazwyczaj zasypia w jej ramionach podczas tych opowieści. – Wyrwani z łona Egiptu, obolali, krzyczący, przerażeni nowością świata wokół nas. Ale także pełni życia, pełni możliwości. Wolni po raz pierwszy.
Itamar, mój nauczyciel, opowiada o Synaju. O gromach i błyskawicach, o górze spowite dymem, o głosie Boga, który był jak trąba i jak grzmot jednocześnie. O Mojżeszu, który wchodził w chmurę i wychodził z niej z kamiennymi tablicami, na których wypisane były słowa samego Adonaj.
– To nie były tylko słowa – mówi Itamar, a jego oczy są poważne, jego głos pełen czci. – To był sam Bóg, dający się nam poznać. Jego wola, Jego drogi, Jego przymierze z nami. Nikt nigdy wcześniej nie otrzymał takiego daru. Żaden naród nie słyszał głosu Boga przemawiającego z ognia, jak my słyszeliśmy, i przeżył.
A potem są opowieści o Abrahamie, Izaaku i Jakubie – o naszych przodkach, o początkach naszego ludu. O tym, jak Abraham usłyszał głos Adonaj, wzywający go, by opuścił dom swego ojca i poszedł do ziemi, którą mu wskaże. O tym, jak otrzymał obietnicę, że jego potomkowie będą liczni jak gwiazdy na niebie i jak piasek na brzegu morza. O tym, jak Izaak został związany na ołtarzu i ocalony przez anioła. O tym, jak Jakub walczył z aniołem i otrzymał nowe imię – Izrael, „ten, który walczył z Bogiem”.
Te historie są jak nasze korzenie – sięgające głęboko w przeszłość, trzymające nas mocno, gdy wszystko inne się chwieje. Są jak mapa, pokazująca nam, skąd przychodzimy i dokąd idziemy. Są jak zwierciadło, w którym widzimy siebie – nie jako przypadkowych tułaczy na pustyni, ale jako dzieci obietnicy, jako lud przymierza.
Czasami opowiadają też o miejscu, do którego zmierzamy – o Kanaanie, Ziemi Obiecanej. O kraju mlekiem i miodem płynącym, o winnicach, których nie sadziliśmy, o domach, których nie budowaliśmy, ale które będą nasze. O górach i dolinach, o rzekach i jeziorach, o lasach pełnych dzikich zwierząt.
Te opowieści brzmią jak baśnie dla nas, dzieci pustyni. Jak można wyobrazić sobie miejsce tak różne od piasków i skał, które znamy? Jak smakuje miód? Jak wygląda winnica? Jak to jest mieszkać w domu, który się nie przemieszcza?
– Kanaan nie jest baśnią – mówi mój ojciec, gdy widzi moje niedowierzanie. – To prawdziwe miejsce. Miejsce, które Adonaj obiecał Abrahamowi i jego potomkom na wieki. Miejsce, które czeka na nas.
– Ale dlaczego tak długo wędrujemy? – pytam. – Dlaczego nie idziemy tam od razu?
Na to pytanie zawsze zapada cisza. Dorośli wymieniają spojrzenia, jakby nie wiedzieli, co odpowiedzieć. Albo jakby wiedzieli, ale nie chcieli powiedzieć.
W końcu to zazwyczaj Itamar przerywa milczenie.
– Ponieważ nie byliśmy gotowi – mówi. – Ponieważ nadal mieliśmy serca niewolników, choć nasze ciała były wolne. Ponieważ zwątpiliśmy w obietnicę Adonaj, gdy stanęliśmy na granicy Kanaanu i usłyszeliśmy o wielkich miastach i potężnych ludach, które tam mieszkają.
– Ale ty i ojciec jesteście gotowi, prawda? – pytam. – Wy wierzycie w obietnicę Adonaj?
Znów wymiana spojrzeń, znów cisza. A potem mój ojciec mówi łagodnie:
– Staramy się, Elielu. Każdego dnia się staramy. Dlatego przestrzegamy przykazań, dlatego uczymy ich ciebie, dlatego opowiadamy te historie. By być gotowym, gdy nadejdzie czas.
Te wieczorne opowieści są jak iskry w ciemności pustyni. Rozświetlają przeszłość i przyszłość, pokazują nam, kim byliśmy i kim możemy się stać. Są jak obietnica, że mimo wędrówki, mimo trudności, mimo niepewności – jest cel, jest znaczenie, jest plan.
I nawet jeśli nie rozumiem wszystkiego, nawet jeśli czasami wydaje się, że dorośli sami nie rozumieją wszystkiego – te opowieści dają mi poczucie przynależności. Jestem częścią czegoś większego niż ja sam. Jestem dzieckiem pustyni, ale także dziedzicem obietnicy. Jestem Elielem, synem Heziela, z pokolenia Dana, z ludu Izraela, z nasienia Abrahama, z przymierza Adonaj.
I może nigdy nie widziałem Egiptu, może nigdy nie widziałem Kanaanu. Ale przez te opowieści są one równie realne jak piasek pod moimi stopami i gwiazdy nad moją głową.
Rozdział 6: Wyklęcie
Gdy miałem siedem lat, byłem świadkiem czegoś, czego nie rozumiałem wtedy i co wciąż mnie niepokoi – wyklęcia człowieka, który złamał szabat.
Było to zwykłe sobotnie popołudnie. Wszyscy odpoczywaliśmy, jak nakazuje prawo. Nikt nie pracował, nikt nie rozpalał ognia, nikt nie zbierał manny. Siedziałem z rodzicami przed namiotem, słuchając, jak ojciec opowiada historię o stworzeniu świata – jak Adonaj pracował przez sześć dni, a siódmego odpoczywał.
Nagle usłyszeliśmy zamieszanie. Krzyki, wołania, tupot nóg. Ojciec wstał, nakazując nam zostać na miejscu, i poszedł zobaczyć, co się dzieje. Wrócił po chwili, z twarzą bladą i zaciskając usta.
– Co się stało, abba? – zapytałem.
– Ktoś złamał szabat – odpowiedział krótko. – Zbierał drewno.
Nie rozumiałem, dlaczego to wywołało takie poruszenie. Oczywiście, znałem przykazanie o szabacie, wiedziałem, że nie wolno pracować. Ale zbieranie drewna? Czy to było aż tak straszne?
– Co z nim zrobią? – zapytałem.
Ojciec spojrzał na matkę, jakby szukając u niej wsparcia. Ale ona tylko odwróciła wzrok.
– Nie wiem – powiedział w końcu. – Mojżesz pyta Adonaj o wyrok.
Tego wieczora, gdy szabat się skończył, cały obóz zebrał się na otwartej przestrzeni poza namiotami. Staliśmy w ciszy, gdy Mojżesz wyszedł przed lud. Jego twarz była surowa, jego oczy ciemne od zmartwienia.
– Tak mówi Adonaj – ogłosił głosem, który niósł się po całym obozie. – Ten, kto zbezcześcił szabat, musi umrzeć. Kamienowanie go cały lud na zewnątrz obozu.
Zapadła cisza tak głęboka, że słyszałem bicie własnego serca. Kamienowanie? Śmierć za zbieranie drewna? To wydawało się… niewspółmierne. Niesprawiedliwe. Okrutne.
– Abba – szepnąłem, ciągnąc ojca za rękaw. – Dlaczego? Dlaczego musi umrzeć?
Ojciec nie odpowiedział od razu. Jego twarz była zamknięta, napięta. W końcu powiedział cicho:
– Szabat jest znakiem przymierza między nami a Adonaj. Jest święty. Kto go bezcześci, bezcześci samo przymierze.
Ale to nie był dla mnie wystarczający powód. Nie rozumiałem, jak zbieranie drewna mogło być tak strasznym grzechem, by zasługiwać na śmierć.
Straże przyprowadziły mężczyznę – zwykłego człowieka, nie wyróżniającego się niczym szczególnym. Miał może czterdzieści lat, brodę lekko przyprószoną siwizną, ręce zniszczone pracą. Był blady, ale nie prosił o litość. Szedł z podniesioną głową, patrząc prosto przed siebie.
Wyprowadzili go poza obóz. Tłum poszedł za nimi, jak rzeka płynąca za swoim korytem. Ja też poszedłem, choć rodzice próbowali mnie zatrzymać. Musiałem zobaczyć, musiałem zrozumieć.
Na pustynnym piasku, z dala od namiotów, zatrzymali się. Mężczyzna stał pośrodku, otoczony kręgiem ludzi. Mojżesz wystąpił naprzód i powiedział coś do niego – nie słyszałem co, byłem zbyt daleko. Mężczyzna skinął głową, potem uklęknął na piasku.
Pierwszy kamień rzucił jeden ze starszych. Potem kolejny i kolejny. Wkrótce powietrze wypełniło się świstem kamieni i głuchym odgłosem uderzeń. Mężczyzna upadł, ale kamienie wciąż leciały. Aż w końcu przestał się ruszać, a piasek wokół niego nasiąkł krwią.
Wróciłem do namiotu sam, nie czekając na rodziców. Byłem w szoku. Nigdy wcześniej nie widziałem śmierci – a już na pewno nie takiej śmierci. Nie mogłem zrozumieć, jak Adonaj, który dawał nam mannę każdego ranka, który rozdzielił morze, który prowadził nas słupem ognia i dymu, mógł żądać takiej kary za złamanie szabatu.
Gdy rodzice wrócili, nie odzywałem się. Nie wiedziałem, co powiedzieć, jak wyrazić to, co czułem. Ojciec usiadł obok mnie, położył dłoń na moim ramieniu.
– Wiem, że to trudne do zrozumienia, Elielu – powiedział cicho. – Uwierz mi, dla mnie też.
– Więc dlaczego? – szepnąłem. – Dlaczego on musiał umrzeć?
Ojciec westchnął głęboko.
– Nie wszystkie drogi Adonaj są dla nas zrozumiałe – powiedział. – Ale jesteśmy Jego ludem, związanym z Nim przymierzem. Przymierze ma swoje prawa, swoje błogosławieństwa i swoje przekleństwa. Gdybyśmy mogli łamać te prawa bez konsekwencji, co byłoby warte przymierze?
Nie miałem odpowiedzi. Nie byłem pewien, czy chcę być częścią przymierza, które wymaga takiej ceny za zbieranie drewna w szabat.
– Nie sądź Adonaj zbyt surowo, synu – dodał ojciec. – Pamiętaj, że to On wyprowadził nas z niewoli, to On daje nam mannę każdego dnia, to On prowadzi nas przez pustynię. Jego sprawiedliwość jest doskonała, nawet jeśli my jej nie rozumiemy.
Ale tej nocy, leżąc w ciemności, wciąż widziałem twarz mężczyzny – zwykłego człowieka, który popełnił błąd i zapłacił za to życiem. I po raz pierwszy zadawałem sobie pytanie, czy chcę służyć Bogu, który wymaga takiego posłuszeństwa, czy być częścią ludu, który wykonuje takie wyroki.
Pytania te zostają ze mną do dziś. Nie mówię o nich głośno – nie chcę być postrzegany jako wątpiący, jako buntownik. Ale są w moim sercu, jak ciernie, które kłują, gdy dotykam wiary.
I czasami, gdy kładę się spać, zastanawiam się, czy Adonaj słyszy te pytania, czy widzi moje wątpliwości. I czy jest na mnie zły za nie, czy może rozumie, że dla dziecka urodzonego na pustyni, dla dziecka, które zna tylko mannę i namioty, które słyszało tylko opowieści o Egipcie i Kanaanie – dla takiego dziecka niektóre rzeczy są trudne do zrozumienia.
Rozdział 7: Spis ludności i Ziemia Obiecana
Gdy miałem osiem lat, przeprowadzono drugi spis ludności. Pierwszy miał miejsce tuż po wyjściu z Egiptu, jeszcze zanim się urodziłem. Ten drugi miał być przygotowaniem do wejścia do Ziemi Obiecanej – do policzenia wojowników, do podziału ziemi między plemiona, do ustalenia, kto przeżył wędrówkę przez pustynię.
Mojżesz i Eleazar, syn Aarona, stali u wejścia do Miszkanu. Przed nimi ustawiła się długa kolejka mężczyzn – każdy podchodził, podawał swoje imię, imię ojca, przynależność do rodu i plemienia. Skrybowie zapisywali wszystko na zwojach papirusu, starannie licząc każdego mężczyznę powyżej dwudziestu lat, zdolnego do walki.
Mój ojciec też tam poszedł. Pamiętam, jak wrócił, z mieszanką smutku i dumy na twarzy.
– Co się stało, abba? – zapytałem. – Czy wszystko w porządku?
Skinął głową, siadając ciężko obok nas.
– Tak, wszystko dobrze. Zostałem policzony, zarejestrowany. Gdy wejdziemy do Kanaanu, otrzymamy nasz dział ziemi.
– Więc dlaczego wyglądasz na smutnego? – dociekałem.
Ojciec spojrzał na mnie, potem na mojego młodszego brata, potem na moją matkę. Jego oczy były pełne emocji, których nie potrafiłem zrozumieć.
– Ponieważ z tych, którzy zostali policzeni w pierwszym spisie, tuż po wyjściu z Egiptu, prawie nikt nie żyje. Nikt z nich nie wejdzie do Ziemi Obiecanej, z wyjątkiem Jozuego, syna Nuna, i Kaleba, syna Jefunnego.
– Dlaczego? – zapytałem zaskoczony. – Co się z nimi stało?
– Umarli tutaj, na pustyni – odpowiedział ojciec. – Tak jak powiedział Adonaj, po buncie przy Kadesz-Barnea. Pokolenie niewolników, które nie wierzyło, że możemy zdobyć Ziemię Obiecaną, które chciało wrócić do Egiptu – to pokolenie musiało umrzeć na pustyni. Tylko ich dzieci – wasze pokolenie – wejdą do Kanaanu.
To było dziwne uczucie – wiedzieć, że jestem częścią nowego pokolenia, pokolenia, które nie zna niewoli, które nie widziało Egiptu, które wierzy w obietnicę Adonaj. Pokolenia, które wejdzie do Kanaanu.
– A ty, abba? – zapytałem. – Ty też wejdziesz do Kanaanu?
Na twarzy ojca pojawił się dziwny uśmiech – pełen nadziei i rezygnacji jednocześnie.
– Tak, synu. Ja byłem jeszcze dzieckiem podczas pierwszego spisu. Byłem zbyt młody, by być liczonym wśród wojowników. Byłem zbyt młody, by ponosić odpowiedzialność za bunt. Więc ja też wejdę do Kanaanu. Razem z tobą, z Baruchem, z twoją matką. Razem rozpoczniemy nowe życie w ziemi, którą Adonaj obiecał naszym przodkom.
Pamiętam, jak poczułem ulgę, słysząc te słowa. Nie mogłem sobie wyobrazić wejścia do nowego kraju bez rodziców. Nie mogłem sobie wyobrazić, by zostali na pustyni, by umarli tutaj, jak tysiące innych.
Spis ludności trwał wiele dni. Każdego dnia długie kolejki mężczyzn czekały, by być policzonymi. Każdego dnia skrybowie zapisywali imiona, rody, plemiona. I każdego dnia narastało w obozie poczucie, że coś się kończy, a coś innego się zaczyna – że era pustyni dobiega końca, a era Ziemi Obiecanej jest tuż za rogiem.
Wieczorami dorośli rozmawiali o tym, co będzie dalej. O tym, jak podzielą ziemię, gdzie będą mieszkać, co będą uprawiać. O bitwach, które będą musieli stoczyć, o miastach, które będą musieli zdobyć, o ludach, które będą musieli wypędzić.
Dla mnie to wszystko brzmiało jak kolejna opowieść przy ognisku – fascynująca, ale odległa. Nie mogłem sobie wyobrazić życia innego niż to, które znałem. Nie mogłem sobie wyobrazić domu, który się nie przemieszcza, jedzenia, które nie spada z nieba, wody, która nie wypływa ze skały.
– Jak to będzie, abba? – zapytałem pewnego wieczoru. – Życie w Kanaanie?
Ojciec zamyślił się, patrząc w ogień.
– Będzie inne – powiedział w końcu. – Będziesz miał swój kawałek ziemi, swoje stado, swój dom zbudowany z kamienia i drewna. Będziesz siał ziarno i zbierał plony. Będziesz sadził winnicę i czekał, aż przyniesie owoce. Będziesz żył w jednym miejscu, wśród swoich braci, w bezpieczeństwie.
– A co z manną? – zapytał Baruch, który słuchał naszej rozmowy.
– Manna się skończy – odpowiedział ojciec. – Gdy wejdziemy do Kanaanu, gdy zjemy pierwszy chleb upieczony z ziarna zebranego w naszej nowej ziemi, manna przestanie spadać. Nie będziemy jej już potrzebować.
– A co ze słupem ognia i dymu? – zapytałem. – Skąd będziemy wiedzieć, dokąd iść?
– Nie będziemy musieli nigdzie iść – uśmiechnął się ojciec. – Będziemy już w domu.
Dom. To słowo brzmiało dziwnie w moich uszach. Dom dla mnie zawsze był tam, gdzie rozbiliśmy namiot, gdzie zatrzymaliśmy się na kilka dni czy tygodni. Dom był miejscem tymczasowym, przechodnim, zmiennym. A teraz miał być czymś stałym, niezmiennym, trwałym.
– Czy będzie tam Miszkan? – zapytałem. – Czy Adonaj nadal będzie mieszkał wśród nas?
– Tak – potwierdził ojciec. – Miszkan pójdzie z nami. A później, jak mówi Mojżesz, zbudujemy świątynię – wielki dom dla Adonaj, ze złota i kamienia, piękniejszy niż Miszkan, trwały jak góry Kanaanu. I Adonaj będzie mieszkał wśród nas, jak obiecał.
To brzmiało jak marzenie – jak wizja innego świata, innego życia, innego sposobu bycia. Świata, którego nie znałem, życia, którego nie rozumiałem, sposobu bycia, który był mi obcy.
Ale gdy patrzyłem na twarz ojca, na jego oczy pełne nadziei i wiary, czułem, że może, może ten świat też może stać się mój. Może ja, dziecko pustyni, też mogę nauczyć się żyć w kraju mlekiem i miodem płynącym.
Rozdział 8: Śmierć Mojżesza
Słupy dymu i ognia zatrzymały się nad górą Nebo. Obóz rozłożył się u jej podnóża, jak zawsze, namioty ustawione według plemion, Miszkan w centrum. Ale tym razem było inaczej – było napięcie w powietrzu, był smutek, było oczekiwanie.
Mojżesz miał umrzeć.
Nikt nie powiedział tego głośno, przynajmniej nie mnie. Ale słyszałem szepty dorosłych, widziałem ich spojrzenia, czułem ich niepokój. Mojżesz, nasz przywódca, człowiek, który wyprowadził nas z Egiptu, który rozmawiał z Bogiem twarzą w twarz, który dał nam Torę – miał nas opuścić. I to tuż przed wejściem do Ziemi Obiecanej, którą tak długo nam obiecywał.
To wydawało się niesprawiedliwe. Dlaczego nie mógł wejść z nami? Dlaczego nie mógł zobaczyć spełnienia obietnicy, o której mówił przez czterdzieści lat?
– Dlaczego, abba? – zapytałem ojca, gdy siedzieliśmy przed namiotem, patrząc na górę Nebo. – Dlaczego Mojżesz musi umrzeć teraz?
Ojciec westchnął, jego twarz była poważna.
– Z powodu wód Meriba – powiedział. – Pamiętasz tę historię?
Skinąłem głową. Oczywiście, że pamiętałem. To była jedna z opowieści przy ognisku, jedna z historii o buncie ludu, o gniewie Adonaj, o miłosierdziu, które zawsze następowało po karze.
Było to w Kadesz, wiele lat temu, jeszcze zanim się urodziłem. Ludowi zabrakło wody, zaczęli narzekać, oskarżali Mojżesza, że wyprowadził ich z Egiptu, by umarli na pustyni. Mojżesz i Aaron poszli przed Miszkan, padli na twarz przed Adonaj. Bóg powiedział Mojżeszowi, by przemówił do skały, a da wodę. Ale Mojżesz, zmęczony, sfrustrowany ciągłym narzekaniem ludu, nie przemówił do skały – uderzył w nią swoją laską. Dwa razy. Woda wypłynęła, ludzie i ich zwierzęta pili, ale…
– Ale Mojżesz i Aaron nie uświęcili imienia Adonaj przed ludem – powiedział ojciec, kończąc moją myśl. – Nie okazali Bogu szacunku, nie wykonali dokładnie tego, co im nakazał. Dlatego Adonaj powiedział, że nie wprowadzą ludu do Ziemi Obiecanej.
Pamiętałem resztę historii. Aaron umarł pierwszy, na górze Hor. Teraz przyszła kolej na Mojżesza.
– To takie… surowe – powiedziałem po chwili. – Za jedno przewinienie.
Ojciec pokiwał głową.
– Tak może się wydawać – zgodził się. – Ale Mojżesz nie był zwykłym człowiekiem. Był naszym przywódcą, naszym prorokiem, tym, który rozmawiał z Bogiem twarzą w twarz. Był najbliżej Adonaj ze wszystkich ludzi. A im bliżej jesteś Boga, tym bardziej musisz uważać na swoje czyny. Bo lud patrzy na ciebie, naśladuje cię, uczy się od ciebie. Jeśli ty nie szanujesz Boga, jak oni mają Go szanować?
To miało sens, choć wciąż wydawało mi się smutne. Mojżesz poprowadził lud przez czterdzieści lat, przez wszystkie trudności, przez wszystkie wyzwania. A teraz, gdy cel był tak blisko, nie mógł go osiągnąć.
Następnego dnia Mojżesz zwołał cały lud. Stał przed nami, stary, ale wciąż silny, jego oczy wciąż pełne ognia, jego głos wciąż donośny. Mówił długo – powtarzał Prawo, przypominał o przymierzu, ostrzegał przed bałwochwalstwem, zachęcał do wierności Adonaj.
– Dzisiaj kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo – powiedział, a jego głos niósł się nad całym obozem. – Wybierzcie życie, abyście żyli, wy i wasze potomstwo, miłując Adonaj, waszego Boga, słuchając Jego głosu i lgnąc do Niego, bo On jest waszym życiem i długością waszych dni, abyście mogli mieszkać w ziemi, którą Adonaj przysiągł dać waszym ojcom, Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi.
Potem przekazał władzę Jozuemu, synowi Nuna. Położył ręce na jego głowie, pobłogosławił go, nakazał mu być silnym i odważnym. A lud przysiągł, że będzie słuchał Jozuego, tak jak słuchał Mojżesza.
A potem Mojżesz odszedł. Sam, bez asysty, bez świadków. Wspiął się na górę Nebo, na szczyt Pisga, który wznosi się naprzeciw Jerycha. I więcej go nie widzieliśmy.
Adonaj pokazał mu całą ziemię – od Gileadu aż po Dan, cały Naftali, ziemię Efraima i Manassesa, całą ziemię Judy aż do Morza Zachodniego, Negeb, okolicę doliny Jerycha, miasta palm, aż do Zoar. Pokazał mu Ziemię Obiecaną w całej jej rozciągłości, w całej jej piękności. Ale Mojżesz mógł ją tylko zobaczyć, nie mógł do niej wejść.
I tam, na górze Nebo, w ziemi Moabu, Mojżesz, sługa Adonaj, umarł, według słowa Adonaj. I pochował go Bóg w dolinie, w ziemi Moabu, naprzeciw Bet-Peor, a nikt nie zna miejsca jego grobu aż do dzisiaj.
Mojżesz miał sto dwadzieścia lat, gdy umarł. Jego oko nie było przyćmione ani jego siła nie zmalała. Opłakiwaliśmy go przez trzydzieści dni. Cały lud płakał, nawet ci, którzy często narzekali na niego, nawet ci, którzy wątpili w jego przywództwo. Bo bez względu na wszystko, był naszym Mojżeszem, naszym przywódcą, naszym prorokiem. Człowiekiem, który pokazał nam drogę z niewoli do wolności.
A po tych dniach żałoby Jozue, syn Nuna, pełen ducha mądrości, bo Mojżesz włożył na niego ręce, przejął przywództwo nad ludem. I słuchaliśmy go, jak nakazał Adonaj Mojżeszowi.
– I nigdy więcej nie powstał w Izraelu prorok podobny do Mojżesza, którego Adonaj znał twarzą w twarz – powiedział Itamar, zamykając księgę, w której zapisana była historia Mojżesza.
Ale ja myślałem o czymś innym. Myślałem o tym, że jedyny przywódca, jakiego znaliśmy, odszedł. Że człowiek, który rozmawiał z Bogiem twarzą w twarz, który otrzymał Torę, który wyprowadził nas z Egiptu – już go nie ma. Że wchodzimy do Ziemi Obiecanej bez niego, pod przywództwem Jozuego, który jest wielkim wojownikiem, ale nie jest Mojżeszem.
I zastanawiałem się, czy poradzimy sobie. Czy podołamy wyzwaniu, które przed nami stoi. Czy my, dzieci pustyni, będziemy potrafili zdobyć Kanaan, osiedlić się w nim, zbudować nowe życie. Czy my, którzy znamy tylko mannę i namioty, potrafimy uprawiać ziemię, budować domy, zakładać winnice.
Ale potem przypomniałem sobie słowa Mojżesza, które powtarzał tak często – że nie jesteśmy sami, że Adonaj jest z nami, że Jego obietnica jest pewna, że Jego przymierze jest wieczne.
I pomyślałem, że może, może będzie dobrze. Może my, dzieci pustyni, poradzimy sobie w Kanaanie. Może ja, Eliel, syn Heziela, z pokolenia Dana, znajdę swoje miejsce w Ziemi Obiecanej.
Rozdział 9: Na granicy
Stoję na wschodnim brzegu Jordanu, patrząc na drugą stronę, na Ziemię Obiecaną. Jest wieczór, słońce zachodzi, rzucając ostatnie promienie na wody rzeki, na pola i wzgórza po drugiej stronie. To jest Kanaan – ziemia mlekiem i miodem płynąca, ziemia, o której mówiły opowieści przy ognisku, ziemia, dla której opuściliśmy Egipt, dla której wędrowaliśmy przez czterdzieści lat po pustyni.
Jest tak blisko, na wyciągnięcie ręki, a jednocześnie oddzielona od nas wodami Jordanu. Jutro przejdziemy rzekę. Jutro rozpocznie się nowe życie.
Obóz za mną tętni życiem – wszyscy przygotowują się do przeprawy. Pakują namioty, zbierają swój dobytek, organizują zwierzęta. Kapłani przygotowują Arkę Przymierza, która poprowadzi nas przez wody, tak jak kiedyś słup ognia i dymu prowadził nas przez pustynię.
Ten wieczór jest inny niż wszystkie poprzednie wieczory mojego życia. Jest pełen oczekiwania, pełen nadziei, ale także strachu. Bo to, co nas czeka po drugiej stronie, jest nieznane. Dla mnie, dla wszystkich dzieci pustyni, to będzie zupełnie nowy świat.
– O czym myślisz, Elielu? – słyszę głos mojego ojca, który podszedł i stanął obok mnie.
– O jutrze – odpowiadam szczerze. – O przejściu przez Jordan. O Kanaanie.
Ojciec kiwa głową, jego oczy też są skierowane na drugą stronę rzeki.
– Ja również – mówi cicho. – Myślę o tym, jak bardzo zmieni się nasze życie. Jak bardzo wszystko będzie inne.
– Boisz się? – pytam, zanim zdążę się powstrzymać. To pytanie wydaje mi się niestosowne – ojciec jest dorosły, jest silny, jest głową rodziny. Jak mógłby się bać?
Ale ku mojemu zaskoczeniu, ojciec nie zaprzecza.
– Tak – przyznaje. – Boję się. Nie wyzwań, które nas czekają – wierzę, że Adonaj da nam siłę, by im sprostać. Ale boję się… boję się, że możemy zapomnieć.
– Zapomnieć o czym?
– O wszystkim, czego nauczyliśmy się na pustyni – odpowiada, a jego głos jest cichy, poważny. – O codziennym zaufaniu Adonaj, o życiu dniem dzisiejszym, o zależności od Niego we wszystkim. Na pustyni było to łatwe – nie mieliśmy wyboru. Manna spadała z nieba, woda wypływała ze skały, słup ognia i dymu pokazywał nam drogę. Ale w Kanaanie? Gdy będziemy mieli swoje pola, swoje domy, swoje zapasy? Gdy nie będziemy musieli codziennie ufać, że Bóg zapewni nam jedzenie na następny dzień? Co wtedy?
Nie myślałem o tym wcześniej, ale teraz, gdy ojciec to powiedział, rozumiem jego obawy. Pustynia nauczyła nas pokory, nauczyła nas zależności od Adonaj, nauczyła nas, że nic nie jest nasze, wszystko jest darem. Czy będziemy pamiętać te lekcje, gdy będziemy sami uprawiać ziemię, sami budować domy, sami zapewniać sobie pożywienie?
– Dlatego Mojżesz tak często powtarzał, że mamy pamiętać – kontynuuje ojciec. – „Pamiętaj na wszystkie drogi, którymi prowadził cię Adonaj, twój Bóg, przez te czterdzieści lat na pustyni.” „Strzeż się, byś nie zapomniał o Adonaj, twoim Bogu.” „Gdy wejdziesz do ziemi dobrej… gdy będziesz jadł i nasycisz się… strzeż się, byś nie zapomniał o Adonaj, który wyprowadził cię z ziemi egipskiej, z domu niewoli.”
Cytuję za nim, znając na pamięć te słowa, które Mojżesz powtarzał tak często przed swoją śmiercią.
– „Gdy zbudujesz piękne domy i w nich zamieszkasz, gdy twoje stada i twoje trzody się rozmnożą, a twoje srebro i złoto się rozmnoży, i wszystko, co masz, się rozmnoży, wtedy twoje serce może stać się wyniosłe i możesz zapomnieć o Adonaj, twoim Bogu, który wyprowadził cię z ziemi egipskiej, z domu niewoli…”
Ojciec uśmiecha się, słysząc, że pamiętam te słowa.
– Dobrze, synu – mówi, kładąc rękę na moim ramieniu. – Pamiętaj te słowa. Zawsze. Nawet gdy będziesz stary, nawet gdy będziesz miał własne dzieci i wnuki, nawet gdy pustynia będzie dla ciebie tylko odległym wspomnieniem. Pamiętaj, skąd przyszliśmy, pamiętaj, co Adonaj dla nas uczynił, pamiętaj Jego przykazania i Jego nauki.
Patrzę na drugą stronę Jordanu, na ziemię, która ma być naszym domem, naszym dziedzictwem, naszą przyszłością. Myślę o polu, które będzie należało do naszej rodziny, do pokolenia Dana. Myślę o domu, który zbudujemy, o ziarnach, które zasiejemy, o winach, które będziemy pić.
Ale myślę też o pustyni, która była moim domem przez osiem lat. O mannie, która była moim chlebem. O namiocie, który był moim schronieniem. O słupie ognia i dymu, który był moim przewodnikiem. O Miszkanie, który był miejscem obecności Adonaj.
I decyduję w swoim sercu, że nie zapomnę. Że będę pamiętał lekcje pustyni, nawet gdy będę żył w krainie mlekiem i miodem płynącej. Że będę uczył swoich dzieci i wnuki o wyjściu z Egiptu, o wędrówce przez pustynię, o cudach Adonaj, o Jego przykazaniach i Jego naukach.
Bo jestem Elielem, synem Heziela, z pokolenia Dana. Jestem dzieckiem pustyni, ale wkrótce będę też dzieckiem Kanaanu. Jestem dziedzicem obietnicy, nosicielem przymierza, strażnikiem Tory. I nie zapomnę.
Rozdział 10: Przekroczenie Jordanu
Ranek jest jasny i czysty, gdy budzi mnie głos rogu obwieszczający początek przeprawy. Wychodzimy z namiotu – ja, moi rodzice, mój brat Baruch, moja babcia Sara. Demontujemy namiot po raz ostatni – to, co wkrótce będzie dla nas schronieniem, nie będzie już prowizorycznym domem z tkanin i żerdzi, ale solidną konstrukcją z kamienia i drewna.
Obóz jest jak mrowisko – setki tysięcy ludzi poruszają się, pakują, przygotowują się do przeprawy. Kapłani niosący Arkę Przymierza stoją na czele, gotowi poprowadzić lud przez wody Jordanu. Jozue, nasz nowy przywódca, idzie obok nich, jego twarz jest spokojna i zdecydowana.
– Gdy zobaczycie Arkę Przymierza Adonaj, waszego Boga, i kapłanów Lewitów niosących ją, wyruszcie ze swoich miejsc i idźcie za nią – ogłasza Jozue głosem, który niesie się nad całym obozem. – Ale zachowajcie między wami a nią odległość około dwóch tysięcy łokci. Nie zbliżajcie się do niej, abyście poznali drogę, którą macie iść, bo nie chodziliście tą drogą nigdy przedtem.
Kapłani ruszają naprzód, niosąc Arkę na drążkach na ramionach. Lud idzie za nimi, zachowując nakazaną odległość. Podchodzimy do brzegu Jordanu, który wzbiera o tej porze roku, jego wody są rwące i głębokie. I zastanawiam się, jak przejdziemy przez rzekę – nie ma mostu, nie ma łodzi, które mogłyby przewieźć tak wielu ludzi.
A potem dzieje się cud.
Gdy stopy kapłanów niosących Arkę dotykają wody, Jordan się zatrzymuje. Wody, które płyną z góry, zatrzymują się i piętrzą się jak ściana, daleko, przy mieście Adam, które leży obok Sartan. A te, które płyną w dół, do Morza Arabskiego, czyli Morza Słonego, opadają, zostają odcięte, a lud przechodzi naprzeciw Jerycha.
Kapłani niosący Arkę Przymierza Adonaj stają na suchym gruncie pośrodku Jordanu, a cały Izrael przechodzi po suchym gruncie, aż cały naród kończy przeprawę przez Jordan.
To jest jak powtórzenie cudu z Morzem Czerwonym, o którym słyszałem tyle razy w opowieściach przy ognisku. Tylko że tamtego cudu nie widziałem, a ten widzę na własne oczy. Widzę, jak wody się rozstępują, jak suche dno rzeki się odsłania, jak kapłani stoją niewzruszenie pośrodku, trzymając Arkę Przymierza, podczas gdy setki tysięcy ludzi przechodzą obok nich.
Mój ojciec trzyma mnie za rękę, gdy przechodzimy. Czuję piasek i kamienie pod stopami, tam gdzie jeszcze chwilę temu płynęła woda. Widzę ryby uwięzione w małych kałużach, wodorosty przylepione do kamieni, rzeczne rośliny wygięte w kierunku, w którym płynęła woda. Wszystko jest mokre, wszystko pachnie rzeką, ale jest sucho pod naszymi stopami.
– Pamiętaj ten moment, Elielu – mówi ojciec, ściskając moją dłoń. – Pamiętaj, jak Adonaj rozdzielił wody Jordanu, tak jak kiedyś rozdzielił wody Morza Czerwonego. Pamiętaj, jak przeprowadził nas suchą nogą, jak wprowadził nas do Ziemi Obiecanej. Pamiętaj i opowiadaj swoim dzieciom, i dzieciom swoich dzieci.
Gdy docieramy na drugi brzeg, odwracam się i patrzę na kapłanów, którzy wciąż stoją pośrodku Jordanu, trzymając Arkę. Wygląda to nierzeczywiste – wody spiętrzone po jednej stronie, suche koryto po drugiej, i ci ludzie w środku, nieruchomi, pewni, ufający, że Adonaj, który rozdzielił wody, nie pozwoli im się ponownie złączyć, dopóki oni tam stoją.
Jozue wybiera dwunastu mężczyzn, po jednym z każdego plemienia, w tym mojego wuja Eliaba z pokolenia Dana. Nakazuje im wrócić do środka Jordanu, do miejsca, gdzie stoją stopy kapłanów, i wziąć po jednym kamieniu. Dwanaście kamieni, które zostaną ustawione jako pomnik w miejscu, gdzie dzisiaj będziemy nocować, na zachodnim brzegu Jordanu. Jako znak dla przyszłych pokoleń, jako przypomnienie cudu, który dziś widzieliśmy.
– Gdy w przyszłości wasze dzieci zapytają was, mówiąc: „Co znaczą dla was te kamienie?”, odpowiecie im: „Wody Jordanu zostały odcięte przed Arką Przymierza Adonaj; gdy przechodziła przez Jordan, wody Jordanu zostały odcięte.” Te kamienie będą pamiątką dla Izraelitów na wieki – ogłasza Jozue.
Gdy wszyscy przeszli na zachodni brzeg, Jozue daje sygnał kapłanom, by wyszli z Jordanu, niosąc Arkę Przymierza. A gdy ich stopy stają na suchym lądzie, wody Jordanu wracają na swoje miejsce i płyną nad wszystkimi swoimi brzegami jak przedtem.
Ustawiamy dwanaście kamieni w Gilgal, na wschodnich przedmieściach Jerycha, gdzie rozbijamy obóz na pierwszą noc w Ziemi Obiecanej. To nie są zwykłe kamienie – są duże, ciężkie, wymagające siły kilku mężczyzn, by je przenieść. Będą stać tutaj przez pokolenia, będą świadczyć o cudzie, którego doświadczyliśmy, będą przypominać o wierności Adonaj, który spełnił swoją obietnicę.
Tej nocy, po raz pierwszy, śpimy w Kanaanie. W ziemi naszych przodków, w ziemi obietnicy, w ziemi, którą Adonaj przysiągł dać Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi. W ziemi, która ma być naszym dziedzictwem na wieki.
Jerycho jest blisko, widzimy jego mury z naszego obozowiska. Jest to pierwsze miasto, które musimy zdobyć, pierwsza przeszkoda na naszej drodze do zajęcia całego kraju. Ale tej nocy nie myślimy o bitwach, które nas czekają. Tej nocy świętujemy.
Jemy ostatnią mannę, którą zebraliśmy wczoraj rano, ostatniego dnia na pustyni. Jozue ogłasza, że jutro, w czternastym dniu pierwszego miesiąca, będziemy obchodzić Paschę – pierwszy raz w Ziemi Obiecanej. A następnego dnia po Passze manna przestanie spadać. Będziemy jeść z plonów tej ziemi – niekwaszony chleb i prażone ziarno.
Siedzę przy ognisku, słuchając opowieści mojego ojca i innych dorosłych. Ale tym razem opowieści są inne – nie o przeszłości, ale o przyszłości. Nie o tym, co było, ale o tym, co będzie. O ziemi, którą zajmiemy, o miastach, które zbudujemy, o życiu, które będziemy prowadzić.
– Jak myślisz, Elielu, co będziemy robić w Kanaanie? – pyta mnie ojciec, przerywając swoje opowiadanie.
Zastanawiam się przez chwilę.
– Będę pomagał ci uprawiać nasze pole – odpowiadam. – Będę się uczył od ciebie, jak siać ziarno, jak dbać o rośliny, jak zbierać plony. A potem, gdy dorosnę, będę miał własne pole, własny dom, własną rodzinę.
Ojciec uśmiecha się, zadowolony z mojej odpowiedzi.
– Tak, synu – mówi. – Ale pamiętaj, że nawet gdy będziesz uprawiał swoje pole, to Adonaj będzie dawał deszcz i słońce. Nawet gdy będziesz zbierał swoje plony, to On będzie dawał wzrost. I nawet gdy będziesz jadł chleb upieczony z ziarna, które sam zasiałeś, pamiętaj, że to On daje ci siłę, by to wszystko robić.
– Będę pamiętał, abba – obiecuję. – Będę pamiętał pustynię. Będę pamiętał mannę. Będę pamiętał wody Jordanu, które się rozstąpiły. Będę pamiętał wszystko, czego nauczyłem się w drodze do tej ziemi.
Mój ojciec przytula mnie, a ja czuję jego łzy na swoim policzku. Są to łzy wdzięczności, łzy ulgi, łzy radości. Łzy człowieka, który przeszedł długą drogę, który widział wielkie rzeczy, który dożył spełnienia obietnicy.
A ja, Eliel, syn Heziela, z pokolenia Dana, jestem świadkiem tego wszystkiego. Jestem świadkiem końca jednej ery i początku nowej. Jestem dzieckiem pustyni, które stało się dzieckiem Kanaanu. Jestem mostem między przeszłością a przyszłością, między Egiptem a Ziemią Obiecaną.
I obiecuję sobie, że nigdy nie zapomnę. Że będę pamiętał i opowiadał. Że będę strzegł przymierza, zachowywał Torę, czcił Adonaj. Że będę wdzięczny za mannę, za wodę ze skały, za słup ognia i dymu, za wszystkie cuda, których byłem świadkiem.
Bo historia mojego ludu jest też moją historią. A obietnica dana moim przodkom jest też moją obietnicą. I przymierze, które zawarł Adonaj z Izraelem, jest też moim przymierzem.
Jutro rozpoczniemy nowe życie. Jutro zaczniemy budować nowy dom. Jutro zaczniemy uprawiać nową ziemię.
Ale dzisiaj, w tej pierwszej nocy w Kanaanie, po prostu dziękuję. Dziękuję za podróż, która się zakończyła. Dziękuję za ziemię, która stała się naszym domem. Dziękuję za obietnicę, która została spełniona.
I wiem, że Adonaj, który był z nami na pustyni, będzie z nami także tutaj. Że Jego obecność, Jego opieka, Jego prowadzenie nie skończy się wraz z końcem naszej wędrówki.
Bo On jest Bogiem Abrahama, Izaaka i Jakuba. Bogiem Mojżesza i Jozuego. Bogiem pustyni i Kanaanu. Bogiem przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.
I jest także moim Bogiem. Bogiem Eliela, syna Heziela, z pokolenia Dana. Dziecka pustyni, które znalazło dom.
KONIEC