– relacja z góry Tabor
Z zapisków Szymona zwanego Piotrem, ucznia Jezusa z Nazaretu
Prolog
Nie jestem człowiekiem pióra. Moje dłonie nawykły do sieci rybackich, łodzi i ciężkiej pracy na Jeziorze Galilejskim. Jednak to, co zobaczyłem na górze Tabor, zmusza mnie do spisania tych słów, choć wiem, że żadne ludzkie słowa nie oddadzą w pełni tego, czego byłem świadkiem. Piszę to świadectwo dla przyszłych pokoleń, dla tych, którzy będą szli śladami naszego Mistrza, aby wiedzieli, że my, którzy chodziliśmy z Nim, widzieliśmy Jego chwałę.
Nazywam się Szymon, syn Jony, choć Nauczyciel nadał mi imię Piotr. Jestem jednym z dwunastu apostołów wybranych przez Jezusa z Nazaretu. To, co tutaj opisuję, wydarzyło się sześć dni po rozmowie w Cezarei Filipowej, gdzie nasz Nauczyciel pytał, za kogo ludzie Go uważają, a ja, natchniony przez Ojca, wyznałem, że jest Mesjaszem, Synem Boga żywego.
Wezwanie
Był późny wieczór, gdy Nauczyciel odciągnął mnie na bok, wraz z moim bratem Andrzejem oraz synami Zebedeusza – Jakubem i Janem. Pozostałych uczniów zostawił w wiosce u podnóża góry. Pamiętam, że był niezwykle skupiony i cichy, jakby przygotowywał się na coś ważnego.
„Chodźcie ze mną na górę” – powiedział po prostu, nie wyjaśniając powodu. Andrzeja ostatecznie zostawił z resztą uczniów, a nas trzech zabrał ze sobą.
Byłem zmęczony po całym dniu wędrówki, a wielka góra Tabor wznosiła się przed nami, majestatyczna i stroma. Jej szczyt, odcinający się na tle gwiaździstego nieba, zdawał się być niemal niedostępny. Zapadał już zmierzch, a wspinaczka nocą nie była ani bezpieczna, ani rozsądna. Jednak w oczach Nauczyciela płonął szczególny żar, którego nie śmiałem kwestionować.
„Rabbi, czemu akurat teraz mamy się tam wspinać?” – zapytał Jan, najmłodszy z nas, ale Jezus tylko położył mu dłoń na ramieniu i odpowiedział: „Zaufaj Mi.”
I tak zaczęliśmy naszą wspinaczkę, w milczeniu, pod osłoną nocy, podążając za sylwetką Nauczyciela, który poruszał się przed nami z zaskakującą pewnością, jakby wiedział dokładnie, dokąd nas prowadzi.
Wspinaczka
Droga była trudna. Strome zbocza góry Tabor, pokryte kamieniami i niskimi krzewami, stawały się coraz bardziej wymagające w miarę, jak wspinaliśmy się wyżej. Księżyc, wiszący nad nami niczym srebrna lampa zawieszona na niebie, dawał wystarczająco dużo światła, byśmy nie pobłądzili, ale i tak musieliśmy stąpać ostrożnie.
Jezus prowadził nas bez wahania, jakby wcześniej przemierzał tę drogę wielokrotnie. My, rybacy nawykli do łodzi i wody, nie do gór i stromych ścieżek, dyszeliśmy ciężko. Jakub kilka razy się potknął, a ja sam zastanawiałem się po cichu, czy mamy wystarczająco dużo sił, by dotrzeć na szczyt.
„Rabbi, daleko jeszcze?” – zapytałem w końcu, gdy pot spływał mi po czole mimo chłodu nocy.
„Niedaleko, Piotrze” – odpowiedział, nie zatrzymując się. „Tam, gdzie idziemy, trud wędrówki zostanie zapomniany.”
Zastanawiałem się, co miał na myśli. Czy na szczycie czekają na nas inni uczniowie? Czy może prorocy, o których czasem wspominał? Nie byłby to pierwszy raz, gdy Jezus spotykał się z ludźmi w tajemnicy, z dala od tłumów i faryzeuszy, którzy coraz częściej Go śledzili.
Im wyżej się wspinaliśmy, tym powietrze stawało się rzadsze i chłodniejsze. Nad nami rozciągało się bezkresne niebo, usiane gwiazdami jaśniejszymi, niż kiedykolwiek je widziałem. Poniżej, w dolinie, majaczyły światła wiosek – małe, odległe punkty ciepła w rozległej ciemności.
Na szczycie
Gdy w końcu dotarliśmy na szczyt góry Tabor, byliśmy wyczerpani. Jan usiadł natychmiast, opierając się o skałę, a Jakub zaczął rozglądać się dookoła, jakby szukając powodu, dla którego Nauczyciel przywiódł nas w to miejsce. Na szczycie nie było nikogo poza nami.
Miejsce to było płaskie, kamieniste, omiatane chłodnym wiatrem. Z każdej strony rozciągał się oszałamiający widok na żyzne doliny Galilei, na Jezioro Genezaret połyskujące w oddali jak srebrne zwierciadło, na góry Golan i dalej, aż po horyzont, gdzie, jak wiedziałem, leżała Syria i kraje za Jordanem.
Jezus stanął na środku płaskowyżu i spojrzał w niebo. Przez długą chwilę milczał, jakby wsłuchiwał się w ciszę, a potem oddalił się kilka kroków od nas i uklęknął do modlitwy.
„Co teraz?” – szepnął Jakub, ale nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Byliśmy przyzwyczajeni do tego, że Nauczyciel często odchodził, by się modlić, zwłaszcza nocą. Może to był jedyny powód naszej wyprawy – chwila osobistej modlitwy z dala od tłumów?
Usiedliśmy więc w milczeniu, obserwując klęczącą sylwetkę Jezusa, ciemną na tle rozgwieżdżonego nieba. Modlił się długo, a my, zmęczeni całodzienną wędrówką i wspinaczką, zaczęliśmy odczuwać senność. Moje powieki stawały się coraz cięższe, a myśli zaczęły błądzić pomiędzy jawą a snem.
Przemienienie
Nie wiem, czy zasnąłem na moment, czy też to, co nastąpiło, zdarzyło się tak nagle, ale w pewnej chwili cały szczyt góry zalało światło – nie złote światło wschodzącego słońca, nie srebrny blask księżyca, lecz światło nieznanego pochodzenia, jaśniejsze niż cokolwiek, co kiedykolwiek widziałem.
Zerwałem się na równe nogi, a obok mnie Jakub i Jan zrobili to samo. Źródłem tego nieziemskiego blasku był… sam Jezus.
Na moich oczach Nauczyciel się przemienił. Jego twarz jaśniała jak słońce w zenicie, a Jego szaty stały się lśniąco białe, bielsze niż śnieg, bielsze niż jakikolwiek folusznik na ziemi mógłby je wybielić. Były jak utkane ze światła, pulsujące blaskiem, którego nie sposób opisać ludzkimi słowami.
Ale to nie wszystko. Obok Niego, równie promieniejące światłem, pojawiły się dwie postacie. Nie wiem, skąd wiedziałem, kim są – może z ich wyglądu, może z rozmowy, którą prowadzili z Jezusem – ale rozpoznałem w nich Mojżesza i Eliasza, dwóch największych proroków naszego narodu.
Mojżesz – ten, który wyprowadził nasz lud z Egiptu, który rozmawiał z Bogiem twarzą w twarz i otrzymał Prawo na górze Synaj. Eliasz – potężny prorok, który nie zaznał śmierci, lecz został wzięty do nieba w ognistym rydwanie. Obaj stali teraz przed nami, rozmawiając z naszym Nauczycielem jak równy z równym.
Słyszałem fragmenty ich rozmowy, choć brzmiała ona jak szum wiatru i grzmot jednocześnie. Mówili o odejściu, które miało się wypełnić w Jerozolimie. Mówili o cierpieniu i chwale. Mówili językiem, który jednocześnie rozumiałem i nie rozumiałem – jak dźwięki z innego świata przełożone na ludzką mowę.
Moja reakcja
Stałem jak sparaliżowany, niezdolny do ruchu, czując, jak moje serce bije z taką siłą, że niemal rozsadza mi pierś. Obok mnie Jan ukrył twarz w dłoniach, oślepiony światłem, a Jakub padł na kolana, drżąc na całym ciele.
Nie wiem, co mną kierowało w tamtej chwili – może strach, może zachwyt, a może potrzeba zrobienia czegokolwiek, by przerwać to oszałamiające doświadczenie. Czułem się jak człowiek stojący na krawędzi przepaści, którego ciało instynktownie cofa się przed otchłanią, ale umysł pragnie skoczyć, by doświadczyć lotu.
„Rabbi!” – zawołałem, a mój głos zabrzmiał dziwnie piskliwie i słabo w porównaniu z majestatem rozgrywającej się sceny. „Dobrze, że tu jesteśmy! Postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza!”
Gdy tylko te słowa opuściły moje usta, poczułem ich niedorzeczność. Namioty? Jakie namioty? Dla kogo? Dla istot świetlistych, które stały przed nami? To było jak propozycja zbudowania klatki dla słońca czy uwięzienia wiatru w worku. Nie wiem, co myślałem – może chciałem, by ta chwila trwała wiecznie, może chciałem jakoś uczestniczyć w tym spotkaniu, a może po prostu bałem się milczenia.
Ewangeliści, którzy później spisali tę historię, powiedzą, że „nie wiedziałem, co mówię”. I rzeczywiście – nie wiedziałem. Słowa wypłynęły ze mnie jak ze źródła, którego nie kontrolowałem.
Obłok i Głos
Nie zdążyłem nawet skończyć swojej niedorzecznej propozycji, gdy nagle pojawił się obłok – nie zwykła chmura, ale świetlisty, pulsujący życiem obłok, który zstąpił z nieba i okrył nas wszystkich swoim cieniem. Nie był to jednak cień ciemności, ale cień światła – jakby blask był tak intensywny, że stawał się ciężarem, osłoną, ochroną przed czymś jeszcze potężniejszym.
Znaleźliśmy się wewnątrz tego obłoku, otoczeni światłem ze wszystkich stron. Nie widziałem już Mojżesza ani Eliasza, ledwo dostrzegałem sylwetkę Jezusa przez oślepiający blask. Jan i Jakub padli na twarze obok mnie, a ja sam poczułem, jak moje kolana uginają się wbrew mojej woli.
I wtedy usłyszeliśmy Głos. Nie dochodził on z żadnego konkretnego kierunku – wydawało się, że wypełnia całą przestrzeń, brzmi jednocześnie wewnątrz nas i na zewnątrz, jakby sam obłok przemówił. Był to głos podobny do grzmotu, a jednocześnie cichy jak szept, potężny jak wodospad, a jednocześnie łagodny jak powiew wiatru.
„To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie. Jego słuchajcie.”
Siedem słów. Tylko siedem słów, a jednak w tych siedmiu słowach zawierało się wszystko: potwierdzenie, kim jest Jezus, nakaz, byśmy Go słuchali, obietnica, że jest On umiłowanym Synem Boga.
Pamiętam, że w tamtej chwili padłem na twarz, przyciskając czoło do zimnych kamieni, drżąc z przerażenia i zachwytu jednocześnie. Nie byłem w stanie patrzeć, nie byłem w stanie słuchać, nie byłem w stanie myśleć. Byłem jak naczynie wypełnione po brzegi czymś, co mnie przerastało, co groziło rozsadzeniem mnie od środka.
Powrót do rzeczywistości
Nie wiem, jak długo leżeliśmy tak na ziemi – mogły to być chwile, mogły być godziny. Czas stracił znaczenie w obliczu wieczności, której dotknęliśmy.
W końcu poczułem dotyk na ramieniu – ciepły, znajomy, ludzki dotyk. Podniosłem głowę i zobaczyłem Jezusa – znowu w swoim zwykłym wyglądzie, bez oślepiającego blasku, bez świetlistych szat. Tylko On, nasz Nauczyciel, z troską wypisaną na twarzy.
„Wstańcie, nie bójcie się” – powiedział łagodnie, pomagając mi podnieść się z ziemi.
Rozejrzałem się dookoła. Obłok zniknął. Mojżesz i Eliasz również. Byliśmy sami na szczycie góry – tylko Jezus i my trzej, jego uczniowie. Niebo nad nami znów było zwykłym nocnym niebem, choć na wschodzie pojawiła się już blada zapowiedź świtu.
„Co… co to było, Rabbi?” – wyszeptał Jan, wciąż blady i roztrzęsiony.
Jezus spojrzał na nas z powagą, ale i z czułością, jak ojciec patrzy na dzieci, które po raz pierwszy zobaczyły coś, co przekracza ich pojmowanie.
„Nie mówcie nikomu o tym, co widzieliście, aż Syn Człowieczy zmartwychwstanie” – powiedział po prostu.
Spojrzeliśmy po sobie z Jakubem i Janem, nie rozumiejąc w pełni tych słów. Zmartwychwstanie? Kiedy? Jak? Ale nie śmieliśmy zadawać więcej pytań. To, co zobaczyliśmy, było zbyt wielkie, zbyt święte, by o tym rozprawiać.
Schodzenie z góry
Schodziliśmy z góry Tabor w milczeniu, pogrążeni we własnych myślach. Świt rozjaśniał niebo nad nami, barwiąc je najpierw na blado różowo, potem na złoto. Dolina pod nami budziła się do życia – słychać było odległe głosy pasterzy, beczenie owiec, pierwsze odgłosy wiosek rozpoczynających nowy dzień.
Jezus szedł przed nami, jak zawsze, ale teraz patrzyłem na Niego inaczej. Widziałem zwykłego człowieka w prostej, zakurzonej tunice, z potarganymi przez wiatr włosami, o zmęczonej twarzy kogoś, kto nie spał całą noc. Ale jednocześnie, pod tą ludzką powłoką, dostrzegałem teraz coś więcej – echo blasku, który ujrzeliśmy na szczycie, ślad chwały ukrytej pod zasłoną ciała.
„Rabbi” – odważyłem się w końcu zapytać, gdy byliśmy już blisko wioski, gdzie czekali pozostali uczniowie. „Dlaczego uczeni w Piśmie mówią, że najpierw musi przyjść Eliasz?”
Jezus przystanął i spojrzał na mnie z tym szczególnym wyrazem twarzy, który miał zawsze, gdy pytałem o coś, co już powinniśmy rozumieć.
„Eliasz rzeczywiście przyjdzie i wszystko naprawi” – odpowiedział. „Ale powiadam wam: Eliasz już przyszedł, lecz nie poznali go i postąpili z nim tak, jak chcieli. Tak i Syn Człowieczy będzie od nich cierpiał.”
Wtedy zrozumieliśmy, że mówi o Janie Chrzcicielu, którego Herod kazał ściąć. I po raz pierwszy dotarł do mnie pełny sens słów, które Mojżesz i Eliasz wypowiadali na górze, o odejściu, które miało się wypełnić w Jerozolimie. Poczułem, jak zimny dreszcz przebiega mi po plecach.
Epilog
Minęło wiele lat od tamtego dnia na górze Tabor. Widziałem, jak Jezus został pojmany, ukrzyżowany, jak umarł i jak zmartwychwstał. Widziałem Go wstępującego do nieba. Głosiłem Jego naukę, zakładałem kościoły, widziałem, jak wiara w Niego rozprzestrzenia się po całym świecie.
Ale tamte chwile na górze nigdy mnie nie opuściły. Czasami budzę się w nocy, czując jeszcze na twarzy dotyk świetlistego obłoku, słysząc w uszach słowa: „To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie.”
Dlatego piszę te słowa – nie dla siebie, ale dla was, którzy uwierzyliście, choć nie widzieliście. Piszę, aby dać świadectwo, że my, apostołowie, „nie za wymyślonymi mitami postępowaliśmy, gdy oznajmiliśmy wam moc i przyjście Pana naszego, Jezusa Chrystusa, ale jako naoczni świadkowie Jego wielkości.”
Bo na tej górze, przez krótką chwilę, zasłona między niebem a ziemią uniosła się, a my ujrzeliśmy chwałę Jednorodzonego od Ojca – chwałę, którą miał, zanim świat powstał, i którą znów objawił w swoim zmartwychwstaniu.
I wierzę, że kiedyś wszyscy, którzy w Niego uwierzyli, ujrzą Go takim, jakim jest naprawdę – w pełni Jego boskiej chwały, już nie przez ułamek sekundy na odległej górze, ale twarzą w twarz, w królestwie, które nie przemija.
Ja, Szymon Piotr, sługa i apostoł Jezusa Chrystusa, daję temu świadectwo. I niech moje słowa, choć niedoskonałe i nieudolne, pomogą wam trwać w wierze, dopóki sami nie ujrzycie tego, co ja widziałem na świętej górze.
„Albowiem otrzymał od Boga Ojca cześć i chwałę, gdy taki oto głos Go doszedł od wspaniałego Majestatu: 'To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie’. I słyszeliśmy, jak ten głos doszedł z nieba, kiedy z Nim razem byliśmy na górze świętej.” – Z Drugiego Listu św. Piotra Apostoła