– relacje z cudów na wodzie
Wprowadzenie
Ja, Joszua ben Jakub, syn i wnuk przewoźników z Jeziora Genezaret, które Rzymianie nazywają Morzem Galilejskim, spisuję te wspomnienia w trzydziestym roku od wydarzeń, które na zawsze zmieniły moje życie. Czynię to na prośbę młodego uczonego imieniem Łukasz, który zbiera świadectwa o Jeszui z Nazaretu, nazywanym Mesjaszem przez rosnącą liczbę wyznawców w całym kraju i poza jego granicami.
Nie jestem uczonym w Piśmie ani człowiekiem wykształconym – jestem prostym przewoźnikiem, który przez pięćdziesiąt lat przeprawiał ludzi, towary i zwierzęta przez wody naszego jeziora. Ale to, co widziałem na własne oczy, zasługuje na zapisanie, zanim pamięć o tym zblednie wraz z moim odejściem do ojców.
Nigdy nie byłem uczniem Nazarejczyka, nie chodziłem za nim po drogach Galilei ani Judei, nie słuchałem jego nauk na wzgórzach czy w synagogach. Moje spotkania z nim były krótkie, przypadkowe i rzadkie. Ale każde z nich wyryło się w mojej pamięci jak pieczęć w wosku – niezatarte, wyraźne, niemożliwe do podrobienia.
Zatem piszę to, co widziałem na wodach Genezaret, gdy ten niezwykły człowiek przekraczał nasze jezioro, nauczał z łodzi i czynił rzeczy, które nawet po tylu latach wydają się niemożliwe.
Pierwsze spotkanie – Nauczanie z łodzi
Było to wczesnym latem, w porze pierwszych zbiorów, gdy przypłynąłem do Kafarnaum, aby odebrać kupca z Damaszku, który zamówił przeprawę do Hippos. Gdy zbliżałem się do brzegu, zobaczyłem niezwykły widok – tłum ludzi, tak gęsty, że dosłownie spychał kogoś do wody. Ten ktoś – jak się później dowiedziałem, był to właśnie Jeszua z Nazaretu – w końcu wszedł do jednej z zacumowanych łodzi, należącej do rybaka imieniem Szymon.
Zatrzymałem swoją łódź w pewnej odległości, zaciekawiony. Widziałem, jak Nazarejczyk poprosił Szymona, by nieco odpłynął od brzegu. Gdy znaleźli się kilka łokci od lądu, usiadł w łodzi i zaczął nauczać tłum, który teraz stał wzdłuż brzegu.
Nie mogłem usłyszeć wszystkiego, co mówił – byłem za daleko, a szum fal i wiatru tłumił jego głos. Ale widziałem coś niezwykłego – jak ludzie słuchali. Nie tak, jak słuchają wędrownych nauczycieli czy kaznodziejów, z których wielu przewoziłem przez lata. Ci ludzie słuchali, jakby od jego słów zależało ich życie, jakby każde z nich było kroplą wody dla spragnionych. Nigdy wcześniej nie widziałem takiego skupienia, takiej uwagi.
Gdy skończył mówić, powiedział coś do Szymona. Widziałem, jak rybak potrząsnął głową, jakby się spierał, ale ostatecznie wypłynął na głębszą wodę i zarzucił sieci. Wiedziałem, co Szymon musiał myśleć – to była najgorsza pora dnia na połów, słońce stało wysoko, ryby zeszły na głębinę.
Ale to, co nastąpiło potem, sprawiło, że o mało nie wypadłem z własnej łodzi. Sieć Szymona napełniła się tak wielką liczbą ryb, że zaczęła się rwać! Musiał wołać o pomoc swoich towarzyszy z drugiej łodzi. Obie łodzie tak wypełniły się rybami, że niemal tonęły.
Byłem zbyt daleko, by usłyszeć, co mówili, ale widziałem, jak Szymon pada na kolana przed Nazarejczykiem, a potem, ku mojemu zdumieniu, on i jego towarzysze – wśród których rozpoznałem braci Jakuba i Jana, synów Zebedeusza – wyciągnęli łodzie na brzeg, pozostawili wszystko i poszli za nim.
Zapomniałem na chwilę o moim kliencie z Damaszku. Podpłynąłem do rybaków, którzy kupowali ryby od szczęśliwców, którzy pomogli Szymonowi wyciągnąć sieci.
„Co się tu stało?” – zapytałem jednego z nich.
„Cud” – odpowiedział prosto. „Ten prorok z Nazaretu nakazał rybom napełnić sieci, a one posłuchały.”
„Kim on jest?” – musiałem zapytać.
Stary rybak wzruszył ramionami. „Niektórzy mówią, że to nowy prorok, jak Eliasz. Inni, że to Mesjasz. A jeszcze inni, że to po prostu człowiek, który ma szczęście. Ale wiem jedno – nigdy nie widziałem takiego połowu o tej porze dnia. A łowię na tym jeziorze od pięćdziesięciu lat.”
Tego dnia wróciłem do domu zamyślony. Moja żona Miriam zauważyła mój nastrój.
„Co się stało, Joszuo? Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha.”
„Nie ducha” – odpowiedziałem. „Ale kogoś, kto rozkazuje rybom.”
Uciszenie burzy
Minęło kilka miesięcy od tego wydarzenia. Przyznam, że często myślałem o Nazarejczyku, ale moje zajęcia, moje codzienne obowiązki szybko wypełniły moje myśli. Wkrótce jednak miałem okazję ponownie go zobaczyć – i tym razem w okolicznościach, które na zawsze zmieniły mój sposób patrzenia na nasze jezioro.
Był późny wieczór, kończyłem ostatni kurs z Betsaidy do Kafarnaum. Niebo było czyste, gwiazdy jasne, pogoda idealna do nocnego rejsu. Miałem na pokładzie kilku kupców, którzy spóźnili się na wcześniejsze przeprawy, i dwie kobiety wracające z odwiedzin u krewnych.
Gdy byliśmy mniej więcej w połowie drogi, zauważyłem inną łódź, oddaloną o jakieś sto łokci. W blasku księżyca rozpoznałem charakterystyczną sylwetkę łodzi Szymona. Pamiętałem, że ten rybak stał się teraz uczniem Nazarejczyka, więc domyśliłem się, że jego nauczyciel również mógł być na pokładzie.
Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, zerwał się wiatr. Nie powoli, jak to zwykle bywa, gdy burza nadchodzi znad wzgórz Golan, ale od razu, z pełną siłą. Niebo zaciągnęło się chmurami, jakby ktoś zarzucił na nie czarny całun, a jezioro, jeszcze przed chwilą spokojne jak zwierciadło, zaczęło się burzyć.
Kto nie żeglował po Genezaret, nie wie, jak zdradliwe może być to jezioro. Otoczone wzgórzami, tworzy naturalny tunel dla wiatrów, które potrafią zamienić się z łagodnego powiewu w śmiertelną pułapkę w ciągu kilku chwil.
Natychmiast chwyciłem ster, krzycząc do pasażerów, by trzymali się mocno. Fale uderzały w burtę, woda wlewała się do łodzi. Kątem oka widziałem, że łódź Szymona również zmaga się z żywiołem.
To, co stało się potem, zdawało się nieprawdopodobne nawet w tamtej chwili, a co dopiero po latach. Z łodzi Szymona powstała jakaś postać. Mimo ciemności i odległości, byłem pewien, że to Jeszua. Stanął, a właściwie wyprostował się – jak człowiek, który właśnie się obudził. Wyciągnął ręce, jakby w geście powitania wiatru i fal, i coś zawołał.
Nie mogłem usłyszeć jego słów przez huk burzy, ale efekt był natychmiastowy i niesamowity. Wiatr ustał. Nie stopniowo, jak to normalnie bywa, ale nagle, jakby ktoś zamknął niewidzialne drzwi. Fale, które jeszcze przed chwilą groziły zatopieniem naszych łodzi, opadły, pozostawiając powierzchnię jeziora gładką jak oliwa.
Moi pasażerowie, którzy jeszcze przed chwilą krzyczeli ze strachu, teraz zamilkli, oszołomieni. Jeden z kupców, starszy mężczyzna z Tyberiady, złapał mnie za ramię.
„Co… co się właśnie stało?” – wyszeptał.
Nie miałem odpowiedzi. Patrzyłem tylko na łódź Szymona, gdzie widziałem sylwetki ludzi, najpewniej innych uczniów, zgromadzonych wokół tego, który przed chwilą, jak mi się wydawało, rozkazał wiatrom i falom.
Dokończyłem przeprawę w ciszy, która wydawała się niemal namacalna. Gdy dotarliśmy do brzegu w Kafarnaum, łódź Szymona była już zacumowana. Widziałem, jak uczniowie wysiadają, wciąż rozmawiając żywo między sobą, a wśród nich – spokojną postać ich nauczyciela.
Nie śmiałem podejść, by z nimi porozmawiać. Ale tej nocy nie mogłem zasnąć. Przez trzydzieści lat żeglowałem po Genezaret i nigdy nie widziałem, by burza ustała w ten sposób. To było przeciwne naturze, przeciwne wszystkiemu, co wiedziałem o naszym kapryśnym jeziorze.
Następnego dnia wróciłem do moich codziennych przepraw, ale coś się zmieniło. Za każdym razem, gdy wypływałem na głębię, rozglądałem się, szukając łodzi Szymona i zastanawiając się, czy znów zobaczę Tego, który rozkazuje wiatrom.
Chodzenie po wodzie
Trzecie spotkanie z Nazarejczykiem nastąpiło kilka tygodni później. Tym razem to nie ja byłem świadkiem wydarzenia, ale mój syn Ruben, który również był przewoźnikiem. Wrócił do domu bladego poranka, z twarzą człowieka, który ujrzał niemożliwe.
„Ojcze,” powiedział, siadając ciężko na ławie przed naszym domem, „widziałem dziś coś, czego nie potrafię pojąć.”
Nalałem mu kubek wina rozcieńczonego wodą i czekałem, aż się uspokoi.
„Wracałem z nocnej przeprawy,” zaczął opowiadać, „była może czwarta straż nocy. Pełnia księżyca, dobra widoczność. Byłem sam na łodzi, ostatniego pasażera wysadziłem w Betsaidzie. I wtedy, mniej więcej na środku jeziora, zobaczyłem coś… kogoś.”
Przerwał, upił łyk wina, jakby zbierając odwagę.
„Człowieka, ojcze. Człowieka idącego po wodzie.”
Spojrzałem na niego zdumiony. Mój syn nigdy nie był skłonny do fantazjowania czy przesady. Wręcz przeciwnie – zawsze konkretny, praktyczny, z obydwoma sandałami mocno na ziemi.
„Jesteś pewien? Może to był jakiś wrak, kawałek drewna unoszący się na wodzie?”
Potrząsnął głową. „Wiem, co widziałem. Człowiek szedł po powierzchni wody, jakby to była sucha ziemia. Jego szaty powiewały na wietrze, ale nie zamaczały się. I szedł w kierunku innej łodzi, która była w oddali. Rozpoznałem ją – to była łódź Szymona bar Jony.”
„Nazarejczyk,” wyszeptałem, natychmiast przypominając sobie dwa poprzednie spotkania.
„Tak, to musiał być on,” zgodził się Ruben. „Widziałem, jak w łodzi wybuchło poruszenie. Ktoś – chyba Szymon – również wyszedł z łodzi i zaczął iść po wodzie w jego kierunku.”
„Co? Drugi człowiek?”
„Tak, ale on nie zaszedł daleko. Po kilku krokach zaczął tonąć. Krzyczał. Nazarejczyk wyciągnął rękę i złapał go, a potem obaj weszli do łodzi. I wtedy… wtedy wiatr nagle ustał. Zupełnie się uspokoił.”
Usłyszawszy to, opowiedziałem synowi o tym, co sam widziałem kilka tygodni wcześniej – o nagłym uciszeniu burzy. Siedzieliśmy tak, ojciec i syn, dwaj przewoźnicy, którzy spędzili życie na wodach Genezaret i myśleliśmy, że znają wszystkie jego tajemnice, teraz skonfrontowani z czymś, co zdawało się przeczyć samej naturze.
„Kim on jest, ojcze?” zapytał w końcu Ruben.
„Nie wiem, synu,” odpowiedziałem szczerze. „Niektórzy mówią, że to prorok. Inni, że Mesjasz. A jeszcze inni, że to… że to sam Bóg przychodzący do swojego ludu.”
„Co ty myślisz?”
Zastanowiłem się. Przez całe życie byłem pobożnym Żydem, przestrzegającym Prawa, ale nie fanatykiem. Chodziłem do synagogi, obchodziłem święta, składałem ofiary w Świątyni podczas pielgrzymek do Jerozolimy. Ale nigdy nie zastanawiałem się głębiej nad naturą Boga, nad proroctwami o Mesjaszu. To były sprawy dla uczonych w Piśmie, nie dla prostego przewoźnika.
„Myślę,” powiedziałem powoli, „że żaden zwykły człowiek nie rozkazuje wiatrom i falom. Żaden zwykły człowiek nie chodzi po wodzie jak po lądzie. Cokolwiek o nim mówią, jest w tym coś więcej, niż potrafimy zrozumieć.”
Cudowny połów po zmartwychwstaniu
Ostatnie spotkanie, o którym chcę opowiedzieć, miało miejsce już po tych strasznych wydarzeniach w Jerozolimie, gdy Nazarejczyka ukrzyżowano, a potem, jak twierdzili jego uczniowie, powstał z martwych. Nie byłem świadkiem ani jego śmierci, ani zmartwychwstania – jak już mówiłem, nigdy nie byłem jego uczniem, tylko przypadkowym obserwatorem kilku niezwykłych wydarzeń.
Było to wczesnym rankiem, może dwa miesiące po Święcie Paschy. Przeprawiałem się z Tyberiady do Kafarnaum z ładunkiem oliwy i wina. Byłem sam na łodzi, co nie było niczym niezwykłym – po tylu latach potrafiłem samodzielnie obsłużyć żagiel i ster.
Gdy byłem mniej więcej w połowie drogi, zauważyłem łódź rybacką. Od razu rozpoznałem charakterystyczną sylwetkę łodzi Szymona. Byli na połowie, ale najwyraźniej bez powodzenia – widziałem, jak wielokrotnie zarzucali sieci, by wyciągnąć je puste.
Wtedy na brzegu pojawił się ktoś – samotna postać, zbyt odległa, bym mógł rozpoznać szczegóły. Zawołał coś do rybaków. Nie słyszałem słów, ale widziałem reakcję – zarzucili sieć po prawej stronie łodzi.
To, co nastąpiło potem, było powtórzeniem tego, czego byłem świadkiem przy moim pierwszym spotkaniu z Nazarejczykiem – sieć natychmiast wypełniła się rybami, tak wieloma, że łódź przechyliła się pod ich ciężarem.
A potem zobaczyłem coś, co sprawiło, że moje serce niemal stanęło. Szymon, rozpoznawszy postać na brzegu, zarzucił na siebie zewnętrzną szatę – bo pracował tylko w przepasce – i skoczył do wody. Ale nie zaczął płynąć – on szedł przez wodę, jak tamtej nocy, o której opowiadał mi syn.
Nie, nie tak samo. Tym razem nie szedł po powierzchni – brnął przez płytką wodę przy brzegu. Ale w jego postawie, w pośpiechu, z jakim zmierzał do postaci na brzegu, było coś, co mówiło mi, że to musi być On. Że Nazarejczyk rzeczywiście powrócił, jak mówili jego uczniowie.
Nie mogłem się powstrzymać. Zmieniłem kurs i skierowałem łódź w stronę brzegu, gdzie teraz widziałem grupę postaci zgromadzonych wokół małego ogniska. Zarzuciłem kotwicę w płytkiej wodzie i zbliżyłem się na tyle, by widzieć i słyszeć, ale nie na tyle, by przeszkadzać.
I tam, w porannym słońcu, zobaczyłem go ponownie. Jeszuę z Nazaretu, tego samego, który nauczał z łodzi Szymona, który uciszył burzę, który chodził po wodzie. Siedział przy ognisku, otoczony przez swoich uczniów, piekł ryby i podawał im chleb.
Nie słyszałem wszystkiego, co mówili – wiatr niósł tylko fragmenty rozmowy. Ale widziałem ich twarze – rozradowane, pełne zdumienia, ale też jakiegoś głębokiego pokoju. I poczułem, że jestem świadkiem czegoś świętego, czegoś, co nie było przeznaczone dla moich oczu.
Tak więc cicho wróciłem do swojej łodzi i odpłynąłem, kontynuując swoją przeprawę do Kafarnaum. Ale ten obraz – zmartwychwstały Nauczyciel przy ognisku ze swoimi uczniami – pozostał ze mną na zawsze.
Refleksje na starość
Teraz, gdy jestem już stary, a moje dni na tym świecie dobiegają końca, wracam myślami do tych kilku spotkań z Jeszuą z Nazaretu. Nigdy nie stałem się jego uczniem w takim sensie, jak Szymon, Jakub czy Jan. Nigdy nie porzuciłem swojej łodzi, by za nim pójść. Ale te kilka chwil, gdy widziałem go na wodach Genezaret, zmieniło mnie w sposób, którego nie potrafię w pełni wyrazić.
Gdy teraz przeprawiam się przez jezioro – bo tak, wciąż czasem wypływam, mimo protestów mojego syna – patrzę na fale i myślę o Tym, który po nich chodził. Patrzę na niebo, na nagłe burze, które wciąż nawiedzają Genezaret, i pamiętam Tego, który nakazał im się uciszyć. I wiem, że nawet jeśli moje ciało wkrótce powróci do prochu, to jezioro pozostanie – i wraz z nim pamięć o cudach, których byłem świadkiem.
Łukasz, młody uczony, który namówił mnie do spisania tych wspomnień, pyta, czy żałuję, że nie poszedłem za Nazarejczykiem, gdy miałem okazję. To trudne pytanie. Byłem – wciąż jestem – prostym człowiekiem. Mam rodzinę, obowiązki, tradycję, którą odziedziczyłem po ojcu i dziadku. Nie jestem uczonym, prorokiem ani nauczycielem.
Ale w cichych chwilach, gdy patrzę na spokojne wody Genezaret lśniące w słońcu, czasem zastanawiam się – co by było, gdybym wtedy, zamiast patrzeć z oddali, zbliżył się do niego? Gdybym usłyszał jego głos, nie tylko zobaczyłem jego czyny? Czy moje życie potoczyłoby się inaczej?
Tego nie wiem i nie dowiem się, dopóki nie przekroczę tej ostatniej granicy, która czeka nas wszystkich. Ale wiem jedno – miałem przywilej zobaczyć rzeczy, których wielu pragnęło, a niewielu ujrzało. I za to jestem wdzięczny.
Ja, Joszua ben Jakub, przewoźnik z Genezaret, świadczę, że Jeszua z Nazaretu czynił cuda na wodach naszego jeziora. Że rozkazywał wiatrom i falom, i były mu posłuszne. Że chodził po wodzie jak po suchym lądzie. I że powrócił po swojej śmierci, by jeszcze raz spotkać się ze swoimi uczniami nad brzegiem naszego ukochanego morza.
Więcej nie mogę powiedzieć. Resztę muszą dopowiedzieć ci, którzy znali go lepiej, którzy słyszeli jego nauki, którzy szli za nim aż do końca. Ja byłem tylko przewoźnikiem, który miał szczęście znaleźć się we właściwym miejscu o właściwym czasie.
Spisano w Kafarnaum, w czterdziestym roku panowania cesarza Tyberiusza
Nota historyczna (dodana przez późniejszego kopistę)
Powyższy tekst, znany jako „Wspomnienia Przewoźnika”, jest jednym z wielu pozakanonicznych świadectw o życiu i cudach Jezusa Chrystusa, które krążyły w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Jego autentyczność jest przedmiotem debaty wśród uczonych. Niektórzy uważają go za autentyczny zapis wspomnień naocznego świadka, spisany około 60-65 roku n.e., inni za późniejszą kompozycję literacką powstałą w środowisku judeochrześcijańskim Palestyny.
Niezależnie od pochodzenia, tekst ten stanowi cenne uzupełnienie ewangelicznych opisów cudów Jezusa na Jeziorze Galilejskim, przedstawiając je z perspektywy zwykłego obserwatora, a nie ucznia czy wyznawcy.
Najstarszy zachowany manuskrypt pochodzi z biblioteki wczesnochrześcijańskiego klasztoru w pobliżu Tyberiady, datowany na koniec II wieku. Został odkryty podczas wykopalisk archeologicznych w 1962 roku i obecnie znajduje się w zbiorach Muzeum Izraela w Jerozolimie.
Dopisek brata Teofila, skryby z klasztoru św. Katarzyny na Synaju, rok Pański 1138