Dziennik Pasterza Abla

– zapiski przed tragicznym końcem z rąk brata


Rok pierwszy po wygnaniu, miesiąc kwitnących drzew

Dzień trzeci

Dziś po raz pierwszy postanowiłem spisać swoje myśli na tych glinianych tabliczkach. Ojciec nauczył mnie niedawno znaków, które wymyślił, by zapisywać ważne rzeczy. Mówi, że kiedyś, w Ogrodzie, nie było takiej potrzeby, bo wszystko pamiętał, a Stwórca był zawsze blisko, by z Nim rozmawiać. Teraz jest inaczej. Mieszkamy w cieniu Ogrodu, za jego wschodnimi bramami, strzeżonymi przez ogniste cherubiny, których skrzydła odcinają nam drogę powrotną.

Codziennie patrzę w kierunku Edenu i zastanawiam się, jak wyglądało życie tam, gdzie wszystko było doskonałe. Nie pamiętam tego miejsca, urodziłem się już po wygnaniu. Tylko Kain, mój starszy brat, twierdzi, że ma jakieś niewyraźne wspomnienia blasku i ciepła, ale miał wówczas zaledwie rok. Matka często płacze, gdy myśli, że nikt nie widzi. Ojciec zaś stał się milczący i surowy, choć czasem, gdy patrzy na zachodzące słońce, jego oczy wypełniają się tęsknotą.

Dzień siódmy

Ojciec przydzielił nam dzisiaj stałe obowiązki. Kain, jako starszy i silniejszy, będzie uprawiał ziemię. Ja mam opiekować się zwierzętami, które udało nam się oswoić. Mam już swojego ulubieńca – małego baranka o śnieżnobiałej wełnie. Nazwałem go Światło, bo jego obecność rozjaśnia nawet najsmutniejsze dni. Kain śmiał się z mojego przywiązania do zwierząt. „To tylko stworzenia”, powiedział. „Nie mają duszy jak my”. Nie wiem, czy ma rację. Kiedy patrzę w oczy Światła, widzę w nich coś więcej niż tylko bezrozumne spojrzenie. Jest w nich łagodność i ufność, której czasem brakuje w oczach ludzi.

Dzień dziesiąty

Dzisiaj Kain i ja szliśmy wzdłuż rzeki Piszon, szukając miejsca na nowe pola. Nagle mój brat zatrzymał się i podniósł z ziemi dziwny kamień. Błyszczał w słońcu jak zastygła woda. „To złoto”, powiedział podekscytowany. „Ojciec opowiadał, że w Edenie było go wiele”. Oglądał kamień z każdej strony, potem schował go za pazuchę i nie wspomniał o nim przy kolacji. Zastanawiam się, dlaczego zachował to dla siebie. Czy nie powinniśmy dzielić się wszystkim?

Dzień trzynasty

Odkryłem dziś ustronne miejsce na wzgórzu, skąd widać cały nasz dom i pola uprawne. Jest tam stary dąb, który rzuca przyjemny cień. Zabrałem tam moje stado i spędziłem cały dzień, obserwując obłoki płynące po niebie. Układałem pieśni o Stwórcy, o Jego dziełach i miłości. Matka mówi, że mam dar układania słów, które poruszają serce. Kain twierdzi, że to strata czasu, że nie nakarmię rodziny pieśniami. Może ma rację, ale kiedy śpiewam, czuję się bliżej Stwórcy i tego miejsca, z którego zostaliśmy wygnani.

Miesiąc letnich burz

Dzień drugi

Kain pracuje od świtu do zmierzchu na swoich polach. Jego dłonie są szorstkie i popękane, twarz spalona słońcem. Widzę, jak ciężko mu się pracuje, jak walczy z ziemią, która rodzi więcej cierni i ostów niż pszenicy. Proponowałem mu pomoc, ale odmówił. „To moje zadanie”, powiedział krótko. „Ty zajmuj się swoimi owcami”. Czuję, że coś nas dzieli, choć jeszcze nie wiem, co to jest. Może to zazdrość? Moje stado rośnie, owce wydają na świat młode, a ja nie muszę walczyć z ziemią jak on. Ale przecież nie wybrałem sobie tej drogi – to ojciec przydzielił nam zajęcia wedle naszych zdolności.

Dzień piąty

Dziś podczas burzy jedna z moich owiec uciekła przestraszona błyskawicami. Szukałem jej aż do zapadnięcia zmroku. Znalazłem ją drżącą w zaroślach, z zakrwawioną nogą – musiała wpaść w jakąś rozpadlinę. Wziąłem ją na ramiona i niosłem przez całą drogę powrotną. Kain, który wracał z pola, zatrzymał się i patrzył na mnie z dziwnym wyrazem twarzy. „Zrobiłbyś to samo dla mnie?”, zapytał nagle. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Czy mój brat potrzebuje pomocy? Czemu nie poprosi wprost?

Dzień dziewiąty

Ojciec uczył nas dziś o ofiarach dla Stwórcy. Powiedział, że powinniśmy regularnie składać dary, by okazać wdzięczność i szacunek. Kain ma przynosić pierwociny ze swoich zbiorów, ja – pierworodne ze stada. „Stwórca widzi nie tylko dar”, powiedział ojciec, „ale przede wszystkim serce ofiarodawcy”. Te słowa zapadły mi głęboko w pamięć. Gdy patrzę na moje owce, zastanawiam się, które z nich oddać. Czy potrafię oddać to, co najlepsze? Światło jest najpiękniejszym barankiem w całym stadzie. Sama myśl o jego ofiarowaniu sprawia mi ból, ale czy prawdziwa ofiara nie powinna kosztować?

Dzień dwunasty

Rozmawiałem dziś długo z matką. Opowiadała mi o Edenie, o drzewach rodzących owoce, których nigdy nie próbowałem, o zwierzętach, które nie bały się człowieka. A potem, niespodziewanie, zaczęła mówić o wężu. Jej głos drżał, a oczy wypełniły się łzami. „Był taki piękny”, szeptała, „jego skóra mieniła się w słońcu jak klejnoty, a jego słowa… och, jego słowa były jak miód”. Pytałem, co powiedział, ale potrząsnęła głową. „To był jego dar i jego przekleństwo – potrafił zasiać ziarno wątpliwości nawet w najczystszym sercu”. Kiedy wychodziłem, złapała mnie za rękę. „Strzeż swojego serca, Abel”, powiedziała. „Wąż został wygnany razem z nami. Jest gdzieś tam, na świecie, i wciąż szepcze swoje kłamstwa”.

Dzień piętnasty

Kain wrócił dzisiaj wcześniej z pola. Usiadł obok mnie pod dębem i przez chwilę milczeliśmy, patrząc na zachodzące słońce. Potem, niespodziewanie, zaczął mówić o Stwórcy. „Czy nie wydaje ci się dziwne”, zapytał, „że Stwórca wygnał naszych rodziców za to, że chcieli być mądrzy jak On? Co złego jest w wiedzy?”. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Ojciec zawsze mówił, że to było nieposłuszeństwo, nie samo pragnienie wiedzy, które sprowadziło na nich karę. Ale Kain kontynuował: „A teraz każe nam harować w pocie czoła, walczyć z ziemią, która rodzi ciernie, cierpieć ból i choroby, a w końcu umrzeć i stać się prochem. I jeszcze mamy Go za to wielbić?”. W jego głosie brzmiała gorycz. Chciałem się z nim nie zgodzić, powiedzieć, że Stwórca jest dobry, że dał nam życie i świat pełen piękna mimo wygnania, ale coś mnie powstrzymało. Bałem się, że moje słowa tylko pogłębią przepaść, która zaczyna się między nami tworzyć.

Miesiąc dojrzewających owoców

Dzień pierwszy

Światło dorósł i stał się przepięknym baranem. Jego runo jest tak białe, że niemal świeci w słońcu. Postanowiłem, że to jego ofiaruję podczas najbliższego święta zbiorów. To będzie najtrudniejsza ofiara, jaką kiedykolwiek złożyłem, ale właśnie dlatego będzie miała największą wartość. Kiedy podjąłem tę decyzję, poczułem dziwny spokój. Jakby Stwórca sam potwierdził, że to właściwy wybór.

Dzień trzeci

Kain jest coraz bardziej zamknięty w sobie. Całymi dniami pracuje na polu, wraca późno, prawie nie rozmawia przy posiłkach. Matka martwi się o niego, ale ojciec mówi, że to normalne. „Mężczyzna musi znaleźć swoją drogę”, powiedział. „Czasem ta droga prowadzi przez ciemność”. Nie rozumiem tych słów, ale czuję, że mój brat oddala się ode mnie i od całej rodziny. Dziś znalazłem go, jak siedział na skraju pola i wpatrywał się w kierunku wschodnim, tam gdzie za horyzontem leży Eden. W jego oczach było coś, co mnie przeraziło – jakby żar tlący się pod popiołem.

Dzień siódmy

Miałem sen, który nie daje mi spokoju. Śniło mi się, że stoję na wzgórzu, a przede mną rozpościera się ogromna, ciemna równina. Na horyzoncie widziałem małe światełko. Wiedziałem, że muszę do niego dotrzeć, ale nie mogłem się ruszyć. Nagle poczułem czyjąś obecność za plecami. Odwróciłem się i zobaczyłem Kaina. Trzymał w dłoni coś, co błyszczało w ciemności. Wyciągnął to w moją stronę, jakby chciał mi podarować. Chciałem to przyjąć, ale jakaś siła powstrzymywała moją rękę. „Weź”, powiedział Kain, „to należy do ciebie”. Kiedy się obudziłem, serce waliło mi jak młot. Co oznacza ten sen? Dlaczego tak bardzo się boję?

Dzień dziesiąty

Zbliża się dzień ofiary. Ojciec zbudował ołtarz z kamieni na wzgórzu. To tam będziemy składać nasze dary dla Stwórcy. Kain przygotowuje pierwociny ze swoich zbiorów – widziałem, jak wieczorem przebierał ziarna, odkładając najdorodniejsze. A może mi się tylko wydawało? Z oddali trudno było dostrzec, co robi. Ja przygotowuję Światła. Spędzam z nim każdą wolną chwilę, głaszczę jego miękką wełnę, rozmawiam z nim. Czy to dziwne, że tak trudno mi się rozstać ze zwierzęciem? Czy Stwórca zrozumie, jak wielką ofiarą jest dla mnie oddanie tego, co kocham?

Dzień dwunasty

Dziś rano, tuż przed świtem, spotkałem Kaina przy studni. Wyglądał, jakby nie spał całą noc. Jego oczy były przekrwione, a ruchy nerwowe. „Nie mogę spać”, powiedział, gdy zapytałem, co się dzieje. „Ciągle myślę o świecie, który mógłby być nasz, gdyby nie ich nieposłuszeństwo”. Wiedziałem, że mówi o naszych rodzicach i Edenie. „Ale to przeszłość”, odpowiedziałem. „Musimy żyć w świecie, który mamy”. Zaśmiał się gorzko. „Łatwo ci mówić. Twoje owce same się mnożą, same znajdują pożywienie. A ja? Ja walczę z ziemią każdego dnia, wyrywam chwasty gołymi rękami, zraszam glebę własnym potem, a i tak plony są marne”. Chciałem mu powiedzieć, że też mam swoje troski – drapieżniki, które polują na moje owce, choroby, które dziesiątkują stado – ale powstrzymałem się. Jego ból był zbyt wielki, zbyt prawdziwy, by go umniejszać moimi problemami.

Dzień trzynasty

Złożyliśmy dziś ofiary. Najpierw Kain przyniósł swoje dary – kosze pełne zboża, owoców i warzyw. Ułożył je starannie na ołtarzu, a potem cofnął się i stanął obok mnie. Potem przyszła moja kolej. Przyprowadziłem Światła, położyłem dłoń na jego głowie i zmówiłem modlitwę, którą nauczył mnie ojciec. Potem szybkim, zdecydowanym ruchem poderżnąłem mu gardło nożem z krzemienia. Jego krew spłynęła na kamienie ołtarza, a ja poczułem, jak łzy napływają mi do oczu. Spaliłem najlepsze części jego ciała, a dym uniósł się prosto ku niebu.

I wtedy to się stało. Dym z mojej ofiary uniósł się wysoko, tworząc prostą kolumnę ku niebu, podczas gdy dym z ofiary Kaina rozwiał się na wszystkie strony, jakby odpychany niewidzialną siłą. Zapadła cisza. Ojciec i matka patrzyli na to ze zdumieniem, a ja… ja czułem się zawstydzony. Dlaczego moja ofiara została przyjęta, a ofiara Kaina odrzucona? Czyż nie pracował ciężej niż ja? Czyż nie poświęcił więcej?

Spojrzałem na mojego brata. Stał nieruchomo, wpatrując się w rozwiany dym. Jego twarz była jak wykuta z kamienia, ale w oczach płonął ogień, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Kiedy zauważył moje spojrzenie, odwrócił się gwałtownie i odszedł, nie czekając na końcową modlitwę.

Dzień czternasty

Kain nie wrócił na noc do domu. Matka była przerażona, ale ojciec zachował spokój. „Potrzebuje czasu”, powiedział. „To nie jest łatwe dla mężczyzny – widzieć, jak jego wysiłki zostają odrzucone”. Nad ranem znalazłem Kaina siedzącego na skraju lasu. Podszedłem do niego ostrożnie, niepewny, jak zareaguje na moją obecność. Nie poruszył się, gdy usiadłem obok. Przez długi czas milczeliśmy.

„Dlaczego?”, zapytał w końcu. Jego głos był cichy, ale pełen bólu. „Dlaczego Stwórca odrzucił moją ofiarę? Co zrobiłem nie tak?”.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Ja sam nie rozumiałem, dlaczego tak się stało. „Może to nie chodziło o samą ofiarę”, powiedziałem w końcu. „Ojciec mówił, że Stwórca patrzy na serce ofiarodawcy”.

Kain spojrzał na mnie ostro. „Co sugerujesz? Że moje serce jest niewłaściwe? Że jestem gorszy od ciebie?”.

„Nie! Oczywiście, że nie!”, zaprotestowałem. „Nigdy bym tak nie pomyślał!”.

Ale on już wstawał, otrzepując ubranie z ziemi. „Nie potrzebuję twojej litości, Abel”, powiedział chłodno. „Nie potrzebuję, żebyś tłumaczył mi łaski Stwórcy. Znajdę własną drogę”. I odszedł, zostawiając mnie z uczuciem, że właśnie straciłem coś bardzo cennego.

Dzień szesnasty

Ojciec rozmawiał dziś z Kainem. Nie słyszałem, o czym mówili, ale Kain wrócił do swoich zajęć. Pracuje teraz jeszcze ciężej, od świtu do zmierzchu, jakby chciał udowodnić swoją wartość – Stwórcy, ojcu, a może samemu sobie. Próbowałem nawiązać rozmowę przy kolacji, ale odpowiadał zdawkowo, jednosylabowo. Matka próbowała rozładować napięcie, opowiadając o czasach, gdy była młoda, ale jej słowa zawisły w powietrzu, nie znajdując odzewu.

Później, gdy wszyscy już spali, wymknąłem się na moje ulubione wzgórze. Noc była jasna, księżyc w pełni oświetlał okolicę srebrnym blaskiem. Patrzyłem na gwiazdy i zastanawiałem się, czy Stwórca patrzy na nas z tych odległych świateł. Czy widzi ból mojego brata? Czy widzi mój lęk? Modliłem się gorąco, prosząc o pomoc, o znak, co mam zrobić, by naprawić to, co zostało złamane.

Dzień dziewiętnasty

Kain zmienił się. Jest cichy, zamyślony, a czasem łapię jego spojrzenie – intensywne, badawcze, jakby próbował przeniknąć moją duszę. Nie unika już mojego towarzystwa, wręcz przeciwnie – szuka go. Dziś zaproponował wspólny spacer nad rzekę. Rozmawialiśmy o dawnych czasach, o naszych dziecięcych zabawach, o pierwszych lekcjach u ojca. Śmialiśmy się, wspominając nasze psoty. Przez chwilę było tak jak dawniej, zanim pojawiło się to niewidzialne napięcie. Ale potem, gdy wracaliśmy, nagle zatrzymał się i położył mi dłoń na ramieniu.

„Zawsze będziemy braćmi, prawda?”, zapytał, patrząc mi prosto w oczy. „Bez względu na wszystko?”.

„Oczywiście”, odpowiedziałem bez wahania. „Jesteśmy pierwszymi braćmi na świecie. Nic tego nie zmieni”.

Uśmiechnął się, ale był to dziwny uśmiech, który nie sięgał oczu. „Dobrze”, powiedział cicho. „Bardzo dobrze”.

Miesiąc zbiorów

Dzień pierwszy

Dziś rano Kain przyszedł do mnie z propozycją. Chce, żebyśmy razem złożyli ofiarę, wspólnie, jako bracia. „Połączymy nasze dary”, powiedział z entuzjazmem, którego nie widziałem u niego od dawna. „Twoje najlepsze jagnię i moje najlepsze plony. Pokażemy Stwórcy, że jesteśmy jednością, że nie ma między nami podziału”. Pomysł wydał mi się wspaniały. Może to właśnie o to chodziło – o jedność, o braterstwo, o wspólnotę. Uzgodniliśmy, że przygotujemy ofiarę za trzy dni, gdy księżyc znów będzie w pełni.

Dzień drugi

Wybrałem już jagnię na ofiarę – młodego baranka o śnieżnobiałej wełnie, podobnego do Światła, ale z małą czarną plamką na czole. Jest zdrowy, silny i bez skazy – idealny dar dla Stwórcy. Kain pokazał mi też swoje zbiory – dorodne kłosy pszenicy, soczyste owoce, pachnące zioła. Włożył w to całe serce, widać to było w każdym geście, w każdym słowie, gdy opowiadał o swoich plonach. Jego oczy błyszczały dawnym blaskiem, a ja poczułem, że odzyskuję brata.

Wieczorem długo rozmawialiśmy, siedząc przed domem. Kain snuł plany na przyszłość – chce poszerzyć swoje pola, spróbować nowych upraw, zbudować system nawadniania. „A ty?”, zapytał nagle. „Jakie są twoje marzenia, Abel?”. Zamyśliłem się. Nigdy wcześniej nie zastanawiałem się nad tym tak konkretnie. „Chcę poznać Stwórcę”, odpowiedziałem w końcu. „Zrozumieć Jego zamysły, Jego miłość, Jego plan dla nas”. Kain patrzył na mnie przez chwilę w milczeniu. „Zawsze byłeś lepszy ode mnie”, powiedział cicho. Chciałem zaprotestować, ale położył mi dłoń na ramieniu. „To nie zarzut, bracie. To stwierdzenie faktu. Jesteś lepszy – czystszy, bardziej oddany, bliższy Stwórcy. Może właśnie dlatego twoja ofiara została przyjęta, a moja odrzucona”.

„To nieprawda!”, zaprotestowałem. „Nie jestem lepszy od ciebie. Po prostu… inny. Każdy z nas ma swoje dary, swoje miejsce w planie Stwórcy”. Kain uśmiechnął się łagodnie. „Może masz rację”, powiedział. „Może każdy z nas ma swoje przeznaczenie”.

Dzień trzeci

Miałem dziś dziwny sen. Śniło mi się, że stoję na rozstaju dróg. Jedna prowadziła na wschód, ku Edenowi, druga na zachód, w nieznane. Nagle pojawiła się przede mną postać – ni to człowiek, ni to zwierzę. Miała ciało węża, ale głowę i torso mężczyzny. „Wybieraj”, powiedziała, wskazując na drogi. „Ale pamiętaj – każdy wybór ma swoją cenę”. Chciałem zapytać, o jaką cenę chodzi, ale nie mogłem wydobyć z siebie głosu. Istota uśmiechnęła się, odsłaniając ostre zęby. „Nie musisz pytać”, powiedziała, jakby czytała w moich myślach. „Wkrótce się dowiesz”. I wtedy zobaczyłem, że na drodze na wschód stoi Kain. Wyciągał do mnie rękę, wzywając mnie. Za nim, na horyzoncie, płonęły ogniste miecze cherubinów, strzegących bram Edenu.

Obudziłem się zlany potem. Sen był tak wyraźny, tak rzeczywisty, że przez chwilę nie wiedziałem, gdzie jestem. Co on oznacza? Czy to ostrzeżenie? Czy to tylko wytwór mojego niespokojnego umysłu?

Dzień czwarty, świt

Dziś dzień naszej wspólnej ofiary. Kain zaproponował, żebyśmy złożyli ją na nowym miejscu, które znalazł – w małej dolinie za wzgórzami, gdzie rzeka tworzy spokojne rozlewisko. „To piękne miejsce”, powiedział. „Godne Stwórcy”. Zgodziłem się bez wahania. Przygotowuję już baranka. Jest niespokojny, jakby wyczuwał, co go czeka. Uspokajam go głaszcząc po głowie, szepczę mu do ucha słowa pociechy. To dziwne – pocieszam zwierzę idące na śmierć, podczas gdy sam czuję dziwny niepokój, którego nie potrafię nazwać.

Kain jest już gotowy. Widzę go przez okno, jak pakuje swoje dary do kosza. Jego ruchy są spokojne, metodyczne. Wydaje się być w doskonałym nastroju – uśmiecha się do siebie, nuci pod nosem jakąś melodię. Dawno nie widziałem go tak pogodnego.

Za chwilę wyruszamy. Zostawiam ten dziennik w moim posłaniu. Wrócę do niego wieczorem i opiszę, jak przebiegła nasza ofiara. Mam nadzieję, że Stwórca przyjmie nasze wspólne dary i że to będzie nowy początek dla nas – dla mnie i dla mojego brata.

Słońce już wschodzi, barwiąc niebo na różowo. Będzie piękny dzień. Czuję to.

Dzień czwarty, wieczór

[ten wpis został wykonany inną ręką, charakterem pisma matki Abla]

Mój syn Abel nie wrócił. Kain przyszedł sam, późnym popołudniem. Był dziwnie spokojny. Zapytany o brata, odpowiedział tylko: „Czy jestem stróżem brata mego?”. Jego oczy były puste, jakby wygasły w nich wszystkie uczucia. Adam natychmiast wyruszył szukać naszego najmłodszego. Ja zostaję w domu, czekając na wieści, spisując te słowa w dzienniku Abla, mając nadzieję, że wkrótce oddam mu te tabliczki, by sam mógł kontynuować swoje zapiski.

Coś strasznego wisi w powietrzu. Czuję to tak samo wyraźnie, jak wtedy, gdy wąż przemówił do mnie w Ogrodzie. To samo złowrogie przeczucie, ta sama ciemność… Modlę się do Stwórcy, błagając o łaskę dla moich synów. Obydwu.

[Fragment odkryty później, zakopany płytko w ziemi niedaleko miejsca ofiary]

Z perspektywy czasu – zapiski Kaina

Muszę zapisać to, co się wydarzyło, zanim mój umysł zatrze szczegóły. Choć wątpię, bym kiedykolwiek zapomniał wyraz twarzy mojego brata, gdy uderzyłem go po raz pierwszy.

To miał być zwykły dzień. Zwykła ofiara. Nasze dary dla Stwórcy – moje plony i jego jagnię. Już od tygodni planowałem, co zrobię. Głos, który nawiedzał mnie w snach, szeptał, że tylko krew może zmyć moją hańbę. Krew mojego brata, ulubieńca Stwórcy.

Zaprowadziłem Abla do doliny za wzgórzami. Uśmiechał się, nic nie podejrzewając. Rozmawialiśmy o przyszłości, o naszych planach. On mówił o poznawaniu Stwórcy, ja kiwałem głową i udawałem zainteresowanie. Przygotowaliśmy ołtarz. Abel zarżnął swoje jagnię z tą samą czułością i pieczołowitością, z jaką robił wszystko. Krew spływała po kamieniach, a ja czułem, jak coś we mnie pęka.

Dlaczego on? Dlaczego jego ofiary zawsze były mile widziane, a moje odrzucane? Czy byłem gorszy? Czy Stwórca stworzył mnie wadliwym, niedoskonałym? A może to Abel był szczególny – stworzony do większych rzeczy, do głębszej relacji z Tym, który nas uczynił?

Gdy Abel klęczał nad ołtarzem, z głową pochyloną w modlitwie, zobaczyłem obok niego kamień – duży, o ostrych krawędziach. I wtedy wiedziałem już, co muszę zrobić.

„Abel”, zawołałem. „Spójrz tam, na zachód. Czy to nie dziwne światło?”.

Odwrócił się, zaciekawiony. A ja podniosłem kamień i uderzyłem go w tył głowy z całą siłą moich rąk, zahartowanych przez lata pracy na roli. Upadł bez krzyku. Tylko ciche westchnienie wydobyło się z jego ust. Leżał twarzą w dół, jego krew mieszała się z krwią jagnięcia, spływając po kamieniach ołtarza.

Patrzyłem na niego przez długi czas. Nie ruszał się. Jego krew wsiąkała w ziemię, która zawsze była dla mnie tak oporna, a teraz chciwie piła. Czekałem na poczucie triumfu, na ulgę, na cokolwiek, co uzasadniłoby to, co właśnie zrobiłem. Ale nie przyszło nic poza pustką.

A potem usłyszałem głos – nie ten z moich snów, ale inny. Głęboki, potężny, wypełniający całą dolinę: „Kainie! Gdzie jest Abel, twój brat?”.

Odpowiedziałem bez zastanowienia, z brawurą, której wcale nie czułem: „Nie wiem. Czy jestem stróżem brata mego?”.

Cisza, która nastąpiła, była straszniejsza niż jakikolwiek krzyk. A potem głos przemówił znowu, tym razem ciszej, jakby tuż przy moim uchu: „Cóżeś uczynił? Głos krwi brata twego woła do mnie z ziemi. Teraz przeklęty będziesz na tej ziemi, która otworzyła swą paszczę, aby wchłonąć krew brata twego, przelaną twoją ręką”.

Poczułem, jak ziemia drży pod moimi stopami. Jak coś we mnie pęka, jakby niewidzialna pieczęć została złamana. Zrozumiałem, że nigdy już nie zaznam spokoju. Że będę uciekał przez resztę życia – przed Stwórcą, przed sobą, przed wspomnieniem twarzy Abla.

Zakopałem te słowa płytko w ziemi, niedaleko miejsca, gdzie przelałem krew brata. Może kiedyś ktoś je znajdzie. Może ktoś zrozumie. A może nie. Teraz muszę iść – na wschód, daleko od Edenu, daleko od rodziny, daleko od wszystkiego, co kiedykolwiek znałem.

Jestem Kain. Jestem pierwszym mordercą.

[Dopisek wykonany inną ręką, prawdopodobnie matki]

Te tabliczki zostały znalezione przy ciele mojego syna Abla. Spoczywają teraz wraz z nim w grobie, pierwszym grobie na ziemi. Zapisuję te ostatnie słowa, by pamięć o moim łagodnym, kochającym synu nie zginęła.

Abel był pasterzem nie tylko owiec, ale i ludzkich serc. Jego pieśni będą rozbrzmiewać w mojej duszy do końca dni. Jego ofiara została przyjęta przez Stwórcę, a teraz on sam stał się ofiarą – pierwszą krwią niewinną przelaną na tej ziemi.

Kain odszedł na wschód, naznaczony przez Stwórcę znakiem, który ma go chronić przed śmiercią z rąk innych. Nosi teraz brzemię straszliwsze niż śmierć – brzemię życia ze świadomością tego, co uczynił.

A my, Adam i ja, zostaliśmy sami z naszym bólem i z obietnicą, że kiedyś przyjdzie inny syn, który przyniesie nadzieję.

Ja, Ewa, matka wszystkich żyjących, spisałam te słowa ku pamięci.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Stary Testament. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *