Zapiski Sługi Abrahama

– wspomnienia człowieka wysłanego na poszukiwanie żony dla Izaaka

Rok dwudziesty siódmy służby mojej u Abrahama, syna Teracha. Miesiąc Tammuz.

Gdy wieczorna rosa osiadła na namiotach naszych, a gwiazdy rozświetliły niebo nad Hebronem, pan mój, Abraham, wezwał mnie przed oblicze swoje. Widząc sędziwe oblicze jego, poorane zmarszczkami jak ziemia naszych pól po orce, wiedziałem, że nadchodzi czas ważnych słów. Jestem najstarszym sługą w jego domu, zarządcą wszystkiego co posiada, i choć imienia mego nie zapisano w wielkich księgach, to właśnie mnie powierzył zadanie, które miało odmienić losy całego jego rodu.

„Połóż rękę pod biodro moje” – rzekł do mnie Abraham głosem drżącym, lecz stanowczym – „i przysięgnij mi na Pana, Boga nieba i ziemi, że nie weźmiesz dla syna mego Izaaka żony spośród córek Kananejczyków, wśród których mieszkam. Ale pójdziesz do kraju mego i do mojej rodziny, i stamtąd weźmiesz żonę dla syna mego Izaaka.”

Złożyłem przysięgę, choć serce me zadrżało na myśl o podróży do Mezopotamii, do Aram-Naharaim, do miasta Nachora. Droga daleka i niebezpieczna, a ja, choć doświadczony w handlu i zarządzaniu gospodarstwem, nie byłem już młodzieńcem szukającym przygód na pustynnych szlakach.

„A jeśli kobieta nie zechce przyjść ze mną do tej ziemi?” – zapytałem, myśląc o trudnościach, jakie mogą napotkać moje starania.

Abraham odpowiedział z mocą, jakiej dawno u niego nie widziałem: „Pan, Bóg nieba, który mnie wziął z domu ojca mego i z kraju mojego rodzinnego, i który przysiągł mi mówiąc: 'Potomstwu twemu dam tę ziemię’, On pośle swego anioła przed tobą, abyś stamtąd wziął żonę dla mego syna.”

Tak więc nazajutrz, gdy tylko pierwsze promienie słońca oświetliły wzgórza Hebronu, wyruszyłem w drogę. Dziesięć wielbłądów objuczonych najlepszymi darami, jakie dom Abrahama mógł ofiarować: tkaniny barwione purpurą z Tyru, złote naczynia, srebrne bransolety i naszyjniki, oraz wonne kadzidła i olejki z najdalszych krain. Wszystko to miało być dowodem bogactwa i znaczenia mego pana, oraz zachętą dla rodziny, która odda swoją córkę za żonę Izaakowi.


Droga wiodła nas przez pustynię, gdzie słońce pali jak ogień w piecu garncarza, a noce przynoszą chłód przenikliwy jak ostrze damasceńskiego sztyletu. Wielbłądy postękiwały pod ciężarem darów, a moi towarzysze podróży, młodzi słudzy Abrahama, przyglądali mi się z szacunkiem pomieszanym z niepokojem. Wiedzieli, że powodzenie misji spoczywało na moich barkach.

Po wielu dniach podróży, gdy zapasy wody w naszych bukłakach zaczęły się kurczyć, a serce moje coraz bardziej dręczyła obawa przed porażką, dostrzegliśmy w oddali mury miasta Nachora. Słońce chyliło się ku zachodowi, a kobiety wychodziły do studni, by zaczerpnąć wody na wieczór.

Zatrzymaliśmy wielbłądy przy studni za miastem. Czułem, jak pot spływa mi po plecach, nie tylko od upału, ale i od ciężaru odpowiedzialności, jaka na mnie spoczywała. Jak poznać tę jedyną, właściwą dziewczynę? Jakie znaki dać mi może Bóg Abrahama?

I wtedy, stojąc przy studni, uczyniłem coś, czego nigdy wcześniej nie ośmieliłem się zrobić. Ja, prosty sługa, zwróciłem się bezpośrednio do Pana, Boga mego pana Abrahama:

„Panie, Boże pana mego Abrahama, spraw, bym spotkał ją dzisiaj; okaż łaskę panu memu Abrahamowi. Oto stoję przy źródle, a córki mieszkańców miasta wychodzą, aby czerpać wodę. Niechaj dziewczyna, której powiem: 'Nachyl dzban twój, abym się napił’, a ona odpowie: 'Pij, a i wielbłądy twoje napoję’, będzie tą, którą przeznaczyłeś dla sługi swego Izaaka. Po tym poznam, żeś okazał łaskę panu memu.”

Ledwie skończyłem wypowiadać tę modlitwę w sercu moim, a oto nadeszła młoda dziewczyna z dzbanem na ramieniu. Była piękna jak kwiat pustyni po deszczu, a ruchy jej pełne wdzięku jak taniec gazeli o poranku. I choć zmęczenie podróżą ciążyło na mych powiekach, to oczy me rozjaśniły się na jej widok.

„Daj mi, proszę, napić się trochę wody z twego dzbana” – rzekłem, gdy zbliżyła się do studni.

„Pij, panie mój” – odpowiedziała głosem słodkim jak miód z gór Gilead. Szybko zdjęła dzban z ramienia i podała mi go.

Gdy napiłem się do syta, dodała słowa, które sprawiły, że serce me zabiło mocniej: „Także dla wielbłądów twoich naczerpię wody, aby się napiły.”

I czerpała wodę, i poiła wszystkie wielbłądy nasze, a ja stałem w milczeniu, obserwując jej pracowitość i łagodność. Kiedy wielbłądy ugasiły pragnienie, wyjąłem złoty kolczyk i dwie złote bransolety, i zapytałem: „Czyją jesteś córką? Czy w domu twego ojca znajdzie się miejsce dla nas na nocleg?”

„Jestem córką Betuela, syna Milki i Nachora” – odpowiedziała, a słowa jej sprawiły, że oddech zamarł mi w piersi. Była z rodziny Abrahama! Pan wysłuchał mojej modlitwy w sposób tak doskonały, że nie mogłem uwierzyć własnym uszom.

„Jest u nas dość słomy i paszy” – dodała – „a także miejsce na nocleg.”

Padłem na kolana, schylając głowę do ziemi: „Błogosławiony niech będzie Pan, Bóg pana mego Abrahama, który nie odmówił łaski i wierności swej panu memu i prowadził mnie drogą do domu brata pana mego!”


Rebeka, bo tak miała na imię ta dziewczyna, pobiegła do domu matki swej, by opowiedzieć o spotkaniu. Wkrótce jej brat Laban wybiegł, by zaprosić mnie do swego domu, mówiąc: „Wejdź, błogosławiony przez Pana! Czemu stoisz na zewnątrz? Przygotowałem dom i miejsce dla wielbłądów.”

Wprowadzono nas do domu, rozsiodłano wielbłądy, dano słomę i paszę dla nich, a dla nas wodę do obmycia nóg. Postawiono przed nami jedzenie, lecz rzekłem: „Nie będę jadł, dopóki nie przedstawię mojej sprawy.”

„Mów” – odpowiedzieli.

I wtedy opowiedziałem im wszystko. O Abrahamie, moim panu, którego Bóg pobłogosławił i uczynił bogatym w trzody, srebro i złoto, w niewolników i niewolnice, w wielbłądy i osły. O Sarze, która urodziła syna w starości swojej, i o tym, jak Abraham przekazał temu synowi wszystko, co posiada. O przysiędze, jaką złożyłem, że znajdę żonę dla Izaaka nie spośród Kananejczyków, ale z rodziny Abrahama. O mojej modlitwie przy studni i o tym, jak Rebeka odpowiedziała dokładnie tak, jak prosiłem w modlitwie.

„A teraz” – zakończyłem – „jeśli chcecie okazać miłość i wierność panu memu, powiedzcie mi; a jeśli nie, również mi powiedzcie, abym zwrócił się gdzie indziej.”

Laban i Betuel odpowiedzieli: „Od Pana to wyszło, nie możemy ci powiedzieć ani tak, ani nie. Oto Rebeka przed tobą, weź ją i idź, niech będzie żoną syna pana twego, jak powiedział Pan.”

Gdy usłyszałem te słowa, znów upadłem na ziemię i oddałem pokłon Panu. Następnie wyjąłem srebrne i złote klejnoty oraz szaty, i dałem je Rebece. Dałem też cenne dary jej bratu i matce.

Potem jedliśmy, piliśmy i spędziliśmy noc w domu Betuela. Rankiem, gdy wstałem, powiedziałem: „Pozwólcie mi wrócić do pana mego.”

Brat i matka Rebeki rzekli: „Niech dziewczyna zostanie z nami jeszcze kilka dni, potem może pójść.” Ale ja nalegałem: „Nie zatrzymujcie mnie, skoro Pan poszczęścił mojej drodze. Pozwólcie mi odejść, abym wrócił do pana mego.”

Zapytali więc Rebekę: „Czy chcesz iść z tym człowiekiem?” A ona odpowiedziała słowami, które do dziś brzmią w moich uszach jak najpiękniejsza pieśń: „Pójdę.”


Powrotna droga wydawała się krótsza, choć słońce paliło tak samo, a pustynne noce były równie zimne. Rebeka jechała ze swoją piastunką Deborą i służącymi, a ja wciąż nie mogłem uwierzyć, jak doskonale Pan poprowadził moje kroki.

Zbliżając się do Kanaanu, gdy nasze wielbłądy przemierzały ostatnie wzgórza przed obozowiskiem Abrahama, spostrzegliśmy w oddali samotną postać. To był Izaak, który wyszedł rozmyślać na pole pod wieczór.

Rebeka, ujrzawszy go, zapytała mnie: „Kim jest ten człowiek, który idzie przez pole na nasze spotkanie?”

„To mój pan, Izaak” – odpowiedziałem.

Zeskoczyła więc z wielbłąda i okryła się zasłoną, jak przystało na pannę młodą.

Gdy dotarliśmy do Izaaka, opowiedziałem mu wszystko, co się wydarzyło. Jak zostałem wysłany przez jego ojca Abrahama. Jak modliłem się przy studni. Jak spotkałem Rebekę i jak odpowiedziała dokładnie tak, jak prosiłem w modlitwie. Jak jej rodzina rozpoznała w tym wolę Pana i pozwoliła jej odejść.

Izaak wprowadził Rebekę do namiotu matki swojej, Sary, i pojął ją za żonę. I pokochał ją, znajdując pocieszenie po stracie matki.


Dziś, gdy zapisuję te wspomnienia na glinianych tabliczkach, jestem już starcem o białej brodzie i drżących dłoniach. Abraham, mój pan, odszedł do swoich przodków, a Izaak i Rebeka doczekali się dwóch synów: Ezawa i Jakuba.

Często myślę o tamtej podróży do Mezopotamii, o studni, przy której spotkałem Rebekę, o modlitwie, którą ośmieliłem się wznieść do Boga mego pana. Myślę o tym, jak niepozorny sługa stał się narzędziem w ręku Najwyższego, aby wypełnić Jego obietnicę daną Abrahamowi.

Bo choć imię moje nie zostało zapisane w wielkich księgach, to byłem świadkiem i uczestnikiem historii, która trwać będzie przez pokolenia. Byłem tym, który odnalazł matkę narodu licznego jak gwiazdy na niebie i jak piasek na brzegu morza.

I widzę teraz jasno, że nie przypadek kierował moimi krokami, ale ręka Tego, który prowadzi losy ludzi i narodów według swego upodobania. On wybrał Abrahama spośród wszystkich ludzi ziemi. On dał mu syna obietnicy, Izaaka. On prowadził mnie prostymi drogami do studni w Aram-Naharaim. I On sprawił, że Rebeka powiedziała „pójdę”, choć nie znała człowieka, za którego miała wyjść, ani ziemi, do której miała się udać.

Gdy teraz patrzę, jak Jakub i Ezaw rosną pod czujnym okiem rodziców, myślę o przyszłych pokoleniach, które będą opowiadać tę historię. Będą mówić o wierze Abrahama, o miłości Izaaka do Rebeki, ale może wspomnią też o starym słudze, który wyruszył w daleką drogę, by znaleźć pannę młodą dla syna swego pana.

A przede wszystkim będą pamiętać o Bogu, który dotrzymuje obietnic i kieruje losami tych, którzy Mu ufają, nawet jeśli są tylko sługami w Jego wielkim planie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Stary Testament. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *