Ucieczka do Egiptu z perspektywy przewodnika karawany

I. Przewodnik z Nabatei

Nazywam się Malik ibn Tamir. Urodziłem się w Petrze, w królestwie Nabatejczyków, choć mało kto z was zapewne słyszał o moim ludzie. Jesteśmy mistrzami pustyni i handlu. Nasze karawany przemierzają szlaki od Arabii po Egipt, od Syrii po Judeę. Znamy każde źródło wody, każde miejsce odpoczynku, każdą skalistą grań, która może dać schronienie przed palącym słońcem. To nasza wiedza pozwala nam kontrolować szlaki handlowe przecinające pustynię — wiedza przekazywana z ojca na syna, bezcenna jak sama woda.

Od dwudziestu lat prowadzę karawany przez najniebezpieczniejsze tereny. Znam pustynię jak własną dłoń. Wiem, gdzie czają się rabusie, gdzie patrole rzymskie mogą zatrzymać kupców dla okupu, gdzie piasek jest zdradliwy, a gdzie skała może osunąć się pod kopytem wielbłąda. Mam reputację człowieka, który zawsze dociera do celu. Ludzie mi ufają, płacą złotem za miejsce w mojej karawanie, wiedząc, że pod moją opieką ich towary i życie są bezpieczne.

Tego wieczoru, o którym wam opowiem, siedziałem przy wejściu do mojego namiotu w karawanseraju w Betlejem. Miasto było przepełnione z powodu spisu ludności zarządzonego przez Rzymian. Wszędzie panował chaos i ścisk, ceny wzrosły trzykrotnie, a znalezienie noclegu graniczyło z cudem. Moja karawana planowała wyruszyć o świcie w stronę Egiptu. Mieliśmy transportować jedwab z Chin, przyprawy z Indii, kadzidło z Arabii. Dwanaście wielbłądów, siedmiu strażników, czterech kupców z Damaszku. Rutynowa podróż.

Niebo było wyjątkowo jasne tej nocy. Nawet po latach na pustyni, gdzie gwiazdy są tak wyraźne, że zdają się wisieć tuż nad głową, ta noc była inna. Jedna gwiazda świeciła jaśniej niż wszystkie, tak jasno, że można było przy jej świetle czytać zwoje. Rozmawialiśmy o niej przy ognisku — niektórzy mówili, że to znak od bogów, inni, że zapowiedź wojny lub wielkiego przywódcy. Ja nie przykładałem do tego wagi. Gwiazdy są na niebie, ludzie na ziemi, a moje myśli skupiały się na praktycznych sprawach: czy mamy wystarczająco wody na pierwszą część podróży, czy burze piaskowe nie zablokują przełęczy przez góry Negewu, czy bandyci nie będą czaić się przy oazie Kadesh.

Wtedy właśnie podszedł do mnie mężczyzna. Był to Juda, stary Hebrajczyk, z którym prowadziłem interesy od lat. Handlował winem i oliwą, a jego towary zawsze znajdowały miejsce w moich karawanach. Znałem go jako uczciwego człowieka, na którego słowie można polegać.

— Malik — powiedział cicho, tak by nikt wokół nas nie słyszał. — Muszę prosić cię o przysługę. Przysługę, za którą hojnie zapłacę.

Odłożyłem misę z jedzeniem i przyjrzałem mu się uważnie. Jego twarz wyrażała niepokój. Nie podobało mi się to — niepokój oznacza kłopoty, a kłopoty to ostatnia rzecz, której potrzebowałem przed długą podróżą.

— O co chodzi, przyjacielu? — zapytałem, gestem zapraszając go, by usiadł obok mnie.

Juda rozejrzał się nerwowo, zanim przemówił:

— Potrzebuję dodać trzech podróżnych do twojej karawany. Muszą pilnie dostać się do Egiptu. Zapłacę podwójną stawkę.

Zmrużyłem oczy. Podwójna stawka za troje pasażerów? To musiało być coś nielegalnego. Przemyt? Ucieczka przed wierzycielami?

— Kim są ci ludzie?

— Młoda rodzina. Mężczyzna, jego żona i… niemowlę. — zawahał się, zanim dodał: — Są w niebezpieczeństwie. Śmiertelnym niebezpieczeństwie.

Pokręciłem głową. Nie byłem zainteresowany wplątaniem się w lokalne konflikty czy vendetty. Moja reputacja była zbyt cenna.

— Niebezpieczeństwo podąża za ludźmi, Judo. Nie mogę narażać całej karawany dla jednej rodziny.

— Ta rodzina jest wyjątkowa — nalegał Juda. — Dziecko… jest ważne. Bardzo ważne. Jeśli zostanie w Judei, zginie. Król Herod wydał rozkaz.

To przykuło moją uwagę. Wspomnienie o Herodzie zmieniało sytuację. Stary król był znany ze swojej paranoi i okrucieństwa. Jego podejrzenia o spiski przeciwko niemu były równie powszechne jak piasek na pustyni.

— Dlaczego Herod miałby interesować się zwykłym dzieckiem?

Juda spojrzał mi prosto w oczy. — Ponieważ to nie jest zwykłe dziecko. To Mesjasz.

Parsknąłem śmiechem. Mesjasz? Ileż to już razy słyszałem o nowych Mesjaszach, prorokach i wybawicielach? Judea była pełna samozwańczych zbawicieli i ich fanatycznych zwolenników. Byłem Nabatejczykiem, wierzyłem w inne bóstwa, ale handlowałem wystarczająco długo z Żydami, by znać ich obsesję na punkcie nadchodzącego króla, który wyzwoli ich z rzymskiej niewoli.

— Juda, jesteś rozsądnym człowiekiem. Nie wierzę, że dajesz się wciągnąć w te mesjanistyczne fantazje.

— To nie fantazja — jego głos stał się intensywny, niemal błagalny. — Widziałeś gwiazdę? Przyprowadziła mędrców ze Wschodu. Byli w pałacu Heroda, pytali o nowonarodzonego króla. A teraz Herod szuka dziecka, by je zabić.

Spojrzałem w górę na niezwykłą gwiazdę. Rzeczywiście, w mieście mówiło się o dziwnych przybyszach ze Wschodu, którzy przywieźli bogate dary. Może rzeczywiście odwiedzili pałac? Jeśli tak, to głupota z ich strony. Informowanie starego, podejrzliwego tyrana o narodzinach jego potencjalnego rywala było jak wkładanie ręki do gniazda skorpionów.

— Nawet jeśli to prawda, tym bardziej nie chcę się w to mieszać. Jeśli Herod ściga tę rodzinę…

— Zapłacę potrójną stawkę — przerwał mi Juda. — I dorzucę amphory mojego najlepszego wina. A poza tym… — zawahał się — …przyjaźnimy się od lat, Malik. Proszę cię o to nie tylko jako partner w interesach. Proszę cię jako przyjaciel.

Westchnąłem głęboko. Juda rzeczywiście był jednym z niewielu ludzi w tym regionie, których mogłem nazwać przyjaciółmi. Wydawał się szczerze przejęty losem tej rodziny. A potrójną stawką plus wino… cóż, byłem w końcu kupcem.

— Przyprowadź ich do mnie — zdecydowałem. — Chcę na nich spojrzeć, zanim podejmę ostateczną decyzję.

Juda uścisnął moją dłoń z wdzięcznością. — Przyprowadzę ich przed świtem. Dziękuję, Malik. Nie pożałujesz tej decyzji.

Patrząc, jak odchodzi w ciemność, miałem przeczucie, że jednak mogę tego pożałować. Ale cóż — życie przewodnika karawany jest pełne ryzyka. Bez niego nie byłoby zysków.

II. Spotkanie w świetle gwiazdy

Noc była już głęboka, gdy Juda powrócił z trojgiem nieznajomych. Rozmawialiśmy przy moim namiocie, z dala od ciekawskich uszu kupców i strażników. Tylko mój bratanek Rafik, który podróżował ze mną jako uczeń, był świadkiem tego spotkania.

Mężczyzna przedstawił się jako Józef. Był starszy od swojej towarzyszki, z gęstą brodą i spracowanymi dłońmi rzemieślnika. Kobieta, Maria, trzymała zawiniątko z dzieckiem. Była bardzo młoda, niemal dziewczęca, ale jej oczy wyrażały dojrzałość i spokój, który zaskakiwał. Dziecko nie płakało, co także było niezwykłe — większość niemowląt protestowałaby przeciwko temu, że są obudzone i wyniesione w chłodną noc.

Przyjrzałem się im uważnie. Nie wyglądali na zbrodniarzy uciekających przed sprawiedliwością ani na dłużników uciekających przed wierzycielami. Ich ubrania były proste, ale czyste. Nie mieli ze sobą prawie żadnego dobytku — tylko jeden mały tobołek z najpotrzebniejszymi rzeczami i kilka narzędzi, które zapewne należały do Józefa. Nie wyglądali na ludzi, którzy mogliby zapłacić potrójną stawkę za podróż do Egiptu.

— Juda mówi, że musicie natychmiast opuścić Judeę — zacząłem rozmowę.

Józef kiwnął głową. — To prawda. Otrzymałem… ostrzeżenie. Dziecko jest w niebezpieczeństwie.

— Od Heroda?

— Tak.

— I twierdzi, że to dziecko jest… kim? Mesjaszem?

Maria uniosła wzrok. W świetle niezwykłej gwiazdy jej twarz wydawała się promieniować wewnętrznym światłem.

— Mój syn jest obiecany przez Boga — powiedziała z prostotą i pewnością, która mnie zaskoczyła. — Anioł zwiastował jego narodziny. Pasterze przyszli go uczcić, prowadzeni przez niebiańskich wysłanników. Mędrcy przybyli ze Wschodu, podążając za gwiazdą, przynosząc dary godne króla: złoto, kadzidło i mirrę.

Spojrzałem sceptycznie. Anioły, pasterze, mędrcy? Brzmiało jak jedna z tych religijnych opowieści, które Żydzi tak lubili. Mimo to, coś w ich zachowaniu, w ich oczach, sprawiało, że nie potrafiłem odrzucić ich słów jako zwykłych fantazji.

— Nawet jeśli w to wszystko uwierzę — powiedziałem — jak zamierzacie zapłacić za podróż? Trasa do Egiptu jest długa i niebezpieczna. Moi ludzie ryzykują życiem.

Józef otworzył usta, ale wtedy Maria delikatnie odwinęła rąbek tkaniny, w którą zawinięte było dziecko. W blasku gwiazdy zabłyszczało złoto. Wyjęła niewielkie, ale wyraźnie ciężkie pudełko.

— Mędrcy przynieśli dary — powiedziała. — Powiedzieli, że to złoto należy do niego jako króla. Teraz użyjemy go, by go uratować.

Otworzyłem pudełko. W środku lśniły złote monety i małe sztabki. Nie było tego wiele, ale wystarczająco, by zapłacić za podróż — i znacznie więcej. Oszacowałem wartość. Tak, to pokryłoby potrójną stawkę, o której mówił Juda.

Zamknąłem pudełko i oddałem je Marii. Coś w jej spojrzeniu, w spokojnej godności, z jaką trzymała dziecko, dotknęło mnie w sposób, którego nie oczekiwałem. Nie byłem religijnym człowiekiem. Wierzyłem w pustynię, w wielbłądy, w siłę złota i ostrze miecza. Ale tej nocy, pod tą dziwną gwiazdą, czułem, że stoję przed czymś, czego nie potrafiłem w pełni pojąć.

— Wyruszymy przed świtem — zdecydowałem. — Będziecie podróżować jako prości kupcy. Nikt nie może wiedzieć o waszej prawdziwej tożsamości, zwłaszcza inni pasażerowie. Rozumiecie?

Oboje kiwnęli głowami z wdzięcznością.

— Juda was przyprowadzi o właściwej porze. Teraz idźcie odpocząć. Przed nami długa droga.

Gdy odeszli, mój bratanek Rafik spojrzał na mnie z niepokojem.

— Wuju, jeśli Herod naprawdę ich ściga…

— Wiem, Rafik — przerwałem mu. — To niebezpieczne. Ale nie będą z nami długo. Tylko do pierwszego większego miasta w Egipcie. Potem rozejdziemy się w swoje strony.

Nie byłem pewien, czy przekonałem bratanka, czy samego siebie. Jedno wiedziałem na pewno: tej nocy podjąłem decyzję, która mogła zaważyć na losie mojej karawany. A jeśli wierzyć w choć część tego, co mówili Juda i ta młoda para, to decyzja ta mogła zaważyć na czymś znacznie większym.

III. Ucieczka z Betlejem

Przygotowania do wymarszu o świcie były zawsze chaotyczne, ale tego poranka wydawały się jeszcze bardziej gorączkowe. Moi ludzie sprawdzali ładunek, strażnicy kontrolowali broń, kupcy upewniali się co do ostatnich szczegółów. W tym całym zamieszaniu mało kto zwrócił uwagę na skromną rodzinę, która dołączyła do karawany w ostatniej chwili.

Józef i Maria przybyli przed wschodem słońca, prowadzeni przez Judę. Przydzieliłem im miejsce na końcu karawany, gdzie podróżowali najmniejsi kupcy. Dostali osiołka dla kobiety i dziecka. Józef miał iść pieszo, jak większość mężczyzn.

Juda pożegnał się z nimi krótko, po czym odciągnął mnie na bok.

— Uważaj na nich, Malik — powiedział cicho. — To, co niosą, jest cenniejsze niż wszystkie bogactwa twojej karawany.

— Niosą kłopoty — mruknąłem. — Ale dałem słowo. Dostarczę ich bezpiecznie do Egiptu.

Juda uśmiechnął się smutno. — Wiem, że tak. Dlatego wybrałem ciebie. Niech twoi bogowie czuwają nad twoją drogą, Malik.

— A twój Bóg nad twoją, Judo.

Nie wiedziałem wtedy, jak prorocze były te słowa. Kilka dni później dotarły do nas wieści o tym, co wydarzyło się w Betlejem po naszym wyjeździe. Ale nie wyprzedzajmy wydarzeń.

Karawana ruszyła z pierwszymi promieniami słońca. Opuszczaliśmy Betlejem drogą prowadzącą na południe, w kierunku Hebronu, skąd mieliśmy skręcić ku pustyni Negew. Było nas w sumie ponad trzydzieści osób: kupcy z towarem, strażnicy, pomocnicy, kilku pielgrzymów i teraz ta rodzina. Plus osiemnaście wielbłądów i kilka osłów.

Byliśmy już na peryferiach miasta, gdy usłyszeliśmy tętent koni. Uniosłem rękę, sygnalizując karawanie zatrzymanie się, i odwróciłem się, by spojrzeć na drogę za nami. Grupa rzymskich żołnierzy na koniach zbliżała się w naszym kierunku. Na ich czele jechał centurion w charakterystycznym grzebieniu na hełmie.

— Przygotujcie dokumenty! — krzyknąłem do karawany. — Rzymski patrol!

Nie było to nic niezwykłego. Rzymianie często kontrolowali karawany opuszczające ważniejsze miasta, szukając przemytników lub pobierając dodatkowe opłaty. Miałem wszystkie potrzebne zezwolenia i byłem przygotowany na rutynową kontrolę. A jednak coś mi mówiło, że to nie będzie zwykły patrol.

Rzymianie otoczyli karawanę, a centurion zsiadł z konia i podszedł do mnie. Był to mężczyzna w średnim wieku, z bliznami na twarzy świadczącymi o wielu bitwach.

— Jesteś przewodnikiem? — zapytał po łacinie.

— Tak, panie — odpowiedziałem w tym samym języku. Znajomość łaciny była niezbędna w moim zawodzie. — Malik ibn Tamir, przewodnik karawany z Petry. Mamy wszystkie niezbędne dokumenty i pozwolenia na handel.

Wyciągnąłem zwój z pieczęciami, ale centurion zignorował go.

— Nie interesują mnie twoje towary, Nabatejczyku. Szukamy rodziny z małym dzieckiem, niemowlęciem. Opuścili Betlejem w nocy lub nad ranem. Czy widziałeś takich ludzi?

Mój żołądek zacisnął się w niepokoju. Nie spodziewałem się, że pościg zacznie się tak szybko. Musiałem działać ostrożnie.

— Wiele rodzin opuszcza Betlejem po spisie — powiedziałem neutralnym tonem. — Nie zwracam szczególnej uwagi na wszystkich podróżnych.

— Ta rodzina jest szczególna — nalegał centurion. — Dziecko ma mniej niż rok. Rodzice to Józef, cieśla, i jego młoda żona Maria. Mogą ukrywać się jako zwykli podróżni.

Wzruszyłem ramionami. — Cieśla? Nie przypominam sobie. Ale możesz sprawdzić moją karawanę, jeśli chcesz.

Centurion dał znak swoim ludziom, by przeszukali grupy podróżnych. Odwróciłem się, by obserwować ich poczynania, jednocześnie próbując zlokalizować Józefa i Marię. Byłem pewien, że będą mieli dość rozsądku, by nie wyróżniać się z tłumu.

Rzeczywiście, gdy żołnierze przechodzili między podróżnymi, nie zauważyłem niczego niepokojącego. Maria siedziała na osiołku, dziecko było dobrze ukryte w zawiniątku, a Józef stał obok, udając zwykłego pomocnika. Zwykłe ubrania, pochylone głowy, nic, co przyciągałoby uwagę.

Nagle dziecko zakwiliło. Był to ledwie słyszalny dźwięk, ale w napiętej ciszy wydawał się głośniejszy. Jeden z żołnierzy odwrócił się w kierunku Marii.

Musiałem szybko działać.

— Panie centurionie! — zawołałem, odwracając jego uwagę. — Czy szukacie tej rodziny z powodu spisu? Rozumiem, że wielu próbuje uniknąć rzymskich podatków…

Centurion spojrzał na mnie ostro. — To sprawa króla Heroda, nie Rzymu. Podobno to dziecko ma być jakimś… królem Żydów.

Zaśmiałem się głośno, może zbyt głośno. — Królem? Dziecko? I Herod obawia się niemowlęcia?

Centurion nie podzielał mojego rozbawienia. — Herod obawia się wszystkiego, co może zagrozić jego władzy. A teraz pozwól nam dokończyć przeszukanie.

W tym momencie Rafik podbiegł do nas z drugiego końca karawany.

— Wuju! — krzyknął. — Złodziej! Ktoś próbował ukraść jedwab z ładunku!

Centurion zmarszczył brwi. — Złodziej?

Natychmiast zrozumiałem, co robi mój bratanek. — Zapewne miejscowy. Mogę sprawdzić?

Nie czekając na odpowiedź, pospieszyłem w kierunku wskazanym przez Rafika, krzycząc rozkazy do strażników, by otoczyli ładunki. Stworzyliśmy wystarczająco dużo zamieszania, by odciągnąć uwagę żołnierzy od Marii i Józefa.

Gdy kurz opadł, a zamieszanie ucichło, okazało się, że złodziej (którego nigdy nie było) uciekł bez łupów. Centurion, wyraźnie zniecierpliwiony tą zwłoką, zakończył przeszukanie.

— Jeśli spotkasz tę rodzinę na swojej drodze, masz obowiązek powiadomić najbliższy rzymski garnizon — powiedział na odchodnym. — Rozkaz króla Heroda.

— Oczywiście, panie — zapewniłem go, kłaniając się z szacunkiem. — Niech bogowie prowadzą cię bezpiecznie.

Gdy Rzymianie odjechali, natychmiast dałem znak, by karawana ruszyła dalej. Chciałem jak najszybciej oddalić się od Betlejem i złej woli jego króla. Przechodząc obok Józefa i Marii, rzuciłem im tylko krótkie spojrzenie. Kobieta skinęła głową w niemym podziękowaniu, przyciskając dziecko do piersi.

Tak rozpoczęła się nasza podróż ku granicy Egiptu. Podróż, która okazała się znacznie bardziej niebezpieczna, niż przewidywałem.

IV. Droga przez pustynię

Przez pierwsze dwa dni podróży trzymaliśmy się głównych dróg, przemieszczając się przez wzgórza Judei w kierunku południowym. Mijaliśmy mniejsze osady i pola uprawne, zatrzymując się tylko na krótkie postoje. Chciałem jak najszybciej dotrzeć do pustyni Negew — tam łatwiej było zgubić ewentualny pościg i trudniej było o niespodziewane kontrole.

Trzymałem Józefa i Marię z daleka od innych podróżnych, jak mogłem. Oficjalnie byli pod moją osobistą opieką jako krewni przyjaciela z Petry. Taka historia wydawała się wystarczająca dla większości ciekawskich. Tylko Rafik i dwóch moich najbardziej zaufanych strażników znało prawdę.

Trzeciego dnia dotarliśmy do Berszeby, ostatniego większego miasta przed pustynią. Zatrzymaliśmy się tam tylko na tyle, by uzupełnić zapasy wody i żywności. Podczas postoju zostałem wezwany do komendanta miejscowego garnizonu, który pokazał mi list gończy z opisem poszukiwanej rodziny. Opis był zdumiewająco dokładny: młoda kobieta z niemowlęciem, stary cieśla, podróżujący w kierunku Egiptu. Nagroda za ich schwytanie była wysoka. Zbyt wysoka jak na zwykłych uciekinierów.

Opuszczając garnizon, byłem pewien, że musimy zmienić trasę. Główne szlaki były zbyt niebezpieczne.

— Będziemy podróżować nocą — oznajmiłem swoim ludziom, gdy zebraliśmy się za miastem. — I wybierzemy trudniejszą drogę przez wschodnią część pustyni, a nie zwykły szlak wzdłuż wybrzeża.

Mój zastępca, doświadczony przewodnik imieniem Ismail, spojrzał na mnie ze zdumieniem.

— Tą drogą nikt nie podróżuje od lat. Jest zbyt niebezpieczna. Brak wody, dzicy nomadzi, węże…

— Właśnie dlatego nikt nie będzie nas tam szukał — przerwałem mu. — Znam tę trasę. Mój ojciec prowadził tamtędy karawany, zanim Rzymianie ułatwili handel na głównych szlakach. Jest trudna, ale możliwa do przejścia, jeśli wie się, gdzie szukać wody.

Ismail nie był przekonany, ale nie dyskutował więcej. Ufał mojemu doświadczeniu.

Tego wieczoru, gdy karawana szykowała się do nocnego wymarszu, podszedłem do Józefa i Marii, by uprzedzić ich o zmianie planów. Siedzieli nieco z boku, przy małym ognisku. Maria karmiła dziecko, a Józef przygotowywał posiłek.

— Muszę z wami porozmawiać — zacząłem bez wstępów. — Herod wydał za wami list gończy. Opis jest bardzo dokładny. Ktoś musiał was wydać.

Józef spiął się, ale Maria pozostała spokojna, jakby spodziewała się tej informacji.

— Anioł ostrzegł nas, że Herod będzie próbował zabić dziecko — powiedziała cicho. — Dlatego musimy uciekać.

Powstrzymałem się od komentarza na temat aniołów. To nie był czas na teologiczne dyskusje.

— Zmieniamy trasę — powiedziałem. — Pójdziemy trudniejszą drogą przez wschodnią pustynię. To będzie ciężka podróż, zwłaszcza z dzieckiem. Czy dacie radę?

Maria spojrzała na męża, potem na dziecko, a wreszcie na mnie. — Damy radę. Bóg nas prowadzi.

Zauważyłem, że dziecko przestało ssać i teraz patrzyło na mnie wielkimi, ciemnymi oczami. Było to dziwne spojrzenie, zbyt świadome jak na niemowlę. Przez chwilę miałem wrażenie, że dziecko rozumie każde moje słowo. Potem zamrugało i znów wyglądało jak zwykłe niemowlę.

— Jest jeszcze coś — powiedziałem, otrząsając się z tego dziwnego wrażenia. — Nagroda za was jest wysoka. Bardzo wysoka. Jeśli ktokolwiek z karawany połączy fakty i zrozumie, kim jesteście… cóż, nie wszyscy są tak lojalni jak moi najbliżsi ludzie. Złoto potrafi skusić nawet najuczciwszych.

— Rozumiemy ryzyko — odparł Józef, mówiąc po raz pierwszy podczas tej rozmowy. — I doceniamy to, co dla nas robisz, Malik. Jeśli chcesz, możemy dać ci więcej złota…

Uniosłem dłoń, przerywając mu. — Nie o to chodzi. Dałem słowo, że dostarczę was bezpiecznie do Egiptu. A Malik ibn Tamir zawsze dotrzymuje słowa. Idźcie teraz spać. Wyruszymy za dwie godziny.

Odchodząc, wciąż czułem na plecach spojrzenie dziecka. To było niepokojące uczucie, które nie opuszczało mnie przez resztę wieczoru.

Zgodnie z planem, wyruszyliśmy głęboką nocą. Niebo było usiane gwiazdami, ale niezwykła gwiazda, która świeciła nad Betlejem, teraz przygasła lub zniknęła. Może spełniła już swoją rolę? A może była tylko złudzeniem, które sobie wyobraziłem?

Przez kolejne dni prowadziliśmy karawanę przez najbardziej odludne części pustyni Negew. To była trudna trasa, wymagająca każdej uncji mojego doświadczenia. Woda była rzadkością, upał w ciągu dnia niemal zabójczy, a noce zimne i pełne niewidzialnych zagrożeń. Kilka razy mijaliśmy kości – ludzkie i wielbłądzie – niemych świadków tego, jak niebezpieczna była ta droga dla nieprzygotowanych.

Mimo trudności, Józef i Maria znosili podróż zaskakująco dobrze. Mężczyzna, mimo swojego wieku, wykazywał się siłą i wytrzymałością. Kobieta, choć delikatna, miała w sobie niezwykłą determinację. A dziecko… dziecko prawie nigdy nie płakało. Było to tak nienaturalne, że niektórzy z moich ludzi zaczęli szeptać, iż to nie jest zwykłe dziecko.

Piątego dnia podróży dotarliśmy do małego obozu nomadów w pobliżu ukrytego źródła. Znałem te plemiona – dzikich, niezależnych ludzi pustyni, którzy nie uznawali władzy ani Heroda, ani Rzymu. Miałem z nimi dobre stosunki, handlowałem z nimi od lat. Wiedzieli, że mogą mi ufać, a ja wiedziałem, że mogę liczyć na ich dyskrecję.

Szejk obozu, stary mężczyzna o imieniu Dajan, powitał mnie jak brata. Siedzieliśmy w jego namiocie, pijąc gorącą, gorzką herbatę i wymieniając nowiny.

— Dlaczego wybrałeś tę starą drogę, Malik? — zapytał wprost. — Handlarze od lat nią nie podróżują. Mówią, że rzymskie drogi są bezpieczniejsze i szybsze.

— Bezpieczniejsze dla jednych, bardziej niebezpieczne dla innych — odpowiedziałem wymijająco. — Czasem stare ścieżki są lepsze.

Dajan przyglądał mi się badawczo. — Chodzi o tę rodzinę, którą przywozisz? Mężczyznę, kobietę i dziecko?

Nie byłem zaskoczony, że ich zauważył. Nic nie ukryje się przed oczami nomadów.

— Czy mogę ci zaufać, stary przyjacielu? — zapytałem, ściszając głos.

— Czy kiedykolwiek cię zawiodłem?

— Nigdy — przyznałem. — Ta rodzina jest w niebezpieczeństwie. Herod chce zabić dziecko.

Oczy starca rozszerzyły się. — Dlaczego król miałby interesować się zwykłym dzieckiem?

— Bo może nie jest zwykłym dzieckiem — odpowiedziałem, wciąż niepewny, ile powinienem ujawnić. — Niektórzy wierzą, że jest obiecanym królem Żydów. Mesjaszem.

Dajan odchylił się, wyraźnie poruszony. — Mesjasz… — powtórzył cicho. — Słyszeliśmy o gwieździe i mędrcach ze Wschodu. Nawet tutaj, na pustyni, takie wieści docierają. Niektórzy z naszych starszych mówili, że to znak nowych czasów.

— Nie wiem, czy to prawda — przyznałem szczerze. — Nie jestem człowiekiem wiary. Ale wiem, że Herod jest zdolny do wszelkiego okrucieństwa, by chronić swój tron. A ja dałem słowo, że dostarczę tę rodzinę bezpiecznie do Egiptu.

Starzec milczał przez dłuższą chwilę, patrząc w przestrzeń, jakby ważył moje słowa.

— Pozostaniecie w naszym obozie przez dwa dni — zdecydował w końcu. — Twoi ludzie i wielbłądy potrzebują odpoczynku. Potem dam ci najlepszego przewodnika, który zna sekretne ścieżki przez góry na granicy. Nikt was tam nie znajdzie.

Podziękowałem mu, ale Dajan uniósł dłoń, powstrzymując mnie.

— Chcę zobaczyć dziecko — powiedział.

Nie byłem pewien, czy powinienem się zgodzić, ale czułem, że mogę ufać staremu nomadzie. Przyprowadziłem Józefa, Marię i dziecko do namiotu szejka. Maria była początkowo niechętna, przyciskając dziecko do piersi, ale Józef szepnął jej kilka słów i rozluźniła uścisk.

Dajan wpatrywał się w dziecko przez długą chwilę, a potem, ku mojemu zdumieniu, ukłonił się przed nim.

— Mój lud czekał na tego, który przyniesie pokój — powiedział cicho. — Nie jesteśmy Żydami, ale nasze proroctwa również mówią o wielkim nauczycielu, który zmieni świat. Może to ten sam człowiek?

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Patrzyłem, jak stary nomada klęka przed niemowlęciem, które patrzyło na niego z tą samą dziwną świadomością, którą zauważyłem wcześniej. Scena miała w sobie coś nierealnego, jakby wszystko działo się w śnie.

— Będziecie bezpieczni w moim obozie — obiecał Dajan, wstając z trudnością. — A potem pomożemy wam dostać się do Egiptu drogą, której Herod nigdy nie odkryje.

Tej nocy, gdy większość karawany już spała, siedziałem przy ognisku, zastanawiając się nad wszystkim, co wydarzyło się od naszego wyjazdu z Betlejem. Byłem człowiekiem praktycznym, kupcem i przewodnikiem. Moje życie opierało się na faktach, na rzeczach, które mogłem zobaczyć, dotknąć, zważyć. A jednak byłem wciągany w wydarzenia, które zdawały się przekraczać granice zwykłego świata.

Maria podeszła do mnie cicho, niosąc dziecko. Usiadła obok bez słowa. Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, wpatrując się w ogień.

— Dziękuję — powiedziała w końcu. — Za wszystko, co dla nas robisz.

Wzruszyłem ramionami. — Robię to, za co mi zapłacono.

— Nie — pokręciła głową z delikatnym uśmiechem. — Robisz więcej. Zmieniłeś trasę, ostrzegłeś nas, chroniłeś przed rzymskimi żołnierzami. To więcej niż obowiązek przewodnika.

Nie odpowiedziałem od razu. Rzeczywiście, robiłem więcej, niż wymagałaby tego zwykła transakcja handlowa. Ale dlaczego? Czy naprawdę wierzyłem, że to dziecko jest kimś wyjątkowym? Czy może po prostu nie mogłem znieść myśli o tym, że Herod miałby zabić niemowlę z powodu swoich urojonych lęków?

— Twoje dziecko… — zacząłem, nie wiedząc właściwie, o co chcę zapytać. — Jest… inne.

Maria spojrzała na swojego syna z nieskończoną czułością. — Jest darem od Boga — powiedziała prosto. — Nie rozumiem w pełni, dlaczego nas wybrano. Jestem tylko prostą dziewczyną z Nazaretu. Ale wiem, że mój syn ma do wypełnienia wielkie przeznaczenie.

Dziecko, jak gdyby rozumiejąc, że o nim mowa, odwróciło głowę w moją stronę. I znowu poczułem to samo dziwne wrażenie – że te oczy widzą więcej, niż powinny oczy niemowlęcia. Że patrzą prosto w moją duszę.

— Co się stanie, gdy dotrzecie do Egiptu? — zapytałem, próbując odwrócić uwagę od tego niepokojącego uczucia.

— Nie wiem — przyznała. — Anioł powiedział nam tylko, by uciekać do Egiptu i pozostać tam, aż otrzymamy znak, że bezpiecznie jest wrócić. Józef ma nadzieję znaleźć pracę jako cieśla. Przetrwamy.

Jej spokój i wiara były zaskakujące. Większość kobiet w jej sytuacji byłaby załamana – młoda matka, zmuszona do ucieczki z domu, ścigana przez najpotężniejszego człowieka w kraju, skazana na niepewną przyszłość w obcym kraju. A jednak Maria wydawała się akceptować swój los z godnością i zaufaniem, które budziły szacunek.

— Pomogę wam znaleźć miejsce w Aleksandrii — zaoferowałem impulsywnie. — Mam tam kontakty wśród żydowskiej społeczności. Znajdą dla was bezpieczne miejsce i pomogą się zadomowić.

Uśmiechnęła się z wdzięcznością. — Jesteś dobrym człowiekiem, Malik. Wierzę, że to nie przypadek, że Bóg postawił cię na naszej drodze.

Nie byłem pewien, co odpowiedzieć. Nie wierzyłem w jej Boga ani w żadne przeznaczenie. Ale trudno było całkowicie odrzucić myśl, że w tych wydarzeniach jest coś więcej niż tylko seria przypadków.

— Powinnaś odpocząć — powiedziałem w końcu. — Jutro będziemy mieć dzień wytchnienia, ale potem czeka nas jeszcze trudna droga.

Kiwnęła głową i wstała, by odejść. Zanim jednak to zrobiła, dziecko wyciągnęło małą rączkę i dotknęło mojego ramienia. Był to tak lekki dotyk, że ledwo go poczułem, a jednak przeszedł mnie dreszcz, jakby coś ważnego właśnie się wydarzyło.

Patrzyłem, jak odchodzą, a ogień trzaskał cicho w nocnej ciszy pustyni.

V. Wieści z Betlejem

Zgodnie z obietnicą, spędziliśmy dwa dni w obozie nomadów, dając ludziom i zwierzętom czas na odpoczynek. Rano trzeciego dnia mieliśmy wyruszyć w dalszą drogę. Jednak o świcie do obozu przybył posłaniec – zakurzony, wyczerpany mężczyzna na drżącym z wysiłku koniu. Szukał mnie.

Był to jeden z moich zaufanych informatorów, młody Żyd imieniem Eben, którego opłacałem, by dostarczał mi wieści o politycznych i handlowych wydarzeniach w regionie. Jego obecność tutaj, na głębokiej pustyni, była niepokojąca.

— Co się stało? — zapytałem, gdy wprowadzono go do mojego namiotu. — Dlaczego opuściłeś swoje stanowisko?

— Musiałem cię znaleźć, Malik — powiedział, dysząc ciężko i pijąc wodę, którą mu podałem. — To, co się stało… to okropne.

— Mów jaśniej. Co się stało?

— Herod… — jego głos załamał się. — Herod rozkazał zabić wszystkie dzieci w Betlejem. Wszystkie chłopców poniżej dwóch lat.

Zamarłem, nie wierząc własnym uszom. — Co powiedziałeś?

— Dwa dni po waszym wyjeździe, do Betlejem przybył oddział żołnierzy Heroda. Otoczyli miasto i zaczęli… — głos mu się załamał. — Chodzili od domu do domu. Zabijali każdego chłopca, nawet niemowlęta. Nikt nie został oszczędzony.

Usiadłem ciężko, próbując ogarnąć umysłem tę potworność. Znałem okrucieństwo Heroda – kazał zamordować członków własnej rodziny, gdy podejrzewał ich o spisek. Ale zabijanie niewinnych dzieci? To przekraczało wszelkie granice.

— Ile… — nie mogłem dokończyć pytania.

— Dziesiątki — odpowiedział Eben. — Może więcej. Nikt nie liczył ciał. Krzyki matek słychać było w całej okolicy. Niektórzy mówią, że Rachela płacze za swoimi dziećmi i nie daje się pocieszyć…

Cytat z ich proroctwa. Odpowiedni w tej strasznej chwili.

— A Juda? — zapytałem nagle, przypominając sobie starego przyjaciela, który przyprowadził do mnie Józefa i Marię.

Eben spuścił wzrok. — Zginął. Próbował chronić rodzinę z małym dzieckiem. Żołnierze zabili go mieczem, a potem zabili dziecko.

Przymknąłem oczy, czując falę smutku i gniewu. Juda, mój stary przyjaciel i partner handlowy, zginął, próbując ratować niewinnych. A ja uciekłem, zabierając ze sobą dziecko, którego szukał Herod.

— Wieści o rzezi rozchodzą się po całym kraju — kontynuował Eben. — Ludzie są przerażeni i wściekli. Nawet Rzymianie są zszokowani. Mówi się, że sam cezar Augustus powiedział, że lepiej być świnią Heroda niż jego synem.

Wiedziałem, że muszę powiedzieć Józefowi i Marii. Musiałem im pokazać, przed jakim niebezpieczeństwem uciekali. Ale jak przekazać taką wiadomość? Jak powiedzieć matce, że z jej powodu – z powodu jej dziecka – zginęły dziesiątki innych dzieci?

Ale oni już wiedzieli. Kiedy wyszedłem z namiotu, Józef stał niedaleko, a jego twarz wyrażała ból, który mówił mi, że słyszał wszystko. Maria siedziała kawałek dalej, przyciskając dziecko do piersi, a łzy spływały po jej policzkach.

— To moja wina — powiedziała, gdy podszedłem do nich. — Gdybyśmy nie uciekli…

— Gdybyście nie uciekli, wasze dziecko też by zginęło — przerwałem jej ostro. — A Herod i tak mógłby wydać ten rozkaz. To on jest winny, nie wy.

— Anioł ostrzegał… — zaczął Józef, ale zamilkł, jakby nie mógł znaleźć słów. — Ostrzegał przed niebezpieczeństwem, ale nie sądziliśmy… nie wyobrażaliśmy sobie…

Widziałem, że oboje są wstrząśnięci. Jak mogli nie być? Ale widziałem w ich oczach coś jeszcze – determinację. Teraz, bardziej niż kiedykolwiek, byli przekonani, że muszą chronić swoje dziecko. Że jego życie ma ogromne znaczenie.

— Wyruszymy natychmiast — zdecydowałem. — Im szybciej będziecie w Egipcie, tym lepiej.

Przygotowania do wymarszu poszły sprawnie. Dajan, zgodnie z obietnicą, dał nam swojego najlepszego przewodnika – młodego, ale doświadczonego mężczyznę imieniem Samir, który znał tajemne ścieżki przez góry na granicy Egiptu.

Przed odejściem, stary szejk podszedł do Marii i Józefa, niosąc małe zawiniątko.

— To dla dziecka — powiedział, podając im pakunek. — Nasza najcenniejsza żywica – mirrha. Używamy jej do leczenia ran i chorób. Może wam się przydać na obcej ziemi.

Maria przyjęła dar z wdzięcznością. — Dziękuję. To drugi raz, gdy ofiarowano nam mirrhę dla naszego syna.

— Pierwszy był od mędrców ze Wschodu — wyjaśnił Józef, widząc moje pytające spojrzenie. — Przynieśli złoto, kadzidło i mirrhę. Złota używamy, by zapłacić za podróż. Kadzidło… zostało w Betlejem.

— Mirrha jest dla zmarłych — mruknął Dajan. — Ale też dla chorych i cierpiących. Mirrha przynosi ukojenie. A świat potrzebuje ukojenia.

Nie rozumiałem pełni znaczenia tych darów, ale widziałem, że dla Marii i Józefa miały one głęboki sens, związany z ich wiarą i przyszłością ich dziecka.

Gdy słońce stało wysoko na niebie, nasza karawana, teraz mniejsza o kilku kupców, którzy zdecydowali się pozostać dłużej w oazie, wyruszyła w dalszą drogę. Samir prowadził, ja jechałem zaraz za nim, a Józef z Marią i dzieckiem byli w środku karawany, chronieni z obu stron przez moich najlepszych strażników.

Patrząc na rozpościerającą się przed nami pustynię, myślałem o tym, ile śmierci i cierpienia spowodowało poszukiwanie tego jednego dziecka. Jaki strach musiał odczuwać Herod, by posunąć się do takiego okrucieństwa? I czy to dziecko – to zwyczajne z wyglądu niemowlę – naprawdę było warte tej ceny?

Nie znałem odpowiedzi. Ale wiedziałem, że dałem słowo i doprowadzę tę rodzinę bezpiecznie do Egiptu, bez względu na wszystko.

VI. Granica i wybór

Gdy zbliżaliśmy się do granicy egipskiej, teren stawał się coraz bardziej skalisty i trudny. Samir prowadził nas ścieżkami, których bym nie zauważył, gdyby nie wskazał ich palcem – wąskimi przesmykami między skałami, wyschniętymi korytami rzek, które wypełniały się wodą tylko kilka dni w roku, traktami widocznymi tylko dla kogoś, kto spędził całe życie na pustyni.

Dzięki jego wiedzy uniknęliśmy kilku rzymskich patroli i posterunku granicznego, przez który normalnie musiałyby przechodzić wszystkie karawany. To oznaczało, że weszliśmy do Egiptu nielegalnie – ale w naszej sytuacji legalność była ostatnią rzeczą, którą się przejmowałem.

Egipt… Kraina faraonów, jak nazywali ją Rzymianie, chociaż czasy prawdziwych faraonów dawno minęły. Teraz była to po prostu kolejna prowincja Imperium, bogata w zboże i papirusy, ale pozbawiona dawnej chwały. Dla Żydów jednak Egipt miał szczególne znaczenie – to stąd uciekli kiedyś pod wodzą Mojżesza, uchodząc przed niewolą. A teraz ich potencjalny Mesjasz wracał do Egiptu, by uchronić się przed śmiercią.

Historia zataczała dziwne koło.

Pierwszym większym miastem na naszej drodze było Pelusium – ważny port i centrum handlowe na wschodnim krańcu delty Nilu. Tam miałem dostarczyć część towarów, zanim udamy się dalej, do Aleksandrii, gdzie miał zakończyć się nasz wspólny szlak.

W Pelusium czekała na nas niespodzianka. Gdy zbliżaliśmy się do bram miasta, zauważyłem grupę jeźdźców wyjeżdżających nam naprzeciw. Natychmiast dałem znak karawanie, by się zatrzymała, i wysunąłem się do przodu. Jeśli to rzymski patrol lub ludzie Heroda, byliśmy w poważnych tarapatach.

Ale nie. To był Baruch, mój wieloletni partner handlowy w Egipcie, w towarzystwie swoich ludzi. Siwy, korpulentny mężczyzna o bogatym stroju i przenikliwym spojrzeniu.

— Malik! — zawołał na mój widok, unosząc rękę w geście powitania. — Spóźniłeś się o cztery dni. Zaczynałem się martwić.

— Wybraliśmy trudniejszą trasę — odpowiedziałem, ukrywając ulgę. — Jak się dowiedziałeś, że nadchodzimy?

— Ptaki śpiewają, wiatr niesie plotki — uśmiechnął się zagadkowo. — A poza tym, wysłałeś posłańca z Berszeby, zapomniałeś?

Rzeczywiście, wysłałem krótką informację o zmianie trasy. Widocznie Baruch był lepiej poinformowany, niż sądziłem.

— Mamy problem, Baruch — powiedziałem cicho, gdy zrównał się ze mną. — Przewożę… specjalnych pasażerów.

— Wiem — jego uśmiech zniknął. — Twój posłaniec powiedział więcej, niż zamierzał. Wiem o rodzinie, której szuka Herod. I wiem, dlaczego zmieniliście trasę.

Zamarłem. Jeśli Baruch wiedział, kto inny również mógł wiedzieć? Czyżby nasza ostrożność poszła na marne?

— Nie patrz tak na mnie, stary przyjacielu — zaśmiał się, widząc moje napięcie. — Twój sekret jest bezpieczny. Co więcej, przybyłem, by pomóc. Mam dla was bezpieczne miejsce w Pelusium, z dala od ciekawskich oczu. A potem, jeśli chcecie, pomogę wam dostać się do Aleksandrii, gdzie jest duża społeczność żydowska.

Nie mogłem uwierzyć w nasz szczęśliwy los. Baruch nie tylko wiedział o naszych sekretnych pasażerach, ale też oferował pomoc. To było zbyt dobre, by było prawdziwe.

— Dlaczego miałbyś to robić? — zapytałem podejrzliwie. — To niebezpieczne. Jeśli Herod się dowie…

— Herod jest umierający — przerwał mi Baruch. — Wieści dotarły dziś rano. Jego choroba, która dręczyła go od lat, teraz atakuje ze zdwojoną siłą. Lekarze mówią, że nie przeżyje więcej niż kilka miesięcy. Być może tygodni.

Ta informacja była zaskakująca. Herod, wszechpotężny tyran Judei, bliski śmierci? To zmieniało wszystko.

— Czy to oznacza, że rodzina jest bezpieczna? — zapytałem.

Baruch pokręcił głową. — Niekoniecznie. Synowie Heroda mogą kontynuować jego politykę. A nawet jeśli nie, Rzymianie mogą uznać dziecko za zagrożenie dla stabilności regionu. Ale w Aleksandrii będą bezpieczniejsi niż gdziekolwiek w Judei.

Podziękowałem Baruchowi i wróciłem do karawany, by przekazać te wieści Józefowi i Marii. Przyjęli informację o chorobie Heroda bez widocznej radości czy triumfu. Maria tylko kiwnęła głową, jakby potwierdzając coś, co już wiedziała.

— Anioł powiedział, że mamy pozostać w Egipcie, aż otrzymamy znak, że możemy bezpiecznie wrócić — powtórzyła. — Ta wiadomość nie zmienia naszych planów.

Baruch dotrzymał słowa. Zaprowadził nas do swojej posiadłości na obrzeżach Pelusium, gdzie karawana mogła odpocząć, a Józef, Maria i dziecko znaleźli schronienie z dala od ciekawskich oczu. W ciągu kilku dni poznałem jego plan – miał statek, który regularnie pływał z Pelusium do Aleksandrii, przewożąc towary. Józef, Maria i dziecko mogli nim bezpiecznie dotrzeć do największego miasta Egiptu.

— Co zamierzasz robić w Aleksandrii? — zapytałem Józefa, gdy siedzieliśmy w wewnętrznym dziedzińcu domu Barucha, pijąc wino i patrząc na zachodzące słońce.

— Jestem cieślą — odpowiedział prosto. — Wszędzie znajdzie się praca dla dobrego rzemieślnika. A Aleksandria to wielkie miasto, pełne budowli i warsztatów.

— I ma dużą społeczność żydowską — dodał Baruch. — Będziecie mogli żyć wśród swoich, przestrzegać swoich praw i zwyczajów. Nikt was tam nie znajdzie.

Kiwnąłem głową. To brzmiało jak dobry plan. Bezpieczna przystań dla rodziny uciekającej przed tyranem. Koniec historii. I koniec mojej roli w niej.

A jednak czułem dziwny niepokój. Przez ostatnie dni przyzwyczaiłem się do obecności tej rodziny, do cichej godności Józefa, spokojnej siły Marii i niewytłumaczalnego spojrzenia dziecka. Myśl o tym, że jutro się rozstaniemy, wywoływała we mnie nieoczekiwany smutek.

— Moglibyście zostać dłużej w Pelusium — powiedziałem, zaskakując samego siebie. — To także duże miasto, z wieloma możliwościami. A ja mam tu kontakty, mógłbym pomóc wam się osiedlić.

Józef spojrzał na mnie z delikatnym uśmiechem. — Dziękuję, Malik. Twoja dobroć wiele dla nas znaczy. Ale czuję, że Aleksandria jest miejscem, gdzie powinniśmy być. Przynajmniej na razie.

— Oczywiście — powiedziałem szybko, próbując ukryć zmieszanie. — To bardziej praktyczne rozwiązanie.

Zapadła między nami cisza. Słońce prawie zaszło, a pierwsze gwiazdy zaczęły pojawiać się na niebie. Ale tej niezwykłej gwiazdy, która świeciła nad Betlejem, nigdzie nie było widać.

— Dlaczego tak bardzo im pomagasz, Malik? — zapytał nagle Baruch, gdy Józef poszedł sprawdzić, jak się mają Maria i dziecko. — To więcej niż obowiązek przewodnika. To więcej niż przysługa dla przyjaciela.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Przez większość życia byłem pragmatycznym człowiekiem, kupcem i przewodnikiem, dla którego liczyły się konkretne rzeczy: złoto, towary, bezpieczne szlaki, dobre kontakty. Nie wierzyłem w cuda ani proroctwa.

A jednak…

— Nie wiem, Baruch — przyznałem w końcu. — Może to przez dziecko. Jest w nim coś… innego. Coś, czego nie potrafię wyjaśnić.

Baruch uśmiechnął się tajemniczo. — Rozumiem. Ja też to czuję, choć widziałem je tylko przelotnie. Jakby patrzyło nie oczami niemowlęcia, ale kogoś znacznie starszego. Kogoś, kto widzi wprost do twojej duszy.

Dokładnie! To było właśnie to uczucie, którego nie potrafiłem nazwać. Spojrzenie dziecka, które zdawało się zawierać mądrość wieków, a nie niewinność niemowlęcia.

— Myślisz, że to naprawdę może być ich Mesjasz? — zapytałem Barucha. — Obiecany król Żydów?

Baruch wzruszył ramionami. — Kto wie? Świat jest pełen tajemnic. Widziałem rzeczy, których nie potrafię wyjaśnić. Słyszałem historie o cudach i proroctwach, które się spełniły. Czy to dziecko jest tym, za kogo uważają je jego rodzice? Może. A może jest po prostu niezwykłym dzieckiem, któremu przypisano wielkie przeznaczenie.

Spojrzałem w gwiazdy, zastanawiając się nad tymi słowami. Może to nie ma znaczenia, kim dokładnie jest to dziecko. Liczy się to, że jest niewinne, a okrutny król chce je zabić z powodu swoich lęków i paranoi. To wystarczający powód, by mu pomóc.

— Jutro wyruszą do Aleksandrii — powiedział Baruch, wstając. — Statek odpłynie o świcie. Powinieneś się z nimi pożegnać.

Kiwnąłem głową, wciąż patrząc w niebo. — Tak. Pożegnam się rano.

VII. Pożegnanie i obietnica

Nastał ranek, a z nim czas rozstania. Statek Barucha był już załadowany towarami i gotowy do drogi. Staliśmy na molo, Józef, Maria z dzieckiem, ja i kilku moich ludzi, którzy chcieli pożegnać naszych niezwykłych towarzyszy podróży.

— Dziękujemy za wszystko, co dla nas zrobiłeś — powiedział Józef, ściskając moją dłoń mocno. — Bez ciebie nie dotarlibyśmy bezpiecznie do Egiptu.

— To był zaszczyt wam towarzyszyć — odpowiedziałem szczerze. — I… przepraszam za to, co spotkało dzieci w Betlejem. Gdybym wiedział…

— Nikt nie mógł przewidzieć okrucieństwa Heroda — przerwała mi łagodnie Maria. — To nie twoja wina, Malik.

Przytaknąłem, choć poczucie winy nie znikało. Jeśli tylko wcześniej ostrzeglibyśmy innych rodziców… Ale co by to zmieniło? Herod i tak znalazłby sposób, by dopiąć swego.

Maria podeszła bliżej, trzymając dziecko. — On chciałby się pożegnać — powiedziała, unosząc nieco zawiniątko.

Spojrzałem w dół i znów napotkałem te niezwykłe oczy, które zdawały się widzieć więcej, niż powinny. Dziecko wyciągnęło małą rączkę i dotknęło mojego policzka. Był to tak delikatny dotyk, a jednak poczułem go jak pieczęć, jak obietnicę, jak błogosławieństwo.

— Jak ma na imię? — zapytałem nagle, uświadamiając sobie, że przez cały ten czas nie poznałem imienia dziecka.

— Jeszua — odpowiedziała Maria. — Oznacza „Jahwe jest zbawieniem”.

Jeszua. Proste imię, a jednocześnie pełne znaczenia.

— Do widzenia, Jeszua — powiedziałem cicho. — Może kiedyś znów się spotkamy.

Dziecko, jakby rozumiejąc moje słowa, lekko się uśmiechnęło. Był to pierwszy uśmiech, jaki u niego zauważyłem, i coś we mnie się poruszyło – jakby ten mały gest zawierał w sobie obietnicę, której nie potrafiłem jeszcze pojąć.

Statek był gotowy do odpłynięcia. Józef pomógł Marii wejść na pokład, sam niosąc ich skromny dobytek. Stałem na molo, patrząc, jak odpływają, jak ich sylwetki stają się coraz mniejsze na tle błękitnej wody.

— Ciekawa rodzina — powiedział Rafik, stojąc obok mnie. — Myślisz, że zobaczysz ich jeszcze kiedyś?

Zastanowiłem się nad tym pytaniem. — Nie wiem. Ale podejrzewam, że pewnego dnia usłyszymy więcej o tym dziecku.

— Może wyrośnie na wielkiego króla, jak mówią proroctwa?

Uśmiechnąłem się. — Może. A może będzie po prostu dobrym człowiekiem. Czasem to wystarczy, by zmienić świat.

Odwróciłem się od morza i ruszyłem z powrotem do miasta. Miałem interesy do załatwienia, karawanę do przygotowania na powrotną drogę. Życie toczyło się dalej.

Ale wiedziałem, że nigdy nie zapomnę tych dni, tej podróży przez pustynię, tego niemowlęcia o spojrzeniu, które zdawało się przenikać duszę. I choć nadal nie byłem pewien, czy wierzę w ich Boga, w ich proroctwa i obietnice, to czułem, że byłem częścią czegoś ważnego. Czegoś, co mogło zmienić nie tylko losy jednej rodziny, ale losy całego świata.

VIII. Epilog: Trzydzieści lat później

Minęło trzydzieści lat od tamtych wydarzeń. Jestem teraz starym człowiekiem, a moje dni przewodzenia karawanom są już za mną. Mój bratanek Rafik przejął moje interesy, a ja spędzam czas w moim domu w Petrze, ciesząc się spokojem i opowiadając wnukom historie o moich podróżach.

Historia o ucieczce do Egiptu jest jedną z tych, które opowiadam najrzadziej. Nie dlatego, że nie jest ważna – wręcz przeciwnie, jest zbyt ważna, zbyt osobista, by dzielić się nią lekkomyślnie.

Przez lata docierały do mnie strzępki informacji o rodzinie, której pomogłem. Dowiedziałem się, że wrócili do Judei po śmierci Heroda, ale nie do Betlejem, lecz do miasteczka zwanego Nazaret w Galilei. Józef kontynuował pracę jako cieśla, a Maria wychowywała syna i kolejne dzieci, które im się urodziły.

O samym Jeszua słyszałem niewiele. Podobno był zdolnym chłopcem, który zadawał trudne pytania i zadziwiał uczonych w Świątyni. Potem cisza – lata, o których nikt nic nie wiedział, jakby zapadł się pod ziemię lub prowadził tak zwyczajne życie, że nie było o czym opowiadać.

Aż do teraz.

Od kilku miesięcy słyszę coraz więcej opowieści. O człowieku z Nazaretu, który przemierza Galileę i Judeę, nauczając o Królestwie Bożym. O cudach uzdrowień, o tłumach, które za nim podążają, o kontrowersji, jaką wzbudza wśród kapłanów i uczonych w Prawie.

Ludzie mówią różne rzeczy. Jedni twierdzą, że jest prorokiem, jak Eliasz czy Izajasz. Inni, że to szarlatan i wichrzyciel. Jeszcze inni szepczą z nadzieją, że to on – długo oczekiwany Mesjasz, Król Żydów, który wyzwoli ich spod rzymskiej władzy.

A ja się zastanawiam, czy to ten sam chłopiec, którego uratowałem przed gniewem Heroda. Czy to te same oczy, które patrzyły na mnie z taką niezwykłą świadomością. Czy to ten sam Jeszua, którego dotyk czuję czasem na policzku, gdy wspominam tamte dni.

Dzisiejszego poranka otrzymałem wiadomość. Handel ma swoje ścieżki, a informacja jest najcenniejszym towarem. Moi dawni wspólnicy dali mi znać, że człowiek z Nazaretu zmierza do Jerozolimy na święto Paschy. Że napięcie rośnie, że władze się niepokoją, że może dojść do rozruchów – lub czegoś gorszego.

I po raz pierwszy od lat poczułem niepokój – ten sam, który towarzyszył mi, gdy patrzyłem na rzymskich żołnierzy przeszukujących karawanę w poszukiwaniu niemowlęcia.

Stary jestem, zbyt stary na podróż do Jerozolimy. Moje nogi nie zniosłyby takiej drogi, moje serce mogłoby nie wytrzymać. A jednak czuję, że powinienem tam być. Że powinienem zobaczyć, co się stanie, gdy człowiek, którego pomogłem ocalić jako dziecko, wejdzie do miasta, w którym czeka go albo tron, albo śmierć.

Rafik obiecał, że dostarczy mi wieści najszybciej, jak to możliwe. Może nawet sam pojedzie do Jerozolimy, by być świadkiem tych wydarzeń. A ja będę czekał tutaj, w moim domu w skale, patrząc na wschód i wspominając dziecko o niezwykłym spojrzeniu.

Nie wiem, czy ich Bóg istnieje. Nie wiem, czy proroctwa się spełnią. Ale wiem jedno – przez krótki czas byłem częścią historii, która zaczęła się w Betlejem i prowadzi przez Egipt prosto do bram Jerozolimy. I bez względu na to, jak się zakończy, jestem wdzięczny, że dane mi było w niej uczestniczyć.

Ja, Malik ibn Tamir, przewodnik karawan z Petry, człowiek, który pomógł uratować dziecko, które być może zmieni świat.

Koniec

Ten wpis został opublikowany w kategorii Narodziny Jezusa i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *