– relacja z misji w odległych krainach
Rok 35 od narodzenia naszego Pana, Jerozolima
Zapisuję te słowa, aby pozostał ślad naszych podróży dla braci, którzy pójdą za nami. Ja, Tomasz, zwany Didymos, uczeń Pana naszego Jezusa Chrystusa, rozpoczynam dziś długą drogę na wschód, ku ziemiom, o których mało wiemy. Piotr i pozostali apostołowie pobłogosławili mnie dzisiaj, powierzając mi misję głoszenia Dobrej Nowiny w krainach, które nawet Aleksander Wielki uznał za kraniec świata.
Od zmartwychwstania Pana minęły już dwa lata. Dwa lata, od kiedy włożyłem palce w Jego rany, gdy ukazał mi się w wieczerniku, mówiąc: „Przestań być niedowiarkiem, a bądź wierzącym.” Te słowa wciąż brzmią w moich uszach, napełniając mnie zarówno wstydem za moje zwątpienie, jak i niezachwianą już pewnością, że On żyje.
Wyruszam z Jakubem, synem Alfeusza, oraz trzema innymi braćmi: Addajem, który dobrze zna języki wschodu, Natanaelem, biegłym w sztuce leczenia, oraz młodym Janem z Efezu, który będzie spisywał nasze doświadczenia, gdy mnie zabraknie sił.
Naszą pierwszą destynacją będzie Damaszek, potem Edessa, a stamtąd… dalej na wschód, dokądkolwiek Duch nas poprowadzi. Mówią, że za Partią leżą królestwa niezliczonych ludów, aż po krańce ziemi. Czy dotrę tak daleko? Nie wiem. Ale będę szedł, dokąd Pan mnie pośle.
Rok 36, Edessa, Królestwo Osroene
Przebywamy w Edessie już trzeci miesiąc, goszczeni przez króla Abgara V, który cierpi na trąd, chorobę, której żaden z jego lekarzy nie potrafił wyleczyć. Jakże niezwykłe są drogi Pańskie! Król ten słyszał o Jezusie jeszcze przed Jego ukrzyżowaniem i podobno wysłał do Niego posłańców z prośbą o uzdrowienie. Czy to prawda? Trudno dociec, ale wiara króla jest szczera.
Natanael, korzystając ze swojej wiedzy, przyniósł władcy ulgę w cierpieniu, choć nie pełne uzdrowienie. To otworzyło nam drzwi do pałacu i serc wielu na dworze. Opowiadamy im o Jezusie, o Jego naukach, cudach i zmartwychwstaniu. Niektórzy słuchają z zaciekawieniem, inni z niedowierzaniem, jeszcze inni z otwartymi sercami.
Król Abgar wyraził chęć przyjęcia chrztu, co byłoby pierwszym przypadkiem władcy przyjmującego wiarę w Chrystusa! Jednak jego doradcy są przeciwni, obawiając się reakcji Partów i Rzymian. Czekamy cierpliwie, wierząc, że Pan sam otworzy odpowiednie drzwi.
Tymczasem Addaj przekłada nauki Jezusa na język syryjski, aby lokalni mieszkańcy mogli je czytać. Jest to trudna praca, gdyż wiele pojęć nie ma odpowiedników w ich języku. Jak wytłumaczyć „królestwo niebieskie” ludziom, którzy mają zupełnie inne wyobrażenie o władzy i niebie?
Rok 36, Nisibis (Antiochia Mygdońska)
Opuściliśmy Edessę po sześciu miesiącach pobytu, zostawiając tam małą, ale żywą wspólnotę wierzących pod opieką Addaja, który postanowił pozostać. Król Abgar przyjął chrzest na łożu śmierci, wypowiadając przed odejściem piękne słowa: „Przechodzę od królestwa chwilowego do wiecznego.”
Teraz jesteśmy w Nisibis, ważnym mieście handlowym na szlaku między zachodem a wschodem. Tutaj spotykają się kupcy z Rzymu, Partii, Armenii, Arabii i krain jeszcze dalszych. Jest to miejsce wielu języków, wielu bogów i wielu filozofii.
Nauczamy na rynku, gdzie nasze słowa o zmartwychwstaniu wywołują zarówno śmiech, jak i zainteresowanie. Grecy, których jest tu wielu, uważają zmartwychwstanie za absurd. „Ciało jest więzieniem duszy” – mówią – „dlaczego zmartwychwstały miałby do niego wracać?”.
A jednak wielu przychodzi, słucha i pyta. Wczoraj pewien kupiec z Baktrii długo rozprawiał ze mną o naturze cierpienia. „Jeśli twój Bóg jest dobry i wszechmocny, dlaczego pozwala na cierpienie?” – pytał. Opowiedziałem mu o cierpieniu samego Jezusa, o Jego krzyżu, o tym, że Bóg nie usuwa cierpienia z zewnątrz, ale wchodzi w nie razem z nami. Kupiec odszedł zamyślony.
Jutro wyruszamy dalej na wschód, ku Armenii, a potem do Partii. Słyszymy niepokojące wieści o prześladowaniach naszych braci w Judei. Szczepan, jak donoszą podróżni, został ukamienowany, a pewien faryzeusz imieniem Szaweł rozpoczął polowania na wyznawców Drogi. Modlimy się za naszych braci i za samego Szawła, aby Pan otworzył jego oczy, jak otworzył moje.
Rok 37, Ekbatana (Hamadan), Partia
Po trudnej podróży przez góry Armenii dotarliśmy do Partii, odwiecznego wroga Rzymu. Tutaj, w Ekbatanie, starożytnej stolicy Medów i letniej rezydencji królów perskich, doświadczyliśmy zarówno gościnności, jak i wrogości.
Partowie są dumnym ludem, czczącym ogień jako symbol boski i wyznającym nauki Zaratustry. Ich kapłani, magowie, stoją na straży tradycji i niechętnie patrzą na nasze nauczanie. A jednak, wśród prostego ludu, znajdujemy otwarte serca.
Pewna wdowa imieniem Tertia, pochodzenia greckiego, przyjęła nas do swego domu. Jej syn był sparaliżowany od dzieciństwa. Gdy opowiedziałem jej o uzdrowieniach, których dokonał Jezus, zapytała, czy nasz Pan może uzdrowić również jej syna. Położyłem ręce na chłopcu, modląc się w imię Jezusa, nie wiedząc, czy Pan zechce okazać przez nas swoją moc. Ku mojemu zdumieniu, chłopiec wstał i zaczął chodzić po raz pierwszy w życiu!
Wieść o tym cudzie rozeszła się szybko po mieście. Wielu przychodzi teraz, prosząc o uzdrowienie, inni chcą słuchać o Jezusie. Ale wzbudza to też zazdrość magów, którzy oskarżyli nas przed satrapą o praktykowanie czarnej magii. Musieliśmy uciekać nocą, chronieni przez kilku nowych wierzących.
Idziemy teraz dalej na wschód, ku Baktrii i Indiom. Jakub zachorował po drodze i musiał zawrócić do Edessy. Zostało nas trzech: ja, Natanael i młody Jan. Czasem ogarnia mnie zwątpienie – czy zdołamy dotrzeć do celu? Czy ktokolwiek w tych odległych krainach przyjmie Ewangelię? Ale potem przypominam sobie moje zwątpienie przy pustym grobie i słowa Pana: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli.”
Rok 38, Baktra (Balkh), na granicy świata znanego Rzymianom
Jesteśmy świadkami cudów i okropności. Baktra, to starożytne miasto, leży na skrzyżowaniu szlaków między zachodem, wschodem i północą. Tutaj spotykają się kupcy z najprzeróżniejszych krain: Sogdiany, Scytii, a nawet odległych Chin, które tutejsi nazywają Seres – Krainą Jedwabiu.
Na rynku można usłyszeć tuzin języków, zobaczyć towary, o których istnieniu nie wiedzieliśmy: jedwab delikatniejszy niż najcieńszy len, przyprawy o niezwykłych aromatach, kamienie przejrzyste jak woda, a twarde jak metal, które miejscowi nazywają „diamentami”.
Ale jest też druga strona tego miasta: świątynie pełne posągów dziwacznych bóstw, rytualne prostytutki, ofiary z ludzi składane potajemnie dla „starych bogów”. Lud tutejszy żyje w strachu przed demonami, które, jak wierzą, czają się w ciemnościach, gotowe porwać nieostrożnych.
W takim miejscu głosimy Chrystusa, światłość świata, Tego, który pokonał śmierć i demony. Niektórzy słuchają z nadzieją, widząc w naszym przesłaniu wyzwolenie od strachu, który ich paraliżuje. Inni reagują gniewem, zwłaszcza kapłani lokalnych kultów, którzy żyją z ludzkiego lęku.
Natanael dokonuje cudów uzdrowienia w imię Jezusa, co przyciąga wielu. Ja opowiadam o zmartwychwstaniu i o królestwie niebieskim. Jan zapisuje wszystko i uczy się lokalnych języków z niezwykłą łatwością.
Poznaliśmy tu kupca z Indii, Habiba, wyznawcę Jedynego Boga, choć nie Żyda. Mówi, że w jego ojczyźnie jest wielu takich jak on, którzy odrzucili bałwochwalstwo, szukając prawdziwego Boga. Zaprosił nas, byśmy udali się z nim do jego kraju, obiecując bezpieczną podróż. Czy to znak od Pana? Modlimy się o rozeznanie.
Rok 39, Taxila, Królestwo Gandara (północno-zachodnie Indie)
Po rocznej podróży przez pustynie, góry i doliny rzek, których nazw nie znam, dotarliśmy do Taxili, miasta mądrości, jak nazywają je miejscowi. Jest to ośrodek nauki, gdzie studiują uczeni z całego wschodu, a także z Grecji i Egiptu.
Habib, nasz przewodnik, przedstawił nas swojemu panu, kupcowi Gudnaparowi, człowiekowi zamożnemu i wpływowemu, który handluje z najdalszymi krańcami świata. Gdy usłyszał, że jestem cieślą (zanim Pan mnie powołał), zapytał, czy mógłbym zbudować dla niego pałac. Zgodziłem się, widząc w tym okazję do głoszenia Ewangelii.
Gudnapar dał mi znaczną sumę pieniędzy i wyjechał na rok. W tym czasie, zamiast budować pałac, rozdałem pieniądze ubogim i chorym, głosząc im Chrystusa i lecząc w Jego imię. Gdy Gudnapar wrócił i odkrył, co zrobiłem, wpadł w gniew i wtrącił mnie do lochu.
Tej samej nocy jego brat ciężko zachorował i był bliski śmierci. We śnie ukazał mu się anioł, mówiąc: „Jeśli chcesz, by twój brat żył, uwolnij sługę Bożego, którego uwięziłeś, bo on może uzdrowić twojego brata.”
Gudnapar przyszedł do mnie o świcie, prosząc o pomoc. Poszedłem do jego brata, położyłem na nim ręce i modliłem się w imię Jezusa. Chory wyzdrowiał natychmiast. Widząc to, Gudnapar padł przede mną na kolana, prosząc o przebaczenie i pytając o mojego Boga.
Wyjaśniłem mu: „Pałac, który zbudowałem dla ciebie, nie jest z kamienia i drewna, ale z żywych dusz. Jest w niebie, a nie na ziemi, i będzie trwał wiecznie.” Gudnapar zrozumiał i przyjął chrzest wraz z całym swoim domem.
Teraz, dzięki jego wsparciu, głosimy Ewangelię w całej Taxili. Wielu uczonych przychodzi, by dyskutować o naszej wierze. Niektórzy buddyjscy mnisi wykazują szczególne zainteresowanie nauką o miłości nieprzyjaciół i błogosławieństwach, widząc w niej podobieństwo do nauk swojego mistrza.
Rok 41, Malabar (południowo-zachodnie wybrzeże Indii)
Z Taxili podróżowaliśmy na południe przez wiele miesięcy, głosząc Ewangelię w licznych miastach i wioskach. Niestety, Natanael zachorował po drodze na gorączkę i zmarł, oddając ducha w pokoju, z imieniem Jezusa na ustach. Pochowaliśmy go z czcią w miejscu zwanym Mylapore, gdzie ludzie do dziś składają kwiaty na jego grobie.
Teraz jesteśmy na wybrzeżu Malabaru, krainy przypraw, gdzie rośnie pieprz ceniony na wagę złota w Rzymie. Tutaj, ku naszemu zdumieniu, znaleźliśmy społeczność Żydów, którzy przybyli tu po zburzeniu pierwszej świątyni przez Babilończyków. Żyją w pokoju z miejscowymi, handlując przyprawami i zachowując wiarę ojców.
Gdy usłyszeli ode mnie o Jezusie, o Jego śmierci i zmartwychwstaniu, o zesłaniu Ducha Świętego, wielu uwierzyło, rozpoznając w Nim Mesjasza, na którego czekali. Inni odrzucili moje świadectwo, podobnie jak wielu w Jerozolimie.
Na wybrzeżu poznałem też greckich i egipskich kupców, którzy regularnie pływają tu po przyprawy. Dzięki nim przesyłam listy do braci w Antiochii i Jerozolimie, informując o postępach naszej misji. Od nich też dowiaduję się wieści z zachodu – o prześladowaniach i o cudach, o rozproszeniu apostołów i o nawróceniu Szawła, teraz zwanego Pawłem. Czy to możliwe? Ten, który prześladował Kościół, stał się jego obrońcą? Jeśli tak, to kolejny dowód na moc zmartwychwstałego Pana, który przemienia serca.
Tutejsi ludzie są życzliwi, choć ich zwyczaje wydają się nam dziwne. Czczą wiele bogów o nieznanych nam imionach, ale są też wśród nich poszukiwacze prawdy, którzy pytają o Jedynego. Ich mędrcy, braminowie, znają głębokie tajemnice ducha, lecz często są przywiązani do swoich przywilejów i systemu kastowego, który dzieli ludzi na lepszych i gorszych.
Nauka o tym, że w Chrystusie „nie ma już Żyda ani Greka, niewolnika ani wolnego”, wydaje się im rewolucyjna i niebezpieczna. A jednak niektórzy dostrzegają w niej prawdę i przyjmują chrzest, narażając się na wykluczenie ze społeczności.
Rok 43, Majlapur (Mylapore, dzisiejsze Chennai)
Po długiej podróży wzdłuż wybrzeża dotarliśmy do Majlapuru, miasta poświęconego bogini Majla. Tutejszy władca, Raja Mahadevan, początkowo był nam niechętny, podejrzewając, że jesteśmy szpiegami Partów lub Rzymian. Ale gdy jego córka została uzdrowiona z trądu przez modlitwę w imię Jezusa, zmienił swoje nastawienie.
Pozwolił nam głosić Ewangelię i nawet podarował ziemię, na której mogliśmy zbudować miejsce modlitwy. Wielu mieszkańców miasta przyjęło chrzest, zwłaszcza spośród ubogich i wykluczonych, tzw. „niedotykalnych”, dla których nauka o równości wszystkich ludzi przed Bogiem jest jak woda na pustyni.
Ale nasz sukces wywołał gniew braminów, którzy tracą wpływy i dochody. Oskarżają nas o podważanie odwiecznego porządku społecznego, o obrazę bogów, o sprowadzanie nieszczęścia na miasto. Raja, choć życzliwy, obawia się ich wpływów.
Młody Jan, który przez lata był moim wiernym towarzyszem, zachorował na febrę. Modliłem się żarliwie o jego uzdrowienie, ale Pan wezwał go do siebie. Przed śmiercią powiedział: „Nie smuć się, Tomaszu. Idę do Tego, którego obaj kochamy. Ty musisz jeszcze dokończyć dzieło, które On ci powierzył.”
Pochowałem Jana obok Natanaela i zostałem sam, ostatni z naszej małej grupy, która wyruszyła z Jerozolimy przed ośmioma laty. Czasem, gdy siadam wieczorem na brzegu morza, patrząc na zachód, tęsknota za domem, za braćmi, za znajomymi krajobrazami przepełnia moje serce. Ale wiem, że moje miejsce jest tutaj, wśród tych ludzi, którym przyniosłem imię Jezusa.
Rok 45, Królewski dwór w Keralii (południowe Indie)
Cuda i znaki nie ustają. Na zaproszenie lokalnego władcy, którego tytuł brzmi „Zamorin”, przybyłem do jego pałacu, by opowiedzieć o mojej wierze. Zamorin, człowiek mądry i ciekawy świata, słuchał z uwagą, zadając przenikliwe pytania.
„Jak twój Bóg, który stał się człowiekiem, różni się od naszych bogów, którzy przybierają ludzkie formy?” – pytał.
„Wasi bogowie, o ile rozumiem wasze święte opowieści, stają się ludźmi na chwilę, by zrealizować jakiś cel, a potem wracają do boskiej formy” – odpowiedziałem. „Nasz Pan Jezus Chrystus stał się w pełni człowiekiem, nie przestając być w pełni Bogiem. Urodził się jak każdy z nas, dorastał, czuł głód i pragnienie, zmęczenie i ból. A potem umarł naprawdę, nie pozornie, by prawdziwie zmartwychwstać, otwierając drogę do nowego życia dla wszystkich.”
Zamorin zamyślił się, po czym rzekł: „Mówisz o Bogu, który cierpi. Nasi bogowie są ponad cierpieniem. Czy bóg, który cierpi, nie jest słabszy?”
„Przeciwnie” – odparłem. „Potrzeba większej siły, by wziąć na siebie cierpienie, niż by go unikać. Wasz wojownik, który rzuca się w wir bitwy, wiedząc, że może zginąć, jest silniejszy od tego, który chowa się za murami pałacu.”
Ta odpowiedź spodobała się Zamorinowi, który sam jest wojownikiem. Pozwolił mi głosić na swoim dworze, a wielu jego dworzan i służących przyjęło chrzest. On sam pozostaje życzliwy, ale wciąż przywiązany do wiary przodków.
Ciekawe jest to, jak tutejsi ludzie, słuchając o Jezusie, odnajdują w Nim podobieństwa do swoich bóstw: Kriszny, który jest pasterzem, Siwy, który tańczy na granicy życia i śmierci, Wisznu, który przychodzi na świat, by ratować ludzi. Wykorzystuję te podobieństwa jako mosty do zrozumienia, choć zawsze podkreślam to, co wyjątkowe w Chrystusie.
Rok 48, Góra, którą miejscowi nazywają „Mała Góra” (Chinnamalai)
Z biegiem lat coraz więcej ludzi przyjmuje wiarę w Chrystusa. Mamy już wspólnoty wierzących w wielu miastach wzdłuż wybrzeża i w głębi lądu. Ustanowiłem starszych i diakonów w każdej z nich, tłumacząc Pisma i nauki Pana na lokalne języki.
Teraz przebywam na odludziu, na małej górze, gdzie spędzam czas na modlitwie i poście, przygotowując się do dalszej misji. Tutejsi ludzie są przyzwyczajeni do widoku ascetów i świętych mężów, którzy odchodzą na pustkowie, by szukać oświecenia. Wykorzystuję ten zwyczaj, choć mój cel jest inny – nie szukam oświecenia, ale głębszej więzi z Tym, który jest Światłością świata.
Do mojej pustelni przychodzą ludzie różnego stanu – prości rybacy i rolnicy, zamożni kupcy, uczeni bramini, a nawet książęta, szukając rady, modlitwy, uzdrowienia. Wszystkim głoszę Chrystusa, przypominając sobie słowa Piotra: „Bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest.”
Wielu pyta mnie o różnice między naszą wiarą a ich tradycyjnymi wierzeniami. Staram się wskazywać zarówno punkty wspólne, jak i to, co nas różni. Mówię im: „Wasz głód sprawiedliwości, wasze poszukiwanie prawdy, wasze pragnienie wyzwolenia – to wszystko znajduje odpowiedź w Chrystusie, który jest Drogą, Prawdą i Życiem.”
Niektórzy odchodzą, potrząsając głowami, uważając, że to zbyt proste, by mogło być prawdziwe. Inni przyjmują z radością, widząc w Ewangelii wypełnienie najgłębszych pragnień swoich serc.
Rok 50, Majlapur (Mylapore), podczas konfliktu z braminami
Konflikty się nasilają. Bramini, widząc, jak coraz więcej ludzi odwraca się od starych kultów ku wierze w Chrystusa, nastawiają przeciw nam władców. Oskarżają nas o rozbijanie społeczeństwa, o podważanie odwiecznych praw i tradycji, o sprowadzanie gniewu bogów na kraj.
W Majlapurze, gdzie mamy najliczniejszą wspólnotę, napięcie osiągnęło szczyt. Gdy odmówiłem udziału w ceremonii ku czci bogini Kali, wymagającej złożenia ofiary ze zwierząt, bramini oskarżyli mnie przed Radżą o obrazę bogów. Radża, początkowo nam przychylny, teraz obawia się gniewu kapłanów i ludu.
Postawiony przed władcą, powiedziałem: „Nie przyszedłem niszczyć, ale budować. Nie przyszedłem odbierać waszej kultury, ale ją oczyszczać i podnosić. Jezus Chrystus, którego głoszę, nie jest Bogiem dla jednego narodu, ale dla wszystkich ludzi, w każdym miejscu i czasie.”
Moje słowa poruszyły Radżę, ale kapłani nalegali na karę. Skazano mnie na chłostę i wygnanie z miasta. Gdy wykonywano wyrok, modliłem się za moich prześladowców, tak jak nauczył nas Pan. Wielu wierzących płakało, widząc moje cierpienie, ale mówiłem im: „Nie płaczcie nade mną. Jestem zaszczycony, mogąc cierpieć dla imienia Chrystusa.”
Po wykonaniu wyroku ukryłem się w domu wiernego ucznia na obrzeżach miasta. Wspólnota przynosi mi jedzenie i wieści. Mimo prześladowań, liczba wierzących rośnie. Krew męczenników staje się posiewem Kościoła, jak mawiał Tertulian.
Rok 52, Kalamina (miejsce nieznane, prawdopodobnie w południowych Indiach)
To będzie mój ostatni wpis. Jestem teraz w miejscu zwanym Kalamina, gdzie schroniłem się po wygnaniu z Majlapuru. Tutaj też dotarli za mną bramini, podburzając miejscowego władcę. Zostałem aresztowany i postawiony przed sądem.
Oskarżono mnie o czary, o zwodzenie ludzi, o podważanie porządku społecznego. Gdy odmówiłem wyrzeczenia się Chrystusa i złożenia ofiary lokalnym bóstwom, zapadł wyrok śmierci.
Nie boję się. Przez te wszystkie lata widziałem zbyt wiele cudów, by wątpić w moc zmartwychwstałego Pana. Ten, który pokonał śmierć, przeprowadzi mnie przez jej bramy do życia wiecznego.
Proszę tych, którzy znajdą ten dziennik, by przekazali go braciom w Jerozolimie, a zwłaszcza Piotrowi i Janowi, jeśli wciąż żyją. Niech wiedzą, że ich brat Tomasz pozostał wierny aż do końca, że ziarno Ewangelii zostało zasiane w odległych Indiach i że zaczyna przynosić plon.
Wspólnotom, które założyłem, pozostawiam ostatnie napomnienie: trzymajcie się mocno wiary, miłujcie się wzajemnie, bądźcie światłem w ciemności. Nie obawiajcie się prześladowań – jeśli Bóg z nami, któż przeciwko nam?
Jutro mam zostać stracony. Mówią, że przebiją mnie włóczniami. Taki rodzaj śmierci wydaje się odpowiedni dla tego, który kiedyś chciał włożyć palce w ślady gwoździ i rękę w bok przebitego Zbawiciela. Teraz sam doświadczę czegoś podobnego. Ufam, że Pan będzie ze mną, tak jak był z pierwszym męczennikiem, Szczepanęm.
Żegnajcie, bracia i siostry. Do zobaczenia w królestwie naszego Pana, gdzie już nie będzie łez, śmierci ani bólu, gdzie wiara ustąpi miejsca widzeniu, a nadzieja spełnieniu.
Tomasz, Apostoł Chrystusa, pisze to własną ręką, w przeddzień swojego odejścia do Pana.
Epilog (dodany przez ucznia Tomasza)
Ja, Efrem, uczeń błogosławionego Tomasza, dopisuję te słowa, by dokończyć opowieść.
Mój mistrz został stracony na wzgórzu Kalamina w dniu, który Rzymianie nazywają 3 lipca roku 52 od narodzenia Pana naszego Jezusa Chrystusa. Pięciu żołnierzy przebiło go włóczniami. Do ostatniej chwili głosił Chrystusa, modląc się za swoich katów.
My, jego uczniowie, zebraliśmy jego ciało i pochowaliśmy je z czcią w Majlapurze, w kościele, który sam zbudował. Do jego grobu przychodzą teraz pielgrzymi z bliska i daleka, a liczne cuda dzieją się za jego wstawiennictwem.
Kościół, który zasadził w Indiach, rośnie mimo prześladowań. Wierni nazywają siebie „chrześcijanami św. Tomasza”, aby odróżnić się od wyznawców lokalnych kultów. Przestrzegamy nauk, które przekazał nam nasz mistrz, zachowując czystość wiary apostolskiej.
Dziennik, który prowadził błogosławiony Tomasz, strzegę jak najcenniejszego skarbu. Kopiuję go wiernie, by jego świadectwo nie zaginęło. Jeden egzemplarz pozostawiam tutaj, w Indiach, drugi przekazuję przez kupców z Aleksandrii braciom na zachodzie, aby wiedzieli o owocach misji, którą podjął nasz mistrz.
Niech pamięć o Tomaszu, który przyniósł światło Chrystusa na skraj znanego świata, pozostanie żywa na wieki. Niech jego wątpliwości, które przemieniły się w najgłębszą wiarę, będą pociechą dla tych, którzy sami zmagają się ze zwątpieniem. I niech jego odwaga w głoszeniu Ewangelii wśród narodów, które nigdy nie słyszały imienia Jezusa, inspiruje kolejne pokolenia uczniów Pańskich.
Dodatek: Wspomnienia uczniów świętego Tomasza
Poniższe świadectwa zostały zebrane przez Efrema i innych uczniów Tomasza wkrótce po jego męczeńskiej śmierci. Stanowią uzupełnienie jego dziennika i potwierdzenie owoców jego misji.
Świadectwo Maruty, kupca z Malabar
Poznałem Tomasza w moim rodzinnym mieście Muziris, wielkim porcie handlowym na wybrzeżu Malabar. Byłem wtedy czcicielem Sziwy, ale w sercu szukałem prawdy, czując, że rytuały, które praktykujemy, są jedynie cieniem czegoś głębszego.
Tomasz przemawiał na rynku, wśród kupców z wielu krajów. Mówił prostym językiem o Bogu, który stał się człowiekiem, aby nas odnaleźć. O Bogu, który nie żąda krwawych ofiar, ale przemiany serca. O życiu, które nie kończy się ze śmiercią ciała.
Jego słowa poruszyły mnie, ale prawdziwe nawrócenie przyszło, gdy zobaczyłem jego życie. W przeciwieństwie do naszych braminów, którzy trzymają się z dala od „nieczystych”, Tomasz dotykał trędowatych, jadał z „niedotykalnymi”, traktował kobiety z szacunkiem równym mężczyznom. Gdy wybuchła zaraza, nie uciekł jak inni święci mężowie, ale pozostał, pielęgnując chorych i dzieląc się ostatnim kawałkiem chleba z głodnymi.
Po moim chrzcie oddałem część majątku na potrzeby wspólnoty, a mój dom stał się miejscem spotkań wierzących. Dziś, po śmierci naszego mistrza, kontynuujemy jego dzieło, głosząc Chrystusa wśród ludów wybrzeża i wspierając posłańców, którzy niosą Dobrą Nowinę w głąb lądu.
Świadectwo Bhadry, bramina z Mylapore
Byłem jednym z tych, którzy najbardziej sprzeciwiali się nauce Tomasza. Jako bramin wysokiej kasty, strzegłem tradycji naszych przodków i widziałem w obcym nauczycielu zagrożenie dla odwiecznego porządku.
Wielokrotnie debatowałem z nim publicznie, próbując wykazać wyższość naszych Wed nad jego Ewangelią. Tomasz nigdy nie okazał mi wrogości. Odpowiadał cierpliwie, z szacunkiem dla mojej wiedzy, ale i z niezachwianym przekonaniem o prawdzie, którą głosił.
Moje nawrócenie przyszło przez moje własne dziecko. Moja córka Indira ciężko zachorowała na febrę. Żadne rytuały, żadne ofiary, żadne leki nie pomagały. W desperacji, wbrew wszystkim zasadom mojej kasty, poszedłem do Tomasza, prosząc o pomoc.
Przyszedł bez wahania. Modlił się nad dzieckiem, kładąc ręce na jej głowie. Gorączka ustąpiła natychmiast, a moja córka wstała zdrowa, jakby nigdy nie chorowała. Wtedy zrozumiałem, że moc, która działa przez Tomasza, jest prawdziwa.
Przyjęcie chrztu kosztowało mnie wszystko – pozycję w społeczeństwie, pracę w świątyni, nawet relacje z rodziną, która wyrzekła się mnie jako odstępcy. Ale zyskałem nieporównanie więcej – pewność prawdy, wolność od lęku przed reinkarnacją i karmą, a przede wszystkim żywą relację z Bogiem, który mnie kocha.
Dziś, jako starszy w kościele w Mylapore, nauczam innych konwertytów, szczególnie tych z kast braminów, jak łączyć wierność Chrystusowi z szacunkiem dla wartościowych elementów naszej kultury.
Świadectwo Devaki, wdowy z Kaveripattinam
Byłam wdową w młodym wieku, z dwójką małych dzieci. W naszej społeczności los wdowy jest najgorszy z możliwych – uważana za nieczystą, obwiniana za śmierć męża, skazana na życie w cieniu, bez radości i nadziei.
Gdy Tomasz przybył do naszego miasta, jego nauka o Bogu, który troszczy się szczególnie o wdowy i sieroty, wydawała się zbyt piękna, by mogła być prawdziwa. Ale gdy zobaczyłam, jak wierzący z jego wspólnoty traktują takie jak ja – z szacunkiem, troską, jak siostry – uwierzyłam.
Po chrzcie moje życie zmieniło się całkowicie. We wspólnocie znalazłam nową rodzinę. Moje dzieci miały teraz wielu „braci” i „siostry”, którzy pomagali mi je wychowywać. Tomasz nauczył mnie wyplatania koszy, bym mogła zarabiać na życie, zamiast żebrać jak inne wdowy.
Najbardziej pamiętam jego słowa, gdy siedział w moim skromnym domu, dzieląc się prostym posiłkiem: „Devaki, w oczach Boga nie jesteś odrzutkiem, ale córką królewską. Twoja wartość nie zależy od obecności męża u twego boku, ale od miłości Chrystusa w twoim sercu.”
Dziś, dwadzieścia lat później, moje dzieci są dorosłe i sami głoszą Ewangelię. Ja pomagam innym wdowom odnaleźć tę samą godność i nadzieję, którą dał mi Tomasz, a przez niego Chrystus.
Świadectwo Cyriaka, żołnierza z Baktrów
Spotkałem Tomasza w Baktrze, gdzie służyłem jako najemnik w straży miejskiej. Byłem człowiekiem gwałtownym, znanym z okrucieństwa w walce i zamiłowania do wina i kobiet.
Pewnego dnia, patrolując rynek, zauważyłem starszego już mężczyznę przemawiającego do tłumu. Mówił o Bogu, który przebacza grzechy, o nowym początku, o pokoju, który przewyższa wszelkie pojęcie. Wyśmiałem go, krzycząc: „Co ty wiesz o życiu, starcze? Co ty wiesz o krwi na rękach i koszmarach, które nie dają spać?”
Tomasz podszedł do mnie bez lęku. Położył rękę na moim ramieniu i odpowiedział cicho: „Masz rację, nie zabiłem nikogo mieczem. Ale znam Tego, który wziął na siebie wszystkie grzechy świata, również twoje. I mogę cię do Niego zaprowadzić.”
Było coś w jego oczach – pokój i siła zarazem – co sprawiło, że nie uderzyłem go, jak zwykle zrobiłbym z każdym, kto śmiałby mnie dotknąć. Zamiast tego poszedłem za nim, wysłuchałem jego historii o Jezusie, o Jego śmierci za grzeszników i zmartwychwstaniu.
Moje nawrócenie nie było natychmiastowe. Walczyłem z sobą, z demonami przeszłości, z nałogami. Tomasz był cierpliwy, nie potępiał mnie, gdy upadałem, zawsze wyciągał rękę, by pomóc mi wstać.
Gdy w końcu przyjąłem chrzest, porzuciłem miecz i zostałem towarzyszem podróży Tomasza, jego ochroną na niebezpiecznych drogach Wschodu. Widziałem cuda, które czynił, odwagę, z jaką głosił Chrystusa, miłość, którą okazywał najnędzniejszym.
Byłem przy nim w dniu jego śmierci. Chciałem walczyć, bronić go przed żołnierzami, którzy przyszli go aresztować. Ale on powstrzymał mnie, mówiąc: „Cyriak, nauczyłeś się już miłować, teraz naucz się umierać z godnością, przebaczając swoim wrogom.”
Dziś kontynuuję jego misję na północnych rubieżach Indii, głosząc Ewangelię wśród ludów gór, które nigdy nie słyszały o Chrystusie. Mój miecz zamienił się w krzyż, moja nienawiść w miłość, moje koszmary w pokój, który rzeczywiście przewyższa wszelkie pojęcie.
Zakończenie
Historia misji świętego Tomasza nie kończy się wraz z jego śmiercią. Wspólnoty, które założył, trwają do dziś jako Kościół św. Tomasza w Indiach, zachowując wiarę apostolską mimo wieków izolacji od chrześcijaństwa zachodniego.
Tomasz, który ongiś wątpił w zmartwychwstanie, stał się jego najodważniejszym świadkiem w dalekich krainach. Ten, który potrzebował dotknąć ran Chrystusa, by uwierzyć, sam doświadczył podobnych ran, świadcząc o swojej wierze.
Jego historia przypomina nam, że wątpliwości nie są przeciwieństwem wiary, ale często jej przedsionkiem. I że Ewangelia Chrystusa ma moc przekraczać wszelkie granice – geograficzne, kulturowe, społeczne – trafiając do serc ludzi na krańcach ziemi.
„Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” – te słowa Jezusa, skierowane kiedyś do Tomasza, stały się fundamentem wiary dla tysięcy jego duchowych dzieci w dalekich Indiach, które uwierzyły dzięki jego świadectwu, nie widząc Chrystusa ciałem, ale doświadczając Jego obecności w życiu i nauczaniu apostoła, który przeszedł drogę od zwątpienia do najgłębszej wiary.
Koniec Dziennika Podróżnego Apostoła Tomasza