– wspomnienia człowieka, który ofiarował grób dla Jezusa
Prolog
Ja, Józef z Arymatei, będąc już u kresu swych dni, spisuję te słowa, aby potomni poznali prawdę o wydarzeniach, których byłem świadkiem. Choć moje ciało słabnie, umysł pozostaje jasny, a wspomnienia tych przełomowych dni żywe jak poranek po szabacie, gdy wszystko się zmieniło. Jestem starcem, którego włosy przyprószyła siwizna, a skórę poznaczył czas, lecz serce wciąż bije dla prawdy, którą pragnę przekazać.
Nazywają mnie człowiekiem zamożnym, członkiem Wysokiej Rady, szanowanym wśród Żydów i Rzymian. Lecz to nie złoto ani zaszczytne miejsce wśród możnych tego świata będzie moim dziedzictwem. Zrozumiałem to w dniu, gdy ofiarowałem nowy grobowiec, wykuty w skale dla siebie i rodziny, człowiekowi, którego świat odrzucił, a którego ja potajemnie uznałem za Mesjasza.
Pierwsze spotkanie z Nauczycielem
Pierwszy raz usłyszałem o Jezusie z Nazaretu od kupców przybywających do Jerozolimy. Opowiadali o nauczycielu z Galilei, który przemawiał z mocą, uzdrawiał chorych i głosił nadejście Królestwa Bożego. Jako człowiek wykształcony w Prawie i Prorokach, a także jako ten, który oczekiwał „pociechy Izraela”, wsłuchiwałem się w te opowieści z rosnącym zainteresowaniem.
Było to podczas święta Paschy, gdy tłumy wypełniały Jerozolimę, kiedy pierwszy raz ujrzałem Go na własne oczy. Przemawiał na dziedzińcu świątyni, a wokół Niego gromadziły się rzesze ludzi. Nie krzyczał jak wielu samozwańczych proroków, których pełno było w tamtych niespokojnych czasach. Mówił łagodnie, a jednak Jego słowa przenikały do głębi serca.
„Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie” – te słowa zapadły mi w pamięć, tak odmienne od nauk wielu uczonych w Piśmie, którzy wywyższali bogactwo jako znak Bożej łaski. Ja sam, człowiek zamożny, poczułem się nagle ubogi wobec głębi Jego mądrości.
Nie odważyłem się wówczas podejść do Niego. Jako członek Sanhedrynu, Wysokiej Rady, musiałem zachować ostrożność. Wielu moich współtowarzyszy już wtedy patrzało na Jezusa z nieufnością, widząc w Nim zagrożenie dla ustalonego porządku. A ja? Ja czułem się rozdarty między pozycją społeczną a tym, co podpowiadało mi serce.
Tajemne spotkania
W miarę jak rosła sława Jezusa, narastał również niepokój wśród członków Sanhedrynu. Na naszych posiedzeniach coraz częściej padało Jego imię, a dyskusje stawały się coraz bardziej gorące. Pamiętam słowa Kajfasza, najwyższego kapłana: „Lepiej, żeby jeden człowiek zginął za lud, niż miałby zginąć cały naród”.
Mój przyjaciel, Nikodem, również członek Rady, wyznał mi pewnego wieczoru, że spotkał się z Jezusem nocą. „Józefie” – powiedział – „ten człowiek mówi jak nikt inny. Powiedział mi rzeczy, które wstrząsnęły moim sercem. Mówił o narodzeniu na nowo, o duchu jak wiatr, który wieje tam, gdzie chce”.
Zachęcony przez Nikodema, również udałem się na tajemne spotkanie z Nauczycielem. Było to na przedmieściach Jerozolimy, w domu pewnego trędowatego, którego Jezus uzdrowił. Mimo późnej pory, Jego oczy patrzyły na mnie z przenikliwością, która zdawała się sięgać do głębi duszy.
„Nauczycielu” – rzekłem – „przychodzę, by poznać prawdę. Studiowałem pisma proroków przez całe życie, ale Twoje słowa budzą we mnie pytania, na które nie znajduję odpowiedzi”.
A On odpowiedział: „Prawda wyzwoli cię, Józefie. Ale musisz być gotów porzucić to, co uważasz za pewne, by przyjąć to, co niewidzialne dla oczu, a widoczne tylko dla serca”.
Rozmawialiśmy długo tej nocy. O Królestwie, które nie jest z tego świata, o sprawiedliwości większej niż sprawiedliwość uczonych w Piśmie, o miłości, która przewyższa Prawo. Z każdym Jego słowem czułem, jak pękają skorupy, w które przez lata zakuwałem swój umysł i serce.
„Dlaczego ukrywasz się, Józefie?” – zapytał w pewnym momencie. „Czy bardziej cenisz uznanie ludzi niż uznanie Boga?”
Nie potrafiłem odpowiedzieć. Wróciłem do swego domu niespokojny, wiedząc, że moje życie już nigdy nie będzie takie samo.
Narastający konflikt
W miarę zbliżania się święta Paschy, napięcie w Jerozolimie rosło. Triumfalny wjazd Jezusa do miasta, witanego przez tłumy jako „Syna Dawida”, oraz Jego działania w świątyni, gdzie wywrócił stoły sprzedawców, postawiły Sanhedryn w stan najwyższej gotowości.
Na nadzwyczajnym posiedzeniu Rady, które zwołano w pałacu Kajfasza, byłem świadkiem zmowy przeciwko Jezusowi. Uczeni w Piśmie i faryzeusze, zazwyczaj skłóceni ze sobą, teraz zjednoczyli się w nienawiści do Niego. Zaplanowano Jego pojmanie i proces, szukano fałszywych świadków.
„To bluźnierca, który podważa nasze tradycje!” – wołał jeden.
„To buntownik, który sprowadzi na nas gniew Rzymu!” – wtórował drugi.
A ja siedziałem pośród nich, milczący, z sercem pełnym bólu. Byłem zbyt tchórzliwy, by stanąć w Jego obronie, ale zbyt przekonany o Jego niewinności, by przyłączyć się do oskarżycieli. Nikodem odważył się zapytać: „Czy nasze Prawo sądzi człowieka, zanim go wpierw przesłucha?”. Wyśmiano go i zignorowano.
Wróciłem do domu z poczuciem, że nadchodzą dni, które zmienią bieg historii. Modliłem się żarliwie, prosząc Boga o wskazówkę, co powinienem uczynić.
Godzina ciemności
Wieść o pojmaniu Jezusa w Getsemani dotarła do mnie bladym świtem. Jeden z moich służących, który miał przyjaciół wśród straży świątynnej, przyniósł mi tę nowinę. Jezus został zaprowadzony najpierw do Annasza, byłego arcykapłana, a potem do pałacu Kajfasza.
Pospieszyłem tam, korzystając z przywileju członka Rady. To, co zastałem, napełniło mnie zgrozą. Pozorowany proces, krzyki, plwociny rzucane w twarz oskarżonego, fałszywi świadkowie, którzy nie mogli uzgodnić swoich zeznań. A pośród tego chaosu On – spokojny, milczący, z godnością, która zawstydzała Jego oskarżycieli.
Kiedy Kajfasz zapytał Go wprost: „Czy Ty jesteś Mesjasz, Syn Błogosławionego?”, Jezus odpowiedział słowami, które wstrząsnęły salą: „Ja jestem. I ujrzycie Syna Człowieczego, siedzącego po prawicy Wszechmocnego i nadchodzącego z obłokami niebieskimi”.
Kajfasz rozdarł swoje szaty, krzycząc: „Zbluźnił! Na cóż nam jeszcze potrzeba świadków?”. I wszyscy jak jeden mąż, oprócz kilku z nas, którzy milczeli, orzekli: „Winien jest śmierci”.
Nie mogłem znieść tego widoku. Opuściłem salę, nie biorąc udziału w głosowaniu. W sercu moim toczyła się walka między strachem a odwagą, między pozycją społeczną a prawdą, którą uznawałem.
O świcie zaprowadzono Jezusa do Piłata, rzymskiego namiestnika. Tłum, podburzony przez kapłanów, żądał Jego śmierci. Piłat, człowiek pragmatyczny i cynik, próbował uwolnić się od odpowiedzialności, odsyłając Jezusa do Heroda Antypasa, a potem proponując uwolnienie Go zgodnie ze zwyczajem paschalnym. Ale lud, kierowany przez kapłanów, wybrał Barabasza, pospolitego złoczyńcę.
Stałem w oddali, obserwując, jak biczowano Jezusa, jak włożono Mu na głowę koronę z cierni, jak żołnierze szydzili z Niego, nazywając Go królem. A On znosił to wszystko z godnością, która przekraczała ludzkie pojmowanie.
Gdy Piłat ostatecznie wydał wyrok, skazując Go na ukrzyżowanie, poczułem, jak coś we mnie pęka. Nie mogłem już dłużej milczeć, nie mogłem ukrywać się w cieniu. Nadeszła godzina, gdy musiałem wybrać, po której stronie stoję.
Pod krzyżem
Golgota, miejsce kaźni, wznosi się na wzgórzu za murami miasta. Przybyłem tam, gdy słońce stało w zenicie. Jezusa właśnie przybijano do krzyża, pomiędzy dwoma złoczyńcami. Dookoła tłum gapiów, jedni szydzący, inni płaczący.
Zobaczyłem Jego matkę, Marię, kobietę o twarzy naznaczonej cierpieniem, ale pełną godności. Obok niej stał młody mężczyzna, którego rozpoznałem jako Jana, jednego z uczniów Jezusa. Większość pozostałych rozproszyła się w strachu.
Przez trzy godziny stałem tam, nie mogąc oderwać wzroku od umierającego człowieka, którego uznałem za Mesjasza. Słońce zaczęło ciemnieć, choć nie była to pora zaćmienia. Niebo pokryły chmury, a nad Jerozolimą zapadł złowieszczy mrok.
Z krzyża padały słowa, które przeszyły moje serce: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”; „Zaprawdę, powiadam ci, dziś będziesz ze Mną w raju” – skierowane do skruszonego złoczyńcy; „Niewiasto, oto syn Twój… Oto Matka twoja” – do Marii i Jana.
A potem krzyk, który wstrząsnął ziemią: „Boże mój, Boże, czemuś Mnie opuścił?”. I wreszcie słowa, które zamknęły tę straszliwą godzinę: „Wykonało się. Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego”.
Gdy wydał ostatnie tchnienie, ziemia zadrżała. Zasłona w świątyni, jak później doniesiono, rozdarła się na dwoje. Setnik rzymski, który nadzorował egzekucję, wyznał: „Prawdziwie, ten człowiek był Synem Bożym”.
A ja stałem tam, z sercem przepełnionym żalem i wstydem, że tak długo ukrywałem swoją wiarę, że nie stanąłem odważnie po Jego stronie, gdy potrzebował obrońców. Ale wiedziałem, że nadszedł czas, by to naprawić.
Odważna prośba
Gdy nadszedł wieczór, zbliżał się szabat. Zgodnie z żydowskim Prawem, ciała skazańców nie mogły pozostać na krzyżach podczas święta. Podjąłem decyzję, która miała zmienić moje życie.
Udałem się do pretorium, siedziby Piłata. Strażnicy, znając moją pozycję w Radzie, przepuścili mnie bez przeszkód. Stanąłem przed namiestnikiem, człowiekiem o twarzy naznaczonej zmęczeniem i niepokojem.
„Czego chcesz, Józefie z Arymatei?” – zapytał, patrząc na mnie badawczo.
„Przychodzę prosić o ciało Jezusa z Nazaretu” – odpowiedziałem głosem pewniejszym, niż się spodziewałem.
Piłat spojrzał na mnie ze zdumieniem. „Ty, członek Wysokiej Rady, prosisz o ciało skazańca, którego twoi współtowarzysze wydali na śmierć?”
„Tak, panie. Byłem Jego uczniem, choć w ukryciu, ze strachu przed Żydami. Teraz pragnę oddać Mu ostatnią posługę.”
Piłat wahał się przez chwilę, po czym kazał wezwać setnika, by upewnić się, że Jezus rzeczywiście nie żyje. Gdy otrzymał potwierdzenie, skinął głową. „Weź Go. Nie chcę mieć już nic wspólnego z tą sprawą.”
Wyszedłem z pretorium z nakazem wydania ciała, świadomy, że właśnie przekroczyłem granicę, zza której nie ma powrotu. Nie byłem już ukrytym uczniem – stałem się jawnym wyznawcą człowieka, którego moi współtowarzysze uznali za bluźniercę.
Ostatnia posługa
Na Golgocie zastałem już Nikodema, który przyniósł mieszaninę mirry i aloesu, około stu funtów, dar godny króla. Wspólnie zdjęliśmy ciało Jezusa z krzyża, z pomocą kilku życzliwych ludzi.
Jego ciało, naznaczone ranami po biczowaniu i ukrzyżowaniu, było ciężkie i bezwładne. Ułożyliśmy je delikatnie na płótnie, które przyniosłem. Nikodem rozsypał wonności, a ja owinąłem ciało zgodnie z żydowskim zwyczajem pogrzebowym.
Czas naglił, szabat zbliżał się nieubłaganie. W pobliżu miejsca ukrzyżowania znajdował się mój nowy grobowiec, wykuty w skale, w którym nikt jeszcze nie był pochowany. Przeznaczyłem go dla siebie i swojej rodziny, ale w tamtej chwili wiedziałem, że nie ma godniejszego miejsca dla ciała Tego, którego uznałem za Mesjasza.
Z pomocą Nikodema i kilku innych osób przenieśliśmy ciało do grobu. Kobiety, które towarzyszyły Jezusowi z Galilei, szły za nami, płacząc cicho. Maria z Magdali patrzyła na mnie oczami pełnymi wdzięczności i bólu.
Złożyliśmy ciało na kamiennej ławie wewnątrz grobowca. Przed wejściem znajdował się ciężki kamień, który przetoczyliśmy, zamykając grób. Robiąc to, czułem, jakbym zamykał rozdział nie tylko w Jego życiu, ale i w swoim własnym.
Słońce chyliło się ku zachodowi, zwiastując początek szabatu. Rozeszliśmy się w milczeniu, każdy pogrążony we własnych myślach. Ja wróciłem do swego domu z sercem ciężkim od żalu, ale dziwnie spokojnym. Wykonałem to, co należało do mnie. Dałem Jezusowi miejsce spoczynku, oddałem Mu ostatnią posługę. Nie wiedziałem jeszcze, że to nie koniec, ale początek historii, która miała zmienić świat.
Pusty grób
Szabat upłynął mi na modlitwie i rozmyślaniach. Wspominałem słowa Jezusa, Jego przypowieści, Jego zapowiedzi o śmierci i zmartwychwstaniu. Czy naprawdę mówił, że powstanie z martwych? Czy to możliwe? Umysł mój, wykształcony w racjonalnym myśleniu, buntował się przeciwko takiej możliwości, ale serce… serce zdawało się wiedzieć więcej niż rozum.
O świcie pierwszego dnia tygodnia ktoś zapukał gwałtownie do moich drzwi. Otworzyłem i zobaczyłem Marię z Magdali, zadyszaną, z oczami szeroko otwartymi ze zdumienia.
„Józefie!” – wykrzyknęła. „Grób jest pusty! Kamień odwalony! Przyszłyśmy z innymi kobietami, by namaścić Jego ciało, ale… nie ma Go tam!”
Nie czekając na więcej wyjaśnień, pobiegłem do ogrodu, gdzie znajdował się mój grobowiec. Kilku uczniów Jezusa już tam było, wśród nich Piotr i Jan. Potwierdzili słowa Marii – grób był pusty, pozostały jedynie płótna, w które owinięte było ciało, złożone osobno, starannie.
To nie wyglądało na kradzież. Złodzieje nie traciliby czasu na składanie płócien. A kamień, ciężki i trudny do poruszenia, leżał odwalony na bok, jakby przesunięty przez niewidzialną rękę.
Maria opowiadała przez łzy o spotkaniu z tajemniczym ogrodnikiem, który okazał się być samym Jezusem. Inni uczniowie mówili o Jego ukazaniu się w drodze do Emaus, o spotkaniu w wieczerniku, gdzie pokazał im rany na rękach i boku.
W ciągu następnych tygodni sam również miałem przywilej ujrzeć zmartwychwstałego Pana. Nie chcę tu opisywać tych spotkań, gdyż są to rzeczy święte, zbyt głębokie, by ująć je w słowa. Powiem tylko, że ta, której szukałem potajemnie przez lata, teraz stanęła przede mną w pełni chwały – prawda, która wyzwala.
Konsekwencje
Moja rola w pogrzebie Jezusa nie pozostała bez konsekwencji. Szybko wykluczono mnie z Sanhedrynu. Dawni przyjaciele odwrócili się ode mnie, kupcy przestali prowadzić ze mną interesy. Ale nie żałowałem swojej decyzji.
Razem z innymi uczniami trwałem na modlitwie, oczekując wypełnienia obietnicy o zesłaniu Ducha Pocieszyciela. A gdy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy i Duch zstąpił na nas jak ogień, zrozumiałem, że Królestwo, o którym mówił Jezus, nie jest z tego świata, lecz jest w nas i pośród nas.
Moje bogactwo, które kiedyś było dla mnie powodem do dumy, teraz służyło wspólnocie. Dzieliłem się z potrzebującymi, wspierałem wdowy i sieroty, finansowałem podróże misyjne apostołów. Mój dom stał się miejscem spotkań wierzących, gdzie łamaliśmy chleb i trwaliśmy w nauce apostolskiej.
Podróże i misja
W miarę nasilania się prześladowań w Jerozolimie, wielu uczniów rozpraszało się po okolicznych krajach. Ja również opuściłem miasto, które ukochałem, ale które odrzuciło swego Mesjasza.
Wraz z grupą wiernych, wśród których byli Maria z Magdali, Łazarz i jego siostry, wyruszyliśmy w daleką podróż. Niektórzy mówią, że dotarliśmy aż do Galii, a nawet do odległej Brytanii. Nie będę tu opisywał wszystkich naszych przygód i trudów, gdyż nie o mnie ma być to świadectwo, lecz o Nim.
Powiem tylko, że wszędzie, gdzie się udawaliśmy, głosiliśmy Dobrą Nowinę o zmartwychwstałym Panu, o odpuszczeniu grzechów przez wiarę w Jego imię, o nadziei życia wiecznego, którą nam dał.
A ze mną zawsze były dwie rzeczy związane z tamtym dniem – kielich, z którego Jezus pił podczas Ostatniej Wieczerzy, który powierzył mi jeden z apostołów, oraz włócznia, która przebiła Jego bok, wykupiona przeze mnie od rzymskiego żołnierza. Nie jako relikwie czciłem te przedmioty, lecz jako pamiątki wydarzeń, których byłem świadkiem.
Epilog
Teraz, gdy jestem już stary i słaby, gdy wiem, że wkrótce stanę przed moim Panem, spisuję te wspomnienia, aby prawda nie zaginęła. Oddałem Mu swój grobowiec, a On dał mi nowe życie. Ukrywałem się ze strachu, a On uczynił mnie świadkiem odważnym.
Nie żałuję niczego – ani utraty pozycji, ani majątku, ani trudów podróży. Żałuję jedynie, że tak długo zwlekałem, by otwarcie stanąć po Jego stronie.
Wam, którzy będziecie czytać te słowa, przekazuję jedną prawdę – poznałem człowieka, który był więcej niż człowiekiem, który przyszedł, by zbawić nas od grzechów naszych, który umarł, lecz zmartwychwstał, i który powróci w chwale.
Ja, Józef z Arymatei, członek Wysokiej Rady, który ofiarował swój grób dla Jezusa z Nazaretu, zaświadczam o tym wszystkim własnym życiem. A teraz, gdy kończy się moja ziemska wędrówka, mogę powtórzyć za moim Panem: „Wykonało się. Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego”.
Koniec Testamentu Józefa z Arymatei