– dylematy rzemieślnika tworzącego bożka
Dzień pierwszy
Jakże drżą moje ręce, gdy kreślę te znaki. Ja, Bezaleel syn Uriego, wnuk Chura z pokolenia Judy, złotnik namaszczony darami Pana, uczyniłem dziś rzecz, której wstydzić się będą pokolenia. Ale czy miałem wybór? Niech te zapiski będą świadectwem moich zmagań i przestrogą dla tych, którzy przyjdą po mnie.
Dzień rozpoczął się jak wiele innych od czasu, gdy opuściliśmy Egipt. Słońce wznosiło się nad pustynią, zmieniając piasek w morze złota. Trzy księżyce minęły, odkąd Mojżesz wszedł na górę Synaj, a lud tracił cierpliwość. „Gdzie jest wasz prorok?” – pytali. „Gdzie jest ten, który miał nas prowadzić do Ziemi Obiecanej?”
Aaron, brat Mojżesza, wzywał do spokoju, lecz z każdym dniem jego głos słabł wobec wzrastającego niepokoju ludu. Dziś o świcie gromada mężczyzn z różnych pokoleń przybyła do mojego namiotu. Oczy ich płonęły żarem, który nie pochodził od pustynnego słońca.
„Bezaleel,” – rzekł ich przywódca, którego imienia nie chcę pamiętać – „potrzebujemy boga, który poprowadzi nas dalej. Mojżesz przepadł na górze, a my nie możemy wiecznie trwać na tym pustkowiu. Ty jesteś najzdolniejszym złotnikiem wśród nas. Tobie Pan dał mądrość rąk. Uczyń nam bożka.”
Zamarłem. Jakże mogłem spełnić takie żądanie? Ja, któremu Pan objawił tajemnice obróbki metali, któremu powierzono wykonanie świętych naczyń do przyszłego Przybytku? Czy mogłem użyć darów Pana przeciwko Niemu samemu?
„Nie mogę tego uczynić” – odpowiedziałem. „To wbrew prawu, które otrzymaliśmy. 'Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną, nie będziesz czynił żadnej rzeźby…'”
Nie dokończyłem. Jeden z mężczyzn chwycił mnie za szatę i przysunął twarz do mojej. „Słuchaj, złotniku. Lud zadecydował. Albo uczynisz nam boga, albo znajdziemy kogoś innego, a ciebie…”
Nie musiał kończyć. W jego oczach czaiła się śmierć. Opuściłem głowę w milczeniu, a oni odeszli, rzucając przez ramię: „O świcie przyniesiemy złoto. Bądź gotowy.”
Całą noc spędziłem na modlitwie, błagając Pana o znak, o wybawienie. Ale niebiosa milczały, a ja zostałem sam ze swoim strachem i sumieniem rozdzieranym na strzępy.
Dzień drugi
O świcie, jak obiecali, przynieśli złoto. Nie pojedyncze sztuki, ale kosze pełne pierścieni, bransolet, naszyjników i innych ozdób zabranych z Egiptu. Kobiety oddawały swoje kolczyki, mężczyźni – sygnety. Widziałem łzy w oczach niektórych, ale także fanatyczny blask w innych. Lud pragnął boga, którego mógłby dotknąć, którego mógłby zobaczyć.
Aaron przyszedł do mnie później. Jego twarz była ściągnięta troską, a siwe włosy zdawały się bielsze niż wczoraj.
„Bezaleel,” – rzekł cicho – „wiem, co ci kazali uczynić.”
Spuściłem wzrok, nie mogąc znieść jego spojrzenia. „Odmówiłem, ale oni grozili…”
„Wiem,” – przerwał mi – „słuchaj uważnie. Zrób to.”
Podniosłem głowę, zdumiony. Aaron, kapłan Pana, nakazywał mi stworzyć bożka?
„Ale…”
„Zrób to,” – powtórzył – „ale spraw, by proces był długi. Zyskaj czas. Może Mojżesz wróci, zanim ukończysz dzieło. A jeśli nie… przynajmniej zapobiegniemy rozlewowi krwi. Lud jest u kresu cierpliwości. Lepiej, by upadli w grzech bałwochwalstwa, niż by zabijali się nawzajem w zamęcie.”
Odszedł, nim zdążyłem odpowiedzieć. A ja stałem pośród stosów złota, czując się bardziej samotny niż kiedykolwiek.
Rozpocząłem pracę. Najpierw należało stopić złoto. Rozkazałem wznieść piec, większy niż potrzeba, by proces trwał dłużej. Każdy kawałek złota musiał być oczyszczony, każdy pierścień i kolczyk stopiony w jednolitą masę. Pracowałem wolno, celowo opóźniając każdy etap, modląc się, by Mojżesz powrócił, nim ukończę dzieło.
Lecz lud obserwował mnie niecierpliwie. Mężczyźni stali wokół pieca, popędzając mnie, nie pozwalając na odpoczynek. Kobiety przynosiły więcej złota, a dzieci patrzyły z fascynacją, jak metal zmienia kształt pod moimi rękami.
Z roztopionego złota zacząłem formować model. W Egipcie widziałem kapłanów czczących Apisa, byka symbolizującego siłę i płodność. Ta forma wydawała się najprostsza, a jednocześnie mogłaby zadowolić lud. Cielec – nie dorosły byk, lecz młode zwierzę, symbolizujące nowy początek, nową drogę.
Moje ręce pracowały, lecz serce krwawiło. Z każdym uderzeniem młota czułem, jak oddalam się od Pana, jak zdradzam dar, który od Niego otrzymałem.
Dzień trzeci
Nie spałem tej nocy. Jak mógłbym zasnąć, gdy moje ręce tworzyły bluźnierstwo? Nad ranem posąg był niemal gotowy. Cielec ze złota, stojący na tylnych nogach, z głową uniesioną ku niebu. Pozostały tylko detale – oczy, nozdrza, faktura futra.
Aaron przyszedł znowu, by zobaczyć postępy. Jego twarz była pozbawiona wyrazu, ale oczy zdradzały wewnętrzne cierpienie.
„Mojżesz nie wrócił,” – rzekł cicho.
„Mogę jeszcze opóźnić…” – zacząłem.
„Nie,” – przerwał mi – „lud się niecierpliwi. Dokończ do wieczora. Jutro… jutro urządzimy święto dla Pana.”
Nie rozumiałem jego zamysłu, ale wiedziałem, że Aaron wciąż próbuje zyskać na czasie, łagodząc jednocześnie gniew ludu.
Dokończyłem posąg, każde pociągnięcie dłuta było jak nóż wbijany w moje serce. Gdy ostatni detal był gotowy, cielec błyszczał w promieniach zachodzącego słońca jak żywy. Lud zgromadził się wokół, wydając okrzyki zachwytu i radości.
Aaron wziął posąg i umieścił go na podwyższeniu. Następnie ogłosił donośnym głosem: „Jutro będzie święto ku czci Pana!”
Zauważyłem, jak starannie dobierał słowa. Nie nazwał cielca bogiem, lecz wyznaczył święto dla Pana. Może wciąż miał nadzieję, że lud zrozumie, iż to nie złoty posąg jest ich bogiem, lecz niewidzialny JHWH, który wyprowadził ich z Egiptu?
Ale widząc rozgorączkowane twarze ludu, wiedziałem, że ta subtelność umknie większości. Dla nich cielec stał się już bogiem – namacalnym, widocznym, dającym poczucie bezpieczeństwa w niepewnych czasach.
Dzień czwarty
O świcie lud zebrał się wokół posągu. Mężczyźni wznieśli ołtarz, a kobiety przygotowały ofiary. Aaron nadzorował przygotowania z twarzą pozbawioną wyrazu, jakby jego duch znajdował się gdzie indziej.
Gdy ofiary zostały złożone, ktoś z tłumu wykrzyknął: „Oto bóg twój, Izraelu, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej!”
Te słowa przeraziły mnie. Jak mogli zapomnieć? Jak mogli przypisać wyzwolenie z niewoli martwemu przedmiotowi, który wyszedł spod moich rąk zaledwie wczoraj?
Aaron wstał i ogłosił znowu: „Jutro święto dla Pana!” Ale jego słowa utonęły w gwarze rosnącego podniecenia. Lud zaczął tańczyć wokół posągu, śpiewać, wznosić okrzyki radości. Niektórzy zdjęli szaty, inni przynieśli wino. To, co miało być świętem ku czci Pana, przemieniło się w pogańską orgię.
Nie mogłem na to patrzeć. Wycofałem się do swojego namiotu, zakryłem twarz i płakałem. Płakałem nad swoją słabością, nad zdradą ludu, nad gniewem, który niechybnie spadnie na nas wszystkich.
Bo czy Pan mógł pozostać głuchy na takie bluźnierstwo? Czy mógł nie widzieć, jak Jego lud wybrany oddaje cześć dziełu ludzkich rąk? I czy moje ręce nie były najbardziej winne, skoro to one ukształtowały to bluźnierstwo?
Gdzieś w oddali słyszałem bębny, śpiewy i dzikie okrzyki. Lud tańczył wokół złotego cielca, a ja czułem, jak moja dusza rozpada się na kawałki.
Dzień piąty
O świcie ziemia zadrżała. Usłyszałem głos, który przeszywał powietrze jak błyskawica – głos Mojżesza. Wybiegłem z namiotu, by zobaczyć proroka stojącego na wzgórzu, z dwoma kamiennymi tablicami w rękach. Jego twarz płonęła gniewem, a obok niego stał młody Jozue, równie przerażony.
„Co uczyniliście?!” – zagrzmiał Mojżesz, a jego głos niósł się ponad obozem jak grzmot.
Lud zamarł w półtańcu, niektórzy wciąż mieli wino w rękach, inni zastygali w objęciach. Aaron stał przy posągu, blady jak śmierć.
A potem ujrzałem, jak Mojżesz rzuca tablice na ziemię, roztrzaskując je u podnóża góry. Ten dźwięk – kamienia rozbijającego się o kamień – przeszył mnie na wskroś. Wiedziałem, co to oznacza. Przymierze zostało złamane.
Mojżesz zszedł między nas, chwycił złotego cielca, którego stworzyłem, i wrzucił go w ogień. Następnie starł go na proch, rozrzucił nad wodą i kazał ludowi pić.
A potem zwrócił się do Aarona: „Cóż ci uczynił ten lud, że sprowadziłeś na niego tak wielki grzech?”
Aaron próbował tłumaczyć, zrzucając winę na lud, na ich niecierpliwość, na strach przed opuszczeniem. Mówił, jak wrzucił złoto w ogień, „a oto wyszedł ten cielec” – jakby posąg powstał sam z siebie, a nie za sprawą moich zdradzieckich rąk.
A ja stałem z boku, milczący, przytłoczony wstydem. Byłem tak samo winny jak Aaron, jak każdy, kto oddał swoje złoto, jak każdy, kto tańczył wokół posągu.
Mojżesz stanął u bramy obozu i zawołał: „Kto jest za Panem, do mnie!” I zgromadziło się przy nim całe pokolenie Lewiego. Rozkazał im przejść przez obóz i zabić każdego, kto zgrzeszył, nie oszczędzając nawet braci, przyjaciół czy krewnych.
Zamknąłem oczy, oczekując śmierci. Czy nie zasługiwałem na nią bardziej niż ktokolwiek inny? To moje ręce stworzyły bożka. To mój talent, dar od Pana, został użyty przeciwko Niemu.
Ale miecz Lewitów mnie ominął. Nie wiem dlaczego. Może Pan zachował mnie dla większej pokuty, dla głębszego wstydu, dla życia w cieniu mego grzechu.
Dzień szósty
Dziś Mojżesz ponownie wszedł na górę, by błagać Pana o przebaczenie dla ludu. Tymczasem my, pozostali, trwamy w żałobie i strachu. Nikt nie nosi ozdób, nikt nie świętuje. Cisza zapadła nad obozem, przerywana tylko płaczem tych, którzy stracili bliskich w dniu gniewu.
Aaron przyszedł do mnie wieczorem. Usiadł przy moim ognisku, nie patrząc mi w oczy.
„Bezaleel,” – rzekł po długim milczeniu – „Pan przemówił do Mojżesza. Mamy wznieść Przybytek, dokładnie według planu, który Pan mu objawił.”
Zadrżałem. „I ja… mam w tym uczestniczyć?”
Aaron skinął głową. „Pan wezwał cię po imieniu. Rzekł: 'Oto wybrałem Bezaleela, syna Uriego, syna Chura z pokolenia Judy. I napełniłem go duchem Bożym, mądrością, rozumem, umiejętnością i znajomością wszelkiego rzemiosła…'”
Nie mogłem uwierzyć. Po tym, co uczyniłem? Po tym, jak zdradziłem dar, który otrzymałem?
„Ale moje ręce…” – wyszeptałem – „te same ręce, które stworzyły złotego cielca…”
„Te same ręce,” – rzekł Aaron – „teraz posłużą do budowy miejsca świętego. Tak działa miłosierdzie Pana. On nie odrzuca skruszonego serca.”
Tej nocy nie spałem znowu, lecz nie z powodu strachu czy wstydu. Rozmyślałem o niepojętym miłosierdziu Pana, który wzywa zdrajcę, by budował Jego dom.
Dzień siódmy
Dziś rozpoczęliśmy zbiórkę materiałów na Przybytek. Ci sami ludzie, którzy oddawali złoto na cielca, teraz przynoszą dary dla Pana – złoto, srebro, miedź, purpurę, karmazyn, bisior, skóry, drewno akacjowe… Przychodzą ze skruchą, niektórzy z łzami w oczach.
A ja, patrząc na złoto płynące teraz ku świętemu celowi, czuję zarówno pokrzepienie, jak i ostrzeżenie. Ten sam metal, te same ludzkie serca – mogą służyć świętości lub bluźnierstwu. Wszystko zależy od kierunku, w jakim je zwrócimy.
Mojżesz przedstawił mi plany Przybytku, Arki Przymierza, menory, ołtarza, każdego naczynia i sprzętu. Słuchałem z uwagą, czując, jak moje serce napełnia się nową determinacją. Tym razem nie zawiodę. Tym razem użyję daru, który otrzymałem, zgodnie z wolą Dawcy.
Epilog
Minęło wiele dni, odkąd rozpoczęliśmy budowę Przybytku. Moje ręce, te same, które ukształtowały złotego cielca, teraz tworzą Arkę Przymierza, która pomieści nowe tablice Prawa. Te same palce, które cyzelowały rysy bożka, teraz formują cherubiny rozpostarte nad Arką.
Wciąż budzę się niekiedy w nocy, dręczony wspomnieniem tamtych dni. Czy mogłem postąpić inaczej? Czy mogłem odmówić, nawet pod groźbą śmierci? Czy mogłem znaleźć sposób, by opóźnić pracę jeszcze bardziej, aż do powrotu Mojżesza?
Nie znam odpowiedzi. Wiem tylko, że Pan nie odrzucił mnie mimo mojego upadku. Że pozwolił mi używać Jego daru, choć raz użyłem go przeciwko Niemu.
I może na tym polega prawdziwa nauka z tych wydarzeń. Że nawet gdy upadamy najniżej, gdy zdradzamy święte powołanie, droga powrotu pozostaje otwarta. Że skruszone serce i pragnienie naprawy są dla Pana cenniejsze niż pozorna doskonałość.
Ja, Bezaleel syn Uriego, wnuk Chura z pokolenia Judy, złotnik, który stworzył zarówno bożka, jak i Arkę Przymierza, zapisuję te słowa jako świadectwo dla przyszłych pokoleń. Strzeżcie swoich talentów. Używajcie ich zgodnie z wolą Tego, który wam je dał. A gdy upadniecie – bo któż nie upada? – nie trwajcie w rozpaczy, lecz powstańcie i budujcie na nowo.
Bo miłosierdzie Pana trwa na wieki, a Jego przebaczenie przewyższa nasz grzech.