– historia ocalałego z zagłady miasta
Przed zniszczeniem – 15 dzień miesiąca Tammuz
Kolejny udany dzień na targowisku. Moje tkaniny z Damaszku rozchodzą się szybciej, niż zdążam je wykładać. Sodoma kwitnie jak nigdy dotąd! Pałac królewski zamówił dziś purpurowe szaty dla całej świty, zapłacono mi podwójnie za pośpiech. Urodzaj w tym roku zapowiada się obficie, karawany przybywają ze wszystkich stron, przywożąc towary z najdalszych krain.
Wielu narzeka na zepsucie naszego miasta, ale ja widzę jedynie jego wielkość. Czy istnieje potężniejsze miasto w całej Dolinie Siddim? Gomora może być bogatsza, ale to Sodoma przyciąga najznamienitszych kupców i podróżnych. Nasze prawo może być surowe dla obcych, nasze zwyczaje uznawane za występne przez plemiona pustyni, ale cóż oni wiedzą o życiu w wielkim mieście?
Dzisiejszy wieczór spędzę u Iszmaela, jubilera z ulicy wschodniej. Zaprosił najważniejszych kupców na ucztę. Jego syn wrócił z Egiptu z nowymi technikami obróbki złota i będzie je demonstrował. Zabieram ze sobą moją najlepszą wzmacnianą winem daktylówkę jako podarunek.
Przed zniszczeniem – 16 dzień miesiąca Tammuz
Dziwne spotkanie dziś na rynku. Starzec o długiej, siwej brodzie, przybysz z pustyni sądząc po odzieniu, przystanął przy moim straganie. Nie był zainteresowany kupnem – przyglądał mi się tylko z dziwnym wyrazem twarzy, mieszaniną smutku i litości.
– Jak długo mieszkasz w tym mieście, kupcu? – zapytał.
– Od urodzenia – odparłem, nieco zaskoczony jego bezpośredniością. – A moja rodzina od trzech pokoleń.
– I jesteś szczęśliwy tutaj?
Roześmiałem się.
– Spójrz sam, starcze. Mam dobrze prosperujący interes, dom w najlepszej dzielnicy, sługi. Sodoma jest moim domem i nie zamieniłbym jej na żadne inne miejsce pod słońcem.
Starzec pokiwał głową, jakby potwierdzając coś, co już wiedział.
– Czy w mieście jest choć dziesięciu sprawiedliwych? – zapytał cicho, bardziej siebie niż mnie.
– Sprawiedliwych? – zdziwiłem się. – Co masz na myśli?
– Ludzi, którzy szanują obcych. Którzy nie żyją tylko dla własnej przyjemności. Którzy pamiętają o Bogu.
Prychnąłem. Kolejny wędrowny kaznodzieja.
– Nie wiem, czy są sprawiedliwi, ale na pewno są bogaci i wpływowi. To się liczy w świecie interesów.
Starzec spojrzał na mnie z takim smutkiem, że przez moment poczułem się nieswojo.
– Jutro wyjeżdżam z miasta w interesach – dodałem, choć nie wiem, dlaczego czułem potrzebę, by mu to powiedzieć. – Wracam za trzy dni z nowymi towarami z Damaszku.
– Niech Bóg czuwa nad twoją drogą – powiedział, po czym odszedł, znikając w tłumie.
Dziwaczne spotkanie, ale pustynni wędrowcy często mają swoje osobliwości. Przygotowuję się do jutrzejszej podróży. Karawana wyrusza o świcie, razem z czterema innymi kupcami udajemy się na północ. Nie przepadam za opuszczaniem miasta, ale nowe towary same nie przybędą, a ostatnio rośnie zapotrzebowanie na delikatniejsze tkaniny niż te, które można znaleźć na miejscowych targowiskach.
Po zniszczeniu – 1 dzień, Wzgórza nad Siddim
Nie wiem, jak zapisać to, co widziałem. Nie znajduję słów… Ale muszę spróbować, muszę utrwalić to, co się stało, zanim mój umysł się podda i pogrąży w szaleństwie.
Sodoma już nie istnieje. Moje miasto, mój dom, wszystko, co znałem, zniknęło w ogniu i siarce, które spadły z nieba.
Wracałem z karawany wcześnie rano. Słońce dopiero wschodziło, gdy dotarliśmy na wzgórza z widokiem na dolinę Siddim. Miałem przed sobą jeszcze godzinę drogi do miasta. Zatrzymałem się na moment, by podziwiać widok – Sodoma i Gomora w pierwszych promieniach słońca, otoczone zielonymi polami i sadami, dymy z porannych ognisk unoszące się nad dachami domów.
I wtedy to się stało.
Najpierw był błysk światła, tak jasny, że oślepił mnie na moment. Potem dźwięk – nie jak grzmot, bardziej jak rozdzieranie nieba. A potem zobaczyłem ogień padający z nieba – nie pojedyncze pioruny, ale całe strugi ognia i płonącej siarki. Uderzały w miasto jedno po drugim, bez końca.
Ziemia zatrzęsła się pod moimi stopami. Zwierzęta w karawanie wpadły w panikę. W dolinie, tam gdzie były miasta, powstała ściana dymu i ognia. Słyszałem krzyki, nawet z tej odległości, krzyki tysięcy ludzi…
A potem… potem sama ziemia się zapadła. Jakby dolina Siddim – ta żyzna, piękna dolina – została połknięta przez otchłań. Woda z podziemnych źródeł trysnęła w górę, mieszając się z ogniem w przerażającym tańcu zniszczenia.
Nie wiem, jak długo to trwało. Mogły być minuty, mogły być godziny. Stałem jak skamieniały, niezdolny do ruchu, do myślenia, nawet do oddechu. Inni kupcy z karawany uciekli w panice. Niektórzy płakali, inni modlili się do swoich bogów. A ja nie mogłem oderwać wzroku od miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą było moje miasto.
Gdy wszystko się skończyło, gdy ogień się wypalił i dymy nieco się rozwiały, zobaczyłem, że dolina Siddim zmieniła się nie do poznania. Tam, gdzie były miasta i pola, rozciągało się teraz rozległe, martwe jezioro. Woda lśniła dziwnym, nienaturalnym blaskiem, a po jej powierzchni pływały bryły zastygłej siarki.
Sodomy już nie ma. Gomory już nie ma. Wszystkie mniejsze miasta doliny – Admy, Seboim, Soaru – zniknęły. Cała dolina Siddim została zniszczona w sposób, którego nie potrafię pojąć.
Co za gniew, co za potęga mogła tego dokonać? Czy to bogowie? Czy jeden Bóg – ten, o którym mówił starzec na targu? Czy karą było to zniszczenie? Karą za co?
Teraz siedzę na wzgórzu, sam, pisząc te słowa drżącą ręką. Nie wiem, dokąd mam pójść. Nie wiem, jak mam żyć. Cały mój świat zniknął w mgnieniu oka.
Po zniszczeniu – 2 dzień, Wzgórza nad Siddim
Spędziłem noc w jaskini, drżąc z zimna i strachu. Nie zapaliłem ogniska – widok ognia jest teraz dla mnie nie do zniesienia. Nad ranem odważyłem się wrócić na krawędź wzgórza i spojrzeć w dół.
To nie był koszmar. Dolina Siddim wciąż jest zalana wodą – martwą wodą, ciężką od soli i siarki. Po powierzchni wciąż pływają dziwne substancje, których nigdy wcześniej nie widziałem. Z głębin wciąż unoszą się opary, gryzące i gorzkie.
Próbowałem zejść bliżej, ale im niżej schodziłem, tym trudniej było oddychać. Woda parzyła oczy i gardło nawet z odległości. To nie jest zwykła woda – to jakby płynna śmierć wypełniła miejsce, gdzie kiedyś było życie.
Widziałem w oddali innych ocalałych – głównie podróżnych i pasterzy, którzy jak ja znajdowali się poza miastami w momencie zniszczenia. Trzymają się z daleka, przerażeni. Niektórzy uważają, że sami bogowie zstąpili, by zniszczyć miasta. Inni mówią, że to demony Pustyni uwolniły swoją moc.
Stary pasterz, którego spotkałem przy źródle, miał inną teorię. Mówił, że słyszał od swojego ojca, a ten od swojego ojca, stare opowieści o Bogu nieba i ziemi, który nienawidzi nieprawości. Bogu Abrahama, wędrowca, który kiedyś rozbijał swoje namioty w tej okolicy.
– Ten Abraham modlił się za Sodomę – powiedział mi starzec. – Prosił swojego Boga, by oszczędził miasto, jeśli znajdzie się w nim choć dziesięciu sprawiedliwych.
Dziesięciu sprawiedliwych… Te same słowa, które usłyszałem od starca na targu.
– A znalazł ich? – zapytałem, choć już znałem odpowiedź.
Starzec pokręcił głową, patrząc na martwe jezioro.
– Najwyraźniej nie.
Zastanawiam się, czy owego dnia na targu rozmawiałem z samym Abrahamem? Czy przyszedł, by na własne oczy zobaczyć zepsucie Sodomy, zanim jego Bóg zdecyduje o jej losie?
Próbuję sobie przypomnieć mieszkańców miasta, moich sąsiadów, przyjaciół, rodzinę… Czy faktycznie byliśmy aż tak źli? Czy naprawdę nie było wśród nas dziesięciu sprawiedliwych?
Nigdy nie uważałem się za złego człowieka. Nie łamałem praw, płaciłem podatki, czasem dawałem jałmużnę żebrakom, choć głównie by się ich pozbyć spod mojego domu. Ale czy byłem sprawiedliwy? Czy ktokolwiek z nas był?
Zacząłem przypominać sobie rzeczy, które wcześniej ignorowałem. Jak traktowaliśmy obcych w naszym mieście. Jak wyśmiewaliśmy ubogich. Jak oddawaliśmy się przyjemnościom, nie bacząc na cierpienie innych. Jak odwracaliśmy wzrok, gdy silniejsi krzywdzili słabszych.
Nagle przypomniałem sobie incydent sprzed kilku tygodni. Dwóch cudzoziemców zatrzymało się w domu Lota, siostrzeńca Abrahama. Tłum zebrał się przed jego domem, domagając się wydania przybyszów. Chcieli… Nawet teraz wstydzę się napisać, czego chcieli. Lot odmówił, oferując tłumowi nawet swoje córki w zamian, byle tylko chronić gości pod swoim dachem.
Wtedy wydawało mi się to śmieszne – ten przesadny szacunek dla zasad gościnności. Teraz zastanawiam się, czy to nie Lot był jedynym sprawiedliwym w całym mieście?
Gdzie jest teraz? Czy zginął wraz z innymi? Czy może jego wuj, Abraham, zdołał go ostrzec?
Po zniszczeniu – 3 dzień, W drodze do Zoar
W nocy miałem sen. Abraham – jestem przekonany, że to był on na targowisku – stał na krawędzi urwiska nad martwym morzem. Patrzył na mnie i mówił: „Czemu przeżyłeś? Jaki jest cel twojego ocalenia?”.
Obudziłem się zlany potem. Czemu przeżyłem? Co mam teraz zrobić? Gdzie mam pójść?
Dowiedziałem się od wędrownych pasterzy, że Soar, najmniejsze z miast Pentapolis, zostało oszczędzone. Podobno Lot tam uciekł i błagał, by miasto zostało ocalone.
Decyduję się tam udać. To jedyne miejsce w okolicy, które znam, gdzie mogę znaleźć schronienie. Zabrałem ze sobą towary, które ocalały – trochę tkanin, trochę złota, trochę przypraw. To wszystko, co mi zostało z mojego dawnego życia.
W drodze spotkałem dziwny posąg – figurę z soli, zadziwiająco przypominającą ludzkie kształty. Pasterze mówią, że to żona Lota, zamieniona w słup soli, bo obejrzała się za siebie wbrew zakazowi. Nie wiem, czy w to wierzę, ale na pustyni dzieją się rzeczy, których nie potrafię wyjaśnić.
Zastanawiam się, czy ja też nie zostałbym zamieniony w słup soli, gdybym był w mieście. A może to byłoby lepsze niż to życie, które teraz wiodę? Życie wypełnione winą ocalałego?
Po zniszczeniu – 10 dzień, Zoar
Jestem w Zoar od tygodnia. Miasto jest przepełnione uchodźcami takimi jak ja – tymi nielicznymi, którzy przeżyli zagładę Pentapolis. Panuje strach, że gniew Boga nieba może spaść i na to miejsce. Wielu już uciekło dalej, w góry lub na południe, do Egiptu.
Spotkałem Lota. Mieszka w jaskini w górach nad miastem, wraz z dwiema córkami. Nie chce rozmawiać o tym, co się stało, ale jego córki mi powiedziały. To były anioły – posłańcy Boga Abrahama – którzy przyszli do Sodomy tamtego wieczoru. To oni ostrzegli Lota, kazali mu uciekać wraz z rodziną.
Jego żona obejrzała się za siebie podczas ucieczki, wbrew zakazowi, i faktycznie została zamieniona w słup soli.
– Wnuki Abrahama będą pamiętać o tym zniszczeniu przez pokolenia – powiedziała mi starsza córka Lota. – To będzie przestroga dla wszystkich, którzy odwrócą się od Prawa Bożego.
Lot wygląda na złamanego człowieka. Stracił żonę, dom, cały swój dobytek. A jednak, w jakiś sposób, wydaje się też… spokojny. Jakby znalazł odpowiedź na pytanie, które dręczy mnie od dnia zagłady.
– Jak możesz żyć dalej, wiedząc, co się stało? – zapytałem go, gdy w końcu zgodził się ze mną porozmawiać.
– Bo Bóg ma dla mnie plan – odpowiedział po prostu. – Dla każdego z ocalałych ma plan.
– Jaki plan może mieć dla mnie? – zapytałem gorzko. – Byłem nikim. Zwykłym kupcem, myślącym tylko o zyskach i przyjemnościach.
Lot uśmiechnął się smutno.
– A jednak żyjesz. Możesz opowiedzieć światu, co widziałeś. Możesz być świadkiem.
Świadkiem… To słowo rezonuje we mnie od tamtej rozmowy. Świadkiem czego? Bożej kary? Bożej sprawiedliwości? A może… Bożego miłosierdzia wobec tych, którzy zostali ocaleni?
Po zniszczeniu – 30 dzień, Zoar
Mija miesiąc od zniszczenia Sodomy. Zacząłem handlować w Zoar, ale moje serce nie jest już w tym. Bogactwo, które kiedyś wydawało mi się tak ważne, teraz smakuje jak popiół.
Spędzam dużo czasu z innymi ocalonymi, słuchając ich historii. Każdy z nas ma swoje „dlaczego” – dlaczego akurat tego dnia byliśmy poza miastem, dlaczego przeżyliśmy, gdy inni zginęli.
Rozmawiałem też z podróżnymi, którzy znają Abrahama. Mówią, że to człowiek, który chodzi z Bogiem, który rozmawia z Nim jak przyjaciel z przyjacielem. Podobno jego Bóg obiecał mu, że jego potomkowie będą liczniejsi niż gwiazdy na niebie, że będą błogosławieństwem dla wszystkich narodów ziemi.
Dziwne to dla mnie, wychowanego w tradycji wielu bogów. Jeden Bóg, który stwarza wszystko. Który jest sprawiedliwy, ale i miłosierny. Który karze, ale i wybacza.
Czy to Ten, który zniszczył moje miasto? Który oszczędził Lota ze względu na jego sprawiedliwość? Który oszczędził mnie z przyczyn, których wciąż nie rozumiem?
Mam coraz więcej pytań, a coraz mniej odpowiedzi.
Rok po zniszczeniu – Hebron
Minął rok od zagłady Sodomy. Nie mieszkam już w Zoar – zbyt wiele wspomnień, zbyt wiele duchów przeszłości.
Po długich wędrówkach dotarłem do Hebronu, gdzie Abraham rozbił swoje namioty. Nie przyszedłem do niego od razu – obserwowałem go z daleka, jego gospodarstwo, jego sługi, jego sposób życia.
To szanowany człowiek, bogaty w stada i złoto, a jednak żyjący prosto. Jego ludzie traktują go z miłością i szacunkiem, nie ze strachem. Obcy, którzy przychodzą do jego namiotów, są przyjmowani z gościnnością – jedzenie, woda, miejsce do odpoczynku dla każdego wędrowca.
Wreszcie zebrałem się na odwagę i podszedłem do niego, gdy siedział u wejścia do swojego namiotu.
– Pamiętasz mnie? – zapytałem. – Jestem kupcem z Sodomy. Rozmawialiśmy na targu, dzień przed…
Nie musiałem kończyć. Abraham patrzył na mnie w milczeniu, jego oczy były głębokie jak studnie na pustyni.
– Pamiętam cię – powiedział w końcu. – Niewielu ocalało z tamtego miasta.
– Dlaczego ja? – zapytałem wprost. – Dlaczego przeżyłem, gdy inni zginęli? Nie byłem lepszy od nich. Nie byłem sprawiedliwy.
Abraham westchnął ciężko.
– Nie znam wszystkich dróg Bożych. Ale wierzę, że jeśli oszczędził cię od ognia i siarki, ma wobec ciebie plan.
– Jaki plan może mieć dla kupca, który myślał tylko o sobie?
Abraham uśmiechnął się łagodnie.
– Może chce, byś był innym kupcem. Takim, który myśli nie tylko o sobie.
Zaprosił mnie do swojego namiotu, nakarmił, pozwolił mi odpocząć. Potem, wieczorem, przy ognisku, zaczął opowiadać mi o swoim Bogu. O tym, jak wezwał go, by opuścił Ur Chaldejczyków i udał się do Kanaanu. O przymierzu, które z nim zawarł. O obietnicy błogosławieństwa dla wszystkich narodów.
Słuchałem jak urzeczony. Nie wiem, czy wierzę we wszystko, co mówi. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę mógł uwierzyć w Boga, który zniszczył moje miasto. Ale czuję… czuję, że moje ocalenie nie było przypadkiem.
Może byłem oszczędzony, by być świadkiem – nie tylko zniszczenia, ale i tego, co nastąpi potem. By opowiedzieć przyszłym pokoleniom o tym, co widziałem. O sprawiedliwości i miłosierdziu. O karze i przebaczeniu.
Może to jest mój cel. Moja nowa droga.
Abraham zaproponował, bym został z nim na jakiś czas. Zgodziłem się. Chcę dowiedzieć się więcej o tym Bogu – Bogu, który zniszczył i ocalił zarazem. Bogu Abrahama, Izaaka i Jakuba. Bogu, który może ma jakiś plan także dla mnie.
Gdy patrzę teraz na gwiazdy nad pustynią, tak liczne, że nie sposób ich zliczyć, zaczynam rozumieć. Sodoma była końcem – końcem mojego starego życia, moich starych dróg. Ale może jest też początkiem czegoś nowego.
Nowego przymierza. Nowej drogi. Nowego życia.
Pięć lat po zniszczeniu – W drodze do Kanaanu
Minęło pięć lat, odkąd ogień i siarka spadły z nieba na Sodomę. Pięć lat, odkąd straciłem wszystko, co znałem – i zyskałem coś, czego nigdy się nie spodziewałem.
Nie mieszkam już z Abrahamem, choć często go odwiedzam. Po dwóch latach nauki pod jego opieką zdecydowałem się wyruszyć własną drogą. Nie jako kupiec szukający bogactwa, ale jako opowiadacz – człowiek, który niesie historię Sodomy i jej zniszczenia do wszystkich, którzy chcą słuchać.
Odwiedziłem wiele miast i wiosek Kanaanu, Egiptu, nawet dotarłem do Mezopotamii. Wszędzie opowiadam o tym, co widziałem – o błysku ognia z nieba, o krzykach ginących, o martwym morzu, które powstało na miejscu kwitnącej doliny. O jedynym Bogu, który karze niesprawiedliwość, ale nagradza tych, którzy chodzą Jego drogami.
Niektórzy słuchają z niedowierzaniem. Inni z drwiną. Ale są i tacy, którzy słuchają z otwartymi sercami, którzy zadają pytania, którzy zaczynają się zastanawiać nad własnym życiem, nad własnymi wyborami.
I tym właśnie jest moje nowe życie – życie świadka. Życie kogoś, kto przeżył koniec świata, by opowiedzieć o nim nowym pokoleniom.
Nie zawsze jest łatwo. Czasem wciąż budzę się w nocy, słysząc krzyki ginących, widząc ogień spadający z nieba. Czasem wciąż dręczy mnie pytanie – dlaczego ja? Dlaczego zostałem oszczędzony, gdy inni, nie gorsi ode mnie, musieli zginąć?
Ale coraz częściej znajduję pokój w tej niepewności. Może nigdy nie poznam pełnej odpowiedzi. Może nie muszę jej znać. Może wystarczy, że wypełniam zadanie, które zostało mi powierzone.
Jutro wyruszam w dalszą drogę. Słyszałem, że Abraham pobłogosławił swojego syna Izaaka, który założył własne gospodarstwo niedaleko Beer-Szeby. Chcę go odwiedzić, podzielić się z nim moją historią, posłuchać jego.
I tak będę wędrował, dopóki wystarczy mi sił. Niosąc opowieść o zniszczeniu i odrodzeniu. O sprawiedliwości i miłosierdziu. O Bogu, który przemawia przez ogień, ale i przez ciche słowa przy wieczornym ognisku.
To jest moje dziedzictwo – jedyne, jakie ocalało z Sodomy. I jedyne, które naprawdę ma znaczenie.
Tu kończy się pamiętnik kupca z Sodomy, odnaleziony w glinianym dzbanie w jaskini nad Morzem Martwym, wraz z innymi zapiskami z czasów patriarchów. Imię autora pozostaje nieznane, ale jego świadectwo przetrwało przez tysiąclecia, aby przypominać nam o zniszczeniu Sodomy i Gomory, i o tajemniczych drogach Bożej sprawiedliwości.