Dziennik Żeglarza z Tarszisz

– relacja marynarza z rejsu, podczas którego Jonasz został wyrzucony za burtę


Dzień 1, Port w Jafie

Słońce przygrzewa dziś mocno, co dobrze wróży naszemu wypłynięciu. Kapitan Adoniram skończył dobijać targu z ostatnimi kupcami. Zabieramy ładunek oliwy, wina i biżuterii z kości słoniowej. Handlarze z Judei zawsze mają najlepsze ceny, choć są nieco dziwni ze swoim jednym bogiem.

Dziś miałem osobliwe spotkanie. Tuż przed załadunkiem przybiegł na nabrzeże spóźniony podróżny. Dysząc ciężko, zaoferował kapsu srebra za miejsce na pokładzie. Tyle płacą zwykle bogaci kupcy, a ten wyglądał raczej jak prorok lub uczony w świętych księgach. Miał na sobie zakurzoną szatę i sprawiał wrażenie kogoś, kto biegł bez wytchnienia przez wiele godzin.

— Do Tarszisz? — zapytał, wpatrując się w morze z dziwną intensywnością.

— Do Tarszisz — potwierdził Adoniram, przeliczając srebrniki.

Przedstawił się jako Jonasz, syn Amittaja, z miejscowości Gat-Chefer. Mówił z mocnym galilejskim akcentem. Gdy zapytałem, co sprowadza człowieka jego pokroju tak daleko od domu, odpowiedział wymijająco, że „szuka spokoju”.

Jest w nim coś niepokojącego. Nie patrzy nikomu w oczy i stale spogląda za siebie, jakby kogoś się obawiał. Gdy jeden z marynarzy wspomniał o świątyni Aszery w Tarszisz, Jonasz skrzywił się, ale nic nie powiedział. Ci Judejczycy i ich niechęć do innych bogów…

Kapitan przydzielił mu miejsce na rufie, gdzie zwykle śpią podróżni. Zapłacił dobrze, więc nikt nie kwestionuje jego obecności, choć pozostaje dla mnie zagadką, co uczony w Prawie Mojżeszowym robi na fenickiej łodzi płynącej na drugi koniec Wielkiego Morza.

Wypływamy jutro o świcie, o ile wiatr będzie sprzyjający.


Dzień 2, Na morzu

Wypłynęliśmy wcześnie, korzystając z porannych wiatrów. Morze jest łaskawe, niebo czyste jak łza. Starszy marynarz Hanno mówi, że to dobry znak, że Melkart sprzyja naszej podróży. Oczywiście złożyliśmy ofiary przed wypłynięciem – kapitan jest w tych sprawach niezwykle skrupulatny. Lepiej nie kusić morskich bóstw, szczególnie gdy płynie się tak daleko jak do Tarszisz.

Jonasz nie uczestniczył w ofiarach ani nawet nie stanął w pobliżu, gdy je składaliśmy. Siedział na swoim posłaniu, wpatrując się w horyzont. Gdy odpływaliśmy, wyglądał na dziwnie zrelaksowanego, jak ktoś, kto właśnie uniknął wielkiego niebezpieczeństwa.

Podczas posiłku próbowałem dowiedzieć się więcej o naszym tajemniczym pasażerze. Jest małomówny, ale gdy już się odezwie, mówi jak człowiek wykształcony. Przyznał, że zna pisma swojego ludu i że niegdyś był „w służbie świątyni”. Gdy zapytałem go wprost, czy przed czymś ucieka, spojrzał na mnie przenikliwie.

— Nie przed czymś, Eliaszu, ale przed kimś — powiedział cicho, tak by inni nie usłyszeli.

— Przed kim? Jesteś ścigany? — zapytałem zaniepokojony. Nie potrzebujemy kłopotów z prawem.

— Przed Jahwe — odpowiedział, a w jego głosie brzmiała szczera trwoga. — Przed moim Bogiem.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. My, Fenicjanie, znamy wiele bóstw, ale żadnego nie boimy się tak, by uciekać przed nim przez morze. Co takiego mógł zrobić ten Jonasz, że ucieka przed własnym bogiem? I czy bóstwo Judejczyków ma jakąkolwiek władzę na morzu, z dala od ich ziemi?

Hanno śmieje się z moich obaw. Mówi, że bogowie mają swoje terytoria jak królowie. Na morzu panuje Melkart i Jam, więc hebrajski bóg nie ma tu żadnej mocy. Mam nadzieję, że ma rację.


Dzień 3, Na morzu

Dziś miałem więcej okazji do rozmowy z Jonaszem. Mimo jego początkowej powściągliwości, zdaje się, że potrzebuje kogoś, komu mógłby się zwierzyć. Chyba uznał, że cudzoziemiec, który nie zna wszystkich zawiłości jego religii, jest bezpiecznym słuchaczem.

Okazuje się, że Jonasz nie jest zwykłym uczonym, lecz prorokiem. Jego bóg przemawia do niego, przekazując mu wiadomości dla ludzi. Ostatnio — jak mi wyznał po wypiciu kubka mocnego wina — Jahwe nakazał mu udać się do Niniwy, ogromnego miasta Asyryjczyków, i głosić tam ich rychłą zagładę, jeśli się nie nawrócą.

— I dlatego uciekasz? — zapytałem. — Boisz się Asyryjczyków?

Jonasz westchnął ciężko.

— Nie boję się ich. Boję się, że Jahwe im przebaczy.

To mnie zdumiało. Dlaczego prorok miałby się obawiać, że jego bóg okaże miłosierdzie? Jonasz wyjaśnił, że Asyria jest odwiecznym wrogiem jego ludu. Że zabijali, gwałcili i uprowadzali Izraelitów. Że ich okrucieństwo jest legendarne.

— Zasługują na zniszczenie — powiedział cicho, ale z żarliwością, która mnie przeraziła. — A ja nie chcę być narzędziem ich ocalenia.

To wyjaśnia jego desperacką ucieczkę na kraniec świata. Nie chce wypełnić misji, którą powierzył mu jego bóg, bo nie zgadza się z jej celem. Zastanawiam się, czy bogowie tolerują takie nieposłuszeństwo.

Wieczorem wiatr zaczął się wzmagać. Kapitan Adoniram studiuje niebo z niepokojem. Hanno mówi, że to nic niezwykłego o tej porze roku, ale żeby być ostrożnym. Złożyliśmy dodatkowe ofiary Melkartowi.


Dzień 4, Wzburzone morze

Piszę te słowa w blasku pojedynczej lampy, starając się ignorować krzyki i wrzawę na pokładzie. Morze wzburzyło się nad ranem i od tamtej pory staje się coraz gwałtowniejsze. Nigdy nie widziałem takiej burzy — fale wysokie jak mury miasta uderzają w nasz statek, wicher szarpie żaglami, które zdążyliśmy opuścić.

Kapitan twierdzi, że burza nie jest naturalna. Nadeszła zbyt nagle, zbyt gwałtownie. Hanno i inni starsi żeglarze zgadzają się z nim. Każdy z załogantów modli się teraz do swoich bogów — słyszę imiona Melkarta, Baala, Asztoret, Jama i wielu innych. Wyrzuciliśmy już część ładunku, by odciążyć statek, ale fale nie ustają.

Co najdziwniejsze, Jonasz zniknął. Wśród tego chaosu nikt nie ma czasu go szukać, ale kapitan jest wściekły.

— Gdzie jest ten hebrajski pasażer? — krzyczy. — Dlaczego nie modli się do swojego boga?

Będę musiał odłożyć pióro i pomóc przy wiosłach. Nie wiem, czy kiedykolwiek skończę ten dziennik, czy pochłonie go morze wraz ze mną.


Dzień 4, Ciąg dalszy

Nie mogę w to uwierzyć. Muszę zapisać, co się stało, choć moje ręce wciąż drżą.

Znaleźliśmy Jonasza. Spał na dnie statku, w ładowni, zwinięty jak dziecko, jakby burza wcale nie szalała. Kapitan osobiście go obudził.

— Jak możesz spać? — krzyczał. — Wstań, wołaj do swego Boga! Może On wspomni na nas i nie zginiemy.

Kiedy Jonasz wrócił na pokład, był blady, ale dziwnie spokojny. Patrzył na wzburzone morze, jakby dostrzegał w nim coś więcej niż my.

W międzyczasie załoga zdecydowała rzucić losy, by dowiedzieć się, kto jest przyczyną nieszczęścia. To stary zwyczaj żeglarzy — wierzymy, że bogowie morza potrafią w ten sposób wskazać winnego. Los padł na Jonasza.

Wszyscy otoczyliśmy go, domagając się wyjaśnień. Kto jest? Skąd pochodzi? Jaki popełnił występek? Dlaczego gniew bogów spadł na nasz statek?

Jonasz nie próbował kłamać ani się bronić. Powiedział nam prawdę — tę samą, którą mi wcześniej wyjawił. Że jest Hebrajczykiem, że czci Jahwe, Boga nieba, który stworzył morze i ląd. I że ucieka przed Nim, przed misją, którą mu powierzył.

Marynarze byli przerażeni. Nawet ci, którzy nigdy nie słyszeli o bogu Hebrajczyków, pojęli wagę występku. Uciekać przed własnym bogiem, odmawiać wypełnienia jego woli — to jak wypowiedzenie wojny niebiosom.

— Co mamy z tobą zrobić, aby morze się uspokoiło? — pytał kapitan, gdy kolejna fala niemal przewróciła statek.

Jonasz spojrzał mu prosto w oczy.

— Weźcie mnie i wrzućcie do morza, a ono się uspokoi. Wiem, że to przeze mnie rozpętała się ta straszna burza.

Nikt nie chciał tego zrobić. Wyrzucić człowieka za burtę, skazać go na pewną śmierć? To byłoby morderstwo, a krew niewinnego ściągnęłaby na nas jeszcze większy gniew bogów.

Próbowaliśmy wiosłować do brzegu, ale było to niemożliwe. Morze wciąż się wzmagało, wichry wyły jak demony. W końcu, nie widząc innego wyjścia, zaczęliśmy się modlić do boga Jonasza.

— Jahwe! — wołaliśmy. — Nie każ nam zginąć za grzech tego człowieka! Nie obarczaj nas jego krwią! Ty jesteś Bogiem i czynisz, co chcesz!

A potem… potem zrobiliśmy to, o co prosił. Wzięliśmy Jonasza — ja i Hanno trzymaliśmy go za ramiona — i wrzuciliśmy w spienione fale. Widzieliśmy, jak zanurza się i po chwili wynurza, jak walczy z żywiołem, a potem… potem zniknął w otchłani.

I wtedy stał się cud. Morze natychmiast się uspokoiło. Nie stopniowo, nie powoli, ale w jednej chwili. Jakby ktoś wypowiedział rozkaz i żywioły musiały go posłuchać. Wiatr ustał, fale się wygładziły, zza chmur wyszło słońce.

Staliśmy na pokładzie, patrząc po sobie z niedowierzaniem. Żaden z bogów, do których się modliliśmy przez lata, nie okazał takiej mocy. Żaden nie uspokoił morza jednym gestem.

W tej chwili strach przed Jahwe ogarnął nas wszystkich. Złożyliśmy ofiary, nie z oliwy czy wina, ale z własnej krwi — nacinając ramiona wedle zwyczaju naszych ojców. I ślubowaliśmy, że jeśli przeżyjemy tę podróż, oddamy cześć bogu Hebrajczyków w jego świątyni.

Co do Jonasza… Nie widzieliśmy go więcej. Zapewne teraz jego ciało opadło już na dno, gdzie stanie się pożywieniem dla stworzeń morskich. Żal mi go, choć sprowadził na nas to niebezpieczeństwo. Był człowiekiem, który ośmielił się sprzeciwić swojemu bogu — i zapłacił za to najwyższą cenę.

Kapitan zdecydował, że wracamy do Jafy. Po tym wszystkim, co się wydarzyło, nikt nie ma ochoty na długą podróż do Tarszisz.


Dzień 12, Port w Jafie

Wróciliśmy do portu przed zmierzchem. Podróż powrotna była spokojna, jakby morze chciało wynagrodzić nam wcześniejsze cierpienia. Jednak nikt z nas nie zapomni tego, co się wydarzyło.

Przed zejściem na ląd kapitan zebrał nas wszystkich i nakazał milczenie o tym zdarzeniu.

— Ludzie wezmą nas za szaleńców lub kłamców — powiedział. — Kto uwierzy, że bóg Hebrajczyków ma władzę nad morzem? Że burza ustała w chwili, gdy wrzuciliśmy jego proroka do wody?

Ma rację, to brzmi niewiarygodnie. Sam nie wiem, czy uwierzyłbym w taką opowieść, gdybym nie był jej świadkiem. Ale wiem, co widziałem. I wiem, że od tej pory będę składał ofiary nie tylko Melkartowi, ale i Jahwe.

Kupcy, którzy zlecili nam transport towarów, byli wściekli z powodu wyrzucenia części ładunku za burtę. Kapitan musiał im wyjaśnić, że to było konieczne dla ratowania statku. Oczywiście nie wspomniał o Jonaszu ani o gniewie jego boga. Pozwolił im myśleć, że to była zwyczajna burza.

Wieczorem poszedłem do dzielnicy hebrajskiej, by dowiedzieć się czegoś więcej o bogu imieniem Jahwe. Stary handlarz, który sprzedawał mi pergamin na ten dziennik, patrzył na mnie podejrzliwie, gdy pytałem o ich wierzenia. Ale gdy usłyszał imię Jonasza, syna Amittaja, jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia.

— To prorok z królestwa północnego — powiedział. — Skąd ty, Fenicjaninie, znasz jego imię?

Opowiedziałem mu wszystko, co się wydarzyło, choć obawiałem się jego reakcji. Na moje zdziwienie, starzec nie wydawał się zaskoczony.

— Nasz Bóg jest Bogiem całego świata — wyjaśnił mi. — Morza i lądu, nieba i podziemi. Nie ma takiego miejsca, gdzie można by się przed Nim ukryć. Tak jest zapisane w naszych księgach.

— A co z Jonaszem? — zapytałem. — Czy twój bóg karze tych, którzy są mu nieposłuszni?

Starzec zamyślił się.

— Karze i przebacza. Jest sprawiedliwy i miłosierny zarazem. Kto wie? Może nawet teraz Jonasz żyje, połknięty przez jakieś morskie stworzenie, by mógł przemyśleć swój błąd?

Zaśmiałem się gorzko. Nawet bóg zdolny uspokoić morze nie może przywrócić życia człowiekowi, który zniknął w głębinach trzy dni temu.

Jednak nie mogę zaprzeczyć, że coś się we mnie zmieniło. Czy to strach przed mocą boga Hebrajczyków? Czy szacunek dla człowieka, który wolał zginąć, niż sprowadzić na nas zgubę? Nie wiem. Ale wiem, że ta podróż odmieniła moje życie.


Trzy miesiące później, Jafa

Wciąż przebywam w Jafie, pracując przy naprawie statków w porcie. Kapitan Adoniram zaoferował mi miejsce na nowym rejsie do Egiptu, ale odmówiłem. Coś mnie trzyma w tym mieście.

Dziś usłyszałem nieprawdopodobną wieść. Pewien prorok imieniem Jonasz pojawił się w Niniwie, ogromnym mieście Asyryjczyków, głosząc jego zagładę. Podobno całe miasto, od króla po najmniejsze dziecko, pokutowało w worach i popiele. I podobno ich bóg — Jahwe, ten sam, przed którym Jonasz uciekał — zmienił swój wyrok i oszczędził miasto.

Nikt w porcie nie wie, czy ta historia jest prawdziwa. Niniwa jest daleko, a wieści stamtąd docierają z opóźnieniem i często są przeinaczone. Ale ja wiem.

Udałem się znów do tego samego starca, który sprzedaje pergaminy. Gdy opowiedziałem mu tę plotkę, uśmiechnął się tajemniczo.

— Mówiłem ci, że nasz Bóg jest miłosierny — powiedział. — Nawet wobec swoich nieprzyjaciół. I nawet wobec opornych proroków.

— Sugerujesz, że Jonasz przeżył? Że morze go nie pochłonęło?

— Kto wie, jakie stworzenia pływają w głębinach? — odparł. — Jedno z nich mogło połknąć twojego przyjaciela, a potem wypluć go na brzeg. W naszych świętych księgach zapisano wiele cudów.

Nie wiem, czy mu wierzyć. To brzmi jak bajka dla dzieci. A jednak… czy uspokojenie wzburzonego morza nie było cudem? Czy wiatr zmieniający się w jednej chwili w łagodną bryzę nie był dziełem potężnego bóstwa?

Jeśli Jonasz żyje, jeśli naprawdę głosił w Niniwie, to znaczy, że jego bóg jest potężniejszy, niż ktokolwiek z nas mógł przypuszczać. Potężniejszy od Baala i Melkarta, od bogów Egiptu i Babilonu.

Postanowiłem, że jeśli kiedykolwiek znów wyruszę w morze, będę nosił dwa symbole — znak Melkarta na jednym ramieniu i znak Jahwe na drugim. Lepiej mieć za sobą obydwu, gdy staje się twarzą w twarz z głębinami Wielkiego Morza.


Rok później, Gat-Chefer

Od miesiąca jestem w tym małym miasteczku w Galilei, dokąd przybyłem po długiej podróży. Nie jestem już marynarzem — przynajmniej na razie. Zostałem uczniem.

Tak, znalazłem Jonasza. Żyje, choć jego skóra ma teraz dziwny, blady odcień, jakby wyblakła od długiego przebywania w ciemności. Gdy stanąłem przed nim po raz pierwszy, nie poznał mnie. Dopiero gdy przypomniałem mu statek do Tarszisz i burzę, jego oczy rozszerzyły się.

— Ty… — szepnął. — Byłeś na tym statku.

— Pomogłem cię wyrzucić za burtę — przyznałem, gotów na jego gniew.

Ale Jonasz nie był zły. Zmęczonym gestem wskazał mi miejsce obok siebie w cieniu figowca.

— To była moja wina — powiedział. — Moje nieposłuszeństwo sprowadziło na was gniew Jahwe.

A potem opowiedział mi swoją historię. Jak, gdy tonął, ogromna ryba połknęła go całego. Jak spędził trzy dni i trzy noce w jej wnętrznościach, modląc się i pokutując. Jak w końcu ryba wypluła go na brzeg.

— Myślałem, że to śmierć — powiedział cicho. — Ale to było nowe narodzenie.

Po tym wydarzeniu nie próbował już uciekać od swojego powołania. Udał się do Niniwy i głosił jej zagładę. Ku jego zdumieniu — i, przyznaję, ku mojemu — miasto się nawróciło. Od króla po żebraka, wszyscy pokutowali, a Jahwe okazał im miłosierdzie.

— Byłem zły — przyznał Jonasz. — Chciałem ich zniszczenia, nie zbawienia. Ale Jahwe nauczył mnie, że Jego miłosierdzie jest większe niż moja nienawiść.

Opowiedział, jak siedział pod krzewem rycynusowym, który wyrósł nagle, by dać mu cień, a potem równie nagle usechł. Jak złościł się o tę roślinę, a Bóg zapytał go: „Ty żałujesz krzewu, którego nie sadziłeś i nie wyhodowałeś, a ja nie miałbym żałować Niniwy, wielkiego miasta, w którym żyje więcej niż sto dwadzieścia tysięcy ludzi, nie umiejących rozróżnić prawej ręki od lewej, a także wiele zwierząt?”

Ta lekcja zmieniła go na zawsze. I zmienia mnie, gdy słucham jego nauk.

Nie wiem, jak długo tu zostanę. Morze wciąż mnie wzywa, a życie proroka nie jest łatwe. Ale wiem, że cokolwiek się stanie, gdziekolwiek się udam, będę niósł ze sobą tę historię. Historię o człowieku, który próbował uciec przed swoim Bogiem, o rybie, która go połknęła, i o miłosierdziu większym niż ludzka wyobraźnia.

Tu kończy się dziennik Eliasza, żeglarza z Tarszisz

Ten wpis został opublikowany w kategorii Stary Testament i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *