30 dni po Wniebowstąpieniu
Drżącą ręką zapisuję te słowa. Nie ze strachu, lecz z przytłaczającego poczucia odpowiedzialności. Ja, Maciej ben Josef z Betsaidy, zostałem wybrany na miejsce Judasza. Dwunasty z Dwunastu. Następca zdrajcy.
Kiedy Piotr stanął pośród braci – było nas wszystkich około stu dwudziestu – i powiedział, że ktoś musi zająć miejsce Judasza, nie przyszło mi do głowy, że mogę to być ja. Byłem z nimi od początku, to prawda. Widziałem chrzest Jezusa przez Jana. Słyszałem prawie wszystkie Jego nauki. Byłem świadkiem cudów. Ale nigdy nie należałem do wewnętrznego kręgu. Nigdy nie byłem tak blisko Niego jak Piotr, Jakub czy Jan.
A jednak to na mnie i na Józefa zwanego Barsabą padł wybór jako na kandydatów. Dwóch z nas, jeden los. Pamiętam słowa modlitwy: „Ty, Panie, który znasz serca wszystkich, wskaż z tych dwóch jednego, którego wybrałeś, aby zajął miejsce w tym posługiwaniu i w apostolstwie, któremu sprzeniewierzył się Judasz, aby pójść swoją drogą”.
A potem rzucili losy. I los padł na mnie.
W jednej chwili moje życie zmieniło się nieodwracalnie. Stałem się jednym z Dwunastu. Tym, który zastąpił zdrajcę. Tym, który musi wypełnić pustkę po człowieku, którego imię stało się synonimem zdrady.
Bracia powitali mnie z radością. Piotr objął mnie jak brata. Ale widziałem pytanie w ich oczach. To samo pytanie, które ja zadaję sobie każdego dnia: Czy jestem godny? Czy podołam? Czy nie zawiodę tak jak mój poprzednik?
Niektórzy z braci znali Judasza lepiej niż ja. Szczególnie Jan, który był tak blisko Jezusa. Czasami łapię jego spojrzenie – badawcze, oceniające, może szukające w mojej twarzy cech zdrajcy? Nie, to niesprawiedliwe. Jan jest dobry i mądry. Ale czy on też nie zadaje sobie pytania, czy wybór był słuszny?
A ja? Czy ja sam wierzę, że to był właściwy wybór? Czy naprawdę los wskazał właściwego człowieka? A może Bóg miał wybrać Józefa, ale los, rzucony ludzką ręką, się pomylił?
Dręczą mnie te myśli, szczególnie w nocy. Ale dziś, zapisując te słowa, czuję też coś innego. Rodzaj pokoju. Akceptacji. Nie zostałem wybrany za swoje zasługi, ale z łaski. Tak samo jak każdy z Dwunastu. Tak samo jak każdy uczeń Jezusa.
I może właśnie to jest moje zadanie – być żywym przypomnieniem, że droga ucznia jest drogą łaski, nie zasług. Że nawet zdradę można odkupić. Że Bóg może wypełnić najgłębszą pustkę, naprawić najgorsze złamanie.
Z tą myślą będę spać dziś nieco spokojniej.
40 dni po Wniebowstąpieniu
Dziś po raz pierwszy przemówiłem publicznie jako jeden z Dwunastu. Nie planowałem tego. To się po prostu stało.
Byliśmy w pobliżu świątyni, gdy zebrał się tłum. Jezus był tematem każdej rozmowy w Jerozolimie od tygodni – najpierw Jego triumfalny wjazd, potem proces i ukrzyżowanie, a teraz pogłoski o zmartwychwstaniu i dziwne wydarzenia Pięćdziesiątnicy. Ludzie są ciekawi, zdezorientowani, niektórzy wrogo nastawieni.
Piotr, jak zwykle, przemawiał pierwszy. Mówił o Jezusie, o cudach, które czynił, o Jego śmierci i zmartwychwstaniu. Ludzie słuchali – niektórzy z niedowierzaniem, inni z rosnącą wiarą.
Wtedy ktoś z tłumu krzyknął: „A co z tym, który Go zdradził? Co z Judaszem? Czy on też był oszustem?”
Zapadła cisza. Zobaczyłem ból na twarzy Piotra. Wszyscy apostołowie wciąż zmagają się ze zdradą Judasza – nie tylko z faktem, że wydał Jezusa, ale że był jednym z nich, a oni nie zauważyli, co się w nim dzieje. To rana, która wciąż krwawi.
I wtedy, zanim zdążyłem się zastanowić, wystąpiłem naprzód.
„Judasz wybrał swoją drogę,” powiedziałem głośno i wyraźnie. „Ale jego zdrada nie unieważnia prawdy, którą głosimy. Wręcz przeciwnie – potwierdza ją. Bo nasz Nauczyciel wiedział, że zostanie zdradzony. Przepowiedział to. A jednak nie cofnął się. Poszedł tą drogą dobrowolnie, z miłości, którą Judasz odrzucił, ale którą my wam głosimy dzisiaj.”
Nie wiem, skąd przyszły te słowa. Nie przygotowywałem ich. Ale gdy mówiłem, czułem… nie wiem, jak to opisać. Jakby jakaś siła przepływała przeze mnie. Jakby ktoś inny mówił moimi ustami.
Czy tak czują się inni apostołowie, gdy przemawiają? Czy to jest ten Duch, którego Jezus obiecał? Ten, który zstąpił na nas w Pięćdziesiątnicę?
Po spotkaniu Piotr położył mi rękę na ramieniu. „Dobrze mówiłeś, bracie,” powiedział. To pierwszy raz, gdy nazwał mnie bratem bez wahania w głosie. Pierwszy raz, gdy poczułem, że naprawdę mnie akceptuje jako jednego z nich.
A może po prostu pierwszy raz, gdy ja sam zaakceptowałem siebie w tej roli.
45 dni po Wniebowstąpieniu
Wciąż napotykam zdumione spojrzenia, gdy ludzie odkrywają, kim jestem. „Ten, który zastąpił Judasza,” szepczą. Niektórzy z ciekawością, inni z sympatią, jeszcze inni z podejrzliwością – jakbym był skażony samym faktem zajęcia miejsca zdrajcy.
Dzisiaj, gdy rozdawaliśmy jałmużnę wdowom, jedna z kobiet cofnęła się, gdy wyciągnąłem do niej rękę z chlebem. „Czy nie jesteś tym, który zajął miejsce Iskarioty?” zapytała głośno. Inne kobiety zamilkły, patrząc na mnie wyczekująco.
„Jestem Maciej, wybrany przez Ducha Świętego na świadka zmartwychwstania,” odpowiedziałem, starając się, by mój głos brzmiał pewnie.
„Ale zajmujesz miejsce zdrajcy,” nalegała kobieta.
Przez chwilę nie wiedziałem, co powiedzieć. Jak odpowiedzieć na coś, co jest bolesną prawdą? Tak, zajmuję miejsce zdrajcy. Czy to czyni mnie kimś gorszym? Kimś podejrzanym?
Wtedy poczułem dłoń na ramieniu. To był Tomasz – ten sam, który wątpił w zmartwychwstanie, dopóki nie zobaczył i nie dotknął ran Jezusa.
„Ten człowiek zajmuje miejsce, które wyznaczył mu Pan,” powiedział stanowczo. „Tak samo jak każdy z nas. I tak samo jak ty, siostro, i każdy, kto wierzy. Bo czy nie wszyscy jesteśmy na miejscu, które ktoś opuścił? Czy nie wszyscy jesteśmy wezwani, by wypełnić pustkę po tych, którzy odeszli od Jego miłości?”
Kobieta patrzyła na Tomasza długo, a potem jej wzrok złagodniał. Wyciągnęła rękę i przyjęła chleb.
Później, gdy szliśmy razem, podziękowałem Tomaszowi za wstawiennictwo.
„Nie musisz dziękować,” odpowiedział z lekkim uśmiechem. „Może rozumiem cię lepiej niż inni. Sam byłem tym, który wątpił. Tym, którego wiara musiała być wypróbowana. I wiem, jak to jest nieść brzemię cudzych oczekiwań.”
Jego słowa były jak balsam dla mojej duszy. Tak, Tomasz rozumie. I może jest w tym jakaś głębsza mądrość – że ci, którzy zmagali się z własną godnością, własną wiarą, są bardziej wyrozumiali dla zmagań innych.
W drodze powrotnej Tomasz opowiedział mi więcej o swoim doświadczeniu z Jezusem po zmartwychwstaniu. O tym, jak jego wątpliwości zostały przezwyciężone nie przez argumenty, ale przez spotkanie, przez osobistą relację z Tym, w którego istnienie wątpił.
I poczułem ukłucie zazdrości – tak, zazdrości. Bo Tomasz widział zmartwychwstałego Pana. Dotykał Jego ran. Słyszał Jego głos. A ja? Ja muszę polegać na świadectwie innych. Muszę wierzyć bez zobaczenia.
Czy to jest moje szczególne powołanie jako tego, który zastąpił Judasza? Wierzyć mocniej, bo przychodzę później? Być świadkiem nie tyle tego, co widziałem, ale tego, co przyjąłem przez wiarę?
Te pytania wciąż krążą w mojej głowie. Ale rozmowa z Tomaszem dała mi nową perspektywę – że może moje miejsce wśród Dwunastu jest nie tyle ciężarem, co przywilejem. Przywilejem bycia żywym dowodem, że Bóg może wypełnić każdą pustkę, naprawić każde złamanie, zastąpić zdradę wiernością.
60 dni po Wniebowstąpieniu
Dzisiaj po raz pierwszy miałem sen o Judaszu. Nie, nie koszmar – choć tego bym się spodziewał. To był dziwny, spokojny sen, w którym szedłem długą drogą, a Judasz szedł przede mną. Nie widziałem jego twarzy, tylko sylwetkę na tle zachodzącego słońca.
Nie ścigałem go. Nie próbowałem go dogonić. Po prostu szedłem tą samą drogą, krok po kroku, wiedząc, że każdy mój ślad nakłada się na jego ślad. Że idę drogą, którą on porzucił.
Gdy się obudziłem, poczułem dziwny spokój. Jakby ten sen pomógł mi zaakceptować moje miejsce – nie tylko wśród Dwunastu, ale w szerszym planie, którego wciąż nie rozumiem w pełni.
Rozmawiałem dziś z Janem o Judaszu. Ze wszystkich apostołów Jan był może najbliżej Judasza – nie w sensie przyjaźni, ale fizycznej bliskości podczas Ostatniej Wieczerzy. To Jan leżał na piersi Jezusa, gdy ten zapowiedział zdradę. To Jan widział reakcję Judasza, gdy Jezus podał mu umoczony kawałek chleba.
„Jak on wyglądał?” zapytałem. „W tamtym momencie, gdy przyjął chleb?”
Jan długo milczał, jakby wracał myślami do tamtej nocy, do tamtego stołu, do twarzy, których nigdy nie widziałem przy wspólnym posiłku z Jezusem.
„Wyglądał jak człowiek, który dokonał wyboru,” powiedział w końcu. „Nie jak demon, nie jak potwór. Jak człowiek, który postanowił iść własną drogą, choćby miała go prowadzić w ciemność.”
„Dlaczego?” zapytałem. „Dlaczego to zrobił? Czy kiedykolwiek to zrozumiałeś?”
Jan potrząsnął głową. „Nikt z nas nie rozumie w pełni. Niektórzy mówią, że to dla pieniędzy. Inni, że czuł się rozczarowany – że Jezus nie był takim Mesjaszem, jakiego oczekiwał, politycznym przywódcą, który wyzwoli nas od Rzymian. Jeszcze inni, że szatan wszedł w jego serce.”
Zamilkł na chwilę, a potem dodał cicho: „Ale ja myślę, że to było coś głębszego. Myślę, że Judasz nie mógł zaakceptować przebaczenia. Miłosierdzia. Nie mógł uwierzyć, że jego grzechy – cokolwiek go dręczyło – mogły zostać odpuszczone. I ta niewiara, ta niemożność przyjęcia przebaczenia, doprowadziła go do ostatecznej zdrady.”
Słowa Jana zapadły mi głęboko w serce. Ta diagnoza Judasza – człowieka, który nie mógł uwierzyć w możliwość przebaczenia – poruszyła mnie do głębi. Bo czy nie o to właśnie chodzi w przesłaniu Jezusa? O przebaczenie, którego nie jesteśmy w stanie sami sobie dać, ale które możemy przyjąć jako dar?
Potem Jan opowiedział mi o ostatnich chwilach Judasza, o których słyszał od ludzi, którzy widzieli jego śmierć. O rozpaczy, która pchnęła go do samobójstwa. O tym, jak jego ciało zostało znalezione, napęczniałe i zdeformowane, jakby nawet ziemia odrzuciła zdrajcę.
Straszne obrazy. Straszny koniec człowieka, który chodził z Jezusem, słyszał Jego nauki, widział Jego cuda. Człowieka, który był tak blisko, a jednak tak daleko od zrozumienia istoty Jego misji.
A ja? Czy ja rozumiem lepiej? Czy ja, zajmując jego miejsce, nie ryzykuję tych samych błędów? Tej samej pychy, tej samej niewiary, tej samej niezdolności do przyjęcia przebaczenia?
Moje rozmyślania przerwał Jan, kładąc mi dłoń na ramieniu.
„Nie patrz wstecz, Macieju,” powiedział łagodnie, jakby czytając w moich myślach. „Nie przez strach, ale przez nadzieję. Twoje powołanie nie jest cieniem Judasza. Jest nowym początkiem. Jest świadectwem, że nawet po najgorszej zdradzie Bóg nie zostawia miejsca pustym. Że Jego plan trwa, mimo naszych upadków.”
Słowa Jana były jak światło w ciemności. Jak gdyby ktoś wreszcie ubrał w słowa prawdę, którą czułem, ale której nie potrafiłem wyrazić.
Nie jestem następcą Judasza. Jestem świadkiem nowego początku. Dowodem, że Bóg może wypełnić każdą pustkę, naprawić każde pęknięcie w swoim planie.
Z tą myślą wróciłem do naszego miejsca zamieszkania, czując, że ciężar, który nosiłem od dnia wyboru, staje się nieco lżejszy.
90 dni po Wniebowstąpieniu
Prześladowania nasilają się. Wczoraj aresztowano Szczepana – nie apostoła, ale jednego z naszych najbardziej żarliwych i mądrych braci. Jesteśmy zaniepokojeni, boimy się o jego życie.
W tych trudnych chwilach apostołowie trzymają się razem. I co ciekawe, coraz mniej czuję się jako „ten, który zastąpił Judasza”, a coraz bardziej jako po prostu jeden z nich. Jeden z Dwunastu. Jeden ze świadków zmartwychwstania, choć nie widziałem Go po śmierci tak, jak inni.
Piotr powierzył mi wczoraj ważne zadanie – mam udać się z grupą wierzących do Betanii, by organizować tam nową wspólnotę. To pierwszy raz, gdy działam samodzielnie, bez bezpośredniego nadzoru innych apostołów. To znak zaufania, którego nie spodziewałem się tak szybko.
Przed wyruszeniem Piotr wziął mnie na bok. Myślałem, że chce dać mi ostatnie wskazówki dotyczące misji. Ale zamiast tego zapytał niespodziewanie: „Czy wciąż myślisz o Judaszu?”
Pytanie mnie zaskoczyło. Nie rozmawiałem z Piotrem o moich rozterkach, o moich snach, o cieniu, który czasami zdawał się iść za mną.
„Czasami,” przyznałem. „Mniej niż na początku, ale wciąż…”
Piotr skinął głową. „Ja też,” powiedział cicho. „Ale inaczej niż ty. Bo widzisz, Macieju, ty wiesz tylko o jego zdradzie. Ja znałem go przez trzy lata. Słyszałem jego śmiech. Widziałem jego łzy. Dzieliłem z nim chleb. I potem… nie zauważyłem, co się z nim dzieje. Nie dostrzegłem, że się oddala, że jego serce staje się ciemne.”
Zamilkł na chwilę, a ja widziałem ból na jego twarzy – ból, który rozumiałem teraz lepiej. Nie był to już dla mnie abstrakcyjny żal za zdrajcą. To był realny ból po stracie przyjaciela, brata.
„Ale wiesz, czego żałuję najbardziej?” kontynuował Piotr. „Że nie miałem szansy powiedzieć mu, że mu przebaczam. Że mimo wszystko, co zrobił, wciąż jest dla nas bratem. Że jest dla niego droga powrotu.”
Łzy stanęły mu w oczach, a mnie ścisnęło się serce. Bo nagle zobaczyłem Piotra nie jako nieugiętego lidera, filar wspólnoty, skałę, na której Jezus obiecał zbudować swój Kościół. Zobaczyłem go jako człowieka zranionego, niosącego ciężar nie tylko własnego zaparcia się Jezusa, ale i utraty przyjaciela przez zdradę, której nie mógł zapobiec.
„Myślisz, że by przyjął?” zapytałem cicho. „Przebaczenie?”
Piotr westchnął. „Nie wiem. Może tak. Może nie. Ale powinniśmy byli przynajmniej spróbować. Zamiast tego… zostawiliśmy go samego z jego rozpaczą.”
Te słowa wstrząsnęły mną do głębi. Bo uświadomiłem sobie coś, czego wcześniej nie dostrzegałem – że śmierć Judasza była nie tylko jego osobistą tragedią, ale także porażką wspólnoty. Porażką nas wszystkich, którzy, idąc za Jezusem, mamy być świadkami przebaczenia, a nie potępienia.
„Nie popełnij tego samego błędu, Macieju,” powiedział Piotr, ściskając moje ramię. „Gdy będziesz w Betanii, pamiętaj, że twoim pierwszym zadaniem jest nieść przebaczenie. Nawet tym, którzy czują się niegodni. Szczególnie tym.”
Z tymi słowami wyprawił mnie w drogę, dając mi nie tylko zadanie, ale i nowe zrozumienie mojej roli. Nie jestem tylko zastępcą zdrajcy. Jestem posłańcem przebaczenia, które Judasz odrzucił, ale które wciąż jest dostępne dla każdego, kto zechce je przyjąć.
120 dni po Wniebowstąpieniu
Szczepan nie żyje. Został ukamienowany. Wieść dotarła do nas w Betanii wczoraj wieczorem. Płakaliśmy całą noc – nie tylko z powodu utraty brata, ale i ze strachu o przyszłość.
To pierwsze męczeństwo w naszej wspólnocie. Pierwszy, który oddał życie za świadectwo o Jezusie. I teraz wszyscy zadajemy sobie pytanie: Czy jesteśmy gotowi zrobić to samo?
Pracując w Betanii, z dala od głównego ognia prześladowań w Jerozolimie, czułem się bezpiecznie. Może zbyt bezpiecznie. Śmierć Szczepana przypomniała mi brutalnie, że droga, którą wybraliśmy – droga świadczenia o Jezusie – może prowadzić do męczeństwa.
I tu pojawia się pytanie, które dręczy mnie od rana: Czy ja, który nie widziałem zmartwychwstałego Pana tak jak inni apostołowie, mam taką samą pewność? Taką samą gotowość, by umrzeć za prawdę, której nie doświadczyłem bezpośrednio?
Reszta wspólnoty patrzy na mnie, oczekując siły, pewności, przewodnictwa. Jestem apostołem – jednym z Dwunastu. A jednak czuję się oszustem. Bo jak mogę prowadzić innych do pewności, której sam nie mam?
Modliłem się gorąco, prosząc o znak, o jakieś potwierdzenie, że to, w co wierzę, jest prawdą. Że Jezus naprawdę zmartwychwstał. Że Jego obietnice są pewne. Że warto za nie umierać.
I wtedy, w środku modlitwy, przypomniałem sobie słowa, które Tomasz powiedział mi kilka tygodni temu, gdy opowiadał o swoim spotkaniu ze zmartwychwstałym Jezusem. Słowa, które Jezus skierował do niego: „Uwierzyłeś dlatego, że Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli.”
Te słowa uderzyły mnie z nową mocą. Bo przecież to o mnie mówił Jezus! O mnie i o wszystkich, którzy uwierzą przez świadectwo apostołów, nie widząc Go osobiście.
I nagle poczułem, że moje miejsce wśród Dwunastu ma głębszy sens, niż kiedykolwiek podejrzewałem. Nie jestem tu tylko po to, by wypełnić lukę po Judaszu. Jestem tu jako pierwszy z tych, którzy wierzą nie przez bezpośrednie doświadczenie, ale przez świadectwo innych. Jako pierwszy z niezliczonych rzesz, które przyjdą po mnie.
Ta myśl napełniła mnie nową odwagą. Nową pewnością. Nie muszę widzieć, by wierzyć. Nie muszę dotykać, by być pewnym. Świadectwo tych, którzy widzieli, jest wystarczające.
I może właśnie to jest prawdziwe zastąpienie Judasza – nie tyle zajęcie jego fizycznego miejsca wśród Dwunastu, ale zastąpienie niewiary wiarą, rozpaczy nadzieją, odrzucenia przebaczenia jego przyjęciem.
Z tą nową pewnością zwołałem wspólnotę w Betanii. Opowiedziałem im o Szczepanie, o jego odwadze, o jego wierności aż do śmierci. A potem podzieliłem się swoim własnym świadectwem – nie o tym, co widziałem (bo nie widziałem zmartwychwstałego Pana), ale o tym, w co wierzę, mimo że nie widziałem.
I ku mojemu zdumieniu, widziałem, jak twarze ludzi rozjaśniają się. Jak nabierają odwagi. Bo moje świadectwo było bliższe ich doświadczeniu niż świadectwo tych, którzy widzieli Jezusa po zmartwychwstaniu. Jeśli ja mogę wierzyć bez widzenia, to oni też mogą.
Tej nocy, gdy kładłem się spać, poczułem, że ciężar, który nosiłem od dnia wyboru, znikł całkowicie. Nie jestem już „tym, który zastąpił Judasza”. Jestem Maciejem, apostołem Jezusa Chrystusa, pierwszym z tych, którzy uwierzyli nie widząc, ale słuchając świadectwa.
I to jest moje powołanie. Moja misja. Moje miejsce w planie, który przekracza moje rozumienie, ale w którym, dzięki łasce, mam swoją rolę do odegrania.
1 rok po Wniebowstąpieniu
Wspólnota w Betanii rośnie. Codziennie dołączają nowi wierzący. Nasze spotkania, początkowo skromne i ciche, stały się pełne życia i radości. Łamiemy chleb, dzielimy się tym, co mamy, uczymy o Jezusie, o Jego życiu, śmierci i zmartwychwstaniu.
I coraz częściej widzę, jak ludzie przychodzą nie tylko, by słuchać, ale by dzielić się swoimi własnymi doświadczeniami. Swoimi spotkaniami z Duchem Świętym. Swoimi świadectwami o przemianie, jakiej doświadczają.
To już nie jest wiara oparta tylko na autorytecie apostołów. To wiara, która rośnie i rozwija się w sercach tych, którzy nigdy nie widzieli Jezusa, ale doświadczają Jego obecności w swoim życiu, w wspólnocie, w łamaniu chleba.
Wczoraj odwiedził nas Piotr. Przybył niespodziewanie, ukrywając się przed prześladowaniami, które w Jerozolimie przybrały na sile. Opowiadał nam o aresztowaniach, o przesłuchaniach przed Sanhedrynem, o biciu i groźbach.
Ale mówił też o cudach – o uzdrowieniach, o nawróceniach, o odwadze, z jaką nawet najsłabsi członkowie wspólnoty wyznają swoją wiarę.
Gdy został sam ze mną, zapytał o moją pracę w Betanii. Opowiedziałem mu wszystko – o wzroście wspólnoty, o nauczaniu, o chrztach, które udzielałem.
„A co z tobą, Macieju?” zapytał w pewnym momencie. „Czy znalazłeś swoje miejsce?”
Pytanie było proste, ale głębokie. Czy znalazłem swoje miejsce? Nie tylko wśród apostołów, ale w szerszym planie, w misji, którą podjęliśmy?
„Tak,” odpowiedziałem bez wahania. „Znalazłem.”
I opowiedziałem mu o swoim odkryciu – że jestem apostołem dla tych, którzy, jak ja, nie widzieli Jezusa osobiście, ale wierzą przez świadectwo. Że moje doświadczenie jest bliższe ich doświadczeniu niż doświadczenie tych, którzy chodzili z Jezusem przez trzy lata.
Piotr słuchał z uwagą, a potem uśmiechnął się szeroko. „Wiesz,” powiedział, „gdy wybieraliśmy między tobą a Józefem, modliłem się, by Duch wskazał właściwą osobę. I teraz widzę, że nasza modlitwa została wysłuchana. Bo potrzebujemy kogoś takiego jak ty – kogoś, kto rozumie wiarę tych, którzy przychodzą później, którzy muszą wierzyć bez widzenia.”
Jego słowa potwierdziły to, co czułem w sercu. Że moje miejsce wśród Dwunastu nie jest przypadkowe. Że mam tu swoją rolę do odegrania – rolę, której być może Judasz, ze swoim pragnieniem politycznego Mesjasza, swoim materializmen i ostateczną niewiarą, nie mógłby wypełnić nawet gdyby nie zdradził.
Tej nocy Piotr przełamał z nami chleb. Wspominaliśmy Ostatnią Wieczerzę, w której nie uczestniczyłem, ale którą teraz przeżywałem przez wiarę, przez uczestnictwo w rytuale, który stał się centrum naszego życia jako wspólnoty.
I po raz pierwszy nie czułem się jako outsider, jako ktoś, kto próbuje nadrobić stracony czas. Czułem się jako pełnoprawny uczestnik, jako jeden z tych, dla których te symbole – chleb i wino – stały się nie tylko wspomnieniem przeszłości, ale obietnicą przyszłości.
Przyszłości, w której każdy z nas znajdzie swoje miejsce w planie, który ciągle się rozwija, ciągle nas zaskakuje, ale nigdy nie zawodzi.
5 lat po Wniebowstąpieniu
Pięć lat. Trudno uwierzyć, że minęło już pięć lat od dnia, gdy zostałem wybrany na miejsce Judasza. Pięć lat od czasu, gdy drżącą ręką przyjąłem odpowiedzialność, której nie rozumiałem, rolę, do której nie czułem się godny.
Tyle się zmieniło od tamtego czasu. Wspólnota rozrosła się nie tylko w Jerozolimie i Judei, ale i w Samarii, i dalej – aż po Damaszek, Antiochię, Cypr, a nawet, jak słyszeliśmy, Rzym.
Ja sam od trzech lat pracuję w Antiochii – wielkim, kosmopolitycznym mieście, gdzie Grecy, Rzymianie, Żydzi i ludzie wielu innych narodowości mieszają się, tworząc tygiel kultur i wierzeń.
To tutaj wyznawcy Jezusa po raz pierwszy zostali nazwani „chrześcijanami” – naśladowcami Chrystusa. To tutaj po raz pierwszy zobaczyłem, jak nasza wiara przekracza granice jednego narodu, jednej kultury, stając się naprawdę uniwersalnym przesłaniem dla wszystkich ludzi.
I to tutaj poznałem Pawła – tego samego, który jako Szaweł prześladował nas, a teraz stał się najbardziej gorliwym głosicielem Ewangelii wśród pogan.
Z Pawłem mamy szczególną więź. Obaj nie znaliśmy Jezusa osobiście podczas Jego ziemskiej posługi. Obaj przyszliśmy później – on jako prześladowca, który doświadczył dramatycznego nawrócenia, ja jako cichy uczeń, wybrany przez los i Ducha.
Czasami dyskutujemy do późna w nocy, dzieląc się naszymi doświadczeniami, naszym rozumieniem nauk Jezusa, naszymi wątpliwościami i nadziejami.
„Wiesz, Macieju,” powiedział mi kiedyś Paweł, „ty i ja jesteśmy jak dwie strony tej samej monety. Ty zostałeś wybrany, by zastąpić zdrajcę. Ja byłem zdrajcą, który został wybrany. Obaj jesteśmy żywymi dowodami, że Bóg może napisać prosty tekst na krzywych liniach.”
Ta myśl często do mnie wraca. Bo chociaż nasze drogi były zupełnie różne – ja zawsze byłem blisko wspólnoty, choć na jej obrzeżach, on był jej zaciekłym wrogiem – to nasza obecna misja jest zadziwiająco podobna: świadczyć o Chrystusie, którego nie znaliśmy osobiście, ale którego obecność i moc doświadczyliśmy w naszym życiu.
Ostatnio dotarły do nas niepokojące wieści z Jerozolimy. Jakub, brat Pański, został stracony z rozkazu Heroda. Piotr był więziony, choć podobno cudownie uwolniony. Wielu uczniów ucieka z miasta, szukając schronienia w innych częściach Imperium.
Te wieści przypominają nam o cenie, jaką wielu płaci za wiarę. O ryzyku, które podejmujemy, głosząc Ewangelię w świecie, który często ją odrzuca.
Ale przypominają nam też o obietnicy, na której budujemy nasze życie – że śmierć nie ma ostatniego słowa. Że nawet w prześladowaniach, nawet w męczeństwie, jesteśmy częścią historii, która nie kończy się grobem, ale pustym grobem. Historii, która prowadzi nie do rozpaczy, ale do nadziei.
I gdy myślę o Judaszu – co wciąż zdarza mi się od czasu do czasu – nie myślę już o nim z lękiem czy z poczuciem cienia. Myślę o nim z głębokim smutkiem, ale i z nadzieją, że może, gdzieś poza granicami tego życia, nawet on znalazł drogę do przebaczenia, którego nie mógł czy nie chciał przyjąć tutaj.
Bo jeśli ja, który zająłem jego miejsce wśród Dwunastu, mogłem znaleźć swoje prawdziwe powołanie, to może i on, poprzez swój tragiczny upadek, odgrywa jakąś rolę w planie, który przekracza nasze rozumienie?
To nie jest teologia, której bym nauczał publicznie. To jest raczej osobista nadzieja, osobista modlitwa. Ale myślę, że jest ona zgodna z sercem Ewangelii, którą głosimy – że Bóg przyszedł szukać i zbawiać to, co zginęło. Wszystko, co zginęło.
I może właśnie to jest ostateczna odpowiedź na pytanie, które zadawałem sobie od pierwszego dnia: Dlaczego ja? Dlaczego zostałem wybrany, by zająć miejsce Judasza?
Może byłem wybrany nie tylko, by wypełnić lukę w liczbie Dwunastu, ale by być żywym świadectwem nadziei, która przekracza nawet najgłębszą zdradę, największy upadek. Nadziei, że w Bożej ekonomii łaski nic nie jest stracone na zawsze. Nawet miejsce zdrajcy może stać się miejscem apostoła, głosiciela dobrej nowiny o przebaczeniu i odnowie.
Z tą nadzieją wciąż pracuję, wciąż nauczam, wciąż świadczę – nie jako cień Judasza, ale jako Maciej, apostoł Jezusa Chrystusa, wybrany z łaski, powołany do nadziei, posłany z miłością do świata, który tak bardzo potrzebuje tej samej łaski, tej samej nadziei, tej samej miłości.
Epilog: 20 lat po Wniebowstąpieniu
Fragment listu Macieja do wspólnoty w Antiochii, napisanego krótko przed jego śmiercią
Ukochani Bracia i Siostry w Chrystusie,
Piszę te słowa, wiedząc, że wkrótce dołączę do tych, którzy odeszli przede mną – do Szczepana, Jakuba, i wielu innych, którzy oddali życie za wiarę. Choroba, która trawi moje ciało, nie pozostawia wątpliwości, że mój czas na tej ziemi dobiega końca.
Ale nie piszę, by was zasmucać. Piszę, by podzielić się radością, która wypełnia moje serce, gdy patrzę wstecz na życie, które Bóg mi darował, na misję, którą mi powierzył.
Dwadzieścia lat temu zostałem wybrany, by zająć miejsce zdrajcy wśród Dwunastu. Miejsca, którego nie czułem się godny. Roli, której nie rozumiałem. Odpowiedzialności, która mnie przerażała.
Ale patrząc wstecz, widzę, jak Bóg prowadził mnie przez te wszystkie lata. Jak każdy krok, każda decyzja, każde wyzwanie było częścią większego planu, którego nie mogłem dostrzec na początku, ale który teraz, z perspektywy czasu, jawi mi się z zadziwiającą jasnością.
Byłem wybrany nie dlatego, że byłem lepszy od Józefa zwanego Barsabą czy od kogokolwiek innego. Byłem wybrany, bo moja historia – historia człowieka, który nie widział zmartwychwstałego Pana osobiście, ale uwierzył przez świadectwo innych – miała stać się wzorem dla wszystkich, którzy przyjdą po mnie.
Dla was, ukochani, i dla tych, którzy uwierzą przez wasze świadectwo.
Życie apostoła nie jest łatwe. Znamy cenę, jaką wielu z nas zapłaciło i nadal płaci. Ale jest to życie pełne sensu, pełne nadziei, pełne obietnic, które przewyższają wszelkie cierpienia i próby.
Gdy odchodzę, nie martwię się o przyszłość wspólnoty. Widziałem, jak rośnie, jak dojrzewa, jak staje się nie tylko grupą wyznawców, ale prawdziwą rodziną, prawdziwym Ciałem Chrystusa w świecie.
A co z moim miejscem? Tym miejscem, które kiedyś należało do Judasza, a które zajmowałem przez te wszystkie lata?
To miejsce nigdy nie należało naprawdę do mnie. Ani do Judasza. To miejsce należy do Chrystusa, który powołuje każdego z nas po imieniu, który daje każdemu z nas unikalne zadanie w swoim Królestwie.
Teraz to miejsce czeka na kogoś innego. Może na ciebie, który czytasz te słowa. Może jesteś powołany, by zająć miejsce apostoła – nie w sensie formalnego tytułu czy pozycji, ale w sensie misji, świadectwa, służby.
Jeśli tak, nie bój się. Nie pytaj, dlaczego ty. Nie wątp, czy jesteś godny. Ja też nie byłem godny. Nikt z nas nie jest.
Ale jesteśmy powołani. Jesteśmy wybrani. Jesteśmy posłani.
I w tym powołaniu, w tym wyborze, w tym posłaniu, znajdujemy nie tylko naszą misję, ale i naszą tożsamość. Nie jako cienie tych, którzy byli przed nami, ale jako unikalne, niepowtarzalne narzędzia w rękach Boga, który wciąż pisze swoją historię w świecie.
Historię odkupienia. Historię przebaczenia. Historię nadziei.
Historię, której jestem dumny, że byłem częścią.
Z miłością w Chrystusie, Maciej, apostoł powołany z łaski## DZIENNIK MACIEJA WYBRANEGO