Notatnik Handlarza z Emaus

spotkanie ze zmartwychwstałym Jezusem na drodze


14 Nisan, piątek wieczór, Jerozolima

Jutro Pascha, a interesy idą gorzej niż zwykle. Miasto jest pełne pielgrzymów, ale wszyscy są pochłonięci przygotowaniami do święta, nikt nie myśli o zakupie moich tkanin. Dodatkowo to zamieszanie wokół tego Galilejczyka, Jezusa, zniechęca ludzi do handlu.

Dziś ukrzyżowali go na Golgocie. Nie widziałem tego osobiście – jestem kupcem, nie gapiowiczem szukającym makabrycznych widowisk – ale całe miasto o tym mówi. Podobno nawet słońce się zaćmiło, a ziemia się zatrzęsła! Gdybym nie poczuł tego trzęsienia na własnej skórze, uznałbym to za kolejną jerozolimską plotkę.

Kleofas, mój przyjaciel i czasem wspólnik w interesach, jest całkowicie załamany. To on zainteresował mnie naukami tego Jezusa. Kilka razy razem słuchaliśmy go w świątyni i przyznaję, mówiąc jak prosty człowiek – było w nim coś niezwykłego. Sposób, w jaki mówił o Bogu, o królestwie niebieskim… jakby nie opowiadał o nim, ale stamtąd przychodził.

Kleofas i kilku innych wierzyło, że to on jest Mesjaszem, który wyzwoli Izraela. Ja zachowałem więcej ostrożności, choć, przyznaję, jego nauki poruszały mnie do głębi. Teraz on nie żyje, a nadzieje się rozpadły. Kleofas przyszedł do mojej gospody wieczorem, blady i roztrzęsiony:

— To koniec, Nathanielu — powiedział. — Ukrzyżowali go. Nasza nadzieja umarła.

Próbowałem go pocieszyć. W końcu, czy pierwszy to prorok, którego zabito w Jerozolimie? Ale w głębi duszy czuję pustkę. Ten człowiek był inny. Jego śmierć wydaje się większą stratą niż tylko utrata kolejnego nauczyciela.

Jutro święto, sklepy zamknięte. Spędzę dzień z rodziną mojego brata w Jerozolimie, a pojutrze wracam do Emaus. Nie ma sensu zostawać dłużej, gdy interesy tak źle idą.


15 Nisan, sobota, Jerozolima

Szabat spędziłem z rodziną brata. Przy stole nie mówiliśmy o niczym innym jak o Jezusie z Nazaretu. Nawet mój brat Josef, który zawsze był sceptyczny wobec wszelkich „mesjaszów”, przyznał, że sposób, w jaki umarł ten człowiek, był niezwykły.

— Słyszałem od znajomego, który był na Golgocie — mówił cicho, by dzieci nie słyszały — że tuż przed śmiercią wołał do Boga, by przebaczył jego oprawcom. Jaki człowiek tak robi? Nawet najbardziej sprawiedliwi przeklinają tych, którzy ich krzywdzą. A ten się za nich modlił.

Rozmowa zeszła na jego nauki. Przypomniałem sobie przypowieść o synu marnotrawnym, którą kiedyś usłyszałem od Jezusa. Jak żywo opisał radość ojca na widok powracającego syna! Do dziś pamiętam jego gest, gdy mówił o ojcu wybiegającym naprzeciw, łamiącym wszelkie zasady godności, byle tylko objąć odnalezione dziecko. Wtedy pomyślałem o moim własnym ojcu i o tym, jak chciałbym, by tak mnie przyjął po moich młodzieńczych błędach.

Wieści ze miasta są niepokojące. Podobno uczniowie Jezusa ukrywają się, bojąc się aresztowania. Kapłani rozpuszczają plotki, że planowali wykraść jego ciało, by udawać, że zmartwychwstał, jak czasem przepowiadał. Z tego powodu postawiono przy grobie rzymską straż.

Jutro wyruszam do Emaus z pierwszymi promieniami słońca. Kleofas, jak się okazało, też tam wraca. Dobrze, będę miał towarzysza na drogę.


16 Nisan, niedziela rano, Jerozolima

Piszę to w pośpiechu, jeszcze w Jerozolimie, choć miałem już być w drodze. Miasto jest pełne nieprawdopodobnych plotek. Niewiasty, które poszły wczesnym rankiem do grobu Jezusa, twierdzą, że jest pusty! Że spotkały anioła, który powiedział im, że Jezus żyje!

Kleofas przybiegł do mnie przed świtem, blady z emocji:

— Kobiety mówią, że grób jest pusty! Maria Magdalena twierdzi, że widziała go żywego!

— To niemożliwe — odpowiedziałem. — Widzieliśmy, jak umierał. Nikt nie wraca zza grobu.

— A Łazarz? — przypomniał Kleofas. — Jezus przywrócił go do życia po czterech dniach w grobie.

To prawda, słyszałem o tym cudzie, choć go nie widziałem. Ale co innego wskrzesić kogoś, a co innego samemu wrócić zza grobu.

— Chodźmy do grobu — nalegał Kleofas.

Ale gdy dotarliśmy na miejsce, było tam już zbyt wielu ludzi, w tym kapłani i rzymscy żołnierze. Grób rzeczywiście był pusty. Kamień, ogromny, który trzeba by toczyć, był odsunięty. Żołnierze wyglądali na przerażonych, a kapłani wściekłych.

— Ukradli ciało — mówił jeden z nich. — To spisek.

Ale uczniowie, których spotkaliśmy nieopodal, wydawali się równie zdumieni jak wszyscy. Piotr i Jan podobno wbiegli do środka. Znaleźli płótna, w które zawinięto ciało, złożone równo, ale samego ciała nie było.

Co to wszystko znaczy? Nie mam pojęcia. Ale czuję się dziwnie… jakby nadzieja, która umarła na krzyżu, znów zaczęła kiełkować. Wyruszamy z Kleofasem do Emaus. To będzie długa droga, siedem mil. Mamy o czym rozmawiać.


16 Nisan, niedziela wieczór, Emaus

Drżą mi ręce, gdy to piszę. Muszę zapisać wszystko, póki pamięć jest świeża, póki wciąż czuję żar w sercu. Bo dziś, w drodze do Emaus, spotkaliśmy go. Jezusa z Nazaretu. Żywego.

Ale po kolei.

Wyruszyliśmy z Jerozolimy z Kleofasem przed południem. Dzień był ciepły, droga pełna pielgrzymów wracających do domów po święcie. Rozmawialiśmy o tym, co się wydarzyło, o pustym grobie, o wizjach kobiet. Kleofas był bardziej skłonny uwierzyć w zmartwychwstanie niż ja.

— On przecież zapowiadał, że powstanie trzeciego dnia — mówił. — Tylko nie rozumieliśmy, co to oznacza.

— Ale jak człowiek może wrócić z martwych? — pytałem. — To wbrew naturze.

— A czy uzdrawianie chorych, przywracanie wzroku ślepym, wskrzeszanie zmarłych nie jest wbrew naturze? — odpowiadał Kleofas z zapałem. — On czynił te rzeczy za życia.

Tak rozmawiając, pokonaliśmy może połowę drogi, gdy dogonił nas podróżny. Mężczyzna w średnim wieku, ubrany jak pielgrzym, z kijem podróżnym w ręku. Przywitał nas zwyczajowym „Pokój wam” i zapytał, czy może się przyłączyć.

Oczywiście zgodziliśmy się – drogi bywają niebezpieczne, lepiej podróżować w grupie. Gdy szliśmy, zauważył nasze przygnębione twarze.

— O czym tak żywo dyskutujecie w drodze? — zapytał.

Kleofas zatrzymał się zdumiony.

— Czy jesteś jedynym pielgrzymem w Jerozolimie, który nie wie, co się tam wydarzyło w tych dniach?

— A cóż takiego? — zapytał nieznajomy z zainteresowaniem.

I zaczęliśmy mu opowiadać – o Jezusie z Nazaretu, o tym, jak nauczał i czynił cuda, jak wjechał do Jerozolimy witany jako król, a potem został aresztowany, osądzony i ukrzyżowany. O naszych nadziejach, że to on odkupi Izraela. O pustym grobie znalezionym tego ranka i o wizjach kobiet.

Nieznajomy słuchał uważnie, a potem, ku mojemu zdziwieniu, zaczął nas… łagodnie strofować.

— O, nierozumni i leniwego serca w wierzeniu we wszystko, co powiedzieli prorocy! Czyż Mesjasz nie miał tego wycierpieć, aby wejść do swojej chwały?

A potem, zaczynając od Mojżesza i przez wszystkich proroków, zaczął nam wyjaśniać wszystkie miejsca w Pismach, które mówiły o Mesjaszu. O jego cierpieniu, o jego śmierci, o jego zmartwychwstaniu.

Nigdy nie słyszałem, by ktoś tak objaśniał Pisma. To było jak odkrywanie mapy skarbu, którą miało się przed oczami całe życie, nie wiedząc, co ona przedstawia. Każdy werset, każda historia nabierała nowego znaczenia. Izajasz i jego cierpiący Sługa, psalm Dawida o tym, że Święty nie zazna skażenia, proroctwa Daniela o Synu Człowieczym przychodzącym na obłokach nieba…

Byłem tak pochłonięty jego słowami, że nie zauważyłem, jak szybko minęła droga. Zanim się obejrzeliśmy, dotarliśmy do Emaus. Nieznajomy wyglądał, jakby chciał iść dalej, ale zatrzymaliśmy go.

— Zostań z nami — nalegałem. — Dzień się już nachylił i wkrótce zapadnie zmrok.

Zgodził się. Zaprosiłem go do swojego domu, przygotowaliśmy wspólny posiłek. Prosty – chleb, wino, trochę ryby. Gdy zasiedliśmy, nieznajomy wziął chleb, pobłogosławił go, połamał i zaczął nam podawać.

I wtedy… wtedy nasze oczy się otworzyły. Poznaliśmy go. To był On. Jezus.

Zanim zdążyliśmy zareagować, znikł. Po prostu… przestał być obecny przy stole, choć drzwi się nie otworzyły.

Siedzieliśmy oszołomieni. A potem Kleofas powiedział to, co ja czułem:

— Czy serce nie pałało w nas, gdy rozmawiał z nami w drodze i objaśniał nam Pisma?

Tak, pałało. Jakby ktoś zapalił ogień w mojej piersi, ogień, który wciąż płonie.

Nie czekaliśmy dłużej. Mimo zapadającego zmroku, mimo zmęczenia, wróciliśmy natychmiast do Jerozolimy. Musieliśmy powiedzieć uczniom, że On żyje. Że Go widzieliśmy.

Gdy dotarliśmy do miasta, było już późno. Z trudem znaleźliśmy dom, gdzie ukrywali się apostołowie. Ale gdy w końcu nas wpuszczono, powitały nas okrzyki:

— Pan rzeczywiście zmartwychwstał! Ukazał się Szymonowi!

Opowiedzieliśmy im naszą historię – o podróżnym, o wyjaśnianiu Pism, o łamaniu chleba. A gdy mówiliśmy, stała się rzecz niezwykła. On sam stanął pośród nas, mówiąc: „Pokój wam”.

Niektórzy byli przerażeni, myśląc, że widzą ducha. Ale On pokazał im ręce i bok, pozwolił się dotknąć, nawet zjadł przy nich kawałek pieczonej ryby, by udowodnić, że nie jest zjawą.

Potem, podobnie jak nam w drodze, wyjaśniał im Pisma. Mówiąc, że musiało się wypełnić wszystko, co o Nim napisano.

Wracam teraz znów do Emaus, ale już nie jako ten sam człowiek. Wszystko się zmieniło. On żyje. I nic już nie będzie takie samo.


23 Nisan, Emaus

Tydzień minął od naszego spotkania na drodze. Życie w Emaus toczy się pozornie tak samo – otwieram swój stragan z tkaninami, rozmawiam z sąsiadami, jem posiłki z rodziną. Ale wewnątrz jestem odmieniony.

Wracałem do Jerozolimy jeszcze kilka razy w ciągu tego tygodnia. Uczniowie wciąż tam są, zbierając się codziennie na modlitwę i łamanie chleba. Jezus ukazywał się im kilkakrotnie. Za każdym razem mówi o królestwie Bożym, o mocy, która przyjdzie, o misji, którą mają wykonać – nieść dobrą nowinę aż po krańce ziemi.

Niektórzy we wsi patrzą na mnie i Kleofasa podejrzliwie, gdy mówimy o zmartwychwstałym Nauczycielu. Myślą, że to zbiorowa histeria, albo że za dużo wina wypiliśmy w drodze. Ale ja wiem, co widziałem. I czuję, jak ten ogień, który zapłonął w moim sercu na drodze, wciąż płonie.

Nie jestem uczonym w Piśmie ani człowiekiem szczególnie religijnym. Jestem zwykłym handlarzem tkanin z Emaus. Ale teraz jestem także świadkiem. Świadkiem tego, że śmierć została pokonana. Że jest nadzieja większa niż grób.

I tę nadzieję będę niósł, dopóki starczy mi tchu.


3 Siwan, Emaus

Długi czas nie pisałem w tym notatniku, bo byłem w Jerozolimie. Wydarzyły się rzeczy, których nie sposób opisać ludzkimi słowami.

W święto Pięćdziesiątnicy byliśmy wszyscy razem – uczniowie, kobiety, które chodziły za Jezusem, ja, Kleofas i wielu innych wierzących, łącznie około stu dwudziestu osób. Modliliśmy się w górnej izbie, gdy nagle dał się słyszeć szum jakby uderzenie gwałtownego wiatru. Nad każdym z nas pojawiły się języki jakby z ognia, a wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym i zaczęli mówić innymi językami.

Wyszliśmy na ulice, gdzie zebrały się tłumy pielgrzymów z różnych krajów, przybyłych na święto. Ku naszemu zdumieniu, każdy z nich słyszał nas mówiących w ich własnym języku! Partowie, Medowie, Elamici, mieszkańcy Mezopotamii, Judei, Kapadocji, Pontu, Azji, Frygii, Pamfilii, Egiptu, Libii, przybysze z Rzymu, Kreteńczycy i Arabowie – wszyscy słyszeli nas głoszących wielkie dzieła Boże w ich własnych językach!

Niektórzy myśleli, że jesteśmy pijani. Ale Piotr wstał i wygłosił mowę, jakiej nigdy bym się po nim nie spodziewał. Wyjaśnił, że to wypełnienie proroctwa Joela o wylaniu Ducha na wszelkie ciało. A potem zaczął mówić o Jezusie – o jego życiu, śmierci i zmartwychwstaniu.

Jego słowa przeszyły serca słuchaczy. Pytali: „Cóż mamy czynić?”. A Piotr odpowiedział: „Nawróćcie się i niech każdy z was przyjmie chrzest w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a otrzymacie dar Ducha Świętego”.

Tego dnia około trzech tysięcy ludzi przyjęło chrzest. Trzy tysiące! To więcej niż mieszkańców w całym Emaus!

Wracam teraz do domu, ale wiem, że nie na długo. Czuję wezwanie, by dołączyć do apostołów, by dzielić się tym, co widziałem na drodze do Emaus. Bo jeśli Bóg może użyć prostego handlarza tkaninami jako świadka zmartwychwstania, to co jeszcze może uczynić?


15 Tammuz, Antiochia

Notatnik ten towarzyszył mi przez wiele mil, przez wiele miast i wiosek, gdzie głosiłem dobrą nowinę o zmartwychwstałym Mesjaszu. Teraz jestem w Antiochii, wielkim mieście Syrii, gdzie wspólnota wierzących rośnie każdego dnia.

Tu, po raz pierwszy, zaczęto nas nazywać „chrześcijanami” – naśladowcami Chrystusa. To odpowiednia nazwa. Bo naśladujemy go – w miłości, w służbie, w nadziei.

Czasem, gdy siedzę wieczorem pod gwiazdami, wspominam tamtą drogę do Emaus. Jak nie rozpoznałem go, choć szedł obok. Jak moje serce pałało, gdy otwierał nam Pisma. Jak poznałem go przy łamaniu chleba.

I myślę o wszystkich, którzy go nie widzieli, a jednak uwierzyli. O tych, którzy usłyszeli nasze świadectwo i przyjęli je z wiarą. Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli.

Ja widziałem. I dlatego piszę to świadectwo. By ci, którzy przyjdą po mnie, wiedzieli, że to nie bajka, nie mit, nie zbiorowe złudzenie. To prawda. Prawda, która zmieniła mnie – handlarza z Emaus – w apostoła nowej drogi.

On żyje. I ponieważ On żyje, my też żyć będziemy.

Nathaniel ben Josef, handlarz z Emaus, świadek zmartwychwstałego Pana

Ten wpis został opublikowany w kategorii Nowy Testament. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *