Wspomnienia Sługi Setnika

– relacja o uzdrowieniu przez Jezusa z perspektywy domownika rzymskiego oficera


Prolog

Ja, Marcus Septimus Rufus, niegdyś niewolnik, obecnie wyzwoleniec rzymskiego setnika Gajusza Korneliusza Longina, spisuję te wspomnienia w dwudziestym piątym roku po śmierci i zmartwychwstaniu Nazarejczyka zwanego Jezusem Chrystusem. Czynię to na prośbę wspólnoty wiernych w Antiochii, gdzie obecnie mieszkam, aby dać świadectwo o cudzie, którego doświadczyłem, a który odmienił nie tylko moje ciało, ale i duszę.

Nie jestem uczonym ani pisarzem. Moje słowa są proste, jak prosty był mój umysł przed spotkaniem z mocą, która przyszła z Galilei. Ale przysięgam na wszystko, co święte, że to, co zapisuję, jest prawdą, tak jak ją przeżyłem i zapamiętałem.


I. Życie w domu setnika

Urodziłem się jako niewolnik w Rzymie, w domu szlachetnego rodu Korneliuszów. Gdy miałem dwanaście lat, zostałem podarowany młodemu Gajuszowi Korneliuszowi, gdy ten otrzymał swój pierwszy przydział do legionu. Przez następne piętnaście lat służyłem mu wiernie, podróżując za nim od Hiszpanii po Syrię, aż w końcu trafiliśmy do Judei, do garnizonu w Kafarnaum.

Mój pan nie był jak większość rzymskich oficerów. Nie traktował swoich żołnierzy jak narzędzi, a niewolników jak bydła. Był sprawiedliwy i powściągliwy w gniewie. Swoje obowiązki wypełniał sumiennie, ale bez okrucieństwa, które często towarzyszy władzy. Żołnierze go szanowali, miejscowi nie nienawidzili tak, jak innych Rzymian. A ja… ja byłem mu oddany całym sercem.

W Kafarnaum nasz dom znajdował się niedaleko synagogi. Mój pan, ku zdumieniu wielu, interesował się religią tutejszych Żydów. Nie wyśmiewał ich wiary w jednego Boga jak inni Rzymianie, lecz z szacunkiem wypytywał o ich tradycje i Pisma. Nawet pomagał miejscowej społeczności, a gdy ich synagoga potrzebowała naprawy – to on wyłożył na to pieniądze.

Starsi żydowscy, choć zwykle trzymali się z dala od Rzymian, mieli dla mojego pana szacunek i wdzięczność. Często odwiedzali nasz dom, prowadząc długie rozmowy. Ja, podając wino czy potrawy, przysłuchiwałem się dyskusjom o Bogu Abrahama, o prorokach, o nadziei na Mesjasza, który miał wyzwolić Izrael. Pamiętam, jak mój pan kiwał głową, mówiąc:

– Wielu bogów czciłem w moim życiu, ale nigdy nie czułem ich obecności. Wasz Bóg wydaje się… prawdziwszy. Jakby naprawdę istniał, a nie był tylko wytworem ludzkich rąk i wyobraźni.

Nie wiedziałem wtedy, że te słowa okażą się prorocze dla nas obu.


II. Choroba

To zaczęło się niewinnie, jak wiele poważnych chorób. Najpierw było lekkie osłabienie, potem gorączka, która przychodziła i odchodziła. Myślałem, że to tylko przeziębienie od wilgotnego powietrza znad jeziora. Ale z każdym dniem było gorzej. Wkrótce zaczęły się drętwienia i piekący ból w całym ciele, szczególnie w kończynach. Nie mogłem spać, nie mogłem jeść. Moje mięśnie sztywniały, a skóra stawała się coraz bardziej wrażliwa na dotyk.

Medyk legionowy, Grek o imieniu Theophilus, badał mnie dokładnie. Podawał różne mikstury – gorzkie napary, maści z ziół, nawet puszczał mi krew. Nic nie pomagało. Po dwóch tygodniach nie mogłem już wstać z łóżka. Każdy ruch sprawiał mi niewyobrażalny ból, jakby tysiące igieł wbijało się w moje ciało.

– To rodzaj paraliżu – wyjaśnił medyk mojemu panu. – Widziałem takie przypadki w Aleksandrii. Choroba atakuje nerwy, a potem mięśnie. W końcu dotrze do serca i płuc…

Nie musiał kończyć. Obaj wiedzieliśmy, co to oznacza.

Mój pan nie przyjął jednak tego wyroku. Sprowadzał żydowskich uzdrowicieli, syryjskich znachorów, nawet egipskiego kapłana Thotha, który przybył z karawaną. Wszystko na próżno. Z każdym dniem było gorzej.

Pamiętam, jak leżałem w małej izbie obok kuchni, która służyła mi za sypialnię. Przez wąskie okno widziałem skrawek nieba i czubek drzewa figowego. Liczyłem dni, wiedząc, że każdy może być moim ostatnim. Byłem gotów na śmierć – niewolnicy nie mają luksusu lęku przed nią. Ale bolało mnie serce, gdy widziałem, jak mój pan cierpi z mojego powodu. Był bezsilny – on, człowiek, który dowodził setką ludzi, który brał udział w bitwach, który rozkazem mógł posłać człowieka na śmierć.

Pewnego wieczoru usiadł przy moim posłaniu. Jego twarz była zmęczona, oczy zapadnięte.

– Marcusie – powiedział cicho. To był pierwszy raz, gdy użył mojego imienia zamiast zwyczajowego „chłopcze” czy „sługo”. – Słyszałem o człowieku z Nazaretu. Nauczycielu, którego nazywają Jezusem. Mówią, że uzdrawia chorych… Że przywraca wzrok ślepym, a chromym pozwala chodzić.

Widziałem w jego oczach nadzieję – ostatnią, desperacką nadzieję człowieka, który wypróbował już wszystko.

– Panie – wyszeptałem z trudem. – Jestem tylko niewolnikiem. Nie wart… – cierpiałem koszmarny ból warg przy każdym słowie – nie wart twojego zachodu.

Położył dłoń na moim ramieniu, najdelikatniej jak potrafił, choć i tak poczułem ból od tego dotyku.

– Jesteś moim najlepszym… nie, jesteś moim jedynym przyjacielem, Marcusie. Jedynym, który zna mnie naprawdę. I nie pozwolę ci umrzeć, jeśli jest choćby cień szansy na uratowanie cię.

Następnego ranka dowiedziałem się od służącej, że mój pan posłał po starszych żydowskich. Prosił ich, by poszli do Nazarejczyka i przyprowadzili go do naszego domu.


III. Oczekiwanie

Dwa dni spędziłem w gorączce, na granicy życia i śmierci. Ból był tak potworny, że modliłem się do wszystkich znanych mi bogów – rzymskich, greckich, egipskich, nawet do Boga Żydów – by zabrali mnie już do krainy cieni. Ale śmierć nie przychodziła.

Trzeciego dnia odzyskałem na chwilę przytomność. Usłyszałem głosy dochodzące z atrium. Mój pan rozmawiał z kimś. Służąca, młoda Syryjka o imieniu Tabitha, wślizgnęła się do mojej izby.

– Wrócili starsi – wyszeptała, pochylając się nad moim posłaniem. – Mówią, że ten Jezus jest w mieście. Że zgodził się przyjść.

Nie czułem już nawet nadziei. Byłem zbyt słaby. Ale gdzieś w głębi duszy, w miejscu, do którego ból jeszcze nie dotarł, pojawiła się iskierka ciekawości. Kim był ten człowiek, że mój pan, rzymski oficer, pokładał w nim taką ufność?

Głosy w atrium stały się głośniejsze. Usłyszałem mojego pana – jego ton był… dziwny. Nie rozkazujący jak zwykle, ale pełen pokory.

– Nie, nie powinien przychodzić tutaj – mówił. – Nie jestem godzien, by wszedł pod mój dach. Wystarczy, że powie słowo, a mój sługa wyzdrowieje.

Starałem się zrozumieć, co się dzieje. Mój pan, dumny Rzymianin, mówił, że nie jest godzien? To brzmiało jak świat postawiony na głowie.

Tabitha, wyczuwając moją konfuzję, wyjaśniła szeptem:

– Twój pan nie chce, by nauczyciel przychodził do domu poganina. Mówi, że wystarczy jego słowo z daleka. Że wierzy w jego moc.

Potem zapadła cisza. Słyszałem tylko szybkie bicie mojego serca. Czekałem.

Minęło może pół godziny. Może dłużej. Czas traci znaczenie, gdy każda chwila jest wypełniona bólem. Nagle poczułem… zmianę. Trudno to opisać. Jakby ciężar, który przygniatał mnie do posłania, nagle zniknął. Ból, który był moim nieodłącznym towarzyszem przez tygodnie, rozpłynął się jak poranna mgła nad jeziorem.

Poruszyłem palcami. Nie bolało. Zgiąłem rękę w łokciu. Bez bólu. Uniosłem się na posłaniu – pierwszy raz od tygodni mogłem to zrobić bez pomocy.

Tabitha patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami.

– To niemożliwe – wyszeptała.

Ale ja już wiedziałem, że to się dzieje naprawdę. Czułem, jak siła wraca do moich mięśni, jak krew płynie swobodnie przez moje żyły, jak każdy oddech staje się głębszy i pełniejszy.

Wstałem. Nogi były słabe od nieużywania, ale utrzymały mnie. Zrobiłem krok, potem drugi. Tabitha cofnęła się z krzykiem, jakby zobaczyła ducha.

W drzwiach pojawił się mój pan. Jego twarz, zwykle opanowana, teraz wyrażała absolutne zdumienie.

– Marcusie? – zapytał niepewnie.

– Panie – odpowiedziałem, kłaniając się lekko. Głos miałem słaby, zachrypnięty, ale był to mój głos, bez bólu towarzyszącego każdemu słowu. – Czuję się dobrze. Ból zniknął. Całkowicie.

Mój pan podszedł do mnie powoli, niedowierzająco. Dotknął mojego ramienia, potem twarzy, jakby sprawdzał, czy jestem prawdziwy.

– On to zrobił – wyszeptał. – Przez samo słowo. Nawet tu nie przyszedł, a cię uzdrowił.

W jego oczach zobaczyłem łzy. Pierwszy i jedyny raz w moim życiu widziałem, jak ten zahartowany w bitwach żołnierz płacze.

– Kim jest ten człowiek? – zapytałem. – Ten Jezus?

Mój pan pokręcił głową.

– Nie wiem. Ale kimkolwiek jest… ma moc, jakiej nie widziałem nigdy wcześniej. Moc nad życiem i śmiercią.

Tymczasem wieść o moim uzdrowieniu rozeszła się błyskawicznie. Słudzy, żołnierze z oddziału mojego pana, sąsiedzi – wszyscy przychodzili, by zobaczyć cud na własne oczy. Przecież jeszcze rano byłem umierający, a teraz stałem przed nimi, blady i wychudzony, ale żywy i wolny od bólu.

Tej nocy, po raz pierwszy od wielu tygodni, jadłem normalny posiłek i spałem spokojnym, głębokim snem. A gdy się obudziłem, wiedziałem, że nie tylko moje ciało zostało uzdrowione. Coś zmieniło się również w mojej duszy.


IV. Poszukiwania

W ciągu następnych dni odzyskiwałem siły. Jadłem za trzech, szybko wracając do dawnej wagi. Mój pan nalegał, bym odpoczywał, ale ja czułem nieodpartą potrzebę aktywności. Każdy ruch, każdy oddech był dla mnie radością po tygodniach unieruchomienia i bólu.

Ale większa od fizycznej była moja duchowa przemiana. Nieustannie myślałem o człowieku, który mnie uzdrowił. O Jezusie z Nazaretu, którego nawet nie widziałem na oczy, a który jednym słowem wyrwał mnie z objęć śmierci.

– Muszę go znaleźć – powiedziałem mojemu panu pewnego ranka, gdy podawałem mu śniadanie. – Muszę mu podziękować.

Gajusz spojrzał na mnie z zamyśleniem.

– Podobno udał się w stronę Nain – odpowiedział. – Ale Marcus… co właściwie chcesz mu powiedzieć?

Nie wiedziałem. Jak podziękować komuś za drugie życie? Jakie słowa mogłyby wyrazić to, co czułem?

– Chcę choćby dotknąć skraju jego płaszcza – odpowiedziałem. – Chcę zobaczyć twarz człowieka, który ma taką moc.

Mój pan westchnął.

– Rozumiem cię. Sam chciałbym go spotkać. Ale… mam obowiązki. Nie mogę opuścić posterunku, by gonić za wędrownym nauczycielem.

Potem wstał i podszedł do skrzyni, w której trzymał swoje osobiste rzeczy. Wyjął z niej małą sakiewkę i podał mi ją.

– To dla ciebie – powiedział. – Znajdź go. I gdy go znajdziesz, podziękuj mu również w moim imieniu.

Ważyłem sakiewkę w dłoni, nie rozumiejąc.

– Ale panie, nie mogę odejść. Jestem twoim niewolnikiem.

– Nie – odpowiedział cicho. – Już nie.

Wyjął z fałd togi mały zwój pergaminu – dokument wyzwoleńczy. Moje serce stanęło na chwilę.

– Od dziś jesteś wolnym człowiekiem, Marcusie Septimusie Rufusie. Możesz iść, gdzie chcesz. Robić, co chcesz.

Patrzyłem na niego oszołomiony.

– Ale… dlaczego?

– Ten Nazarejczyk dał ci drugie życie – odpowiedział z lekkim uśmiechem. – Nie godzi się, byś przeżył je jako niewolnik.

Nie wiedziałem, co powiedzieć. Przez całe życie służyłem temu człowiekowi. Świat poza tą służbą wydawał się ogromny i przerażający.

– Nie musisz odchodzić na zawsze – dodał, widząc moje zakłopotanie. – Zawsze będziesz miał miejsce w moim domu. Ale teraz idź. Znajdź swojego uzdrowiciela. I poznaj prawdę o człowieku, który potrafi uzdrawiać przez samo słowo.

Dwa dni później wyruszyłem w drogę. Z sakiewką monet u pasa, w nowej tunice, którą podarował mi mój były pan, z małym mieczem dla ochrony w niebezpiecznych rejonach. I z pergaminem, który czynił mnie człowiekiem wolnym. Pierwszy raz w moim dwudziestosiedmioletnim życiu.

Kierowałem się na południe, ku Nain, gdzie podobno widziano Jezusa. Szedłem szlakiem wzdłuż Jeziora Galilejskiego, mijając rybaków wyciągających sieci, kupców prowadzących karawany, pielgrzymów zmierzających do świątyni w Jerozolimie.

Pytałem wszystkich napotkanych ludzi o Nazarejczyka. Większość kiwała głowami – tak, słyszeli o nim. Niektórzy nawet go widzieli, słyszeli jego nauki, byli świadkami uzdrowień. Wszyscy wskazywali drogę na południe.

– Jeśli ci się poszczęści, znajdziesz go w Nain – powiedział mi stary handlarz. – Ale on ciągle się przemieszcza. Dziś tu, jutro tam. Jakby… jakby wiedział, że jest gdzieś potrzebny.

W Nain dowiedziałem się, że Jezus był tam kilka dni temu. Podobno wskrzesił młodzieńca, jedynego syna wdowy, którego właśnie niesiono do grobu. Ludzie mówili o tym ze strachem i podziwem. Kto ma władzę nad śmiercią?

Powiedziano mi, że udał się do wioski nieopodal, do domu kogoś o imieniu Łazarz. Ale gdy dotarłem tam, okazało się, że już odszedł, kierując się w stronę Jerozolimy.

Tak rozpoczęła się moja podróż za cieniem człowieka, który uzdrowił mnie jednym słowem. Podróż, która miała trwać wiele miesięcy i zaprowadzić mnie do miejsc, o których istnieniu nie miałem wcześniej pojęcia. A także do prawd, których nie szukałem, ale które znalazły mnie same.


V. Spotkania na drodze

Była wczesna wiosna, gdy dotarłem do Betanii, małej wioski niedaleko Jerozolimy. Tu podobno mieszkał Łazarz, przyjaciel Jezusa, ten sam, którego – jak mówiły nieprawdopodobne plotki – Nazarejczyk miał wskrzesić z martwych po czterech dniach w grobie.

Łatwo odnalazłem dom Łazarza – wszyscy we wsi go znali. Był to dom zamożny, choć skromny, z wewnętrznym dziedzińcem, gdzie rosło drzewo figowe. Przywitała mnie kobieta w średnim wieku, przedstawiając się jako Marta, siostra Łazarza.

– Szukam Jezusa z Nazaretu – powiedziałem, wyjaśniając swoją historię. – Uzdrowił mnie, choć nawet go nie widziałem. Chcę mu podziękować.

Na twarzy Marty pojawił się uśmiech pełen zrozumienia.

– Wielu przychodzi do nas z takim pragnieniem – odpowiedziała. – Niestety, Nauczyciel odszedł kilka dni temu. Udał się w stronę Jerycha, a stamtąd planuje pójść do Jerozolimy na święto Paschy.

Zaprosiła mnie jednak do środka, nalała wina i zawołała swojego brata. Łazarz okazał się mężczyzną około czterdziestki, szczupłym, o twarzy, która wydawała się dziwnie… odległa. Jakby część niego wciąż była gdzie indziej.

Opowiedziałem im swoją historię – o chorobie, o wierze mojego pana, o uzdrowieniu przez samo słowo Jezusa.

– Wierzę ci – powiedział Łazarz cicho. – Widziałem jego moc na własnej skórze. Dosłownie.

I opowiedział mi o swoim doświadczeniu – o chorobie, śmierci, czterech dniach w grobowcu. I o głosie, który zawołał go po imieniu, przywracając do życia.

– Jak to jest? – zapytałem, nie mogąc powstrzymać ciekawości. – Umrzeć i powrócić?

Łazarz zamyślił się głęboko.

– To jak… obudzić się z głębokiego snu – odpowiedział w końcu. – Nie pamiętam wiele z tego, co było po drugiej stronie. Ale pamiętam głos. Jego głos, wzywający mnie po imieniu. I wiedziałem, że muszę za nim pójść, wrócić.

Marta dołączyła do rozmowy:

– Wielu nie wierzy. Myślą, że to oszustwo, że mój brat tylko zapadł w letarg. Ale my wiemy. I ty też wiesz, prawda?

Skinąłem głową. Tak, wiedziałem. Doświadczyłem mocy tego człowieka na własnym ciele.

Łazarz i Marta zaprosili mnie, bym został u nich do następnego ranka. A podczas kolacji poznałem ich młodszą siostrę, Marię, która okazała się kopalnią wiedzy o naukach Jezusa. Gdy inni poszli spać, ona i ja siedzieliśmy do późna przy lampie oliwnej, a ona powtarzała mi przypowieści i nauki Nazarejczyka.

– On mówi, że musimy kochać nawet naszych wrogów – wyjaśniała. – Że musimy przebaczać, nie siedem, ale siedemdziesiąt siedem razy. Że królestwo niebieskie jest jak ziarno gorczycy – najmniejsze ze wszystkich nasion, ale wyrasta na wielkie drzewo.

Słuchałem, zafascynowany. To były nauki inne niż wszystkie, które znałem – czy to od filozofów greckich, czy rzymskich moralistów, czy żydowskich rabinów.

Następnego dnia wyruszyłem w dalszą drogę, zmierzając w stronę Jerycha. Moje poszukiwania stawały się coraz mniej pilne. Coraz bardziej docierało do mnie, że nie muszę osobiście spotkać Jezusa, by zrozumieć, kim jest i co niesie jego nauka. Czułem, że już go znam – poprzez ludzi, których spotykałem, przez historie, które słyszałem, przez zmianę, której doświadczyłem.

W Jerychu również go nie zastałem. Ale trafiłem na człowieka, który przedstawił się jako Zacheusz, były poborca podatkowy. Podobno Jezus zatrzymał się w jego domu, wywołując skandal wśród miejscowych Żydów – jak mógł rabbi gościć u kolaboranta z Rzymianami, u grzesznika?

– Po spotkaniu z nim wszystko się zmieniła – wyznał mi Zacheusz, gdy siedzieliśmy w jego ogrodzie. – Zrozumiałem, jak bardzo krzywdziłem ludzi moją zachłannością. Zwróciłem wszystko, co ukrałem, poczwórnie. I uwierzysz? Po raz pierwszy w życiu poczułem… pokój.

Tak wędrowałem od wioski do wioski, od miasta do miasta, śladami Nazarejczyka. Spotykałem ludzi uzdrowionych przez niego – ślepców, którzy przejrzeli, chromych, którzy chodzili, trędowatych, których skóra stała się czysta. Każdy miał swoją historię, każdy doświadczył przemiany nie tylko fizycznej, ale i duchowej.

W końcu dotarłem do Jerozolimy, tuż przed świętem Paschy. Miasto było zatłoczone pielgrzymami z całej Judei, Galilei, nawet z diaspory. Wszyscy mówili o Nazarejczyku, który podobno wjechał do miasta na osiołku, witany przez tłumy jak król.

– Hosanna Synowi Dawida! – wołali ludzie, wyściełając jego drogę płaszczami i gałązkami palmowymi.

Ale słyszałem też inne głosy – kapłanów, faryzeuszów, saduceuszów, którzy szemrali przeciwko niemu. Mówili, że jest bluźniercą, że podburza lud, że zagraża porządkowi i władzy Rzymu.

Wiedziałem już, że nie będzie mi dane spotkać go osobiście, przynajmniej nie w tym momencie. Ale nie czułem rozczarowania. Coś mi mówiło, że nasza historia dopiero się zaczyna.


VI. Pod krzyżem

Był piątek, przygotowanie do szabatu i święta Paschy. Jerozolima pulsowała życiem, ale i napięciem. Jako Rzymianin (choć wyzwoleniec) mogłem swobodniej poruszać się po mieście niż Żydzi ograniczeni przepisami religijnymi.

Zatrzymałem się w gospodzie na obrzeżach miasta, ale od świtu włóczyłem się po ulicach, nadal mając nadzieję, że zobaczę choćby z daleka człowieka, który dał mi drugie życie. Około godziny trzeciej rano usłyszałem wrzawę dochodzącą od strony pałacu Piłata, rzymskiego namiestnika.

Tłum skandował, ale nie mogłem rozróżnić słów. Przecisnąłem się bliżej, wykorzystując swoją znajomość łaciny i rzymskich zwyczajów, by przekonać strażników, że jestem posłańcem. To, co zobaczyłem, zmroziło krew w moich żyłach.

Na dziedzińcu stał Piłat, a przed nim na podwyższeniu – człowiek. Był półnagi, ubrany tylko w przepaskę biodrową, jego ciało było pokryte krwią od biczowania. Na głowie miał koronę uplecioną z cierni, która wbijała się w jego skórę, powodując, że krew spływała po jego twarzy.

I mimo to, mimo tej maski z krwi, mimo opuchlizny od uderzeń, rozpoznałem go natychmiast. Nie potrzebowałem niczyich wyjaśnień, nie musiałem pytać. Wiedziałem, że to on – Jezus z Nazaretu, człowiek, który uzdrowił mnie jednym słowem.

– Oto człowiek! – zawołał Piłat, wskazując na niego.

Ale tłum wrzeszczał:

– Ukrzyżuj go! Ukrzyżuj!

Stałem jak skamieniały, nie mogąc uwierzyć w to, co widzę i słyszę. Ten człowiek, który przynosił uzdrowienie, przebaczenie, nadzieję – teraz stał skatowany, upokorzony, skazany na najokrutniejszą z kar.

Widziałem, jak Piłat walczył ze sobą. Był doświadczonym politykiem, wiedział, kiedy ustąpić, by uniknąć większych problemów. W końcu symbolicznie umył ręce, zrzucając odpowiedzialność na żydowskich przywódców, i wydał Jezusa na ukrzyżowanie.

Powinienem był odejść. Powinienem był uciec z miasta, wrócić do Kafarnaum, do domu mojego byłego pana, gdzie byłem bezpieczny. Ale nie mogłem. Czułem, że muszę być świadkiem do końca.

Podążałem za orszakiem prowadzącym skazańców na Golgotę, miejsce straceń poza murami miasta. Trzech skazańców – Jezus i dwóch przestępców. Każdy niósł poprzeczną belkę swojego krzyża. Jezus upadał wielokrotnie pod jej ciężarem, był zbyt osłabiony biczowaniem. W końcu rzymscy żołnierze zmusili przypadkowego przechodnia, człowieka z Cyreny, by niósł jego krzyż.

Na Golgocie przybili ich do krzyży. Widziałem wiele ukrzyżowań w moim życiu – to była zwyczajna rzymska metoda egzekucji dla niewolników, buntowników i najgorszych przestępców. Ale nigdy, przenigdy nie czułem takiego bólu, patrząc na umierającego człowieka, jak wtedy.

Gdy wisiał na krzyżu, nad jego głową umieszczono tabliczkę z napisem: „Jezus Nazarejczyk, Król Żydowski” w trzech językach – hebrajskim, greckim i łacinie. Kapłani protestowali przeciwko temu sformułowaniu, ale Piłat nie ustąpił. „Co napisałem, to napisałem” – miał odpowiedzieć.

Tłum, który jeszcze niedawno skandował „Ukrzyżuj!”, teraz stał w milczeniu, gapiąc się na umierających. Niektórzy szydzili, zwłaszcza kapłani i starsi. Inni płakali – przede wszystkim kobiety, które, jak się dowiedziałem, podążały za Jezusem i wspierały go w jego wędrówkach.

A on? On wisiał na krzyżu, cierpiąc męki, które trudno opisać komuś, kto nie widział ukrzyżowania. Ale nawet w tej chwili, nawet w tej ostatecznej agonii, jego słowa były niezwykłe.

„Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” – powiedział o swoich oprawcach.

Do skruszonego przestępcy, który wisiał obok i prosił o pamięć, powiedział: „Zaprawdę, powiadam ci, dziś będziesz ze mną w raju”.

A widząc swoją matkę i jednego z uczniów, powierzył ich sobie nawzajem w opiekę.

Około godziny szóstej (w południe) niebo nad Jerozolimą pociemniało, choć nie było chmur. Ta nienaturalna ciemność trwała trzy godziny. Ludzie szeptali z lękiem – czy to znak gniewu bożego? Czy nadchodzi koniec świata?

O godzinie dziewiątej Jezus zawołał głośno: „Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił?”. A potem, po otrzymaniu octu na nasączonej gąbce, wypowiedział ostatnie słowa: „Wykonało się. Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego”.

I skonał.

W tym momencie ziemia się zatrzęsła. Było to tak gwałtowne, że wszyscy upadliśmy na kolana. Z miasta dobiegały krzyki – podobno zasłona w świątyni rozdarła się na dwoje, od góry do dołu.

Rzymski centurion, który dowodził egzekucją, patrzył na to wszystko z rosnącym przerażeniem. W końcu, gdy trzęsienie ustało, a ostatnie światło dnia gasło na niebie, usłyszałem jego słowa:

„Prawdziwie, ten człowiek był Synem Bożym”.

Te słowa wstrząsnęły mną bardziej niż trzęsienie ziemi. Bo jeśli rzymski oficer, zahartowany w bitwach, przyzwyczajony do śmierci i cierpienia, mógł dostrzec boskość w umierającym skazańcu – to co dopiero ja, który doświadczyłem jego uzdrawiającej mocy?

Stałem pod krzyżem aż do końca, aż do momentu, gdy dwaj mężczyźni – ten sam Josef z Arymatei, który wspierał wielu uczniów Jezusa, oraz Nikodem, członek Sanhedrynu – przyszli prosić Piłata o ciało. Powoli, z namaszczeniem zdjęli je z krzyża, owinęli w płótno nasączone mirrą i aloesem, i złożyli w nowym grobie wykutym w skale niedaleko miejsca ukrzyżowania.

Gdy odchodzili, podszedłem do nich.

– Dlaczego to robicie? – zapytałem. – Dlaczego członkowie Sanhedrynu troszczą się o pochówek skazańca?

Josef spojrzał na mnie zmęczonymi oczami.

– Bo wierzę, że był tym, za kogo się podawał – odpowiedział cicho. – Mesjaszem. Synem Bożym.

– Ale on umarł – zauważyłem gorzko. – Jak może być Synem Bożym, skoro umarł jak zwykły człowiek?

Nikodem, który dotąd milczał, odezwał się nagle:

– On sam przepowiedział swoją śmierć. Wiele razy. Ale mówił też o czymś innym… o powstaniu z martwych trzeciego dnia.

Patrzyłem na nich z niedowierzaniem. Wskrzeszenie Łazarza było jednym – ale samowskrzeszenie? To wydawało się niemożliwe nawet dla człowieka o tak niezwykłej mocy jak Jezus.

Wróciłem do gospody, przytłoczony wszystkim, co widziałem i słyszałem. Czułem się… oszukany. Człowiek, który dał mi drugie życie, który wskrzeszał umarłych i uzdrawiał chorych, nie potrafił ocalić samego siebie?

A jednocześnie, gdzieś głęboko w moim sercu, kiełkowała dziwna nadzieja. Bo jeśli potrafił przywrócić życie Łazarzowi po czterech dniach w grobie… to może, tylko może…


VII. Świadectwo zmartwychwstania

Zostałem w Jerozolimie, choć rozsądek podpowiadał ucieczkę. Władze mogły zacząć prześladować zwolenników Jezusa, a ja, jako osoba szukająca go, mogłem być uznany za jednego z nich. Ale musiałem wiedzieć – czy jego historia faktycznie skończy się w grobie?

Następnego dnia był szabat. Miasto zamarło, ulice opustoszały. Tylko przy grobie Jezusa pojawiła się rzymska straż – podobno na żądanie kapłanów, którzy obawiali się, że uczniowie mogą wykraść ciało, by potem głosić zmartwychwstanie mistrza.

Wczesnym rankiem trzeciego dnia – pierwszy dzień nowego tygodnia według żydowskiego kalendarza – usłyszałem poruszenie w gospodzie. Ludzie mówili o trzęsieniu ziemi nad ranem, o straży uciekającej z miejsca grobu Nazarejczyka, o pustym grobowcu.

Nie czekałem dłużej. Pobiegłem do ogrodu, gdzie złożono ciało Jezusa. Na miejscu zastałem kilka kobiet, w tym tę, którą nazywano Marią Magdaleną. Płakała, ale nie były to łzy żałoby – jej twarz jaśniała.

– On żyje! – wołała. – Widziałam go! Rozmawiałam z nim!

Inni patrzyli na nią z niedowierzaniem. To mogła być histeria, złudzenie wywołane żałobą. Ale po chwili przybiegło dwóch mężczyzn – jak się dowiedziałem, byli to uczniowie Jezusa, Piotr i Jan. Weszli do grobowca, a gdy wyszli, ich twarze wyrażały kompletne oszołomienie.

– Płótna leżą złożone – mówił Piotr. – Ale ciała nie ma. Kto kradnąc ciało, zdejmowałby płótna i składał je równo?

Stałem z boku, chłonąc wszystko, co się działo. Czy to możliwe? Czy naprawdę mógł pokonać śmierć?

Przez następne dni Jerozolima pełna była pogłosek. Uczniowie Jezusa, którzy wcześniej kryli się ze strachu, teraz wychodzili na ulice, głosząc, że ich mistrz zmartwychwstał. Mówili, że ukazał się wielu z nich – najpierw kobietom przy grobie, potem Piotrowi, potem dwóm uczniom w drodze do Emaus, a w końcu wszystkim jedenastu w zamkniętym pomieszczeniu.

Wielu wyśmiewało te opowieści. Inni słuchali z rosnącym zainteresowaniem. A ja… ja wiedziałem już, że muszę spotkać tych uczniów, usłyszeć ich świadectwo z pierwszej ręki.

Odnalazłem ich w górnej izbie pewnego domu w Jerozolimie. Początkowo byli nieufni – w końcu wyglądałem jak Rzymianin, a to Rzymianie ukrzyżowali ich mistrza. Ale gdy opowiedziałem swoją historię, o tym, jak Jezus uzdrowił mnie z odległości, ich nastawienie się zmieniło.

– To ty jesteś sługą setnika? – zapytał Piotr z niedowierzaniem. – Tego, który powiedział, że nie jest godzien, by Jezus wszedł pod jego dach?

Skinąłem głową.

– Twój pan był pierwszym Rzymianinem, który uwierzył – kontynuował Piotr. – Jezus był zdumiony jego wiarą. Powiedział, że nie znalazł takiej wiary nawet w Izraelu.

Te słowa poruszyły mnie do głębi. Mój pan, dumny rzymski oficer, okazał pokorę, która zdumiała nawet Syna Bożego.

Uczniowie opowiedzieli mi wszystko – o zmartwychwstaniu, o spotkaniach ze zmartwychwstałym Jezusem, o jego obietnicy, że wkrótce ześle im Ducha Świętego, który da im moc głoszenia ewangelii na całym świecie.

– On naprawdę jest Synem Bożym – powiedział Jan, najmłodszy z uczniów. – I pokonał śmierć, tak jak zapowiedział.

Wiedziałem już, że nie wrócę do Kafarnaum, nie wrócę do mojego dawnego życia. Moje poszukiwania dobiegły końca, ale podróż dopiero się zaczynała. Jezus, którego szukałem, by mu podziękować, nie był już na ziemi – ale jego duch, jego nauka, jego obietnica życia wiecznego pozostały.

Zostałem w Jerozolimie, dołączając do rosnącej wspólnoty wierzących. Pięćdziesiąt dni po Passze, w święto Pięćdziesiątnicy, byłem świadkiem, jak na uczniów zstąpił Duch Święty, napełniając ich odwagą i mocą. Widziałem, jak Piotr, wcześniej przestraszony i niepewny, wygłosił płomienne przemówienie, po którym trzy tysiące ludzi przyjęło chrzest.

I ja też przyjąłem chrzest, stając się członkiem tej nowej wspólnoty, którą zaczęto nazywać „drogą”, a później „chrześcijanami” – naśladowcami Chrystusa.

Moje drugie życie – to, które otrzymałem dzięki uzdrowieniu – zyskało nowy wymiar. Nie byłem już niewolnikiem choroby ani niewolnikiem człowieka. Byłem wolnym człowiekiem i sługą Chrystusa. A to okazało się najwspanialszą wolnością ze wszystkich.


VIII. Powrót do Kafarnaum

Po kilku miesiącach w Jerozolimie, gdy wspólnota wierzących rosła pomimo pierwszych prześladowań, poczułem, że muszę wrócić do Kafarnaum. Miałem dług wdzięczności wobec mojego byłego pana, a poza tym czułem, że powinienem zanieść dobrą nowinę o Jezusie Chrystusie tam, gdzie wszystko się zaczęło – do domu setnika, który miał tak wielką wiarę.

Droga na północ zajęła mi kilka dni. Gdy w końcu zobaczyłem błękitne wody Jeziora Galilejskiego, poczułem dziwne wzruszenie. Tu, w tych stronach, Jezus nauczał, uzdrawiał, tu powołał swoich pierwszych uczniów spośród rybaków.

Kafarnaum wydawało się niezmienione. Te same wąskie uliczki, te same niskie domy z kamienia, ta sama synagoga, którą mój pan pomógł odbudować. Gdy dotarłem do jego domu, serce biło mi mocno. Jak mnie przyjmie? Czy nadal jest otwarty na nauki Jezusa?

Ku mojemu zdumieniu, gdy przekroczyłem próg atrium, pierwszą osobą, którą zobaczyłem, był Piotr – ten sam Piotr, którego zostawiłem w Jerozolimie.

– Marcusie! – zawołał, podchodząc do mnie. – Wyprzedziłeś mnie zaledwie o jeden dzień!

Wyjaśnił, że przybył do Kafarnaum, by odwiedzić swoją rodzinę, a także, by głosić dobrą nowinę w miejscach, gdzie Jezus nauczał. I jak się okazało, jednym z pierwszych, którzy przyjęli chrzest w Kafarnaum, był… mój były pan, setnik Gajusz Korneliusz.

– On już wierzył, zanim przyszedłem – wyjaśnił Piotr. – Twoje uzdrowienie i śmierć Jezusa zmieniły go. A gdy usłyszał o zmartwychwstaniu, nie miał wątpliwości.

Wkrótce pojawił się i on sam – mój były pan, a teraz brat w wierze. Gdy mnie zobaczył, jego twarz rozjaśniła się.

– Marcusie! – zawołał, podchodząc do mnie z otwartymi ramionami. – Wróciłeś!

Uściskaliśmy się jak równy z równym, co jeszcze rok temu byłoby nie do pomyślenia – rzymski oficer i jego niewolnik.

– Znalazłeś go? – zapytał, gdy usiedliśmy w atrium.

Opowiedziałem mu wszystko – o moich poszukiwaniach, o ludziach, których spotkałem, o ukrzyżowaniu, którego byłem świadkiem, i o wieściach o zmartwychwstaniu.

– Tak – powiedział ze spokojem. – On zmartwychwstał. I to zmienia wszystko.

Przez kilka dni pozostałem w domu mojego byłego pana, teraz mojego brata. Kafarnaum, które kiedyś było dla mnie tylko miejscem służby, stało się teraz czymś więcej – miejscem początku nowej drogi.

Obserwowałem, jak rośnie tam mała wspólnota wierzących. Piotr nauczał ich, chrzcił, łamał z nimi chleb na pamiątkę ostatniej wieczerzy Jezusa. A ja pomagałem, jak mogłem, dzieląc się swoim świadectwem, opowiadając o moim uzdrowieniu i o wszystkim, co nastąpiło później.

Pewnego wieczoru, gdy siedzieliśmy nad jeziorem, Gajusz, mój były pan, zapytał mnie:

– Co zamierzasz teraz, Marcusie? Masz jakieś plany?

Zamyśliłem się. Byłem wolnym człowiekiem, mogłem iść, gdzie chciałem. Ale gdzie? I po co?

– Chciałbym nieść tę historię dalej – odpowiedziałem po chwili. – Opowiadać o tym, co widziałem, co przeżyłem. O człowieku, który uzdrawiał przez samo słowo, który umarł na krzyżu i zmartwychwstał.

Gajusz skinął głową.

– Ja też nie zostanę długo w Kafarnaum – powiedział. – Moja służba tutaj dobiega końca. Zostałem przeniesiony do Antiochii. To duże miasto, centrum handlu i kultury. I… – zawahał się – słyszałem, że jest tam już wspólnota wierzących. Mógłbyś pójść ze mną.

Tak oto, kilka miesięcy później, znalazłem się w Antiochii, wielkim mieście Syrii, pełnym ludzi różnych narodowości, kultur i religii. I tam, ku mojemu zdumieniu, spotkałem Pawła z Tarsu, kiedyś prześladowcę chrześcijan, teraz apostoła pogan.

Gdy usłyszał moją historię – o uzdrowieniu przez Jezusa, o wierze rzymskiego setnika – jego oczy zabłysły.

– To jest dokładnie to, o czym nauczam! – powiedział z zapałem. – Że Chrystus przyszedł dla wszystkich, nie tylko dla Żydów. Że wiara, a nie pochodzenie czy przestrzeganie Prawa, jest drogą do zbawienia.

I tak dołączyłem do misji Pawła, podróżując z nim przez wiele lat, pomagając mu w głoszeniu dobrej nowiny w miastach imperium. Byłem świadkiem, jak poganie – ludzie tacy jak ja – przyjmowali wiarę w Jezusa Chrystusa, jak zmieniało się ich życie, jak powstawały nowe wspólnoty wierzących.

A gdziekolwiek szedłem, zawsze zaczynałem swoją opowieść tak samo:

– Byłem umierający. Człowiek, którego nigdy nie spotkałem, uzdrowił mnie jednym słowem, z odległości. Ten sam człowiek zmarł na krzyżu i zmartwychwstał. I jeśli to mógł zrobić dla mnie – może zrobić to samo dla ciebie.


Epilog

Teraz, gdy moje włosy są już siwe, a ręce drżą przy pisaniu, wiem, że zbliża się koniec mojej ziemskiej podróży. Ale nie boję się. Wierzę, że On czeka po drugiej stronie, ten sam, który dał mi drugie życie, który pokazał mi drogę do prawdziwej wolności.

Spisuję te wspomnienia, by dać świadectwo prawdzie. By opowiedzieć historię człowieka, który był świadkiem cudu – mnie samego, Marcusa Septimusa Rufusa, niegdyś niewolnika rzymskiego setnika, teraz sługi Chrystusa.

Moje spotkanie z Jezusem było inne niż u większości jego wyznawców. Nie siedziałem u jego stóp, słuchając nauk. Nie jadłem z nim posiłków, nie podróżowałem z nim po drogach Galilei. Nie widziałem go nawet na oczy, dopóki nie ujrzałem go na krzyżu.

A jednak, moje doświadczenie z nim było równie rzeczywiste, równie transformujące. Bo doświadczyłem jego mocy na własnym ciele, w swoim własnym życiu.

I jeśli ty, czytelniku, kiedykolwiek zwątpisz, jeśli zapytasz, czy to wszystko prawda – czy on naprawdę był tym, za kogo się podawał, czy naprawdę zmartwychwstał, czy naprawdę jest Synem Bożym – pamiętaj o mnie. O prostym rzymskim niewolniku, którego życie zostało zmienione przez słowo wypowiedziane z odległości.

On żyje. I dzięki niemu, my też będziemy żyć – teraz i na wieki.

Marcus Septimus Rufus, Antiochia, rok 58 po narodzeniu Chrystusa

Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *