– rodzinne konsekwencje apostolskiego powołania syna
Dzień wyboru
Dzisiaj mój syn został wybrany na apostoła. Apostoła! Wciąż nie mogę w to uwierzyć. Gdy przed trzema laty poszedł za tym Nauczycielem z Nazaretu, myślałam, że to tylko tymczasowe uniesienie, jak u tylu młodych mężczyzn, którzy przez wieki szukali proroków i mędrców. Sądziłam, że wróci po kilku miesiącach, obejmie gospodarstwo po ojcu i założy rodzinę, jak nakazuje Prawo.
Ale on nie wrócił. A dzisiaj został jednym z Dwunastu.
Sąsiadka, Rut, przybiegła z wiadomością o losowaniu. Mój Maciej i ten drugi, Józef Barsaba, stanęli przed zgromadzeniem. Rzucili losy i los wskazał mojego syna. Rut mówiła, że to zaszczyt, że powinnam być dumna. I jestem. Ale serce matki widzi więcej.
Apostoł… Co to właściwie znaczy dla niego? I dla mnie? Dla naszej rodziny? Dla gospodarstwa?
Muszę porozmawiać z nim osobiście. Przychodzi jutro.
Dzień po wyborze
Mój syn jest inny. Nie potrafię tego dokładnie opisać, ale gdy dzisiaj go zobaczyłam, dostrzegłam w nim coś nowego. Pokora, ale i pewność. Łagodność, ale i siła. Wszedł do domu jak gość, nie jak syn wracający do rodzinnego domu. Usiadł, objął moje dłonie swoimi i powiedział:
„Matko, Bóg wybrał mnie na miejsce Judasza. To wielka odpowiedzialność i wielki zaszczyt.”
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. To mój syn, którego karmiłam piersią, którego uczyłam pierwszych modlitw, którego dłonie opatrywałam, gdy kaleczył się przy pracy w polu. A teraz siedział przede mną jak obcy, jak ktoś, kto przyszedł z daleka i mówi o rzeczach, których nie rozumiem.
Zapytałam go o gospodarstwo. Kto się zajmie ziemią po ojcu? Kto zadba o mnie na starość? Kto da mi wnuki?
„Matko,” odpowiedział łagodnie, ale stanowczo, „moim dziedzictwem nie będzie już ta ziemia. I nie będę miał dzieci z ciała. Ale mam inną ziemię do uprawiania – ludzkie serca. I będę miał dzieci – tych, którzy uwierzą dzięki mojemu świadectwu.”
Słyszałam te słowa i nie mogłam ich pojąć. Mój syn mówił jak mędrzec, jak rabin. Ja zaś czułam się jak prosta kobieta, która nie rozumie głębokich nauk.
Tydzień później
Minął tydzień. Dużo się wydarzyło. Ludzie mówią o cudzie w dzień Pięćdziesiątnicy. O tym, jak apostołowie przemawiali różnymi językami. Jak trzej tysiące osób przyjęło chrzest jednego dnia.
Mój syn był tam. Mój syn był częścią tego.
Przyszło do mnie kilku sąsiadów. Jedni z ciekawości, inni z niepokojem, niektórzy nawet z wyrzutami. Ezra, stary przyjaciel mojego męża, powiedział wprost:
„Twój syn przyłączył się do sekty. Do heretyków. To wstyd dla całej rodziny.”
Ale Joanna, wdowa mieszkająca obok, która też słuchała nauk tego Jezusa, broniła Macieja:
„To nie sekta. To wypełnienie proroctw. Mesjasz przyszedł, a twój syn jest jednym z jego wysłanników.”
Nie wiem, co o tym myśleć. Czy mój syn jest herezjarchą czy apostołem? Bluźniercą czy prorokiem? Czy przynosi wstyd rodzinie, czy największy zaszczyt?
Modlę się do Boga o mądrość. O zrozumienie.
Miesiąc po wyborze
Dziś odwiedził mnie mój syn. Przyłączam się do wierzących, matko – powiedział. To nie była prośba o zgodę, lecz informacja.
Mój syn nie mieszka już w Jerozolimie. Wciąż tam bywa, ale większość czasu spędza w podróży. Galileja, Samaria, wybrzeże… głosi tam o swoim Mistrzu, o jego śmierci i zmartwychwstaniu.
Zapytałam go, czy nie boi się. Władze nie są przychylne wyznawcom Jezusa. Już aresztowano kilku z nich. Podobno byli biczowani.
„Bać się?” – odpowiedział z uśmiechem. „Czego miałbym się bać? Tego, że ktoś zabije moje ciało? Mój Mistrz zwyciężył śmierć. A jeśli On żyje, to i ja żyć będę.”
Patrzyłam na niego i widziałam małego chłopca, który bał się burzy, który krył się w moich ramionach, gdy grzmiało. A teraz mówi, że nie boi się śmierci?
Znowu mówił o cudach. O uzdrowieniach chorych, o nawróceniach. O wspólnocie wierzących, którzy dzielą się wszystkim. Którzy żyją jak jedna rodzina.
„To twoja nowa rodzina?” – zapytałam z nutą goryczy.
„To nasza nowa rodzina, matko” – odpowiedział. „Twoja także, jeśli zechcesz.”
Nie wiem, czy chcę. Nie rozumiem tego wszystkiego. Nie rozumiem, jak mój syn może zostawić wszystko, co znał, dla… dla czego właściwie?
Trzy miesiące po wyborze
Pojawili się rzymscy żołnierze. Pytali o mojego syna. Dokąd poszedł, kiedy wróci. Twierdzili, że chcą tylko porozmawiać, ale ich oczy mówiły co innego.
Powiedziałam, że nie wiem. I rzeczywiście nie wiedziałam. Ale nawet gdybym wiedziała…
Co ze mną się dzieje? Czy naprawdę okłamałabym władze, aby chronić sekretne zgromadzenia? Czy rzeczywiście lęk o syna jest silniejszy niż szacunek dla prawa?
Podobno aresztowano Szymona Piotra i Jana. Byli przesłuchiwani przez Sanhedryn. Ale wypuszczono ich – podobno dlatego, że lud był po ich stronie. Cuda, które czynili w imię Jezusa z Nazaretu, zjednały im wielu zwolenników.
Czy mój syn też czyni cuda?
Pół roku po wyborze
Znalazłam pod drzwiami kosz z chlebem, owocami i dzbanem oliwy. Nie wiem, kto go zostawił. Ale to już trzeci raz w tym miesiącu.
Sąsiadka z naprzeciwka, ta, która miała chorą córkę, powiedziała mi, że to „ludzkie anioły”. Tak nazywa wyznawców Jezusa, którzy potajemnie pomagają wdowom, sierotom i chorym. Podobno jej córka wyzdrowiała po modlitwie jednego z apostołów.
„Twój syn jest jednym z nich,” powiedziała. „Jednym z Dwunastu. Jesteś błogosławiona.”
Czy jestem? Mój syn ryzykuje życiem. Nie mam od niego wieści od tygodni. Nie wiem, czy żyje, czy został aresztowany, czy może… nie, nie mogę nawet o tym myśleć.
A jednocześnie czuję dumę. Ludzie mówią o nim z szacunkiem. Mówią, że jego słowa mają moc. Że dotyka serc. Że prowadzi do Boga.
Mój syn. Mój Maciej. Czy to możliwe?
Rok po wyborze
Dziś mija rok od losowania. Rok, odkąd mój syn stał się kimś innym.
Spędziliśmy razem kilka dni. Pierwszy raz od tak dawna. Przyprowadził ze sobą dwóch młodych mężczyzn, swoich uczniów, jak ich nazywa. Są zapaleni, pełni wiary. Patrzą na mojego syna jak na mędrca, jak na kogoś, kto ma odpowiedzi na wszystkie pytania.
A on ich uczy. Cierpliwie, łagodnie, ale stanowczo. Słuchałam, jak opowiada im o swoim Mistrzu. O jego naukach, cudach, o jego śmierci i zmartwychwstaniu. O tym, że Bóg jest Miłością i że wszyscy ludzie są braćmi.
Czy ja naprawdę urodziłam i wychowałam tego człowieka?
Zanim wyszedł, poprosił, abym udzieliła mu błogosławieństwa. Uklęknął przede mną – mój syn, apostoł, nauczyciel – a ja, prosta kobieta z Judei, położyłam dłonie na jego głowie i błogosławiłam go, jak kiedyś błogosławił go ojciec.
Tak bardzo chciałabym, żeby jego ojciec mógł go teraz zobaczyć.
Osiemnaście miesięcy po wyborze
Prześladowania się nasiliły. Kamienowano człowieka o imieniu Szczepan. Był jednym z tych, których wybrano do pomocy apostołom. Mówią, że zginął przebaczając swoim oprawcom, modląc się za nich.
Młody faryzeusz Szaweł otrzymał listy do Damaszku. Ma tam ścigać i aresztować wszystkich wyznawców Jezusa. Ludzie boją się. Wielu ucieka z miasta.
Mój syn przysłał do mnie człowieka z wiadomością: „Nie bój się o mnie, matko. Bóg jest ze mną.”
Ale ja się boję. Oczywiście, że się boję. Jestem matką.
Dwa lata po wyborze
Przyszedł dzisiaj jeden z uczniów mojego syna. Młody, może siedemnastoletni. Przyniósł wiadomość, że Maciej wyrusza w daleką podróż. Do Antiochii, a może nawet dalej.
„Czy on wróci?” – zapytałam.
Chłopak zawahał się, zanim odpowiedział:
„Nie wiem, matko. Apostołowie idą tam, gdzie prowadzi ich Duch.”
Zapytałam, co mam zrobić z gospodarstwem. Jest małe, ale wciąż potrzebuje mężczyzny do zarządzania. Chłopak przekazał mi, że mój syn chce, abym przekazała ziemię jego bratu, Eliezarowi, który ma się mną opiekować. A część pieniędzy ze sprzedaży plonów ma trafiać do wspólnoty wiernych w Jerozolimie, na potrzeby wdów i sierot.
Jak mój syn może decydować o majątku, z dala od domu? Czy nie powinien był wrócić i omówić tego ze mną osobiście?
Ale potem przypomniałam sobie jego twarz, gdy mówił o swoim posłannictwie. O tym, jak ważne jest głoszenie Dobrej Nowiny. I zrozumiałam, że on już nie należy tylko do mnie. Należy do czegoś większego.
Trzy lata po wyborze
Słyszałam dzisiaj, jak dzieci na ulicy śpiewały pieśń o Jezusie z Nazaretu, którego nazywały Chrystusem. Śpiewały o jego cudach, o jego zmartwychwstaniu, o tym, że jest Synem Bożym.
Nauki mojego syna i innych apostołów rozprzestrzeniają się, nawet pomimo prześladowań. A może właśnie dzięki nim? Ludzie są zafascynowani wiarą, która się nie ugina, która przetrwa tortury i śmierć.
Młoda kobieta o imieniu Lidia, handlarka purpurą, która dołączyła do wierzących, przyniosła mi list od mojego syna. Pisze, że jest w drodze do krajów Greków. Że ludzie tam też pragną słyszeć o Zbawicielu z Judei.
Mój syn wśród Greków. Ci, którzy wrócili stamtąd, opowiadali o dziwnych obyczajach, o nagich posągach, o filozofach dyskutujących na ulicach. Jak mój syn, wychowany w tradycji Prawa, odnajdzie się wśród nich?
Ale on zdaje się nie mieć takich wątpliwości. Pisze o wierze, która przenosi góry. O nadziei, której śmierć nie pokona. O miłości, która jest silniejsza niż nienawiść.
Mój syn stał się poetą? Filozofem? Kim on właściwie jest teraz?
Pięć lat po wyborze
Eliezar, mój młodszy syn, również dołączył do wierzących. Nie został apostołem jak jego brat, ale jest częścią wspólnoty. Nasze gospodarstwo stało się miejscem spotkań dla wyznawców Jezusa. Przychodzą tu, aby się modlić, śpiewać psalmy, łamać chleb na pamiątkę Ostatniej Wieczerzy.
Początkowo byłam temu przeciwna. Bałam się. Bałam się Rzymian, Sanhedrynu, sąsiadów. Ale z czasem… z czasem też zaczęłam słuchać. I pytać.
Kim jest ten Jezus, za którym poszedł mój syn? Kim jest ten człowiek, który jak twierdzą, powstał z martwych? Który obiecał życie wieczne? Który nauczał o miłości nieprzyjaciół?
Eliezar cierpliwie odpowiadał na moje pytania. A potem zaprosiła mnie Miriam, matka Jozuego, który także został uczniem. Powiedziała: „Chodź i zobacz.”
I poszłam. I zobaczyłam.
Siedem lat po wyborze
Dzisiaj przyjęłam chrzest. W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.
Trwało to długo – moja droga do tego momentu. Może zbyt długo. Ale teraz rozumiem, dlaczego mój syn poszedł za Jezusem. Dlaczego zostawił wszystko. Dlaczego ryzykuje życiem, głosząc Ewangelię.
Bo to jest prawda. Prawda, która wyzwala. Prawda o miłości Boga, który posłał swojego Syna, aby dać nam życie wieczne.
Mój syn jest daleko. Podobno dotarł aż do kraju Etiopów. Nie wiem, czy kiedykolwiek go jeszcze zobaczę w tym życiu. Ale wiem, że spotkamy się w Królestwie Niebieskim.
Czy żałuję, że został apostołem? Że opuścił dom, zostawił gospodarstwo, nie dał mi wnuków?
Kiedyś tak. Kiedyś czułam żal, gorycz, nawet gniew. Ale teraz…
Teraz widzę jego życie – i swoje – w innym świetle. Widzę, jak wielu ludzi poznało Boga dzięki jego słowom. Widzę, jak wielu odnalazło nadzieję, pocieszenie, sens życia.
I myślę sobie: czy jest lepsza droga dla syna? Czy jest większy zaszczyt dla matki?
Dziesięć lat po wyborze
Dziś dotarła do nas wiadomość. Mój syn, apostoł Maciej, zginął męczeńską śmiercią w Etiopii. Został ukamienowany przez tych, którzy nie chcieli słuchać o Zmartwychwstałym.
Płakałam. Oczywiście, że płakałam. Jestem matką. Pochowałam już męża, a teraz dowiaduję się, że mój pierworodny syn odszedł do Pana.
Ale wśród łez czuję też dumę. I pokój. Mój syn wypełnił swoją misję. Dokończył biegu. Zachował wiarę.
A ja? Ja jestem już stara. Być może wkrótce dołączę do niego w Królestwie. Ale na teraz moją misją jest trwać tutaj, w tej wspólnocie, którą on i inni apostołowie zapoczątkowali. Modlić się za braci i siostry w wierze. Wspierać ich.
Gospodarstwo prowadzi teraz Eliezar. Ale już nie jest tylko nasze. Stało się miejscem modlitwy, nauczania, pomocy potrzebującym.
A ja? Ja jestem znana jako „matka apostoła”. Przychodzą do mnie młode kobiety z dziećmi i pytają:
„Jak wychować syna na takiego jak twój Maciej? Jak zaszczepić w nim wiarę?”
A ja odpowiadam im najszczerszą prawdą:
„To nie ja wychowałam apostoła. To Bóg go powołał. Ja dałam mu życie, ale to Jezus dał mu życie wieczne.”
I wtedy czuję, że mój syn jest tu, obok mnie. Że jego duch raduje się widząc, jak wiara, za którą oddał życie, wciąż się rozprzestrzenia. Jak kolejne pokolenia poznają Jezusa Chrystusa.
I wiem, że było warto. Że jego wybór – i mój, aby go zaakceptować – był słuszny.
Bo ostatecznie, czy nie po to wydajemy na świat dzieci? Aby wypełniły swoje przeznaczenie? Aby służyły Bogu i ludziom najlepiej, jak potrafią?
Mój syn znalazł swoje przeznaczenie. A ja znalazłam pokój.
Epilog: Piętnaście lat po wyborze
Te notatki, które spisywałam przez lata, przekazuję teraz tobie, Teofilu, przyjacielu mojego syna i uczniu apostołów. Niech posłużą jako świadectwo dla przyszłych pokoleń. Świadectwo matki, która oddała syna Bogu.
Nie zawsze było łatwo. Nie zawsze rozumiałam. Ale teraz, u schyłku życia, widzę jasno.
Moim synem był apostoł. Jeden z Dwunastu. Świadek Zmartwychwstania. Głosiciel Ewangelii. Męczennik za wiarę.
A ja? Ja jestem jego matką. I to wystarczy.