Testament Marii z Betanii

– wspomnienia kobiety, która namaściła Jezusa drogim olejkiem

Ten zwój zawiera wspomnienia Marii, siostry Marty i Łazarza z Betanii, spisane w trzydziestym roku po Zmartwychwstaniu Pana.


Dzieciństwo w Betanii

Nazywam się Maria. Jestem córką Eleazara i Racheli z rodu Beniamina, siostrą Marty i Łazarza. Urodziłam się i wychowałam w Betanii, małej wiosce położonej na zboczu Góry Oliwnej, zaledwie piętnaście stadiów od Jerozolimy. Nasze miejsce na świecie było wystarczająco blisko świętego miasta, by czuć jego oddech, ale dostatecznie daleko, by uniknąć jego zgiełku.

Mój ojciec był człowiekiem zamożnym, właścicielem wielu pól uprawnych i winnic. Nasza rodzina cieszyła się szacunkiem w okolicy. Dom, w którym mieszkaliśmy, należał do największych w Betanii – z przestronnym dziedzińcem, gdzie często gościliśmy podróżnych i przyjaciół. Po śmierci rodziców, gdy byłam jeszcze młoda, dom przeszedł na mojego brata Łazarza, ale zawsze byliśmy w nim wszyscy razem – Łazarz, Marta i ja, nierozerwalnie związani więzami krwi i miłości.

Marta, moja starsza siostra, przejęła po matce prowadzenie domu. Zawsze podziwiałam jej pracowitość, jej zdolność do zarządzania służbą, jej dbałość o każdy szczegół domowego życia. Była i jest filarem naszej rodziny – silną, praktyczną, zawsze gotową do działania.

Ja byłam inna. Zawsze ciągnęło mnie do ciszy, do spokoju, do zadawania pytań, na które nie było prostych odpowiedzi. Jako dziecko godzinami mogłam siedzieć pod drzewem oliwnym, obserwując obłoki na niebie lub wsłuchując się w szum liści. Z czasem ta skłonność do refleksji przerodziła się w głód wiedzy, szczególnie wiedzy o Bogu i Jego drogach.

Łazarz, nasz brat, był pośrodku – ani tak praktyczny jak Marta, ani tak marzycielski jak ja. Był dobrym człowiekiem, łagodnym i sprawiedliwym, szanowanym przez wszystkich. Prowadził interesy ojca, dbał o nasze dobra, opiekował się nami po śmierci rodziców.

Nasze życie płynęło spokojnie, zgodnie z rytmem pór roku, świąt i codziennych obowiązków. Aż do dnia, gdy wszystko się zmieniło – dnia, w którym poznaliśmy Jego.

Pierwsze spotkanie z Nauczycielem

Było to siedem lat przed Jego śmiercią i zmartwychwstaniem. Łazarz wrócił z Jerozolimy po święcie Paschy, pełen opowieści o nowym nauczycielu, który pojawił się w świątyni. „Mówi z mocą, jakiej nigdy nie słyszałem”, opowiadał przy kolacji. „Nie jak uczeni w Piśmie, którzy powtarzają słowa, nie rozumiejąc ich głębi. On mówi jak ktoś, kto zna Boga osobiście”.

Jego imię brzmiało Jeszua, co znaczy „Bóg wybawia”. Pochodził z Nazaretu w Galilei, był synem cieśli. Wielu uważało Go za proroka, inni za nauczyciela, jeszcze inni – nieliczni – szeptali, że to może być Mesjasz, na którego czekaliśmy.

Łazarz zaprosił Go do naszego domu, gdy usłyszał, że przechodzi przez okolicę Betanii. „Chciałbym Go posłuchać spokojnie, nie w tłumie, który zawsze otacza Go w świątyni”, powiedział. „A poza tym, nasza gościnność jest znana – powinniśmy ugościć kogoś, kto przychodzi w imię Pana”.

Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Był późny wieczór, już po zachodzie słońca, gdy usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Marta otworzyła – zawsze pierwsza, zawsze gotowa powitać gości. Na progu stał On i kilku mężczyzn – Jego uczniów, jak się później dowiedzieliśmy.

Nie wyglądał niezwykle – średniego wzrostu, szczupły, z brodą przyprószoną siwizną mimo młodego wieku, w prostej, zakurzonej tunice podróżnego. Jego skóra była ogorzała od słońca, jak u człowieka, który spędza wiele czasu na otwartym powietrzu. Nie nosił żadnych ozdób, żadnych insygniów władzy czy godności.

Ale Jego oczy… Jego oczy były inne. Głębokie, ciemne, przenikliwe, a jednocześnie pełne ciepła. Gdy na mnie spojrzał – na mnie, prostą kobietę, stojącą za swoją siostrą – poczułam, jakby widział we mnie wszystko: każdą myśl, każde pragnienie, każdy sekret, każdy lęk. I, co dziwniejsze, nie czułam się tym obnażeniem zawstydzona ani przestraszona. Przeciwnie – czułam się zrozumiana, przyjęta, kochana.

„Pokój temu domowi”, powiedział, a Jego głos był jak balsam na ranę, której istnienia nie byłam świadoma, dopóki nie zaczęła się goić pod wpływem Jego słów.

Marta natychmiast zajęła się gośćmi – zaprowadziła ich na dziedziniec, przyniosła wodę do obmycia nóg, wydała polecenia służbie, by przygotowała posiłek. Ja stałam jak wryta, niezdolna do ruchu, urzeczona obecnością tego Człowieka, który wniósł do naszego domu coś, czego nigdy wcześniej w nim nie było – atmosferę, której nie potrafię opisać inaczej niż jako przedsmak nieba.

U stóp Mistrza

Tej nocy siedzieliśmy wszyscy na dziedzińcu, przy zapalonej lampie oliwnej, słuchając Jego słów. Mówił o Królestwie Bożym, o miłości Ojca, o światłości, która przyszła na świat. Jego nauki były proste, a jednocześnie głębokie, zrozumiałe dla każdego, a zarazem pełne tajemnic, które odsłaniały się stopniowo, jak kolejne warstwy kwiatu lotosu.

Nie pamiętam, kiedy usiadłam u Jego stóp. Po prostu w pewnym momencie zorientowałam się, że siedzę na ziemi, z głową pochyloną, wsłuchana w każde słowo, jakby od nich zależało moje życie. I w pewnym sensie tak było – każde Jego słowo dawało życie, budziło w sercu pragnienia, o których istnieniu nie wiedziałam, odpowiadało na pytania, których nie śmiałam zadać.

Marta krążyła wokół, zajęta przygotowaniem wieczerzy, rzucając mi czasem spojrzenia pełne dezaprobaty. W naszej kulturze nie było przyjęte, by kobieta siadała do stóp nauczyciela jak uczeń. To miejsce zarezerwowane było dla mężczyzn. Ale On nie wydawał się tym zaniepokojony – przeciwnie, Jego wzrok spoczywał na mnie z aprobatą, z zachętą, bym piła te słowa jak spragniony podróżny wodę ze źródła.

W końcu Marta nie wytrzymała. Stanęła przed Nim i powiedziała: „Panie, czy nie obchodzi Cię, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła.”

Spojrzał na nią łagodnie i odpowiedział: „Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona.”

Te słowa – „Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona” – stały się fundamentem mojego życia. W tamtej chwili, siedząc u Jego stóp, znalazłam swoje miejsce w świecie, swoje powołanie, swoją tożsamość. Nie byłam już tylko młodszą siostrą Marty, siostrą Łazarza – byłam Marią, tą, która wybrała słuchać, tą, która wybrała lepszą cząstkę.

Od tamtej pory, ilekroć przychodził do Betanii, a przychodził często, gdyż nasza wioska była dla Niego miejscem odpoczynku i schronienia przed tłumami, siadałam u Jego stóp, chłonąc każde słowo, każdy gest, każde spojrzenie. I za każdym razem czułam, że coś we mnie rośnie, dojrzewa, przemienia się pod wpływem Jego obecności.

Choroba i śmierć Łazarza

Cztery lata po naszym pierwszym spotkaniu z Nauczycielem, mój brat Łazarz zachorował. To była gwałtowna gorączka, która w ciągu kilku dni powaliła go na łoże, odbierając siły i przytomność umysłu.

Marta i ja opiekowałyśmy się nim, robiąc wszystko, co w naszej mocy – okłady z octu, napary z ziół, modlitwy. Ale choroba postępowała, a nasz kochany brat słabł z godziny na godzinę.

„Musimy wezwać Jezusa”, powiedziałam w końcu do Marty. „On go uzdrowi. Widziałyśmy, jak uzdrawiał innych – chromych, trędowatych, ślepych. Z pewnością uzdrowi i Łazarza, którego kocha jak brata.”

Nauczyciel był wtedy za Jordanem, w miejscu, gdzie Jan kiedyś chrzcił. Wysłałyśmy do Niego posłańca z prostą wiadomością: „Panie, oto ten, którego kochasz, choruje.”

Czekałyśmy, pełne nadziei, wierząc, że lada chwila zjawi się w naszych drzwiach, położy ręce na Łazarzu i przywróci go do zdrowia. Ale mijały godziny, potem dni, a On nie przychodził.

A potem, czwartego dnia choroby, Łazarz zmarł.

Trudno opisać rozpacz, która nas ogarnęła. Łazarz był nie tylko naszym bratem – był filarem naszego życia, naszym opiekunem, naszym przewodnikiem. Jego śmierć pozostawiła w nas pustkę, której nic nie mogło wypełnić.

Zgodnie ze zwyczajem, przygotowałyśmy jego ciało do pochówku – obmyłyśmy je, namaściłyśmy olejkami i wonnościami, owinęłyśmy w lniane płótna. Potem złożyliśmy je w grobie wykutym w skale, niedaleko naszego domu. Przez siedem dni przyjmowałyśmy kondolencje od przyjaciół i sąsiadów, siedząc na ziemi, z głowami posypanymi popiołem, w rozdartych szatach, opłakując naszą stratę.

I przez cały ten czas zadawałam sobie jedno pytanie: dlaczego On nie przyszedł? Dlaczego nie uratował Łazarza? Czy nie otrzymał naszej wiadomości? Czy nie przejął się naszym bólem? Czy nie kochał Łazarza tak, jak myśleliśmy?

Te pytania dręczyły mnie dniem i nocą, mieszając się z żalem po stracie brata. Po raz pierwszy zwątpiłam w Nauczyciela, w Jego miłość, w Jego moc.

A potem, cztery dni po pogrzebie, gdy dom wciąż był pełen żałobników, przyszła wieść – Jezus nadchodzi do Betanii.

Wskrzeszenie i nowe życie

Marta, zawsze praktyczna, zawsze pierwsza do działania, wybiegła Mu na spotkanie, gdy tylko usłyszała, że jest blisko wioski. Ja zostałam w domu, pogrążona w żałobie, zbyt przygnębiona, by wstać, zbyt zraniona, by chcieć Go zobaczyć.

Ale potem Marta wróciła, z błyskiem w oku, którego nie widziałam od śmierci brata. „Nauczyciel jest tu i woła cię”, szepnęła mi do ucha, pośród gości.

Zerwałam się na równe nogi i wybiegłam z domu. On stał na drodze, otoczony uczniami, z twarzą zmęczoną podróżą, ale pełną miłości. Gdy tylko Go zobaczyłam, upadłam do Jego stóp – tych samych stóp, przy których tyle razy siedziałam, słuchając Jego nauk.

„Panie”, powiedziałam przez łzy, „gdybyś tu był, mój brat by nie umarł.”

Spojrzał na mnie z takim współczuciem, z takim bólem, jakby odczuwał moją stratę jak własną. A potem zapytał: „Gdzie go złożyliście?”

„Panie, chodź i zobacz”, odpowiedziałam, prowadząc Go w stronę grobu.

Szliśmy w milczeniu, otoczeni tłumem żałobników i ciekawskich, którzy zewsząd zbiegli się, by zobaczyć, co się wydarzy. A potem, przed grobem wykutym w skale, zamkniętym ciężkim kamieniem, stało się coś, czego nigdy nie zapomnę – Jezus zapłakał.

Ten, którego uważaliśmy za proroka, za nauczyciela, może nawet za Mesjasza – płakał jak zwykły człowiek, jak brat opłakujący brata. Jego łzy były prawdziwe, Jego ból był prawdziwy. I w tej chwili zrozumiałam, że Jego opóźnienie nie wynikało z obojętności czy braku miłości. Przeciwnie – kochał Łazarza tak mocno, że jego śmierć łamała Mu serce.

A potem rozkazał odsunąć kamień. Marta zaprotestowała – ciało leżało już w grobie cztery dni, zepsucie musiało już się zacząć. Ale On nalegał i kamień został odsunięty.

Stanął przed otwartym grobem, podniósł oczy do nieba i przemówił głośno: „Ojcze, dziękuję Ci, żeś mnie wysłuchał. Ja wiedziałem, że zawsze mnie wysłuchujesz, ale ze względu na lud, który stoi wokół, powiedziałem to, aby uwierzyli, żeś Ty mnie posłał.”

A potem zawołał donośnym głosem: „Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!”

I Łazarz wyszedł, cały owinięty w płótna, z twarzą przewiązaną chustą. Wyszedł z grobu, żywy, oddychający, ten sam Łazarz, którego kochaliśmy, którego opłakiwaliśmy, którego złożyliśmy do grobu cztery dni wcześniej.

„Rozwiążcie go i pozwólcie mu chodzić”, powiedział Jezus, a ja padłam na kolana, niezdolna utrzymać się na nogach wobec tak potężnego cudu.

W tamtej chwili zrozumiałam, kim On naprawdę jest. Nie tylko nauczycielem, nie tylko prorokiem, nie tylko przyjacielem – ale Panem życia i śmierci, Tym, który ma władzę nad samym grobem, Tym, o którym mówili prorocy, Mesjaszem, Synem Bożym.

Po wskrzeszeniu Łazarza nasze życie zmieniło się nie do poznania. Wieść o cudzie rozeszła się lotem błyskawicy. Ludzie przychodzili z bliska i z daleka, by zobaczyć Łazarza, by go dotknąć, by usłyszeć jego historię. Nasz dom stał się miejscem pielgrzymek, centrum zainteresowania, którego nigdy nie pragnęliśmy.

Ale co gorsza, cud wywołał wściekłość wśród przywódców religijnych w Jerozolimie. Arcykapłani i faryzeusze zwołali Sanhedryn, najwyższą radę, by zastanowić się, co zrobić z Jezusem. Uważali Go za zagrożenie dla ustalonego porządku, dla swojej władzy, dla swoich przywilejów. A wskrzeszenie Łazarza było dla nich ostatecznym dowodem, że trzeba Go zatrzymać – za wszelką cenę.

Od tamtej pory Nauczyciel nie pokazywał się już publicznie w Judei. Wycofał się z uczniami do małej wioski Efraim, niedaleko pustyni, gdzie przebywał do czasu, gdy miało się wypełnić Jego przeznaczenie.

Namaszczenie w Betanii

Sześć dni przed świętem Paschy Jezus wrócił do Betanii. Wiedzieliśmy, że to ryzykowna decyzja – Jerozolima była niedaleko, a władze świątynne wydały już postanowienie, by Go pojmać. Ale On zawsze robił to, co uważał za słuszne, bez względu na niebezpieczeństwo.

Przyjęliśmy Go z radością, przygotowując ucztę na Jego cześć. Marta, jak zawsze, zajęła się usługiwaniem, rozstawiając służbę, doglądając potraw, dbając o każdy szczegół. Łazarz siedział przy stole razem z Jezusem i Jego uczniami, szczęśliwy, zdrowy, żywy – nieustanny dowód mocy i miłości naszego Pana.

A ja… ja miałam w sercu pragnienie, którego nie potrafiłam wyrazić słowami. Chciałam jakoś pokazać Mu moją wdzięczność, moją miłość, moje oddanie. Nie tylko za wskrzeszenie Łazarza, choć to było największym cudem, jakiego kiedykolwiek byłam świadkiem, ale za wszystko – za każde słowo, które dał mi usłyszeć u swoich stóp, za każde spojrzenie pełne akceptacji, za każdy moment, w którym czułam, że on rozumie mnie lepiej, niż ja sama siebie rozumiem.

Kilka dni wcześniej, przechadzając się po targu w Jerozolimie, zobaczyłam alabastrowy flakonik olejku nardowego – czystego, niezwykle kosztownego, importowanego z dalekich Indii. Kosztował trzysta denarów – równowartość rocznych zarobków zwykłego robotnika. Kupiłam go bez wahania, nie wiedząc jeszcze dokładnie, co z nim zrobię, wiedząc tylko, że chcę go ofiarować Jezusowi w jakiś szczególny sposób.

I teraz, gdy siedział przy stole w naszym domu, wiedziałam już, co mam zrobić.

Wzięłam flakonik, podeszłam do Niego i bez słowa rozbiłam go, wylewając cały olejek na Jego głowę, a potem na Jego stopy. Zapach nardu wypełnił cały dom – intensywny, słodki, orientalny, odurzający. A potem zrobiłam coś, co w naszej kulturze uchodziło za skandaliczne – rozpuściłam włosy (co przyzwoita kobieta robiła tylko w obecności męża) i zaczęłam wycierać nimi Jego stopy.

W jednej chwili cała uczta zamarła. Wszystkie oczy zwróciły się na mnie. Czułam na sobie spojrzenia pełne zdziwienia, dezaprobaty, nawet oburzenia. Szczególnie jeden z uczniów, Judasz Iskariota, patrzył na mnie z jawną wrogością.

„Na co takie marnotrawstwo?”, powiedział głośno. „Przecież można było sprzedać ten olejek za trzysta denarów i rozdać ubogim.”

Zamarłam, upokorzona, zawstydzona, niepewna, czy to, co zrobiłam, było właściwe. Czy rzeczywiście zmarnowałam coś, co mogło pomóc potrzebującym? Czy mój gest miłości był w rzeczywistości aktem egoizmu?

Ale wtedy przemówił Jezus, a Jego głos był spokojny, stanowczy, pełen autorytetu: „Zostawcie ją. Przechowała to na dzień mojego pogrzebu. Ubogich zawsze macie u siebie, a Mnie nie zawsze mieć będziecie.”

Pogrzeb? Jakie dziwne słowo w ustach kogoś, kto dopiero co wyrwał mojego brata ze szponów śmierci! Ale w Jego głosie było coś, co sprawiło, że zadrżałam – jakby wiedział, co Go czeka, jakby widział swoją przyszłość i akceptował ją bez lęku.

„Zaprawdę, powiadam wam”, dodał, rozglądając się po obecnych, „gdziekolwiek po całym świecie będzie głoszona ta ewangelia, będzie się również opowiadać na jej pamiątkę o tym, co uczyniła.”

Te słowa, wypowiedziane z taką pewnością, z taką mocą, sprawiły, że łzy napłynęły mi do oczu. On przyjął mój dar, mój gest, moje oddanie. I nie tylko przyjął – obiecał, że będzie o nim pamiętać, że będzie o nim mówić, że stanie się on częścią historii, którą będą opowiadać przyszłe pokolenia.

Nie wiedziałam wtedy, jak szybko wypełni się Jego proroctwo o pogrzebie. Nie wiedziałam, że za niecały tydzień zobaczę Go zmarłego, złożonego w grobie, tak jak wcześniej widziałam Łazarza. Nie wiedziałam, że mój gest namaszczenia był rzeczywiście przygotowaniem Jego ciała na pogrzeb.

Dni ciemności

Następnego dnia po uczcie w naszym domu, Jezus wszedł do Jerozolimy w sposób, który wstrząsnął całym miastem. Jechał na oślęciu, a tłumy witały Go jak króla, rzucając przed Nim płaszcze i gałązki palm, wołając: „Hosanna Synowi Dawida! Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie!”

Byłam tam, na skraju drogi, razem z Martą i Łazarzem, patrząc, jak wypełniają się stare proroctwa o Mesjaszu, który wjedzie do Jerozolimy łagodny, na oślęciu, siedzącym na oślicy. Serce mi rosło z dumy i radości – oto On, mój Pan, mój Nauczyciel, witany jak król, uznawany za Tego, kim naprawdę jest.

Ale radość nie trwała długo. W ciągu kilku następnych dni nastroje w mieście zmieniły się drastycznie. Przywódcy religijni, arcykapłani i uczeni w Piśmie, faryzeusze i saduceusze – wszyscy oni knuli przeciwko Jezusowi, szukając sposobu, by Go zgładzić. A tłum, ten sam tłum, który witał Go okrzykami „Hosanna”, zaczął się odwracać, podsycany plotkami, manipulacjami, strachem.

Jezus spędzał dni w świątyni, nauczając z mocą, z autorytetem, który wytrącał z równowagi religijnych przywódców. A wieczorami wracał do Betanii, do naszego domu, do bezpiecznej przystani, jaką dla Niego stworzyliśmy.

Z każdym dniem był coraz poważniejszy, coraz bardziej zamyślony. Jego uczniowie nie rozumieli, co się dzieje – wciąż marzyli o królestwie ziemskim, o pozycjach u Jego boku, gdy zasiądzie na tronie Dawida. Ale ja, siedząc u Jego stóp, słuchając Jego słów, patrząc w Jego oczy, wiedziałam, że zbliża się coś strasznego, coś ostatecznego.

A potem, w czwartek wieczorem, Jezus i Jego uczniowie nie wrócili do Betanii. Zostali w Jerozolimie, by świętować Paschę. Czekaliśmy na nich całą noc, niepokój rósł z każdą godziną. A nad ranem przyszły wieści – Jezus został aresztowany w Ogrodzie Getsemani, zdradzony przez jednego ze swoich uczniów, Judasza Iskariotę.

Pobiegliśmy do miasta, zrozpaczeni, zdezorientowani. Dowiedziałam się, że stoi przed Sanhedrynem, oskarżony o bluźnierstwo. Potem, że został odesłany do Piłata, rzymskiego namiestnika, z żądaniem wyroku śmierci.

Tłoczyłam się wśród ludzi na dziedzińcu Pretorium, próbując Go zobaczyć, próbując się do Niego dostać. Ale straże były bezlitosne, tłum agresywny. Słyszałam tylko okrzyki: „Ukrzyżuj Go! Ukrzyżuj Go!” – te same usta, które kilka dni wcześniej krzyczały „Hosanna”, teraz żądały Jego śmierci.

A potem zobaczyłam Go – wyprowadzonego na zewnątrz, z koroną cierniową wciśniętą na głowę, w purpurowym płaszczu narzuconym na ramiona w parodii królewskości, z twarzą zalaną krwią, spuchniętą od uderzeń. Ledwo Go poznałam – On, tak pełen godności, majestatu, teraz zredukowany do krwawej masy, do obiektu drwin i pogardy.

„Oto człowiek!”, zawołał Piłat, przedstawiając Go tłumowi. A tłum zawył jak stado wygłodniałych wilków, żądając śmierci, krwi, krzyża.

Nie mogłam na to patrzeć. Zakryłam twarz płaszczem i uciekłam, szlochając, nie mogąc uwierzyć, że to się dzieje naprawdę, że świat mógł się obrócić przeciwko Temu, który niósł tylko miłość, tylko światło, tylko prawdę.

Wróciłam do domu, ale nie mogłam usiedzieć w miejscu. Wróciłam do miasta, do Golgoty, gdzie jak się dowiedziałam, miała się odbyć egzekucja. I tam, stojąc z daleka, bo straże odpychały wszystkich, którzy okazywali Mu sympatię, zobaczyłam, jak umiera – przybity do krzyża, w męczarniach, które trwały godzinami.

Stałam tam razem z kilkoma kobietami, które, tak jak ja, kochały Go i podążały za Nim. Była wśród nas Jego matka, Maria, wspierana przez młodego Jana, jedynego z uczniów, który miał odwagę tam być. Była Maria Magdalena, której wybaczył grzechy i przywrócił godność. Byłam ja, której okazał łaskę wyboru lepszej cząstki.

Patrzyłyśmy, jak cierpi, jak walczy o każdy oddech, jak wypowiada słowa przebaczenia dla swoich oprawców, jak zapewnia skruszonego złoczyńcę, że dziś jeszcze będzie z Nim w raju, jak powierza swoją matkę opiece Jana.

A potem, o godzinie dziewiątej, krzyknął donośnym głosem: „Wykonało się!” – i umarł.

Ziemia się zatrzęsła, niebo pociemniało, zasłona w świątyni rozdarła się na dwoje. Nawet rzymski centurion, który nadzorował egzekucję, był wstrząśnięty i powiedział: „Prawdziwie, ten człowiek był Synem Bożym”.

Ale dla mnie to był koniec świata. Koniec nadziei, koniec radości, koniec wszystkiego, w co wierzyłam.

W ogrodzie o świcie

Ciało Jezusa zostało zdjęte z krzyża przez Józefa z Arymatei, członka Sanhedrynu, który był Jego tajemnym uczniem. Wraz z Nikodemem, innym przywódcą, który przyszedł kiedyś do Jezusa nocą, by z Nim rozmawiać, zajęli się pochówkiem. Owinęli Jego ciało w lniane płótna nasączone mirrą i aloesem, i złożyli w nowym grobie, wykutym w skale, niedaleko miejsca ukrzyżowania.

Wszystko działo się w pośpiechu, bo zbliżał się szabat, a Prawo zabraniało takich czynności w święty dzień. Ale ja i inne kobiety zapamiętałyśmy miejsce, by wrócić tam po szabacie i dokończyć obrzędy pogrzebowe zgodnie ze zwyczajem.

Sobota była najdłuższym dniem mojego życia. Siedziałam w domu, w ciemności, w ciszy, niezdolna do modlitwy, do płaczu, do myślenia. Łazarz i Marta próbowali mnie pocieszać, ale co mogli powiedzieć? Jakie słowa mogły ukoić ból po stracie Tego, który był światłem mojego życia?

W niedzielę, gdy tylko pierwsze promienie słońca zaczęły rozjaśniać horyzont, wyruszyłam wraz z Marią Magdaleną, Joanną i innymi kobietami do grobu. Niosłyśmy wonności i olejki, które przygotowałyśmy, by namaścić Jego ciało zgodnie z tradycją.

Po drodze martwiłyśmy się, kto odwali nam kamień od wejścia do grobu – był ciężki, a my byłyśmy same, bez mężczyzn, którzy mogliby nam pomóc. Ale gdy dotarłyśmy na miejsce, zobaczyłyśmy, że kamień jest już odsunięty. A grób… grób był pusty.

Stałyśmy tam, zdezorientowane, przestraszone, nie rozumiejąc, co się stało. Czy ktoś ukradł ciało? Czy rzymscy żołnierze? Czy może przeciwnicy Jezusa, którzy nienawidzili Go nawet po śmierci?

Maria Magdalena pobiegła do uczniów, by im o tym powiedzieć. Ja zostałam, niezrażona, zdeterminowana, by odnaleźć ciało mojego Pana, by dokończyć obrzędy, by oddać Mu ostatnią przysługę, na jaką zasługiwał.

Stałam przy grobie, płacząc, gdy nagle zobaczyłam dwóch mężczyzn w lśniących szatach – aniołów, jak później zrozumiałam. „Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych?”, zapytali. „Nie ma Go tutaj; zmartwychwstał, jak powiedział.”

Ich słowa brzmiały jak echo w mojej głowie, jak dzwon wybijający godzinę przebudzenia. Zmartwychwstał? Jak to możliwe? A jednak… a jednak czy nie widziałam, jak wskrzesił Łazarza po czterech dniach w grobie? Czy nie mówił wielokrotnie, że zostanie wydany na śmierć, ale trzeciego dnia zmartwychwstanie?

Pobiegłam z powrotem do miasta, do domu, gdzie ukrywali się uczniowie, by przekazać im tę niewiarygodną wieść. Ale oni nie uwierzyli – myśleli, że to majaczenia straumatyzowanej kobiety, że to wytwór żalu i tęsknoty.

Wróciłam więc do ogrodu, sama, zdezorientowana, balansująca między rozpaczą a nadzieją. I wtedy zobaczyłam człowieka stojącego niedaleko. Myślałam, że to ogrodnik, stróż tego miejsca.

„Kobieto, czemu płaczesz? Kogo szukasz?”, zapytał.

„Panie”, odpowiedziałam, wciąż myśląc, że to ogrodnik, „jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go złożyłeś, a ja Go zabiorę.”

A on powiedział tylko jedno słowo, moje imię: „Mario.”

I wtedy Go poznałam. Po sposobie, w jaki wypowiedział moje imię – z miłością, z czułością, z znajomością, której nikt inny nie posiadał. To był On, mój Pan, mój Nauczyciel, mój Jezus – żywy, prawdziwy, zmartwychwstały.

„Rabbuni!” – zawołałam, rzucając się do Jego stóp, chcąc Go objąć, dotknąć, upewnić się, że to nie sen, nie halucynacja, nie duch.

Ale On powstrzymał mnie łagodnie: „Nie zatrzymuj Mnie, bo jeszcze nie wstąpiłem do Ojca. Natomiast udaj się do moich braci i powiedz im: 'Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego oraz do Boga mego i Boga waszego.'”

Więc pobiegłam ponownie do uczniów, tym razem z jeszcze bardziej niewiarygodną wieścią: „Widziałam Pana! I to mi powiedział…” Ale oni wciąż nie wierzyli, wciąż myśleli, że to majaki rozpaczy.

Dopiero później, gdy On sam ukazał się im w zamkniętym pomieszczeniu, przeszedłszy przez zamknięte drzwi, gdy pokazał im swoje rany, gdy jadł z nimi, rozmawiał, wyjaśniał Pisma – dopiero wtedy uwierzyli.

A ja? Ja miałam przywilej być pierwszą, która Go zobaczyła zmartwychwstałego. Pierwszą, która usłyszała Jego głos po powrocie z krainy umarłych. Pierwszą, która zaniosła Dobrą Nowinę innym.

To był zaszczyt, którego nigdy nie będę godna, ale który przyjęłam z wdzięcznością, z pokorą, ze świadomością, że moje życie już nigdy nie będzie takie samo.

Życie w nadziei

Po Zmartwychwstaniu nic już nie było takie samo. Jezus ukazywał się nam wielokrotnie przez czterdzieści dni – w Jerozolimie, w Galilei, w różnych miejscach. Za każdym razem, gdy Go widziałam, moje serce płonęło jak ogień, a pewność, że On naprawdę zwyciężył śmierć, że naprawdę jest Tym, za kogo się podawał – Synem Bożym, Mesjaszem, Zbawicielem – stawała się coraz mocniejsza.

A potem, czterdziestego dnia, zabrał nas na Górę Oliwną, niedaleko Betanii. Tam, po raz ostatni, mówił nam o Królestwie Bożym, o Duchu Świętym, który miał zstąpić na nas, o misji, jaką nam powierzał – by iść na cały świat i głosić Ewangelię wszelkiemu stworzeniu.

A potem, na naszych oczach, został uniesiony do nieba, a obłok zabrał Go sprzed naszych oczu.

Staliśmy tam, wpatrzeni w niebo, nie mogąc uwierzyć, że znów nas opuścił. Ale dwaj mężczyźni w białych szatach – ci sami aniołowie, którzy byli przy pustym grobie – powiedzieli nam: „Mężowie galilejscy, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba.”

I tak, pełni nadziei, wróciliśmy do Jerozolimy, gdzie zgodnie z Jego poleceniem, czekaliśmy na obietnicę Ojca, na Ducha Świętego, który miał nas umocnić i poprowadzić.

Dziesięć dni później, w święto Pięćdziesiątnicy, obietnica się wypełniła. Duch Święty zstąpił na nas wszystkich, napełniając nas mocą, odwagą, żarem, którego nigdy wcześniej nie doświadczyliśmy. Mówiliśmy językami, których nigdy się nie uczyliśmy, głosząc wielkie dzieła Boże w sposób, który każdy rozumiał w swoim własnym języku.

Piotr, wcześniej tak przestraszony, że zaparł się Jezusa trzykrotnie, teraz stanął przed tłumem tysięcy ludzi i z mocą głosił Zmartwychwstałego. A jego słowa, napełnione Duchem, dotknęły serc słuchaczy, tak że trzy tysiące z nich przyjęło chrzest tego dnia.

Tak zaczął się Kościół – wspólnota wierzących, rodzina tych, którzy uznali Jezusa za Pana i Zbawiciela. Spotykaliśmy się w domach na łamaniu chleba, na modlitwie, na nauczaniu apostołów, na dzieleniu się wszystkim, co mieliśmy. Chwała Boża była nad nami, miłość panowała wśród nas, cuda działy się pośród nas.

Nasz dom w Betanii stał się jednym z takich miejsc spotkań. Wraz z Martą i Łazarzem otworzyliśmy go dla wszystkich, którzy chcieli usłyszeć o Jezusie, którzy chcieli Go poznać, którzy chcieli doświadczyć tego samego, co my.

Łazarz, wskrzeszony z martwych, był żywym świadectwem mocy Jezusa. A ja, która jako pierwsza zobaczyłam Zmartwychwstałego, opowiadałam swoją historię wszystkim, którzy chcieli słuchać. Nie byłam już tylko Marią, siostrą Marty i Łazarza – byłam świadkiem, apostołką Zmartwychwstania, tą, której Jezus powierzył Dobrą Nowinę.

Prześladowania i rozproszenie

Nie wszystkim podobała się nasza działalność. Przywódcy religijni, ci sami, którzy doprowadzili do ukrzyżowania Jezusa, teraz skierowali swoją wściekłość przeciwko nam, Jego wyznawcom. Zaczęły się aresztowania, procesy, biczowania, więzienia.

Szczepan, jeden z siedmiu diakonów wybranych, by służyć wspólnocie, został ukamienowany za świadectwo o Jezusie – pierwszy męczennik nowej wiary. Przy jego śmierci był młody faryzeusz imieniem Szaweł, który później, po spotkaniu ze Zmartwychwstałym na drodze do Damaszku, stał się Pawłem, największym z apostołów, niosącym Ewangelię poganom.

Prześladowanie wybuchło z nową siłą. Wielu wierzących uciekło z Jerozolimy, rozpraszając się po całej Judei, Samarii, a nawet dalej – do Antiochii, na Cypr, do Azji Mniejszej. Ale gdziekolwiek szli, nieśli ze sobą Dobrą Nowinę o Jezusie, zyskując nowych wyznawców, zakładając nowe wspólnoty.

Nasz dom w Betanii też nie uniknął kłopotów. Łazarz, jako znany przypadek wskrzeszenia, był szczególnym celem dla przeciwników. Kilkakrotnie próbowano go zabić, by zatrzeć dowód mocy Jezusa. W końcu, po kilku latach, musieliśmy opuścić Betanię – nasz dom, naszą ziemię, miejsce, gdzie dorastaliśmy, gdzie przeżyliśmy tyle radości i bólu.

Udaliśmy się na Cypr, gdzie byliśmy bezpieczniejsi, dalej od zasięgu władz żydowskich, pod opieką rzymskiej administracji, która jeszcze nie uznawała naszej wiary za zagrożenie dla imperium.

I tam, na Cyprze, kontynuowaliśmy naszą misję – Łazarz, jako żywy dowód zmartwychwstania; Marta, jako strażniczka domu modlitwy; i ja, jako świadek życia, śmierci i zmartwychwstania Jezusa, jako ta, która namaściła Go na pogrzeb, nie wiedząc, że jest to proroczy gest.

Testament dla przyszłych pokoleń

Dziś, trzydzieści lat po tych wydarzeniach, jestem już starą kobietą. Moje włosy są siwe, moje ręce drżące, mój wzrok słaby. Łazarz odszedł do Pana pięć lat temu, w spokoju, dzieląc się do końca swoim świadectwem z każdym, kto chciał słuchać. Marta wciąż jest ze mną, wciąż dba o dom, o gościnność, o praktyczne aspekty naszej małej wspólnoty tutaj, na Cyprze.

A ja? Ja wciąż pamiętam. Wciąż widzę Jego twarz, gdy patrzył na mnie z łagodnością, gdy siedziałam u Jego stóp. Wciąż słyszę Jego głos, gdy wypowiadał moje imię w ogrodzie, w poranek Zmartwychwstania. Wciąż czuję Jego obecność, gdy łamiemy chleb na Jego pamiątkę, gdy dzielimy się winem, które jest Jego krwią, chlebem, który jest Jego ciałem.

I wciąż mam w sercu to, co wybrałam u Jego stóp – tę lepszą cząstkę, której nie zostałam pozbawiona nawet przez śmierć, nawet przez prześladowania, nawet przez upływ czasu.

Spisuję te wspomnienia jako testament dla przyszłych pokoleń – dla tych, którzy uwierzą bez zobaczenia, dla tych, którzy będą kochać bez dotknięcia, dla tych, którzy będą podążać Jego drogą, choć nigdy nie usłyszą Jego głosu na tej ziemi.

Chcę, byście wiedzieli, że On był prawdziwy – nie legenda, nie mit, nie wymysł, ale prawdziwy człowiek, który chodził po naszej ziemi, jadł przy naszych stołach, spał pod naszym dachem. I prawdziwy Bóg, który opanowywał burze, uzdrawiał chorych, wskrzeszał umarłych, i który sam powstał z martwych, zwyciężając śmierć raz na zawsze.

Chcę, byście wiedzieli, że miłość, którą okazał, była prawdziwa – nie sentymentalna, nie abstrakcyjna, ale konkretna, kosztowna, ofiarna, miłość, która nie cofa się przed cierpieniem, przed śmiercią, przed oddaniem wszystkiego.

Chcę, byście wiedzieli, że obietnica, którą złożył, jest prawdziwa – że On powróci, że zbierze swoich z czterech stron świata, że ustanowi swoje Królestwo w pełni, że otrze wszelką łzę z naszych oczu, że nie będzie już śmierci ani bólu, ani płaczu, ani cierpienia.

I chcę, byście wiedzieli, że wybór, którego dokonałam u Jego stóp – wybór tej lepszej cząstki – jest możliwy również dla was. Gdziekolwiek jesteście, w jakimkolwiek czasie żyjecie, kimkolwiek jesteście – mężczyzną czy kobietą, Żydem czy poganinem, wolnym czy niewolnikiem – możecie wybrać tę samą cząstkę, która została mi dana: siedzieć u Jego stóp, słuchać Jego słów, kochać Go całym sercem, oddać Mu wszystko, co macie.

Jak ja, gdy rozbiłam alabastrowy flakonik, wylewając na Niego najdroższy olejek, tak i wy możecie oddać Mu to, co macie najcenniejszego – swoje życie, swój czas, swoje talenty, swoją miłość.

A On przyjmie to, jak przyjął mój dar – z miłością, z wdzięcznością, z obietnicą, że nie zostanie to zapomniane, że będzie miało znaczenie, że będzie trwać na wieki.

Niech pokój Jezusa, mojego Pana i Nauczyciela, będzie z wami. Niech Jego miłość napełnia wasze serca. Niech Jego Duch prowadzi was każdego dnia. I niech nadzieja na Jego powrót podtrzymuje was w każdej próbie.

Maria z Betanii, świadek Zmartwychwstania


„A gdy Jezus był w Betanii, w domu Szymona Trędowatego, przystąpiła do Niego kobieta z alabastrowym flakonikiem drogiego olejku i wylała Mu go na głowę, gdy spoczywał przy stole. Widząc to, uczniowie oburzali się, mówiąc: «Na co takie marnotrawstwo? Przecież można było drogo to sprzedać i rozdać ubogim». Lecz Jezus, zauważywszy to, rzekł im: «Czemu sprawiacie przykrość tej kobiecie? Dobry uczynek spełniła względem Mnie. Albowiem zawsze ubogich macie u siebie, lecz Mnie nie zawsze macie. Wylewając ten olejek na moje ciało, na mój pogrzeb to uczyniła. Zaprawdę, powiadam wam: Gdziekolwiek po całym świecie będzie głoszona ta Ewangelia, będzie się również opowiadać na jej pamiątkę o tym, co uczyniła».” – Ewangelia według św. Mateusza 26:6-13

Ten wpis został opublikowany w kategorii Nowy Testament. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *