Rozdział I: Warsztat przy Via Dolorosa
Nazywam się Joszua ben Jakub i jestem cieślą. Mój warsztat znajduje się przy wąskiej uliczce w Jerozolimie, niedaleko od twierdzy Antonia, gdzie stacjonują rzymscy żołnierze. To niewielkie pomieszczenie, wypełnione zapachem świeżo heblowanego drewna cedrowego i dębowego, które sprowadzam z Libanu i Galilei. Przez małe okno wpada promień słońca, oświetlając drobiny pyłu drzewnego unoszące się w powietrzu jak złote iskry.
Urodziłem się czterdzieści dwa lata temu w rodzinie rzemieślników. Mój ojciec, Jakub, był cieślą przed mną, podobnie jak jego ojciec i ojciec jego ojca. Od dziecka uczyłem się rozpoznawać gatunki drewna po zapachu, fakturze i kolorze. Potrafię powiedzieć, czy drzewo było ścięte w odpowiednim czasie, czy drewno jest dostatecznie wysezonowane, czy nadaje się do budowy dachu, czy raczej na meble.
Moje ręce są spracowane, pokryte bliznami po latach pracy. Każda blizna ma swoją historię – ta na lewym kciuku powstała, gdy jako dwunastolatek po raz pierwszy użyłem ostrego dłuta, ta na prawym przedramieniu to pamiątka po upadku belki podczas budowy domu kupca Eliasza. Moje dłonie znają każde narzędzie w warsztacie: hebel, który należał jeszcze do mojego dziadka, piłę o zębach wypolerowanych przez lata użytkowania, młotek z rękojeścią wygładzoną przez pokolenia rzemieślników.
Żyję w czasach niepewnych. Jerozolima jest miastem pełnym napięć. Rzymianie rządzą żelazną ręką, a w narodzie wzrasta niepokój. Co jakiś czas słychać o kolejnym samozwańczym mesjaszu, który obiecuje wyzwolenie spod rzymskiego jarzma. Niektórzy z nich kończą na krzyżu – rzymskiej machinie śmierci, którą najeźdźcy sprowadzili do naszej świętej ziemi.
Moja żona, Miriam, często prosi mnie, bym unikał zamówień od Rzymian. Ale w tych czasach nie można sobie pozwolić na wybieranie klientów. Mam troje dzieci – najstarszy Dawid ma szesnaście lat i już pomaga mi w warsztacie, młodsza Sara ma dwanaście lat, a najmłodszy Beniamin dopiero osiem. Muszę ich wyżywić, zapewnić dach nad głową, a może nawet odłożyć trochę na posag dla Sary.
Pracuję od świtu do zmierzchu. Wykonuję różne zlecenia – od prostych stołów i ław po skomplikowane konstrukcje dachowe. Czasem naprawiam wozy kupców podróżujących Via Maris, czasem buduję szafki na zwoje Tory dla pobliskiej synagogi. Każde zlecenie traktuję z równą starannością, bo wierzę, że praca wykonana uczciwie jest formą modlitwy.
W mojej dzielnicy wszyscy się znają. Po sąsiedzku mieszka garncarz Szymon, który często wymienia ze mną towary – ja robię mu półki na gliniane naczynia, on daje mi misy i dzbany dla mojej rodziny. Po drugiej stronie ulicy jest piekarnia starego Mordechaja, skąd co rano unosi się zapach świeżego chleba. Jego syn, młody Józef, często przychodzi do mnie po deski do pieca.
Moje życie toczy się według ustalonego rytmu. Wstaję przed świtem, odmawiam modlitwę poranną, jem skromne śniadanie – kawałek chleba z oliwą i oliwkami, czasem ser kozi. Potem idę do warsztatu, gdzie pracuję do południa. W najgorętszej porze dnia robię przerwę, wracam do domu na posiłek z rodziną. Po południu wracam do pracy i zostaje w warsztacie, dopóki światło dzienne pozwala mi widzieć szczegóły drewna.
Wieczorami, gdy słońce chowa się za wzgórzami Judei, wracam do domu. Miriam przygotowuje kolację – często jest to soczewica z warzywami, czasem ryba, w szabat zawsze coś specjalnego. Siedzimy razem, rozmawiamy o tym, co wydarzyło się w ciągu dnia. Dawid opowiada o postępach w nauce rzemiosła, Sara pomaga matce, a mały Beniamin biega po domu, udając, że jest wojownikiem Machabeuszem.
Czasem wieczorami przychodzą sąsiedzi. Siedzimy na dachu mojego domu, gdzie jest chłodniej, i rozmawiamy o wszystkim – o cenach na targu, o nowych zarządzeniach rzymskich, o tym, co słychać w Świątyni. Stary Mordechaj często opowiada historie z czasów swojej młodości, gdy Herod Wielki rozbudowywał Świątynię. Mówi, że wtedy było więcej pracy dla wszystkich rzemieślników, ale też więcej strachu.
W szabat nie pracuję. To dzień odpoczynku i modlitwy. Rano idziemy całą rodziną do synagogi. Lubię słuchać czytania Tory, szczególnie fragmentów o budowie Arki Przymierza i Świątyni Salomona. Jako cieśla czuję szczególną więź z tymi opowieściami o świętych konstrukcjach z drewna.
Po synagodze wracamy do domu na uroczysty posiłek. Miriam przygotowuje go już dzień wcześniej – jest chała, wino, ryba, wszystko, co najlepsze, na co możemy sobie pozwolić. Po posiłku często śpimy lub siedzimy w cieniu, rozmawiając cicho. Nie wolno mi nawet dotknąć narzędzi w szabat, więc warsztat pozostaje zamknięty, a ja odpoczywam.
Rozdział II: Zlecenie
Był zwykły czwartkowy poranek w miesiącu Nisan. Pamiętam to dokładnie, bo zbliżała się Pascha i w mieście było więcej ludzi niż zwykle. Pielgrzymi z całej Judei, Galilei, a nawet z diaspory przybywali do Jerozolimy na święto. Ulice były zatłoczone, na targach panował większy ruch niż zwykle, ceny wszystkiego szły w górę.
Właśnie kończyłem heblować deskę na nową ławę do domu kupca Nathana, gdy do warsztatu wszedł rzymski żołnierz. Nie był to zwykły legionista – po czerwonym płaszczu i ozdobach na zbroi poznałem, że to centurion. Był wysoki, szeroki w barach, z bliznami na twarzy świadczącymi o wielu bitwach. Jego oczy były zimne, szare jak stal miecza.
Nazywał się Marcus Quintus. Mówił łamaną aramejską z silnym łacińskim akcentem. Powiedział, że potrzebuje wykonać specjalne zlecenie na jutro rano. Nie było to niezwykłe – Rzymianie często zamawiał u mnie różne rzeczy: części do machin wojennych, belki do umocnień, czasem nawet meble do swoich kwater.
„Potrzebuję trzech belek,” powiedział, patrząc na mnie uważnie. „Dwie długie, jedną krótszą, poprzeczną. Mocne, z twardego drewna. Muszą wytrzymać duży ciężar.”
Zapytałem, do czego mają służyć. Czasem wiedza o przeznaczeniu pomaga mi lepiej dobrać drewno i sposób obróbki. Marcus zawahał się przez moment, potem wzruszył ramionami.
„Na krzyże,” odpowiedział krótko. „Jutro rano mamy egzekucję. Trzech skazańców.”
Poczułem, jak coś ściska mnie w żołądku. Wykonywałem już wcześniej takie zlecenia, choć nigdy nie podobały mi się. Krzyż to okrutna śmierć, wymyślona przez Rzymian jako ostrzeżenie dla wszystkich, którzy ośmieliliby się przeciwstawić imperium. Ale co mogłem zrobić? Odmówić centurionowi?
„Ile zapłacisz?” zapytałem, starając się, by mój głos brzmiał obojętnie.
Marcus rzucił na stół sakiewkę z monetami. Brzęknęło srebro. Było tam więcej, niż zwykle płacili za takie zlecenie. Może dlatego, że potrzebowali tego na jutro, może dlatego, że zbliżała się Pascha i wszystko było droższe.
„Mają być gotowe przed świtem,” powiedział. „Przyślę żołnierzy, żeby je zabrali.”
Kiwnąłem głową. Marcus odwrócił się i wyszedł, jego sandały głośno stukały o kamienną posadzkę. Zostałem sam ze srebrnikami na stole i ciężarem tego zlecenia.
Przez chwilę stałem nieruchomo, patrząc na monety. Trzydzieści srebrników. Tyle samo, co cena niewolnika. Pomyślałem o Miriam, o tym, co powie, gdy się dowie. Pomyślałem o moich dzieciach. Ten pieniądz wystarczy na jedzenie na kilka tygodni, może nawet będę mógł kupić nowe narzędzia, które potrzebuję.
Westchnąłem ciężko i zabrałem się do pracy. Wybrałem najlepsze kawałki drewna, jakie miałem – mocny dąb na belki pionowe i solidną sosnę na belki poprzeczne. Drewno było dobrze wysezonowane, suche, bez sęków, które mogłyby osłabić konstrukcję.
Pracowałem metodycznie, tak jak mnie uczono. Najpierw zmierzyłem i wyciąłem belki na odpowiednią długość. Pionowe belki miały około czterech metrów długości, poprzeczne około dwóch metrów. Potem wygładziłem powierzchnię, usuwając wszystkie drzazgi i nierówności. Nie chciałem, żeby były gładkie jak meble – to w końcu narzędzia śmierci – ale nie mogły też być zbyt szorstkie, bo mogłyby się złamać pod ciężarem.
Podczas pracy starałem się nie myśleć o tym, do czego posłużą te belki. Skupiałem się na technicznych aspektach: czy drewno jest dostatecznie mocne, czy złącza będą trzymać, czy wymiary są odpowiednie. To była tylko praca, powtarzałem sobie. Tylko praca.
Gdy słońce zaczęło zachodzić, byłem już prawie gotowy z pierwszym krzyżem. Dawid przyszedł mi pomóc, jak zawsze po południu. Zatrzymał się w drzwiach, gdy zobaczył, nad czym pracuję.
„Tato, czy to…?” zaczął, ale nie dokończył.
„Pomóż mi z tą belką,” powiedziałem, unikając jego wzroku. „Musi być gotowa przed świtem.”
Pracowaliśmy w milczeniu. Dawid podawał mi narzędzia, przytrzymywał drewno, gdy je obrabiałem. Widziałem, że ma wiele pytań, ale się nie odzywał. To dobry chłopak, pomyślałem. Wie, kiedy lepiej milczeć.
Gdy zapadła noc, zapaliłem lampy oliwne i kontynuowałem pracę. Miriam przyniosła mi kolację do warsztatu – chleb, ser, dzban wody. Postawiła tacę na stole i spojrzała na belki.
„Kto?” zapytała cicho.
„Nie wiem,” odpowiedziałem. „Marcus nie powiedział. Trzech skazańców.”
Pokręciła głową ze smutkiem. „To niedobrze, Joszua. To przyniesie nieszczęście.”
„To przyniesie jedzenie na nasz stół,” odpowiedziałem ostrzej, niż zamierzałem.
Miriam nic nie powiedziała, tylko wyszła. Wiedziałem, że jest zła, ale co mogłem zrobić? Żyjemy w czasach, gdy trzeba brać pracę, jaka się trafi.
Pracowałem przez całą noc. Drugi krzyż był gotowy około północy, trzeci ukończyłem na krótko przed świtem. Gdy pierwsze promienie słońca zaczęły rozjaśniać niebo nad Górą Oliwną, wszystkie trzy krzyże leżały gotowe w moim warsztacie.
Były solidne, mocne, wykonane z najlepszego drewna. Każde złącze było perfekcyjne, każda powierzchnia gładko obrobiona. Gdyby to były meble, byłbym z nich dumny. Ale to nie były meble. To były narzędzia śmierci, i czułem ciężar tej wiedzy.
Rozdział III: Piątkowy poranek
Nie spałem tej nocy. Po ukończeniu krzyży siedziałem w warsztacie, czekając na żołnierzy. Myślałem o tym, kto zostanie na nich ukrzyżowany. Może to złodzieje? Mordercy? A może buntownicy przeciw Rzymowi? W tych czasach łatwo było trafić na krzyż – wystarczyło powiedzieć niewłaściwe słowo w niewłaściwym miejscu.
Tuż po wschodzie słońca usłyszałem kroki. Ciężkie, miarowe – rzymscy legioniści. Było ich czterech, prowadzonych przez tego samego centuriona Marcusa, który wczoraj złożył zamówienie. Weszli do warsztatu, zajmując całą przestrzeń swoją obecnością.
Marcus obejrzał krzyże, sprawdzając ich solidność. Kiwnął głową z aprobatą.
„Dobra robota, cieślo,” powiedział. „Zapłata jest twoja.”
Wskazał na sakiewkę, którą zostawił wczoraj. Nie dotknąłem jej przez całą noc.
Żołnierze zabrali krzyże, niosąc je na ramionach. Obserwowałem przez okno, jak odchodzą ulicą w kierunku twierdzy Antonia. Tam zwykle przetrzymywali więźniów przed egzekucją.
Wróciłem do domu, żeby coś zjeść i może trochę odpocząć. Miriam przywitała mnie w milczeniu. Dzieci już wstały – Dawid pomagał matce w przygotowaniach do szabatu, który zaczynał się tego wieczoru. Sara bawiła się z Beniaminem na podwórzu.
„Skończyłeś?” zapytała Miriam, nie patrząc mi w oczy.
„Tak,” odpowiedziałem. „To już po wszystkim.”
Jakże się myliłem.
Około trzeciej godziny dnia, gdy słońce stało wysoko na niebie, przez miasto przeszedł dziwny szum. Ludzie biegali ulicami, krzycząc coś o procesie przed Piłatem. Mówili o jakimś Nauczycielu z Galilei, który został skazany na śmierć.
Wyszedłem z domu, żeby zobaczyć, co się dzieje. Ulice były pełne ludzi. Jedni płakali, inni krzyczeli, jeszcze inni stali w milczeniu z kamiennymi twarzami. Przepchnąłem się przez tłum w kierunku głównej ulicy, którą zwykle prowadzono skazańców na miejsce egzekucji.
I wtedy go zobaczyłem.
Szedł środkiem ulicy, dźwigając na ramionach belkę poprzeczną krzyża. Belkę, którą sam wyciąłem i wygładziłem poprzedniej nocy. Był młody, może trzydzieści kilka lat. Twarz miał zakrwawioną, na głowie cierniową koronę. Rzymscy żołnierze bili go, gdy się potykał pod ciężarem drewna.
Ale to nie jego wygląd mnie wstrząsnął. To były jego oczy. Gdy na moment podniósł głowę, nasze spojrzenia się spotkały. W jego oczach nie było nienawiści, nie było strachu. Była tam jakaś dziwna mieszanka bólu i… współczucia? Jakby mi wybaczał, choć nie wiedział nawet, kim jestem.
Tłum wokół był podzielony. Niektórzy krzyczeli: „Ukrzyżuj go!” Inni płakali i zawodzili. Kobiety klękały przy drodze, wyciągając ręce w jego kierunku. Słyszałem fragmenty rozmów:
„To ten, który uzdrawiał chorych…” „Mówił, że jest Synem Bożym…” „Wypędził kupców ze Świątyni…” „Niewiniątko! Piłat nie znalazł w nim winy!”
Poczułem, jak grunt usuwa mi się spod nóg. Kim był ten człowiek? Co takiego zrobił, że jedni go kochali, a inni nienawidzili z taką pasją?
Ktoś szturchnął mnie w ramię. Odwróciłem się i zobaczyłem swojego sąsiada, garncarza Szymona.
„To Jezus z Nazaretu,” powiedział cicho. „Nauczyciel i prorok. Mój szwagier słyszał go przemawiającego w Kafarnaum. Mówił rzeczy, jakich nikt wcześniej nie mówił. O miłości do nieprzyjaciół, o przebaczeniu, o Królestwie Bożym.”
„I za to go ukrzyżują?” zapytałem, czując suchość w gardle.
Szymon wzruszył ramionami. „Kapłani mówią, że bluźnił. Że podawał się za Mesjasza. Rzymianie mówią, że podburzał lud.”
Patrzyłem, jak Jezus oddala się ulicą w kierunku Golgoty. Nogi miałem jak z ołowiu. Chciałem biec za nim, krzyczeć, że to pomyłka, że krzyż, który dźwiga, nie był przeznaczony dla niego. Ale stałem jak sparaliżowany.
Procesja zniknęła za zakrętem. Tłum ruszył za nią, jedni z ciekawości, inni z oddania, jeszcze inni z żądzy krwi. Ja zostałem, stojąc pośrodku opustoszałej ulicy.
Powoli wróciłem do warsztatu. Usiadłem ciężko na stołku i ukryłem twarz w dłoniach. Co ja uczyniłem? Czy to możliwe, że moje ręce, te ręce, które tyle razy budowały domy dla rodzin, meble do domów modlitwy, zabawki dla dzieci – czy to możliwe, że te same ręce stworzyły narzędzie śmierci dla… kogo? Proroka? Mesjasza? Szaleńca?
Rozdział IV: Golgota
Nie mogłem zostać w warsztacie. Coś ciągnęło mnie na Golgotę, jakby niewidzialna siła zmuszała mnie, bym zobaczył konsekwencje swojej pracy. Zamknąłem warsztat i ruszyłem za tłumem.
Golgota, Miejsce Czaszki, leżała poza murami miasta. To ponure wzgórze, gdzie Rzymianie wykonywali egzekucje. Ziemia tam była twarda, nieprzyjazna, jakby sama natura odwracała się od tego, co się tam działo.
Gdy dotarłem na miejsce, ukrzyżowanie już się rozpoczęło. Trzy krzyże stały na tle zachmurzonego nieba. Po bokach wisiało dwóch złoczyńców, w środku – Jezus z Nazaretu.
Stałem w tłumie, nie mogąc oderwać wzroku od środkowego krzyża. Moje krzyże. Moja praca. Belki, które tak starannie obrabaiłem, teraz podtrzymywały umęczone ciało tego człowieka.
Rzymscy żołnierze rzucali kości o jego szaty. Niektórzy z tłumu szydzili: „Innych ratował, niech teraz siebie uratuje!” „Jeśli jesteś Synem Bożym, zejdź z krzyża!”
Ale byli też tacy, którzy płakali. Grupa kobiet stała blisko krzyża, wśród nich młoda kobieta, która wyglądała, jakby jej serce pękało na tysiąc kawałków. Ktoś szepnął, że to jego matka. Patrzyłem na nią i myślałem o Miriam, o tym, jak by się czuła, gdyby to nasz Dawid wisiał na krzyżu.
Nagle Jezus podniósł głowę i przemówił. Jego głos był słaby, ale w dziwnej ciszy, która zapadła, słowa niosły się wyraźnie:
„Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią.”
Poczułem, jakby ktoś uderzył mnie w pierś. Przebacz im? Komu? Żołnierzom, którzy go przybili do krzyża? Kapłanom, którzy go oskarżyli? Tłumowi, który krzyczał „Ukrzyżuj”? Czy… czy mnie, cieśli, który zbudował narzędzie jego męki?
Czas płynął dziwnie na tym wzgórzu. Godziny wydawały się jak dni. Słońce, które rano świeciło jasno, teraz skryło się za gęstymi chmurami. Około szóstej godziny nastała ciemność, niepodobna do niczego, co wcześniej widziałem. To nie był zwykły zachód słońca – to było, jakby samo niebo pogrążyło się w żałobie.
Jeden ze złoczyńców, wiszących obok, zaczął drwić z Jezusa. Ale drugi go powstrzymał i zwrócił się do Jezusa: „Wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swojego królestwa.”
Jezus odpowiedział mu: „Zaprawdę powiadam ci, dziś będziesz ze mną w raju.”
Raj? O czym on mówił? Jak umierający człowiek mógł obiecywać raj?
Stałem tam, drżąc, choć nie było zimno. Każdy jęk bólu, który dochodził z krzyża, był jak gwóźdź wbijany w moje serce. To ja dałem Rzymianom narzędzie do tego. Moje ręce, moje umiejętności posłużyły do tego.
Około dziewiątej godziny Jezus zawołał głośno: „Eli, Eli, lema sabachtani?” – „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”
Ten krzyk… Ten krzyk będzie mnie prześladował do końca moich dni. To był krzyk kogoś, kto cierpiał nie tylko fizycznie, ale duchowo, w sposób, którego nie mogłem pojąć.
Potem powiedział: „Pragnę.”
Jeden z żołnierzy namoczył gąbkę w occie i podał mu na końcu włóczni. Jezus skosztował, a potem powiedział: „Wykonało się.”
I umarł.
W tej samej chwili ziemia zadrżała. Nie było to zwykłe trzęsienie – czułem, jakby sama ziemia protestowała przeciw temu, co się stało. Skały pękały, a w oddali słyszałem krzyki przerażenia z miasta.
Rzymski centurion, ten sam Marcus, który zamówił u mnie krzyże, stał u stóp krzyża. Widziałem jego twarz – była blada, przerażona. Usłyszałem, jak mówi: „Prawdziwie, ten człowiek był Synem Bożym.”
Rozdział V: Po zmroku
Gdy Jezus umarł, większość tłumu zaczęła się rozchodzić. Szabat miał się rozpocząć o zachodzie słońca, a ludzie musieli się przygotować. Ja jednak nie mogłem się ruszyć. Stałem jak wmurowany, patrząc na moje dzieło – trzy krzyże na tle ciemnego nieba.
Wtedy zobaczyłem dwóch mężczyzn zbliżających się do krzyża. Jeden był bogato ubrany – później dowiedziałem się, że to był Józef z Arymatei, członek Sanhedrynu. Drugi to był Nikodem, faryzeusz, którego znałem z widzenia.
Mieli pozwolenie od Piłata na zabranie ciała. Obserwowałem, jak delikatnie zdejmują ciało Jezusa z krzyża. Z mojego krzyża. Robili to z taką czułością, z takim szacunkiem, jakby obchodzili się z najcenniejszym skarbem.
Matka Jezusa podeszła i wzięła jego głowę na swoje kolana. Jej łzy spadały na jego twarz, zmywając krew i bród. Nigdy nie zapomnę jej twarzy – była tam taka mieszanka bólu i… czego? Nie potrafię tego nazwać. Jakby wiedziała coś, czego reszta z nas nie rozumiała.
Zawinęli ciało w czyste płótno i ponieśli do pobliskiego ogrodu, gdzie Józef miał nowy grób, wykuty w skale. Poszedłem za nimi z daleka, nie śmiejąc się zbliżyć, ale nie mogąc też odejść.
Gdy złożyli ciało w grobie i zatoczyli wielki kamień przed wejście, słońce już prawie zaszło. Szabat się rozpoczynał. Musiałem wracać do domu.
Szedłem ulicami Jerozolimy jak we śnie. Miasto było dziwnie ciche, jakby wszyscy wstrzymywali oddech. Gdy dotarłem do domu, Miriam czekała przy drzwiach.
„Gdzie byłeś?” zapytała. „Szabat już się zaczyna.”
„Na Golgocie,” odpowiedziałem cicho.
Spojrzała na mnie uważnie, widząc coś w mojej twarzy. „Co się stało?”
„Ukrzyżowali Nauczyciela z Nazaretu. Na krzyżu, który zrobiłem.”
Miriam zbladła. „Tego, o którym mówią, że czynił cuda?”
Kiwnąłem głową, nie ufając swojemu głosowi.
Objęła mnie, a ja poczułem, jak po raz pierwszy od wielu godzin mogę oddychać. Ale ciężar na moim sercu pozostał.
Szabatowa kolacja była cicha. Nawet dzieci wyczuwały, że coś jest nie tak. Odmówiliśmy modlitwy, ale słowa brzmiały pusto. Jak mogłem chwalić Boga, gdy moje ręce posłużyły do zabicia kogoś, kto mógł być Jego wysłannikiem?
Tej nocy nie spałem. Leżałem w ciemności, słuchając oddechów śpiącej rodziny, i myślałem o wszystkim, co się wydarzyło. Przypominałem sobie każde słowo, które Jezus wypowiedział na krzyżu. „Przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią.” Czy to odnosiło się także do mnie? Czy nie wiedziałem, co czynię, gdy budowałem ten krzyż?
Rozdział VI: Szabat niepokoju
Szabat, który nastał po ukrzyżowaniu, był najdziwniejszym szabatem w moim życiu. Zwykle był to dzień radości i odpoczynku, ale tego dnia całe miasto zdawało się pogrążone w dziwnym napięciu.
Poszliśmy do synagogi, jak zawsze, ale atmosfera była ciężka. Niektórzy szeptali o wydarzeniach z poprzedniego dnia, inni milczeli z kamiennymi twarzami. Rabin czytał z Księgi Izajasza, fragment o cierpiącym słudze:
„Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, mąż boleści, oswojony z cierpieniem… Lecz on się obarczył naszym cierpieniem, on dźwigał nasze boleści…”
Słowa te przeszyły mnie jak miecz. Czy to możliwe, że prorok sprzed wieków mówił o tym, co wydarzyło się wczoraj? Spojrzałem po twarzach zgromadzonych. Niektórzy mieli łzy w oczach, inni patrzyli w podłogę.
Po nabożeństwie wróciłem do domu, ale nie mogłem znaleźć spokoju. Chodziłem po domu jak lew w klatce. Miriam próbowała ze mną rozmawiać, ale nie potrafiłem wyrazić tego, co czułem.
Po południu przyszedł do nas garncarz Szymon. Usiedliśmy na dachu, z dala od uszu dzieci.
„Słyszałeś, co mówią?” zapytał cicho. „Że w chwili jego śmierci zasłona w Świątyni rozdarła się na dwoje. Od góry do dołu.”
„To niemożliwe,” odpowiedziałem. „Ta zasłona jest gruba jak dłoń męża.”
„A jednak tak mówią ci, którzy tam byli. I że grobowce się otworzyły, i że widziano zmarłych chodzących po mieście.”
Zadrżałem mimo ciepłego popołudnia. „Co to wszystko znaczy, Szymonie?”
„Nie wiem,” odpowiedział. „Ale niektórzy mówią, że zabiliśmy Mesjasza.”
„My?” zapytałem gorzko. „To ja zrobiłem krzyż.”
Szymon położył rękę na moim ramieniu. „Nie ty jeden masz krew na rękach, przyjacielu. Wszyscy milczeliśmy, gdy krzyczeli 'Ukrzyżuj go’. Wszyscy jesteśmy winni.”
Gdy odszedł, zostałem na dachu, patrząc w kierunku Golgoty. Krzyże wciąż tam stały – Rzymianie zwykle zostawiali je na kilka dni jako ostrzeżenie. Moje dzieło. Mój wstyd.
Wieczorem, gdy słońce zachodziło, kończąc szabat, poczułem dziwną potrzebę pójścia do mojego warsztatu. Nie mogłem pracować w szabat, ale teraz, gdy się kończył, chciałem być wśród moich narzędzi, w miejscu, które znałem najlepiej.
Warsztat był cichy, ciemny. Zapaliłem lampę i rozejrzałem się. Wszystko było tak, jak zostawiłem w piątek rano. Wióry na podłodze, niedokończona ława dla kupca Nathana, narzędzia poukładane na swoich miejscach.
Ale coś się zmieniło. Nie potrafiłem już patrzeć na nie tak samo. Te same dłuta, które służyły do rzeźbienia pięknych wzorów, posłużyły do wykonania narzędzia śmierci. Ten sam hebel, którym wygładzałem deski na kołyski dla niemowląt, wygładził belki krzyża.
Usiadłem przy stole roboczym i wziąłem do ręki kawałek drewna – był to kawałek tego samego dębu, z którego zrobiłem pionową belkę krzyża. Obracałem go w palcach, czując jego ciężar, fakturę, zapach.
Nagle drzwi warsztatu otworzyły się cicho. Wszedł młody mężczyzna, którego nie znałem. Był ubrany prosto, ale czysto, miał inteligentną twarz i przenikliwe oczy.
„Jesteś Joszua, cieśla?” zapytał.
„Tak,” odpowiedziałem ostrożnie. „Czego chcesz? Szabat dopiero się skończył.”
„Wiem,” powiedział. „Nazywam się Jan. Byłem uczniem Nauczyciela.”
Serce podskoczyło mi do gardła. „Czego ode mnie chcesz?”
Jan podszedł bliżej, jego twarz była spokojna, ale widziałem ślady łez. „Chciałem zobaczyć człowieka, który zrobił krzyż.”
„Przyszedłeś mnie oskarżyć?” zapytałem, czując, jak ręce mi drżą.
„Nie,” odpowiedział łagodnie. „Przyszedłem ci powiedzieć, że On by ci przebaczył. Zawsze mówił, że przyszedł nie sądzić, ale zbawić.”
„Jak możesz to mówić?” wybuchnąłem. „Zrobiłem narzędzie jego śmierci!”
„A rzymski żołnierz wbił gwoździe. A Piłat wydał wyrok. A Kajfasz go oskarżył. A Judasz go zdradził. A my, jego uczniowie, uciekliśmy i zostawiliśmy go samego,” Jan mówił cicho, ale z mocą. „Wszyscy jesteśmy winni. Ale On umarł właśnie po to, by nam przebaczyć.”
„Nie rozumiem,” szepnąłem.
„Ja też nie wszystko rozumiem,” przyznał Jan. „Ale pamiętam, co mówił. Że musi cierpieć, że musi umrzeć, ale że trzeciego dnia powstanie z martwych.”
„Powstanie z martwych?” powtórzyłem niedowierzająco.
Jan kiwnął głową. „Tak mówił. Nie rozumieliśmy tego wtedy. Teraz… teraz czekamy i patrzymy.”
Rozdział VII: Niedziela poranka
Tej nocy znowu nie spałem. Słowa Jana krążyły mi po głowie. Powstanie z martwych? To było szaleństwo. A jednak… wszystko, co wydarzyło się w piątek, też wydawało się szaleństwem. Ciemność w południe, trzęsienie ziemi, rozdarta zasłona w Świątyni.
Wstałem przed świtem, nie mogąc dłużej leżeć. Miriam jeszcze spała, dzieci też. Wyszedłem cicho z domu i bez zastanowienia skierowałem kroki w stronę ogrodu, gdzie złożono ciało Jezusa.
Ulice były puste, tylko gdzieniegdzie przechodzili strażnicy. Gdy zbliżałem się do ogrodu, zobaczyłem, że nie jestem jedyny, który tam zmierza. Grupa kobiet szła przede mną, niosąc wonności. Rozpoznałem wśród nich matkę Jezusa.
Nagle ziemia znowu zadrżała, ale tym razem inaczej niż w piątek. To było jak… jak oddech ziemi, jak przebudzenie. Kobiety zatrzymały się, chwiejąc się.
Gdy dotarliśmy do grobu, zobaczyliśmy coś niemożliwego. Wielki kamień, który zasłaniał wejście, był odwalony. Strażnicy rzymscy leżeli na ziemi jak martwi, choć oddychali.
Kobiety podbiegły do grobu i zajrzały do środka. Jedna z nich, Maria z Magdali, krzyknęła: „Nie ma go! Zabrali ciało Pana!”
Stałem jak sparaliżowany. Co to znaczyło? Czy kapłani zabrali ciało? Czy Rzymianie?
Nagle z grobu wyszło dwóch mężczyzn w białych szatach. Nie, to nie byli zwykli mężczyźni – było w nich coś, co sprawiało, że włosy stanęły mi dęba. Światło zdawało się od nich emanować.
„Czemu szukacie żyjącego wśród umarłych?” zapytali. „Nie ma go tu. Powstał z martwych, jak powiedział.”
Kobiety upadły na ziemię, ale jeden z mężczyzn w bieli powiedział: „Nie bójcie się. Idźcie i powiedzcie jego uczniom, że powstał i że spotka ich w Galilei.”
Potem zniknęli. Po prostu zniknęli, jakby się rozpłynęli w porannym świetle.
Kobiety podniosły się, drżąc, i pobiegły z powrotem do miasta. Ja zostałem, nie mogąc uwierzyć w to, co widziałem. Podszedłem do grobu i zajrzałem do środka. Był pusty. Tylko płótna, w które było zawinięte ciało, leżały złożone w porządku.
Usiadłem ciężko na kamieniu obok grobu. Co to wszystko znaczyło? Czy to możliwe, że Jezus naprawdę powstał? Że śmierć go nie zatrzymała?
Siedziałem tam, nie wiem jak długo, próbując to wszystko zrozumieć. Słońce wspinało się po niebie, ogród wypełniał się światłem i śpiewem ptaków. Było to tak zwyczajne, tak normalne, a jednocześnie wszystko się zmieniło.
Nagle usłyszałem kroki. Odwróciłem się i zobaczyłem dwóch mężczyzn biegnących w stronę grobu. Rozpoznałem Jana, tego, który przyszedł do mojego warsztatu, i Piotra, rybaka z Galilei, o którym słyszałem, że był głównym uczniem Jezusa.
Wbiegli do grobu, potem wyszli z osłupieniem na twarzach. Piotr kręcił głową, jakby nie mógł uwierzyć. Jan stał w milczeniu, ale w jego oczach widziałem coś, co wyglądało jak… nadzieja?
„To prawda,” szepnął Jan. „On powstał.”
Spojrzeli na mnie, jakby dopiero teraz mnie zauważyli.
„Ty jesteś cieśla,” powiedział Piotr. To nie było pytanie.
Kiwnąłem głową, czekając na oskarżenia, na gniew. Ale Piotr tylko pokręcił głową.
„Wszyscy mamy swój krzyż do niesienia,” powiedział cicho. „Ja się go zaparłem trzy razy tej nocy, gdy go pojmali. Trzy razy powiedziałem, że go nie znam.”
Widziałem ból w jego oczach, ból gorszy niż mój.
„Ale jeśli naprawdę powstał,” kontynuował Piotr, „to znaczy, że wszystko, co mówił, było prawdą. O przebaczeniu. O nowym życiu. O królestwie, które nie jest z tego świata.”
Rozdział VIII: Czterdzieści dni przemian
Wieść o pustym grobie rozprzestrzeniła się po Jerozolimie jak ogień. Jedni mówili, że uczniowie ukradli ciało. Inni, że to Rzymianie je zabrali. Jeszcze inni twierdzili, że Jezus naprawdę powstał z martwych.
Ja nie wiedziałem, co myśleć. Wróciłem do swojego warsztatu, próbując wrócić do normalnego życia. Ale nic już nie było normalne. Każde drewno, które brałem do ręki, przypominało mi o krzyżu. Każdy gwóźdź, który wbijałem, przypominał mi o gwoździach, które przebiły jego ręce i nogi.
Kilka dni później Jan znowu przyszedł do mojego warsztatu. Tym razem nie był sam – towarzyszyło mu kilku innych uczniów.
„Widzieliśmy go,” powiedział Jan bez wstępu. „Jezus żyje. Przyszedł do nas, gdy byliśmy zamknięci w górnej izbie.”
„Jak to możliwe?” zapytałem.
„Nie wiem jak,” odpowiedział. „Ale to był on. Pokazał nam rany na rękach i w boku. Jedł z nami. Rozmawiał z nami.”
Jeden z uczniów, Tomasz, dodał: „Ja nie wierzyłem, dopóki sam go nie zobaczyłem, nie dotknąłem jego ran. Ale to prawda. On żyje.”
Patrzyłem na ich twarze. Nie byli szaleńcami. Byli zwykłymi ludźmi – rybakami, celnikami, rzemieślnikami jak ja. A jednak w ich oczach było coś, czego wcześniej nie widziałem. Pewność. Radość mimo wszystko, co przeszli.
„Co teraz?” zapytałem.
„Czekamy,” odpowiedział Jan. „Powiedział, że zostanie z nami przez jakiś czas, potem musimy iść i głosić dobrą nowinę całemu światu.”
„Dobrą nowinę?”
„Że śmierć nie jest końcem. Że grzechy mogą być przebaczone. Że Bóg tak umiłował świat, że dał swojego Syna, aby każdy, kto w niego wierzy, miał życie wieczne.”
Przez następne tygodnie słyszałem coraz więcej opowieści. Że Jezus ukazał się pięciuset osobom naraz. Że spotkał uczniów nad Jeziorem Galilejskim. Że jadł z nimi, uczył ich, wyjaśniał pisma.
Pewnego wieczoru, około trzydzieści dni po zmartwychwstaniu, siedziałem na dachu mojego domu, patrząc na gwiazdy. Miriam usiadła obok mnie.
„Wciąż o tym myślisz,” powiedziała. To nie było pytanie.
„Jak mogę przestać?” odpowiedziałem. „Zbudowałem krzyż, na którym umarł Syn Boży.”
„A gdyby to była część planu?” zapytała cicho. „Gdyby to wszystko musiało się wydarzyć? Ktoś musiał zbudować ten krzyż. Ktoś musiał wbić gwoździe. Ktoś musiał wydać wyrok.”
„To nie usprawiedliwia tego, co zrobiłem.”
„Nie,” zgodziła się. „Ale może chodzi o to, co zrobisz teraz. Słyszałeś, co mówią uczniowie. O przebaczeniu. O nowym początku.”
Tej nocy po raz pierwszy od ukrzyżowania modliłem się naprawdę. Nie były to wyuczone formuły, które powtarzałem od dziecka. Były to słowa płynące z serca, prośba o przebaczenie, o zrozumienie, o wskazanie drogi.
Rozdział IX: Pięćdziesiątnica
Czterdzieści dni po zmartwychwstaniu uczniowie mówili, że Jezus wstąpił do nieba. Widzieli, jak unosi się w górę i znika w obłokach. Brzmiało to niewiarygodnie, ale po wszystkim, co się wydarzyło, nauczyłem się, że niewiarygodne rzeczy mogą być prawdziwe.
Uczniowie wrócili do Jerozolimy i czekali. Jezus obiecał im, że przyśle Pocieszyciela, Ducha Świętego. Nie bardzo rozumiałem, co to znaczy, ale widziałem, że są pełni oczekiwania.
Dziesięć dni później, w święto Pięćdziesiątnicy, stało się coś niezwykłego. Byłem akurat na targu, kupując drewno, gdy usłyszałem szum jak potężnego wiatru. Ale drzewa się nie kołysały, zasłony w oknach nie powiewały. Ten wiatr był… inny.
Pobiegłem w kierunku, skąd dochodził dźwięk. Tłum już się zbierał wokół domu, gdzie przebywali uczniowie. I wtedy ich zobaczyłem – wyszli z domu, ale byli… odmienieni. Nad ich głowami tańczyły jakby języki ognia, a oni mówili – mówili w różnych językach!
W Jerozolimie na święto zebrali się Żydzi z całego świata. Słyszałem, jak ludzie wokół mnie mówią ze zdumieniem:
„To Galilejczycy, a mówią w moim języku!” „Słyszę ich w języku Partów!” „A ja w języku Medów!” „Mówią o wielkich dziełach Bożych!”
Piotr stanął i zaczął przemawiać do tłumu. Ten sam Piotr, który zaparł się Jezusa ze strachu, teraz stał odważnie przed tysiącami ludzi i mówił:
„Mężowie izraelscy, słuchajcie! Jezusa z Nazaretu, którego wy ukrzyżowaliście, Bóg wskrzesił z martwych! My wszyscy jesteśmy tego świadkami!”
Jego słowa były jak miecz przeszywający serca. Wielu pytało: „Co mamy czynić?”
„Nawróćcie się,” odpowiedział Piotr. „Przyjmijcie chrzest w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów.”
Tego dnia trzy tysiące ludzi przyjęło chrzest. Ja stałem w tłumie, walcząc ze sobą. Czy mogłem przyjąć przebaczenie? Czy człowiek, który zbudował krzyż, mógł stać się uczniem Ukrzyżowanego?
Wieczorem Jan znalazł mnie w tłumie. Jakby czytał w moich myślach, powiedział:
„Joszua, Jezus umarł za wszystkich. Za tych, którzy go kochali, i za tych, którzy go nienawidzili. Za tych, którzy go naśladowali, i za tych, którzy go ukrzyżowali. Także za ciebie.”
„Ale ja…”
„Ty zrobiłeś krzyż,” dokończył za mnie. „A Bóg użył tego krzyża, aby zbawić świat. Zło, które człowiek zamierzył, Bóg obrócił w dobro.”
Tej nocy rozmawiałem długo z Miriam. Opowiedziałem jej wszystko – o pustym grobie, o uczniach, o tym, co wydarzyło się tego dnia.
„Co chcesz zrobić?” zapytała.
„Chcę przyjąć chrzest,” odpowiedziałem. „Chcę zacząć od nowa.”
Miriam uśmiechnęła się, pierwszy raz od tamtego strasznego piątku. „To ja też. Razem.”
Rozdział X: Nowe życie
Następnego dnia, wraz z Miriam i naszymi dziećmi, poszliśmy do uczniów. Przyjęli nas bez wahania, bez oskarżeń. Piotr osobiście ochrzcił nas w sadzawce Siloe.
Gdy wynurzyłem się z wody, poczułem się, jakby wielki ciężar spadł z moich ramion. Nie było to magiczne rozwiązanie wszystkich problemów – wciąż pamiętałem, co zrobiłem, wciąż czułem wyrzuty sumienia. Ale teraz był też pokój. Przebaczenie. Nadzieja.
Wspólnota wierzących rosła z dnia na dzień. Spotykaliśmy się w domach, łamaliśmy chleb, modliliśmy się, dzieliliśmy się tym, co mieliśmy. Bogaci sprzedawali swoje majątki i dzielili się z ubogimi. Nikt nie był w potrzebie.
Mój warsztat też się zmienił. Dalej pracowałem jako cieśla, ale teraz moja praca miała nowy wymiar. Gdy budowałem dom, myślałem o tym, że buduję schronienie dla rodziny, miejsce, gdzie będą bezpieczni i kochani. Gdy robiłem stół, wyobrażałem sobie rodzinę zasiadającą wokół niego, łamiącą chleb, jak Jezus łamał chleb ze swoimi uczniami.
Przestałem przyjmować zlecenia na krzyże. Gdy rzymscy żołnierze przychodzili, odmawiałem. Marcus, centurion, przyszedł pewnego dnia zapytać dlaczego.
„Zrobiłem już jeden krzyż za dużo,” powiedziałem mu.
Spojrzał na mnie dziwnie, potem kiwnął głową. „Ten Nazarejczyk… to było coś innego, prawda?”
„Tak,” odpowiedziałem. „To było wszystko inne.”
Ku mojemu zdziwieniu, Marcus nie naciskał. Odszedł i więcej nie wrócił z takimi zleceniami.
Mój syn Dawid też przyjął nową wiarę z entuzjazmem młodości. Często pytał mnie o tamten dzień, o krzyż, o to, jak się czułem.
„Tato, czy żałujesz, że zrobiłeś ten krzyż?” zapytał pewnego wieczoru.
Zastanowiłem się długo przed odpowiedzią. „Żałuję, że moje ręce posłużyły do stworzenia narzędzia cierpienia. Ale teraz rozumiem, że Bóg potrafi użyć nawet naszych największych błędów, naszych największych grzechów, do swojego planu. Ten krzyż, który miał być narzędziem hańby i śmierci, stał się symbolem miłości i odkupienia.”
„Więc to było przeznaczenie?”
„Może,” odpowiedziałem. „A może po prostu Bóg potrafi wyprowadzić dobro nawet z największego zła. Nie wiem. Ale wiem, że otrzymałem przebaczenie, i to jest największy dar.”
Rozdział XI: Prześladowania i świadectwo
Przez pierwsze miesiące wspólnota wierzących żyła w względnym spokoju. Ale to nie mogło trwać długo. Kapłani i faryzeusze, ci sami, którzy doprowadzili do ukrzyżowania Jezusa, zaczęli prześladować jego naśladowców.
Pierwszym męczennikiem był Szczepan, młody człowiek pełen wiary i mądrości. Byłem w tłumie, gdy go kamienowano. Widziałem jego twarz – promieniała pokojem nawet w obliczu śmierci. Jego ostatnie słowa były echem słów Jezusa: „Panie, nie poczytaj im tego grzechu.”
Po śmierci Szczepana rozpoczęły się prawdziwe prześladowania. Wielu wierzących uciekło z Jerozolimy. Ale jak mówili apostołowie, było to częścią Bożego planu – uciekając, nieśli dobrą nowinę do innych miast i krajów.
Ja zostałem w Jerozolimie. Czułem, że to tutaj jest moje miejsce, tutaj muszę dawać świadectwo. Mój warsztat stał się miejscem spotkań dla małej grupy wierzących. W piwnicy pod warsztatem urządziłem kryjówkę, gdzie chowali się ci, którzy byli ścigani.
Pewnego dnia do warsztatu wszedł młody faryzeusz. Poznałem go – był to Szaweł z Tarsu, znany z gorliwości w prześladowaniu chrześcijan. Serce podskoczyło mi do gardła.
„Jesteś Joszua, cieśla?” zapytał.
„Tak,” odpowiedziałem, starając się zachować spokój.
„Słyszałem, że jesteś jednym z nich. Z naśladowców Nazarejczyka.”
Nie było sensu zaprzeczać. „Tak, jestem.”
Szaweł patrzył na mnie długo, a potem zapytał coś, czego się nie spodziewałem: „Ty zrobiłeś krzyż, prawda? Ten krzyż?”
„Tak.”
„I teraz wierzysz w tego, którego ukrzyżowano?”
„Tak.”
„Dlaczego?”
To było dziwne. W jego głosie nie było groźby, tylko… ciekawość?
„Bo on powstał z martwych,” odpowiedziałem. „Bo przebaczył mi. Bo jego śmierć nie była końcem, ale początkiem.”
Szaweł pokręcił głową. „To szaleństwo.”
„Może,” zgodziłem się. „Ale to szaleństwo, które daje życie.”
Odszedł bez słowa. Później dowiedziałem się, że niedługo potem, w drodze do Damaszku, spotkał zmartwychwstałego Jezusa i sam stał się jego apostołem. Życie pełne jest ironii.
Rozdział XII: Spotkanie po latach
Minęło pięć lat od ukrzyżowania. Wspólnota wierzących rosła mimo prześladowań. Mój warsztat prosperował – chrześcijanie chętnie zamawiali u mnie, wiedząc moją historię. Dla nich byłem żywym dowodem Bożego miłosierdzia – jeśli cieśla, który zbudował krzyż, mógł otrzymać przebaczenie, to był nadzieja dla każdego.
Pewnego jesiennego dnia, gdy pracowałem nad nową ambonką do jednego z domów modlitwy, do warsztatu weszła kobieta. Była ubrana skromnie, twarz miała częściowo zakrytą zasłoną, ale coś w jej postawie wydało mi się znajome.
Gdy podniosła zasłonę, rozpoznałem ją natychmiast. To była Maria, matka Jezusa.
Upadłem na kolana. „Pani, przebacz mi…”
Podniosła mnie delikatnie. „Wstań, Joszua. Nie przyszłam tu po to, byś klękał przede mną.”
„Ale ja… ja zrobiłem…”
„Wiem, co zrobiłeś,” przerwała mi łagodnie. „Jan mi powiedział.”
Staliśmy w milczeniu przez chwilę. Wreszcie Maria przemówiła:
„Przyszłam ci podziękować.”
„Podziękować?” nie mogłem uwierzyć własnym uszom. „Za co?”
„Za twoją pracę. Za twoje rzemiosło.”
„Ale to był krzyż! Narzędzie śmierci twojego syna!”
Maria usiadła na ławie przy ścianie. Jej oczy były smutne, ale spokojne.
„Gdy Jezus był mały,” zaczęła, „przynosił mi kwiaty z pola. Mówił: 'Mamo, Ojciec w niebie sprawił, że wyrosły, ale ja je dla ciebie zerwałem.’ Już wtedy rozumiał, że wszyscy jesteśmy narzędziami w Bożych rękach.”
Usiadłem obok niej, słuchając.
„Ty byłeś narzędziem, Joszua. Tak jak rzymscy żołnierze, jak Piłat, jak Judasz. Każdy z was odegrał swoją rolę w planie, którego żaden z was nie rozumiał.”
„Ale ból, który ci zadałem…”
„Ból był nie do opisania,” przyznała, a w jej oczach pojawiły się łzy. „Stać pod krzyżem i patrzeć, jak moje dziecko umiera… Nie ma słów na taki ból.”
„Przepraszam,” szepnąłem. „Tak bardzo przepraszam.”
„Wiem,” powiedziała. „I przebaczam ci. Przebaczyłam ci tamtego dnia, gdy stałam pod krzyżem. Bo wiedziałam, że mój syn umiera właśnie po to – by przebaczenie było możliwe.”
Wyciągnęła rękę i dotknęła mojej dłoni. Jej dotyk był ciepły, matczyny.
„Twoje ręce, które zbudowały krzyż, teraz budują miejsca modlitwy,” powiedziała. „To jest prawdziwe zmartwychwstanie – gdy śmierć przemienia się w życie, gdy narzędzie zniszczenia staje się narzędziem budowania.”
Rozdział XIII: Warsztat nadziei
Po wizycie Marii coś się we mnie zmieniło. Ciężar winy, który nosiłem, nie zniknął całkowicie, ale stał się lżejszy, bardziej znośny. Zrozumiałem, że moja historia – historia cieśli, który zbudował krzyż – mogła być świadectwem Bożego miłosierdzia.
Zacząłem opowiadać swoją historię tym, którzy przychodzili do warsztatu. Niektórzy słuchali z niedowierzaniem, inni ze łzami w oczach. Wielu mówiło, że jeśli ja mogłem otrzymać przebaczenie, to jest nadzieja także dla nich.
Mój warsztat stał się czymś więcej niż miejscem pracy. Był to dom dla zgubionych, schronienie dla prześladowanych, miejsce, gdzie łamano chleb i dzielono się historiami o Jezusie.
Dawid, mój syn, wyrósł na zdolnego cieślę, ale jego prawdziwym talentem było opowiadanie. Potrafił godzinami mówić o przypowieściach Jezusa, które słyszał od apostołów. Często, gdy pracowaliśmy razem, prosił mnie, bym opowiedział mu po raz kolejny o tamtym dniu.
„To ważne, tato,” mówił. „Ludzie muszą wiedzieć, że Bóg może przemienić największą tragedię w zwycięstwo.”
Sara, moja córka, wyszła za mąż za młodego garncarza, ucznia Szymona. Ich dom był tuż obok naszego, i często słyszałem, jak śpiewa psalmy podczas pracy. Miała piękny głos, który niósł się po całej ulicy, przynosząc pocieszenie wszystkim, którzy słuchali.
Beniamin, najmłodszy, okazał się mieć dar do języków. Gdy do Jerozolimy przybywali pielgrzymi mówiący po grecku czy łacinie, Beniamin służył jako tłumacz. Mówił, że chce podróżować z apostołami i nieść dobrą nowinę do dalekich krajów.
Pewnego dnia do warsztatu przyszedł stary człowiek. Był pochylony wiekiem, podpierał się laską, którą sam wyrzeźbiłem wiele lat temu. To był Józef z Arymatei, ten, który dał swój grób na pochówek Jezusa.
„Joszua,” powiedział, siadając ciężko na ławie. „Potrzebuję twojej pomocy.”
„Czego potrzebujesz, rabbi?”
„Nie nazywaj mnie rabbi,” poprawił mnie łagodnie. „Jestem tylko sługą. Potrzebuję, żebyś zbudował coś specjalnego.”
„Co to ma być?”
„Arkę. Nie wielką, jak Noego,” uśmiechnął się. „Małą arkę, skrzynię, w której będziemy przechowywać nasze najcenniejsze rzeczy.”
„Jakie rzeczy?”
Józef wyciągnął z torby kawałek płótna. „To fragment całunu, w który był owinięty Jezus. Mamy też gwoździe z krzyża, które udało się zachować. I tabliczkę z napisem 'Jezus Nazarejczyk, Król Żydowski’. Te rzeczy muszą być zachowane dla przyszłych pokoleń.”
Poczułem dreszcz. „Chcesz, żebym zbudował relikwiarz?”
„Chcę, żebyś zbudował świadectwo,” poprawił. „Żeby przyszłe pokolenia pamiętały, że to wszystko naprawdę się wydarzyło.”
Pracowałem nad tą arką przez miesiąc. Użyłem najlepszego drewna cedrowego, wykładałem wnętrze miękką tkaniną, rzeźbiłem na wieku scenę zmartwychwstania. To była najlepsza praca mojego życia.
Gdy skończyłem, Józef przyszedł z kilkoma starszymi wspólnoty. Wspólnie złożyliśmy relikwie w arce, modląc się i dziękując za dar zbawienia.
„Ta arka będzie podróżować,” powiedział Józef. „Gdy prześladowania się nasilą, zabierzemy ją w bezpieczne miejsce. Ale kiedyś, gdy nadejdzie czas, wróci do Jerozolimy.”
Rozdział XIV: Świadkowie światła
Minęło dziesięć lat od zmartwychwstania. Wspólnota chrześcijan rosła nie tylko w Jerozolimie, ale w całej Judei, Samarii, a nawet w dalekich krajach. Apostołowie podróżowali, zakładając nowe wspólnoty. Paweł – ten sam Szaweł, który kiedyś prześladował wierzących – stał się największym misjonarzem.
W moim warsztacie wciąż pracowałem, choć już nie sam. Dawid był teraz moim partnerem, a kilku młodych chrześcijan uczyło się u nas rzemiosła. Warsztat brzęczał od poranku do wieczora dźwiękiem pił i młotków, ale także modlitwami i pieśniami.
Pewnego letniego dnia przyszedł do nas Łukasz, lekarz i towarzysz Pawła. Był człowiekiem wykształconym, mówiącym piękną greką, z łagodnymi oczami i spokojnym usposobieniem.
„Joszua,” powiedział, „piszę historię Jezusa i początków Kościoła. Chciałbym usłyszeć twoją historię.”
„Moją historię?” zdziwiłem się. „To historia wstydu i przebaczenia.”
„Właśnie dlatego jest ważna,” odpowiedział Łukasz. „Pokazuje moc Bożej łaski.”
Spędziliśmy wiele godzin rozmawiając. Łukasz zadawał szczegółowe pytania – o rodzaj drewna, o wymiary krzyża, o to, co czułem, gdy go budowałem. Zapisywał wszystko na papirusie swoim eleganckim pismem.
„Dlaczego to takie ważne?” zapytałem.
„Bo przyszłe pokolenia będą się zastanawiać, czy to wszystko naprawdę się wydarzyło,” odpowiedział. „Twoje świadectwo, świadectwo człowieka, który własnoręcznie zbudował krzyż, jest dowodem, że to nie mit, nie legenda, ale prawdziwa historia.”
Opowiedziałem mu wszystko – o zleceniu Marcusa, o nocnej pracy, o dniu ukrzyżowania, o pustym grobie, o moim nawróceniu.
„A co z drewnem?” zapytał Łukasz. „Czy zachowałeś coś z tego drewna?”
Zawahałem się, potem sięgnąłem pod stół roboczy. Wyciągnąłem kawałek dębu, ten sam, który trzymałem w rękach tamtej nocy, gdy przyszedł Jan.
„To z tego samego drzewa, z którego zrobiłem belkę pionową,” powiedziałem.
Łukasz wziął drewno w ręce, obracał je, badał.
„Co z nim zrobisz?” zapytał.
„Nie wiem,” przyznałem. „Nie mogę się zmusić, by go wyrzucić, ale nie mogę też z niego nic zrobić.”
„Może kiedyś będziesz wiedział,” powiedział Łukasz, oddając mi kawałek drewna.
Po jego odejściu długo myślałem o naszej rozmowie. Może moja historia naprawdę była ważna. Może fakt, że cieśla, który zbudował krzyż, stał się uczniem Ukrzyżowanego, był świadectwem, którego ludzie potrzebowali.
Rozdział XV: Znaki czasu
Lata mijały, a sytuacja w Jerozolimie stawała się coraz bardziej napięta. Zeloci coraz głośniej mówili o powstaniu przeciw Rzymowi. W powietrzu czuć było nadchodzącą burzę.
Apostołowie, ci którzy jeszcze żyli, ostrzegali nas. Jan, który teraz był już starszym człowiekiem, często powtarzał słowa Jezusa o zburzeniu Świątyni: „Nie pozostanie tu kamień na kamieniu.”
Wielu chrześcijan zaczęło opuszczać miasto. Ale ja zostałem. Czułem, że moje miejsce jest tutaj, gdzie wszystko się zaczęło.
Mój warsztat stał się miejscem, gdzie przechowywano cenne pisma – listy apostołów, zapiski świadków, wspomnienia o Jezusie. Zbudowałem specjalne skrytki w ścianach, gdzie można było je ukryć przed rzymskimi patrolami czy żydowskimi zelotami.
Dawid ożenił się i miał już dwoje dzieci. Nazwał syna Jeszua, na cześć Nauczyciela. Często przynosił małego do warsztatu, gdzie chłopiec bawił się wiórami i kawałkami drewna.
„Dziadku,” pytał mały Jeszua, „dlaczego ludzie przychodzą i patrzą na ten kawałek drewna?” Wskazywał na kawałek dębu, który teraz leżał na honorowym miejscu, na półce nad moim stołem roboczym.
„Bo to przypomina nam o tym, że Bóg może przemienić najgorsze rzeczy w najlepsze,” odpowiadałem.
„Nie rozumiem.”
„Kiedyś zrozumiesz,” mówiłem, głaszcząc go po głowie.
Marcus, rzymski centurion, który zlecił mi budowę krzyży, przyszedł do mnie pewnego dnia. Był teraz starszy, jego włosy były całkiem siwe.
„Joszua,” powiedział, „przychodzę cię ostrzec. Sytuacja się pogarsza. Rzym straci cierpliwość do Żydów. Gdy to się stanie, będzie masakra.”
„Dlaczego mi to mówisz?”
Marcus zawahał się. „Bo tamtego dnia, na Golgocie, coś się we mnie zmieniło. Nie mogę przestać myśleć o tym człowieku na krzyżu. O tym, jak umarł. O tym, co powiedziałem – że był Synem Bożym.”
„To była prawda,” powiedziałem cicho.
„Wiem,” odpowiedział, ku mojemu zdumieniu. „Dlatego przychodzę cię ostrzec. Zabierz swoją rodzinę i uciekaj, póki możesz.”
„A ty?”
„Jestem żołnierzem. Muszę wypełniać rozkazy. Ale ty… ty masz wybór.”
Po jego odejściu zebrałem rodzinę. Opowiedziałem im o ostrzeżeniu Marcusa. Długo dyskutowaliśmy, co robić.
„Ja zostaję,” powiedziałem w końcu. „Ale wy powinniście wyjechać.”
„Jeśli ty zostajesz, ja też zostaję,” powiedziała Miriam.
„I ja,” dodał Dawid.
Tylko Sara z rodziną i Beniamin zdecydowali się wyjechać. Sara do Antiochii, gdzie jej mąż miał krewnych, Beniamin do Efezu, gdzie była silna wspólnota chrześcijańska.
Żegnając się z nimi, wiedziałem, że możemy się już nie zobaczyć. Ale był pokój w tej decyzji. Każdy z nas szedł drogą, którą czuł, że Bóg mu wskazuje.
Rozdział XVI: Oblężenie
Powstanie wybuchło w roku 66. Zeloci przejęli kontrolę nad Jerozolimą, wypędzając Rzymian. Przez chwilę wydawało się, że może uda się obronić miasto. Ale wszyscy, którzy znali potęgę Rzymu, wiedzieli, że to tylko kwestia czasu.
Rzymskie legiony pod dowództwem Wespazjana, a potem jego syna Tytusa, otoczyły miasto. Oblężenie było długie i okrutne. Głód i choroba zbierały żniwo wśród mieszkańców.
Mój warsztat przestał być warsztatem. Stał się szpitalem, schronieniem, miejscem, gdzie dzielono ostatnie kawałki chleba. Używałem swoich narzędzi do robienia noszy dla rannych, trumien dla zmarłych.
Dawid walczył na murach, nie jako zelota, ale broniąc swojej rodziny i domu. Miriam i ja robiliśmy, co mogliśmy, by pomóc rannym i głodującym.
Pewnego dnia, gdy oblężenie trwało już wiele miesięcy, do naszego schronienia przynieśli rannego żołnierza. Ku mojemu zdziwieniu, był to Marcus. Był ciężko ranny – żydowska strzała przebiła jego bok.
„Marcus,” powiedziałem, klękając przy nim. „Co ty tu robisz?”
„Dezerterowałem,” wychrypiał. „Nie mogłem… nie mogłem uczestniczyć w tym, co Tytus planuje zrobić z miastem i Świątynią.”
Miriam opatrzyła jego rany najlepiej, jak potrafiła. Przez kilka dni wydawało się, że może przeżyje. Rozmawialiśmy długimi godzinami.
„Wiesz, Joszua,” powiedział pewnego wieczoru, „przez te wszystkie lata nie mogłem zapomnieć tamtego dnia. Tego człowieka na krzyżu.”
„Jezusa.”
„Tak, Jezusa. Widziałem wielu umierających ludzi. Zabiłem wielu. Ale nikt nie umarł tak jak on. Z przebaczeniem. Z miłością.”
„On umarł za nas wszystkich,” powiedziałem. „Także za ciebie.”
„Za rzymskiego żołnierza? Za kata?”
„Szczególnie za ciebie. Pamiętasz, co powiedział? 'Przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią.’ To było także o tobie.”
Marcus płakał. Ten twardy żołnierz, który widział tyle wojen, płakał jak dziecko.
„Chcę… chcę być ochrzczony,” powiedział w końcu.
Tej nocy, w piwnicy mojego warsztatu, przy świetle jednej świecy, ochrzciłem Marcusa. Woda była brudna – w oblężonym mieście każda kropla była na wagę złota. Ale dla nas była to najczystsza woda na świecie.
Marcus umarł trzy dni później. Przed śmiercią powiedział: „Dziękuję ci, Joszua. Dziękuję, że zbudowałeś ten krzyż. Bez niego nigdy bym nie poznał Jezusa.”
Rozdział XVII: Zniszczenie i ocalenie
Lato roku 70 było końcem. Rzymianie przełamali mury, wdarli się do miasta. To, co nastąpiło potem, było rzezią. Świątynia stanęła w płomieniach, dokładnie jak przepowiedział Jezus – nie został kamień na kamieniu.
W chaosie zniszczenia próbowaliśmy ratować, co się dało. Dawid zginął, broniąc grupy kobiet i dzieci przed rzymskimi żołnierzami. Mój syn, mój pierworodny, oddał życie, jak jego Mistrz – za innych.
Miriam i ja, wraz z małym Jeszuą i jego matką, ukryliśmy się w piwnicy pod warsztatem. Słyszeliśmy krzyki, płacz, trzask płomieni. Całe miasto płonęło.
Gdy wydawało się, że już po wszystkim, usłyszałem kroki nad nami. Ktoś wchodził do warsztatu. Potem usłyszałem głos:
„Joszua? Jesteś tu?”
To był głos, który znałem. Wyszedłem ostrożnie z ukrycia. W zniszczonym warsztacie stał rzymski żołnierz. Ale to nie był wróg – to był syn Marcusa, młody Quintus, którego ojciec przywiózł kiedyś do Jerozolimy.
„Mój ojciec pisał do mnie o tobie,” powiedział. „O tym, co dla niego zrobiłeś. Przyszedłem was uratować.”
„Twój ojciec nie żyje,” powiedziałem.
„Wiem. Jego list dotarł do mnie przed oblężeniem. Pisał, że znalazł coś, czego szukał całe życie. Pisał o Jezusie. O tobie.”
Quintus wyprowadził nas z płonącego miasta. Miał przepustki, dokumenty. Nikt nas nie zatrzymał.
Gdy opuszczaliśmy Jerozolimę, odwróciłem się, by spojrzeć po raz ostatni. Miasto, które znałem całe życie, było morzem ognia i dymu. Świątynia, duma narodu, była ruiną.
Ale w sercu miałem dziwny pokój. Jezus powiedział, że prawdziwa świątynia to nie budynek z kamienia, ale serca wierzących. Ta świątynia przetrwała.
W torbie miałem kilka rzeczy, które udało mi się uratować – listy apostołów, zapiski Łukasza, i ten kawałek dębu, świadka mojej historii.
Rozdział XVIII: Nowy początek
Quintus zabrał nas do Cezarei, gdzie była wspólnota chrześcijan, którzy uciekli z Jerozolimy przed oblężeniem. Przyjęli nas z otwartymi ramionami.
Miriam była złamana śmiercią Dawida. Przez wiele dni nie mówiła, tylko siedziała i patrzyła w dal. Ale mały Jeszua, nasz wnuk, był dla niej pocieszeniem. Jego niewinne pytania i dziecięca radość powoli przywracały jej wolę życia.
W Cezarei spotkałem wielu znajomych z Jerozolimy. Był tam Filip, jeden z pierwszych diakonów. Była Maria z Magdali, teraz już starsza kobieta, ale wciąż pełna energii i wiary.
„Joszua,” powiedziała, gdy mnie zobaczyła, „słyszałam o Dawidzie. Był bohaterem.”
„Był wiernym uczniem,” odpowiedziałem.
„To to samo,” powiedziała z uśmiechem przez łzy.
W Cezarei znowu otworzyłem warsztat. Nie był tak duży jak ten w Jerozolimie, ale wystarczał. Znowu zacząłem budować – meble, domy, łodzie dla rybaków.
Mały Jeszua spędzał ze mną każdą wolną chwilę. Uczył się rozpoznawać gatunki drewna, trzymać młotek, ciąć piłą. Był pojętnym uczniem, przypominał mi jego ojca w tym wieku.
„Dziadku,” pytał pewnego dnia, „dlaczego zawsze się modlisz, zanim zaczniesz pracę?”
„Bo praca jest modlitwą,” odpowiedziałem. „Gdy buduję z miłością i uczciwością, oddaję chwałę Bogu.”
„Tata też tak robił?”
„Tak, twój tata też tak robił.”
Po roku w Cezarei otrzymaliśmy list od Beniamina z Efezu. Pisał, że wspólnota tam rośnie, że Jan Apostoł osiedlił się tam i naucza. Zapraszał nas, byśmy przyjechali.
Miriam chciała jechać. „Chcę być blisko Jana,” mówiła. „On był przy krzyżu. On rozumie.”
Zdecydowaliśmy się na podróż. Sprzedałem warsztat w Cezarei i wyruszyliśmy statkiem do Efezu.
Podróż morska była długa, ale spokojna. Stałem na pokładzie, patrząc na bezkresne wody, i myślałem o tym, jak daleko zaszedłem od tego dnia, gdy Marcus zlecił mi budowę krzyży.
Rozdział XIX: W Efezie
Efez był wielkim miastem, tętniącym życiem. Port pełen statków z całego świata, ulice pełne kupców i podróżnych. Ale dla nas najważniejsza była wspólnota chrześcijan, która tu kwitła.
Jan Apostoł przyjął nas osobiście. Był teraz starcem, ale jego oczy wciąż płonęły tym samym ogniem, który widziałem tamtej nocy w moim warsztacie w Jerozolimie.
„Joszua,” powiedział, obejmując mnie. „Słyszałem o twojej stracie. Dawid był dobrym człowiekiem.”
„Poszedł śladami Mistrza,” odpowiedziałem.
„Wszyscy idziemy tą drogą,” powiedział Jan. „Każdy na swój sposób.”
W Efezie znowu otworzyłem warsztat. Miasto było bogate, było dużo pracy. Budowałem głównie dla chrześcijan – ambonki do domów modlitwy, stoły do łamania chleba, krzyże – ale teraz jako symbole wiary, nie narzędzia śmierci.
Mały Jeszua uczył się nie tylko stolarstwa, ale też czytania i pisania. Jan osobiście uczył grupę dzieci, opowiadając im historie o Jezusie.
„Dziadku,” powiedział Jeszua pewnego wieczoru, „Jan mówi, że ty zbudowałeś krzyż, na którym umarł Jezus. To prawda?”
„Tak,” odpowiedziałem. „To prawda.”
„Ale dlaczego? Czy to nie było złe?”
Usiadłem z nim i po raz pierwszy opowiedziałem mu całą historię. O zleceniu, o nocnej pracy, o dniu ukrzyżowania, o zmartwychwstaniu, o przebaczeniu.
Słuchał w milczeniu, jego młode oczy były poważne.
„Więc gdybyś nie zbudował krzyża, Jezus by nie umarł?” zapytał.
„Ktoś inny by go zbudował,” odpowiedziałem. „Bóg miał plan, a ja byłem jego częścią, choć wtedy o tym nie wiedziałem.”
„To skomplikowane.”
„Tak,” zgodziłem się. „Życie jest skomplikowane. Ale Boża miłość jest prosta.”
Rozdział XX: Ostatnie świadectwo
Lata mijały. Miriam odeszła spokojnie we śnie w roku 75. Pochowałem ją na chrześcijańskim cmentarzu w Efezie, pod drzewem oliwnym, które przypominało jej dom.
Zostałem z Jeszuą i jego matką, która ponownie wyszła za mąż za dobrego człowieka, garncarza z naszej wspólnoty. Cieszyłem się, widząc, że znalazła szczęście po stracie Dawida.
Moja siła słabła, ręce już nie były tak pewne jak kiedyś. Jeszua, teraz młody mężczyzna, przejął większość pracy w warsztacie. Był zdolnym cieślą, lepszym niż ja w jego wieku.
W roku 90, gdy miałem już ponad osiemdziesiąt lat, Jan poprosił mnie o coś szczególnego.
„Joszua,” powiedział, „piszę ewangelię. Historię Jezusa. Chcę, żebyś opowiedział mi wszystko jeszcze raz. Każdy szczegół.”
Spędziliśmy wiele dni rozmawiając. Jan zapisywał, czasem przerywał, by dopytać o szczegóły.
„Opisujesz krzyż bardzo dokładnie,” zauważył.
„To była moja praca,” odpowiedziałem. „Pamiętam każdą deskę, każdy sęk.”
„To ważne,” powiedział Jan. „Ludzie muszą wiedzieć, że to była prawdziwa śmierć, prawdziwy krzyż, prawdziwe cierpienie. I prawdziwe zmartwychwstanie.”
Pewnego dnia Jan przyniósł mi swoją ewangelię do przeczytania. Gdy doszedłem do opisu ukrzyżowania, łzy popłynęły mi po policzkach.
„Tak,” szepnąłem. „Tak to było.”
„Twoja historia też jest częścią tej historii,” powiedział Jan. „Historia cieśli, który zbudował krzyż i stał się uczniem.”
Tego wieczoru wziąłem kawałek dębu, który nosiłem ze sobą przez te wszystkie lata. Przez długi czas trzymałem go w rękach, przypominając sobie wszystko.
Potem zacząłem rzeźbić. Moje stare ręce były powolne, ale wciąż pamiętały rzemiosło. Przez wiele dni pracowałem, a Jeszua mi pomagał.
Gdy skończyłem, trzymałem w rękach małą rzeźbę – Jezusa zmartwychwstałego, z ramionami otwartymi w geście przebaczenia i miłości.
„To piękne, dziadku,” powiedział Jeszua.
„To moje świadectwo,” odpowiedziałem. „Z drewna śmierci powstało drewno życia.”
Epilog: Dziedzictwo
Piszę te słowa w roku 91 po narodzeniu Pana. Mam osiemdziesiąt trzy lata, moje dni dobiegają końca. Jeszua, mój wnuk, spisuje moje słowa, bo moje ręce są już zbyt słabe, by trzymać pióro.
Patrząc wstecz na moje życie, widzę Bożą rękę we wszystkim. W tym strasznym zleceniu na krzyże. W spotkaniu z Jezusem, choć tylko przez moment na Via Dolorosa. W pustym grobie. W przebaczeniu, które otrzymałem.
Mój warsztat w Efezie tętni życiem. Jeszua szkoli uczniów, uczy ich nie tylko rzemiosła, ale też wiary. Na ścianie wisi rzeźba zmartwychwstałego Chrystusa, wyrzeźbiona z tego samego drzewa, z którego pochodził krzyż.
Odwiedzający pytają o nią, a Jeszua opowiada im historię. Historię dziadka, który zbudował krzyż. Historię grzechu i odkupienia. Historię śmierci, która stała się życiem.
Sara napisała z Antiochii, że jej dzieci dorastają w wierze. Beniamin został starszym wspólnoty w Koryncie. Rodzina rośnie, wiara się szerzy.
Czasem w nocy, gdy nie mogę spać, wciąż słyszę echo młotka wbijającego gwoździe w krzyż. Ale słyszę też głos Jezusa: „Przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią.”
I słyszę głos Marii, matki Jezusa: „Twoje ręce, które zbudowały krzyż, teraz budują miejsca modlitwy.”
Moje ręce. Te spracowane, poznaczone bliznami ręce cieśli. Ręce, które zbudowały narzędzie śmierci i które potem budowały dla życia.
Jan mówi mi, że moja historia będzie opowiadana. Że ludzie będą pamiętać o cieśli, który zbudował krzyż i stał się świadkiem zmartwychwstania.
Nie wiem, czy to prawda. Ale wiem jedno – jeśli Bóg mógł użyć mnie, grzesznego cieślę, do swojego planu zbawienia, to może użyć każdego.
Bo taka jest tajemnica krzyża – że w największej ciemności zajaśniało największe światło. Że przez śmierć przyszło życie. Że przez mój grzech i mój krzyż wielu znalazło drogę do przebaczenia.
Niedługo odejdę. Nie boję się. Wiem, dokąd idę. Idę do Tego, którego krzyż zbudowałem i który mi przebaczył. Idę do mojego syna Dawida, do Miriam, do wszystkich, którzy odeszli przed nami w wierze.
A mój warsztat pozostanie. I opowieść pozostanie. I świadectwo pozostanie.
Bo krzyż, który miał być końcem, stał się początkiem.
To jest moja historia. Historia Joszuy ben Jakuba, cieśli z Jerozolimy, który zbudował krzyż dla Syna Bożego i otrzymał przebaczenie.
Niech ten, kto czyta, zrozumie – Boża miłość jest większa niż nasze największe grzechy. Jego przebaczenie sięga dalej niż nasza największa wina.
W krzyżu jest potępienie, ale i zbawienie. W krzyżu jest śmierć, ale i życie. W krzyżu jest koniec, ale i początek.
To jest tajemnica, którą noszę w sercu. To jest prawda, którą zostawiam światu.
Amen.
Zapisane w Efezie, w roku 91 po narodzeniu Pana, przez Joszuę Młodszego, syna Dawida, wnuka Joszuy Cieśli, dla zachowania świadectwa i ku zbudowaniu wierzących.