– korespondencja żołnierza, który pilnował grobu Jezusa
Treść jest wytworem programu komputerowego, traktuj ją tylko jako ciekawostkę.
List I
Z Jerozolimy do Aleksandrii, XII dzień przed Kalendami Maja, 786 AUC
Drogi Bracie Tytusie,
Piszę do Ciebie z Jerozolimy, gdzie wciąż stacjonuję w oddziałach pomocniczych pod dowództwem prefekta Poncjusza Piłata. Minęły już dwa lata od kiedy opuściłeś Judeę, by zaciągnąć się do regularnych legionów w Egipcie. Mam nadzieję, że służba idzie Ci dobrze i że klimat w Aleksandrii jest łagodniejszy niż tutejszy żar.
Nie pisałbym, gdyby nie wydarzenia ostatnich dni, które wstrząsnęły mną do głębi i o których muszę komuś opowiedzieć. Powierzyłem ten list kupcowi z Aleksandrii, któremu zapłaciłem srebrnikiem, by dostarczył go bezpośrednio do Twych rąk. To, co opiszę, może zabrzmieć jak majaczenia szaleńca, ale przysięgam na naszego ojca – wszystko to wydarzyło się naprawdę.
Jak wiesz, niedawno obchodzono tu żydowskie święto Paschy. Miasto było zatłoczone pielgrzymami, nastroje – jak zwykle podczas ich świąt – napięte. Kilka dni przed Paschą prefekt Piłat skazał na ukrzyżowanie Żyda z Galilei, niejakiego Jezusa z Nazaretu, który nazywał siebie królem żydowskim (czy raczej został tak nazwany przez swoich oskarżycieli). Nie widziałem samej egzekucji, ale mówiono, że umarł przed zachodem słońca tego samego dnia, co było niezwykłe – ukrzyżowani zazwyczaj męczą się znacznie dłużej.
Tu zaczyna się ta dziwna historia, której stałem się uczestnikiem.
Dwa dni temu zostałem wraz z trzema towarzyszami wezwany do prefekta. Ku mojemu zdumieniu, w jego kwaterze zastaliśmy grupę żydowskich kapłanów. Najwyższy z nich, Kajfasz, wyglądał na wzburzonego. Tłumaczył Piłatowi, że ten ukrzyżowany Nazarejczyk za życia mówił, że po trzech dniach powstanie z martwych. Kapłani obawiali się, że jego uczniowie mogą wykraść ciało z grobu, a potem ogłosić, że spełniło się proroctwo.
„Daj im straż,” powiedział Piłat z irytacją. „Idźcie, zabezpieczcie grób, jak potraficie.”
I tak otrzymaliśmy rozkaz pilnowania grobu martwego człowieka. Niecodzienny obowiązek, nawet jak na standardy tej dziwacznej prowincji.
Grób znajdował się w ogrodzie należącym do bogatego Żyda, niejakiego Józefa z Arymatei. Było to wydrążone w skale pomieszczenie, zamknięte masywnym, okrągłym kamieniem. Pod nadzorem kapłanów umieściliśmy na kamieniu oficjalną pieczęć, co oznaczało, że ktokolwiek ją złamie, popełni przestępstwo przeciwko władzy Rzymu.
Rozbiliśmy mały obóz w pobliżu grobu, rozdzielając między sobą warty. Pierwszą noc spędziliśmy w spokoju. Kapłani odwiedzili nas rano, sprawdzając pieczęć, która pozostała nienaruszona. Odeszli zadowoleni, a my przygotowaliśmy się na kolejną, zapowiadającą się równie nudno noc.
Przypadła mi trzecia warta, tuż przed świtem. Pamiętam, że siedziałem oparty o drzewo, walcząc z sennością. Gwiazdy powoli bladły, ale do wschodu słońca pozostawało jeszcze sporo czasu. Pozostali spali, zawinięci w płaszcze.
Nagle – nie wiem, jak to inaczej opisać – zadrżała ziemia. Nie zwykłe drżenie, jakie czasem czuć w tych rejonach, ale potężne trzęsienie, które niemal zwaliło mnie z nóg. Chwilę potem pojawił się niewyobrażalnie jasny błysk, jak błyskawica, ale trwający dłużej i pochodzący nie z nieba, a z samego grobu. Z przerażenia padłem na twarz.
Gdy odważyłem się podnieść głowę, zobaczyłem, że kamień zamykający wejście został odrzucony na bok, jakby był lekkim kawałkiem drewna, a nie wielką, kamienną bryłą, którą czterech mężczyzn z trudem umieściło na miejscu. Przed grobem stała postać otoczona światłem tak jasnym, że nie mogłem na nią patrzeć. Jej odzienie było białe jak śnieg, a twarz jaśniała jak słońce.
Moi towarzysze też się obudzili i reagowali podobnie jak ja – ze strachem, padając na ziemię. Przez moment wszyscy znieruchomieliśmy jak sparaliżowani. Potem, chwilę przed wschodem słońca, zjawa zniknęła równie nagle, jak się pojawiła.
Długo nie mieliśmy odwagi, by zbliżyć się do grobowca. W końcu Gaius, najstarszy z nas, zebrał się na odwagę i zajrzał do środka. Grób był pusty. Nie było śladu ciała, tylko płótna, w które je owinięto, złożone schludnie w miejscu, gdzie powinien leżeć zmarły.
Nie wiedzieliśmy, co robić. Pieczęć była złamana, grobu nie strzegliśmy właściwie, a ciało zniknęło. Za takie zaniedbanie groziła nam kara śmierci. Gaius zasugerował, byśmy uciekli – opuścili Judeę, wstąpili do wojsk pomocniczych w innej prowincji pod zmienionymi imionami. Quinius uważał, że powinniśmy powiedzieć prawdę prefektowi. Flavius był zbyt przerażony, by cokolwiek proponować.
Zanim zdążyliśmy podjąć decyzję, przybyli kapłani na poranną inspekcję. Możesz sobie wyobrazić ich reakcję na widok odsuniętego kamienia, złamanej pieczęci i naszych przerażonych twarzy. Zaprowadzili nas do miasta, gdzie spotkaliśmy się z arcykapłanami w jednym z dziedzińców świątyni.
Tutaj historia przybiera jeszcze dziwniejszy obrót, Tytusie. Po wysłuchaniu naszego opisu wydarzeń, arcykapłani naradzili się na osobności. Gdy wrócili, powiedzieli, że chcą, byśmy… skłamali. Mieliśmy opowiadać, że zasnęliśmy na posterunku, a uczniowie Jezusa przyszli i ukradli ciało.
„Ale to karane śmiercią – przyznać się do zaśnięcia na warcie,” zaprotestował Gaius.
„Nie martwcie się,” odpowiedział Kajfasz. „Porozmawiamy z namiestnikiem. Jeśli ta sprawa dojdzie do jego uszu, przekonamy go, by nie wyciągał konsekwencji.”
A potem, Tytusie, zrobili coś, co mnie zszokowało – dali każdemu z nas sakiewkę pełną srebrników. Łapówka, by przemilczeć prawdę. Srebro pali mi dłonie, ale wziąłem je, jak moi towarzysze. Co miałem zrobić? Odmówić i zaryzykować, że kapłani oskarżą mnie przed Piłatem o zaniedbanie obowiązków?
Teraz siedzę w koszarach, pisząc ten list. Krążą pogłoski, że uczniowie Nazarejczyka twierdzą, iż widzieli go żywego. Że się im ukazał. Że naprawdę zmartwychwstał, jak przepowiadał.
Co mam myśleć, Tytusie? Ukrzyżowani nie wracają do życia – to wiem na pewno. Wielokrotnie strzegłem krzyży, upewniając się, że skazańcy nie są zdejmowani, dopóki nie umrą. Byłem świadkiem, jak przebijano im boki włócznią, by mieć pewność. Nikt nie przeżyłby takiego traktowania.
A jednak… jednak nie mogę zapomnieć tego światła, tego drżenia ziemi, pustego grobu. Nie potrafię tego wyjaśnić.
Przysięgam, że wszystko, co napisałem, jest prawdą. Uznaj mnie za szaleńca, jeśli chcesz. Może nim jestem. Srebrniki tej nocy przepiłem w tawernie, próbując zapomnieć. Nie pomogło.
Wiem tylko, że nigdy już nie będę patrzył na świat tak samo jak dawniej. Coś się zmieniło, Tytusie. Coś, czego nie potrafię pojąć.
Odpisz, jeśli możesz. Potrzebuję wiedzieć, czy straciłem rozum.
Twój brat, Marcus
List II
Z Jerozolimy do Aleksandrii, V dzień przed Idami Maja, 786 AUC
Drogi Bracie Tytusie,
Dziękuję za szybką odpowiedź. Rozumiem Twój sceptycyzm – sam czułbym to samo na Twoim miejscu. Zapewne uznałeś, że za długo przebywając w Judei, uległem tutejszym zabobonom albo dałem się zwieść jakiejś sztuczce. Zapewniam Cię, że staram się zachować trzeźwość umysłu i rozważyć wszelkie możliwe wyjaśnienia tego, co widziałem.
Od kiedy wysłałem poprzedni list, sytuacja stała się jeszcze bardziej niepokojąca. Wiadomości o pustym grobie rozeszły się po całej Jerozolimie. Uczniowie Nazarejczyka, którzy wcześniej kryli się ze strachu, teraz otwarcie głoszą, że ich mistrz powstał z martwych. Że ukazywał się im wielokrotnie. Że jedli z nim, rozmawiali, dotykali jego ran.
Piłat nakazał wzmocnić patrole w mieście. Sanhedryn, rada żydowska, zabroniła uczniom Jezusa nauczać w jego imieniu, ale oni nie zważają na zakazy. Wierzą, że ich Bóg stoi ponad ludzkim prawem.
Nie chciałem się w to dalej mieszać, ale ciekawość i niepokój nie dawały mi spokoju. Zacząłem dyskretnie rozpytywać. Wczoraj, będąc na przepustce, udałem się do gospody, gdzie, jak słyszałem, zbierają się niektórzy z jego zwolenników. Usiadłem w kącie, udając pijanego żołnierza (co nie było trudne po kilku pucharach wina), i przysłuchiwałem się ich rozmowom.
Mówili o nim z taką pewnością, jakby naprawdę był wśród nich. Wspominali, jak ukazał się dwóm z nich w drodze do Emaus, jak wszedł przez zamknięte drzwi do pomieszczenia, gdzie się ukrywali, jak jadł z nimi nad Jeziorem Galilejskim. Jak jeden z nich, Tomasz, nie wierzył, dopóki nie włożył palców w jego rany.
Tytusie, albo wszyscy oni oszaleli, albo… sam nie wiem. Nie potrafię znaleźć racjonalnego wyjaśnienia.
Dzisiaj rano spotkałem Gaiusa, jednego z żołnierzy, którzy byli ze mną tamtej nocy przy grobie. Szepnął mi, że Quinius zniknął. Porzucił służbę, zabrał swoje rzeczy i ukrył się gdzieś w mieście. Podobno widziano go wśród zwolenników Nazarejczyka. Jeśli to prawda, czeka go śmierć za dezercję, gdy zostanie złapany.
Co do mnie, pozostaję na służbie. Wykonuję rozkazy. Ale myśli krążą mi po głowie, nie dając spokoju. Co, jeśli to, co mówią ci ludzie, jest prawdą? Co, jeśli on naprawdę zmartwychwstał? Co to oznacza dla nas, dla świata?
Przysięgam na Jowisza, że nigdy nie byłem przesądny. Zawsze kpiłem z żołnierzy noszących amulety i składających ofiary przed bitwą. Wierzyłem w to, co widziałem – w siłę swojego miecza, w solidność rzymskiej tarczy, w skuteczność naszej taktyki. A teraz? Teraz nie jestem już niczego pewien.
Flavius, trzeci z naszej czwórki, też stracił spokój. Wciąż budzi się w nocy z krzykiem, mówiąc, że widzi światło i anioła. Dowódca już dwa razy karał go za zakłócanie ciszy nocnej. Jeśli tak dalej pójdzie, zostanie odesłany z legionu.
Zastanawiałem się, czy nie pójść do samego Piłata i opowiedzieć mu prawdę. Ale co by to dało? Uznałby mnie za szaleńca lub kłamcę. Kapłani zaprzeczyliby wszystkiemu, a ja skończyłbym na krzyżu za zakłócanie porządku publicznego.
Nie wiem, co robić, Tytusie. Pierwszy raz w życiu czuję się zupełnie zagubiony.
Wybacz chaotyczność tego listu. Piszę w stanie wzburzenia, a i wino, które piłem dla uspokojenia nerwów, nie pomaga w zachowaniu klarowności myśli.
Odpiszesz?
Twój brat, Marcus
List III
Z Jerozolimy do Aleksandrii, IV dni przed Kalendami Junii, 786 AUC
Drogi Bracie Tytusie,
Piszę ten list w wielkim pośpiechu. Jutro opuszczam Jerozolimę. Zostałem przeniesiony do kohorty stacjonującej w Cezarei. Oficjalnym powodem jest „rotacja oddziałów”, ale podejrzewam, że chodzi o to, by odseparować świadków wydarzeń przy grobie. Gaius już wcześniej otrzymał przydział do Damaszku. Flavius, po kolejnych epizodach nocnego terroru, został wydalony ze służby. O Quiniusie wciąż ani słowa – jakby zapadł się pod ziemię.
Od czasu mojego ostatniego listu próbowałem wrócić do normalności. Wykonywałem obowiązki, patrolowałem ulice, pilnowałem porządku podczas przesłuchań w pretorium. Ale moje myśli ciągle wracały do tamtej nocy, do pustego grobu, do historii opowiadanych przez uczniów Nazarejczyka.
W zeszłym tygodniu zostałem przydzielony do ochrony więźniów w pretorium. Wśród aresztowanych byli dwaj uczniowie Jezusa – Piotr i Jan. Zostali zatrzymani za nauczanie w Świątyni wbrew zakazom Sanhedrynu. Słuchałem, jak przesłuchiwali ich członkowie Rady. Zamiast się bronić, ci prości ludzie – jeden z nich był rybakiem, na Jowisza! – przemawiali z taką mocą i przekonaniem, że wprawili w zakłopotanie uczonych w Piśmie. Mówili, że muszą być bardziej posłuszni Bogu niż ludziom, że nie mogą nie mówić o tym, co widzieli i słyszeli.
Co najdziwniejsze, w końcu zostali wypuszczeni. Jeden z członków Rady, Gamaliel, argumentował, że jeśli ich nauka pochodzi od ludzi, upadnie sama, a jeśli od Boga – nie da się jej zwalczyć. Rozsądne podejście, muszę przyznać.
Po ich wyjściu, udało mi się przez chwilę zostać sam na sam z Piotrem na korytarzu. Rozpoznał mnie od razu – widział mnie przy grobie tamtego poranka. Myślałem, że będzie mnie nienawidził, bo należę do tych, którzy ukrzyżowali jego mistrza i potem kłamali o pustym grobie. Ale on spojrzał na mnie bez gniewu.
„Ty też widziałeś,” powiedział cicho. „Widziałeś, a teraz nosisz to brzemię.”
Nie zaprzeczyłem. Zapytałem go wprost: „Czy on naprawdę żyje?”
Piotr uśmiechnął się i położył rękę na moim ramieniu – gest tak poufały, że w każdej innej sytuacji uznałbym go za obrazę.
„Widziałem go, rozmawiałem z nim, jadłem z nim po jego zmartwychwstaniu,” odpowiedział. „I ty też możesz go poznać. On nie umarł po to, by zostać zapamiętanym, ale by żyć wiecznie i dać życie wieczne tym, którzy w niego wierzą.”
Chciałem zapytać więcej, ale nadszedł mój dowódca. Musiałem odejść. Jednak słowa Piotra nie dają mi spokoju. „I ty też możesz go poznać” – co to właściwie miało znaczyć?
Tytusie, czy to możliwe, że wszystko, w co wierzyliśmy – o bogach, o życiu, o śmierci – jest inne, niż nam się wydawało? Jeśli ten człowiek naprawdę powstał z martwych, to wszystko się zmienia, prawda?
W Cezarei będę dalej od tych wydarzeń, od jego uczniów, od pustego grobu. Może to dobrze. Może z dystansu łatwiej będzie mi zrozumieć to, co się stało. Albo zapomnieć, jeśli zdołam.
Będę pisał, gdy dotrę na miejsce. Odpowiedz, proszę, na adres garnizonu w Cezarei.
Twój brat, Marcus
List IV
Z Cezarei do Aleksandrii, V dzień przed Idami Sextilis, 786 AUC
Drogi Bracie Tytusie,
Wybacz długie milczenie. Potrzebowałem czasu, by uporządkować myśli. Jestem już trzy miesiące w Cezarei. To piękne miasto, bardziej rzymskie niż Jerozolima. Jest tu świątynia Augusta, teatr, hipodrom, łaźnie – wszystko, za czym tęskniłem, przebywając w głębi Judei.
A jednak nie znajduję spokoju. Wydarzenia w Jerozolimie wciąż mnie prześladują. Każdej nocy śni mi się pusty grób, anioł odrzucający kamień, a czasem sam Nazarejczyk, patrzący na mnie spojrzeniem, które przenika do szpiku kości.
Tydzień temu odwiedził mnie niespodziewany gość – Quinius, mój dawny towarzysz od grobu. Nie wyglądał jak dezerter ukrywający się przed karą. Przeciwnie – był spokojny, pogodny, jakby zrzucił z ramion wielki ciężar. Spotkaliśmy się w tawernie przy porcie. Początkowo byłem ostrożny – w końcu rozmawiałem z człowiekiem poszukiwanym za dezercję.
Opowiedział mi swoją historię. Po tamtej nocy przy grobie, gdy rozeszliśmy się, każdy w swoją stronę, krążył po mieście jak obłąkany. W końcu postanowił znaleźć uczniów Jezusa i dowiedzieć się więcej. Odnalazł ich w Wieczerniku, gdzie się ukrywali. Ku jego zdumieniu, przyjęli go – rzymskiego żołnierza – i wysłuchali jego opowieści. A potem opowiedzieli mu o swoim mistrzu, o jego naukach, o jego śmierci i zmartwychwstaniu.
„Marcus, on jest tym, za kogo się podawał,” powiedział mi Quinius. „To nie był zwykły człowiek. Naprawdę powstał z martwych. I nawet my, którzy przybiliśmy go do krzyża, możemy znaleźć w nim przebaczenie.”
Spytałem, czy nie obawia się kary za dezercję.
„Obawiam się tylko jednego,” odparł. „Że zmarnuję szansę, którą dostałem. Że pozwolę strachowi powstrzymać mnie przed pójściem za prawdą.”
Potem opowiedział mi o wielu innych nawróconych – o setnikach, którzy uwierzyli, o greckich Żydach, którzy przyjęli wiarę w Jezusa jako Mesjasza, nawet o kapłanach ze świątyni. Mówił o znakach i cudach, które działy się za pośrednictwem apostołów – o uzdrowieniach, uwolnieniach od złych duchów.
„Idę do Antiochii,” powiedział mi. „Tam tworzy się nowa wspólnota wyznawców Chrystusa – tak go nazywają, Christos, Pomazaniec. Mają tam potrzebę ludzi, którzy znają języki i obyczaje różnych narodów.”
Zapytałem, czy nie boi się, że go wydam – w końcu wciąż jestem rzymskim żołnierzem, a on dezerterem.
Spojrzał na mnie spokojnie i powiedział: „Nie boisz się już ludzi, gdy spotkałeś Boga twarzą w twarz.”
Nie wydałem go, oczywiście. Jak mógłbym? Rozstaliśmy się o świcie. Dał mi zwój – kopię opowieści o życiu Jezusa, spisaną przez kogoś, kto towarzyszył apostołom. Czytam go każdej nocy.
Tytusie, nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Część mnie wciąż trzyma się tego, co znałem, w co wierzyłem całe życie. Ale inna część… inna część zaczyna rozumieć, że może jest coś więcej, coś poza tym, co zawsze uznawałem za pewnik.
Co powinienem zrobić? Pozostać w armii, udawać, że nic się nie stało? Czy porzucić wszystko, jak Quinius, i szukać odpowiedzi wśród tych, którzy wierzą w zmartwychwstałego?
Czekam na Twoje zdanie. Zawsze byłeś rozsądniejszy ode mnie.
Twój brat, Marcus
List V
Z Antiochii do Aleksandrii, IV dni przed Nony Listopad, 787 AUC
Drogi Bracie Tytusie,
Piszę do Ciebie z Antiochii, gdzie przebywam od trzech miesięcy. Tak, zrobiłem to, o czym myślałem – opuściłem armię. Nie uciekłem jak dezerter. Służyłem do końca kontraktu, a potem odmówiłem jego przedłużenia, ku zdumieniu mojego centuriona. Dwanaście lat służby to wystarczająco dużo, powiedziałem mu. Czas wrócić do domu.
Ale nie wróciłem do Italii. Zamiast tego podążyłem śladem Quiniusa do Antiochii. Tu, w tym tętniącym życiem mieście, gdzie mieszają się kultury, języki i religie, odnalazłem wspólnotę wyznawców Jezusa, których nazywają „chrześcijanami”.
Odkryłem, że nie jestem jedynym byłym żołnierzem wśród nich. Jest tu centurion Korneliusz z Cezarei, który przyjął wiarę po tym, jak apostoł Piotr miał wizję nakazującą mu głosić Ewangelię (tak nazywają Dobrą Nowinę o Jezusie) również poganom, nie tylko Żydom. Jest kilku innych weteranów z pomocniczych oddziałów, a nawet jeden były legionista z X Legionu.
Muszę Ci powiedzieć, że nigdy nie czułem się częścią czegoś tak znaczącego. Te opowieści o rzymskiej chwale, o podbojach, o rozszerzaniu granic Imperium – to nic w porównaniu z tym, co dzieje się tutaj. Ci ludzie wierzą, że są świadkami początku czegoś, co zmieni świat na zawsze. Nie przez podbój, nie przez miecz, ale przez miłość i poświęcenie.
Tutaj nauczyłem się więcej o Jezusie. O jego przesłaniu miłości, przebaczenia, o jego cudach, o tym, jak umarł na krzyżu za grzechy wszystkich ludzi i zmartwychwstał trzeciego dnia. Słuchałem świadectw tych, którzy go znali, którzy z nim chodzili, którzy widzieli go po zmartwychwstaniu.
I wreszcie, po miesiącu uczestniczenia w ich spotkaniach, przyjąłem chrzest. Zanurzono mnie w wodach Orontesu, a gdy się wynurzyłem, czułem się jak nowo narodzony. Jakby ciężar, który nosiłem od tamtej nocy przy grobie – a może dłużej, od pierwszej krwi, którą przelałem jako żołnierz – został zmyty z mojej duszy.
Wiem, co myślisz, Tytusie. Że uległem zabobonom wschodnich prowincji. Że słaby umysł szuka pocieszenia w bajkach o życiu po śmierci. Rozumiem Twój sceptycyzm – sam taki byłem. Ale proszę, nie osądzaj mnie, dopóki sam nie poznasz tej historii.
Przesyłam Ci kopię Ewangelii, którą przepisałem własnoręcznie. Czytaj z otwartym umysłem. A potem, jeśli zechcesz, przyjedź do Antiochii. Przyjmę Cię jak brata, niezależnie od tego, co zdecydujesz.
Co do mnie – zostaję tu. Znalazłem pracę jako strażnik w domu zamożnego kupca, który jest członkiem wspólnoty. To spokojne życie, bez krwi i śmierci, do których przywykłem w armii. I pierwsze od lat, w którym czuję prawdziwy cel.
Zastanawiasz się zapewne, czy kiedykolwiek spotkałem samego Jezusa, tego zmartwychwstałego, o którym wszyscy mówią? Nie, nie dane mi było to szczęście. Ale wierzę, że tamtej nocy przy grobie byłem bliżej zrozumienia istoty życia i śmierci niż kiedykolwiek wcześniej. I to zrozumienie prowadzi mnie teraz nową drogą.
Mam nadzieję, że pewnego dnia spotkamy się znowu, Tytusie. Że będę mógł opowiedzieć Ci wszystko osobiście. Do tego czasu – czytaj, myśl, szukaj. Prawda jest bliżej, niż myślisz.
Twój brat, Marcus
List VI
Z Antiochii do Aleksandrii, III dni przed Kalendami Aprilis, 788 AUC
Drogi Bracie Tytusie,
Z radością przyjąłem wiadomość, że przeczytałeś przesłaną przeze mnie Ewangelię. Twoje pytania świadczą, że podchodzisz do niej z otwartym umysłem, za co jestem wdzięczny. Spróbuję odpowiedzieć najlepiej, jak potrafię, choć sam wciąż jestem uczniem, nie nauczycielem w tych sprawach.
Pytasz, jak możliwe jest zmartwychwstanie człowieka, skoro przeczy to naturalnemu porządkowi rzeczy? To samo pytanie zadawałem sobie setki razy. Jako rzymscy żołnierze widzieliśmy śmierć wystarczająco często, by wiedzieć, że jest ostateczna. A jednak… a jednak jeśli Jezus był tym, kim mówił, że jest – Synem Bożym – to czy nie mógł mieć władzy nawet nad śmiercią?
Tutejsi nauczyciele wyjaśniają, że Jezus przepowiedział swoją śmierć i zmartwychwstanie wielokrotnie, choć uczniowie początkowo nie rozumieli tych słów. Mówią, że całe Pisma Hebrajczyków zapowiadały jego przyjście, śmierć i triumf nad grobem. Pokazują miejsca w ich starożytnych księgach, które wskazują na Mesjasza, który będzie cierpiał, umrze i powstanie.
Pytasz, dlaczego Bóg wybrał tak okrutną metodę jak ukrzyżowanie, by objawić swoją moc? Barnabasza, jeden z nauczycieli w Antiochii, wyjaśnił mi to tak: śmierć krzyżowa była największym upokorzeniem, jakie Rzym mógł zadać człowiekowi. Była symbolem absolutnej porażki, ostatecznej hańby. A Bóg wybrał właśnie to, by pokazać, że nawet najgłębszy ludzki upadek, największe cierpienie, może przemienić w zwycięstwo. Że nie ma takiej ciemności, której nie mógłby rozświetlić.
Pytasz też o świadków. Wspominałem już, że wielu z tych, którzy widzieli zmartwychwstałego Jezusa, wciąż żyje i opowiada swoją historię. Apostoł Paweł, którego poznałem niedawno, gdy odwiedził Antiochię, mówi, że Chrystus po zmartwychwstaniu ukazał się ponad pięciuset braciom równocześnie. Większość z nich żyje do dziś, choć niektórzy już zasnęli – jak to ujmują chrześcijanie, mówiąc o zmarłych.
Co do Twoich wątpliwości, czy uczniowie nie wykradli ciała – wierz mi, rozważałem tę możliwość tysiące razy. Ale jako strażnik grobu wiem, jak niemożliwe byłoby dla grupy przerażonych rybaków odsuniecie ciężkiego kamienia, pokonanie uzbrojonych strażników i wykradzenie ciała bez pozostawienia śladów. A nawet gdyby im się to udało, dlaczego mieliby potem umierać za kłamstwo? Wielu z apostołów zostało już zabitych za głoszenie zmartwychwstania – czy człowiek oddaje życie, wiedząc, że broni fałszu?
Ale ostatecznie, Tytusie, to nie logiczne argumenty przekonały mnie najbardziej. To zmiana, jaką widzę w ludziach, którzy przyjęli tę wiarę. Wczoraj wieczorem uczestniczyłem w zgromadzeniu, gdzie dawni wrogowie – Żydzi i Grecy, bogaci i biedni, wykształceni i prości – przełamywali chleb razem jako bracia. Gdzie były niewolnice siedziały przy tym samym stole co ich panie, a byli żołnierze, tacy jak ja, którzy kiedyś szerli krew, służyli teraz z miłością najsłabszym.
Żaden ludzki filozoficzny system, żadna religia, którą poznałem w naszych podróżach po Imperium, nie jest w stanie tak przemienić człowieka. I to właśnie, bardziej niż pusty grób, bardziej niż świadectwa o uzdrowieniach i cudach, przekonuje mnie, że spotkałem prawdę.
Piszesz, że Twój kontrakt z legionem kończy się za dwa miesiące. Powtórzę moją propozycję: przyjedź do Antiochii. Zobacz na własne oczy to, co próbuję opisać. Nie musisz od razu wierzyć, nie musisz podejmować żadnych decyzji. Po prostu przyjrzyj się, posłuchaj, zadawaj pytania. A potem sam zdecyduj.
Czekam na Ciebie, bracie.
Marcus
List VII
Z Antiochii do Aleksandrii, VII dni przed Idami Junii, 788 AUC
Drogi Bracie Tytusie,
Twoja decyzja, by przyjechać do Antiochii po zakończeniu służby, napełniła mnie radością. Przygotowałem już dla Ciebie miejsce w domu, w którym mieszkam. Mój gospodarz, Nikander, kupiec z Cypru i gorliwy wyznawca Chrystusa, z radością gości kolejnego byłego żołnierza.
Piszesz, że masz wieści o naszych dawnych towarzyszach z Jerozolimy. Jestem ciekaw, co się z nimi stało. Quinius jest teraz w Efezie, gdzie towarzyszy apostołowi Janowi. Pisał do mnie niedawno, opisując dynamiczny wzrost wspólnoty w tym mieście.
Wspominasz też o niepokojących wydarzeniach w Judei. Tak, docierają tu wieści o prześladowaniach chrześcijan w Jerozolimie. Jakub, brat Pański, został niedawno ukamienowany na rozkaz arcykapłana Annasza. Piotr cudem uniknął śmierci, uwolniony z więzienia w noc przed egzekucją. Wielu wierzących rozproszyło się po okolicznych prowincjach, przynosząc Ewangelię do nowych miejsc.
To trudny czas, ale nauczyciele mówią, że Jezus przewidział te prześladowania. „Jeśli Mnie prześladowali, to i was będą prześladować,” powiedział swoim uczniom. „Sługa nie jest większy od swego pana.” Mimo tych ciężkich doświadczeń, wiara się rozprzestrzenia – każdego dnia nowi ludzie dołączają do wspólnoty.
Pytasz, czy nie żałuję opuszczenia armii, porzucenia kariery, którą mogłem zrobić. Czasem, gdy widzę przemarszujące ulicami Antiochii oddziały, błyszczące w słońcu orły, gdy słyszę rytmiczny krok legionistów, czuję ukłucie nostalgii. Służba w armii dała mi dyscyplinę, braterstwo, poczucie przynależności do czegoś większego.
Ale teraz należę do innego wojska, walczę w innej bitwie. Jak pisał apostoł Paweł, nie przeciwko krwi i ciału, ale przeciwko duchowym siłom zła. I mam inną zbroję – prawdę, sprawiedliwość, wiarę, zbawienie. Używam innych broni – dobroci, cierpliwości, wybaczenia. To trudniejsza walka, bo przeciwnik jest bardziej zwodniczy, a front bitwy przebiega przez ludzkie serce.
Przyjeżdżaj, Tytusie. Zobaczymy się twarzą w twarz po tylu latach. Opowiem Ci wszystko, co wiem, pokażę wszystko, co widziałem. A potem Ty sam zdecydujesz, jaką drogą chcesz podążać.
Do rychłego spotkania, Marcus
List VIII
Z Efezu do Aleksandrii, V dni przed Kalendami Septembris, 788 AUC
Drogi Bracie Tytusie,
Piszę do Ciebie z Efezu, miasta poświęconego bogini Artemidzie, a obecnie coraz bardziej miejsca, gdzie rośnie wspólnota wyznawców Chrystusa. Po Twoim odwiedzeniu mnie w Antiochii i po naszych długich rozmowach, modlitwach i studiowaniu Pism, postanowiłem przyjąć propozycję Quiniusa i dołączyć do niego w jego pracy misyjnej w Azji.
Twoja decyzja, by powrócić do Italii i przekazać tę historię naszym rodakom, napełnia mnie nadzieją. Wiem, że Rzym – serce Imperium, pełne pogańskich kultów i politycznej władzy – będzie trudnym miejscem do głoszenia nauki o ukrzyżowanym i zmartwychwstałym Mesjaszu. Ale jestem przekonany, że Twoja uczciwość, Twoje doświadczenie wojskowe i Twoje świadectwo o tym, co widziałeś w Antiochii, otworzy serca wielu.
Tutaj, w Efezie, pracujemy pod przewodnictwem apostoła Jana, tego samego, który stał pod krzyżem i któremu Jezus powierzył opiekę nad swoją matką. Jan jest teraz starcem, ale jego oczy płoną miłością i mądrością, gdy opowiada o swoim Mistrzu. Często powtarza jedno proste przesłanie: „Dzieci, miłujcie się wzajemnie.” Gdy pytają go, dlaczego ciągle mówi to samo, odpowiada: „Bo to jest przykazanie Pana, a jeśli je wypełnicie, wystarczy.”
Efez jest wyjątkowym miejscem – pełnym bogactwa, ale też pogaństwa i rozpusty. Świątynia Artemidy przyciąga pielgrzymów z całego świata. Rzemieślnicy bogacą się na sprzedaży srebrnych figurek bogini. Dlatego nasza praca tutaj spotyka się z oporem – nie tylko religijnym, ale i ekonomicznym. Ci, którzy zarabiają na kulcie Artemidy, widzą w nas zagrożenie dla swoich dochodów.
Mimo to, wspólnota rośnie. Niedawno ochrzciliśmy nawróconego kapłana kultu Artemidy, co wywołało niemałe poruszenie w mieście. Spotykamy się w domach wierzących, dzieląc się chlebem, studiując nauki apostołów, modląc się i wspierając ubogich.
Jan pracuje nad spisaniem swoich wspomnień o Jezusie. Mówi, że jego Ewangelia będzie inna niż te, które już krążą – skupi się bardziej na duchowym znaczeniu nauk Mistrza, na jego boskości, na jego związku z Ojcem. Mam przywilej czasem pomagać mu w tej pracy, zapisując jego słowa, gdy dyktuje.
A co z nami, strażnikami grobu? Czasem myślę, jak ironiczne jest nasze położenie. Zostaliśmy wysłani, by strzec martwego ciała, by zapobiec głoszeniu zmartwychwstania. A staliśmy się świadkami pustego grobu i, w przypadku niektórych z nas, głosicielami Dobrej Nowiny.
Spotkałem tu Gaiusa – pamiętasz go? Najstarszy z nas czterech, ten, który pierwszy zajrzał do pustego grobu. Opowiedział mi swoją historię. Po przeniesieniu do Damaszku spotkał apostoła Pawła, który nawrócił się w drodze do tego miasta po olśniewającym spotkaniu ze zmartwychwstałym Chrystusem. Gaius został jego uczniem, towarzyszył mu w niektórych podróżach, a teraz pracuje nad zakładaniem nowych wspólnot w Azji.
A Flavius, czwarty z naszej grupy? Słyszałem, że po wydaleniu z armii wrócił do rodzinnej wioski w Galii. Nie wiem, czy kiedykolwiek znalazł odpowiedzi na pytania, które go dręczyły.
Tak więc z czterech rzymskich żołnierzy wysłanych, by pilnować grobu, trzech zostało uczniami Tego, którego ciała mieli strzec. Czy to nie jest samo w sobie dowodem mocy jego zmartwychwstania?
Tytusie, dziękuję Ci za Twoją przyjaźń, za Twoje wsparcie przez te wszystkie lata, za Twoją gotowość do wysłuchania mojej historii, gdy musiałem ją opowiedzieć komuś, komu ufam. Modlę się, by Twoja misja w Rzymie przyniosła owoce, by ci, którym opowiesz naszą historię, otworzyli serca na prawdę.
Bo to jest istota naszego świadectwa – że widzieliśmy pusty grób, że Jezus Chrystus naprawdę zmartwychwstał, że żyje i działa w swoich wyznawcach, przemieniając ich życie, tak jak przemienił nasze.
Niech łaska i pokój Tego, który zwyciężył śmierć, będą z Tobą.
Twój brat w Chrystusie, Marcus
[Poniższy fragment został dopisany inną ręką, prawdopodobnie wiele lat później]
Listy Marcusa Antoniusa Rufusa do jego brata Tytusa zostały odnalezione w małej chrześcijańskiej kaplicy na przedmieściach Rzymu w czasie wykopalisk przeprowadzonych w 1873 roku.
Według tradycji kościelnej, Tytus rzeczywiście powrócił do Rzymu, gdzie podzielił się historią swojego brata i pustego grobu. Założył małą wspólnotę wierzących, która spotykała się w jego domu przy Via Appia.
W czasie prześladowań za cesarza Nerona (64-68 n.e.) został aresztowany i stracony wraz z innymi chrześcijanami. Przed śmiercią przekazał listy brata młodej chrześcijance imieniem Priscilla, która ukryła je wraz z innymi cennymi dokumentami wczesnego Kościoła.
Marcus pozostał w Efezie do końca swoich dni, służąc u boku apostoła Jana. Zgodnie z lokalną tradycją, zmarł w 93 roku, w czasie prześladowań za cesarza Domicjana, odmawiając wyrzeczenia się swojej wiary w zmartwychwstałego Chrystusa.
Obaj bracia, niegdyś strażnicy grobu i słudzy Imperium, stali się strażnikami nowej wiary i sługami większego Królestwa. Ich świadectwo, wraz ze świadectwem wielu innych, pomogło przenieść orędzie o pustym grobie z małej, odległej prowincji Judei na krańce znanego wówczas świata.