– wspomnienia przedsiębiorcy, który widział cuda Jezusa
Dzień 3, miesiąc Ijar, rok 3790 od stworzenia świata
Dziś po raz pierwszy spotkałem tego nowego nauczyciela, o którym wszyscy mówią – Jezusa z Nazaretu. Przybył do Kafarnaum kilka dni temu i zatrzymał się w domu rybaka Szymona, którego teraz nazywa Piotrem. Już wcześniej słyszałem plotki o jego nauczaniu i uzdrowieniach w okolicznych wioskach, ale podchodziłem do nich sceptycznie. W końcu jestem kupcem – człowiekiem interesu, przyzwyczajonym do liczenia, ważenia i mierzenia. Wierzę w to, co widzę na własne oczy.
Dziś zobaczyłem.
Przechodziłem obok domu Szymona, niosąc próbki tkanin sprowadzonych z Damaszku dla żony setnika Korneliusza. Dom był tak oblegany, że ludzie nie mogli się dostać do środka – stali na podwórzu, zaglądali przez okna. Byłem ciekaw, więc zatrzymałem się na moment.
Wtedy ujrzałem, jak przez tłum przedzierają się czterej mężczyźni, niosąc na noszach sparaliżowanego. Znałem go – to syn garncarza z obrzeży miasta, od lat przykuty do łoża. Widząc, że nie mogą dostać się do środka, mężczyźni wdrapali się na płaski dach domu, rozebrali jego część i spuścili nosze z chorym dokładnie przed Jezusa.
Oczekiwałem, że gospodarz domu wpadnie w gniew – w końcu uszkodzili jego własność! Ale Szymon stał spokojnie, jakby spodziewał się takiego obrotu spraw.
Jezus spojrzał na sparaliżowanego i powiedział coś, co mnie zszokowało: „Synu, odpuszczają ci się twoje grzechy”. Natychmiast szmer oburzenia przeszedł przez zgromadzonych uczonych w Piśmie. Słyszałem, jak szeptali: „On bluźni! Któż może odpuszczać grzechy oprócz samego Boga?”
Jezus spojrzał na nich – przysięgam, jakby czytał w ich myślach – i zapytał: „Cóż jest łatwiej powiedzieć sparaliżowanemu: 'Odpuszczają ci się grzechy’, czy też powiedzieć: 'Wstań, weź swoje łoże i chodź’? Abyście jednak wiedzieli, że Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów…” – tu zwrócił się do sparaliżowanego – „Mówię ci: Wstań, weź swoje łoże i idź do swego domu!”
I człowiek ten – ten sam, którego znałem jako bezwładnego od lat – wstał, zwinął swoją matę i wyszedł na oczach wszystkich.
Ludzie byli oszołomieni. Ja również. Moje próbki tkanin wypadły mi z rąk, gdy stałem tam z otwartymi ustami. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Wszyscy chwalili Boga, mówiąc: „Jeszcze nigdy nie widzieliśmy czegoś podobnego!”
Muszę przemyśleć to, czego byłem świadkiem. Jako kupiec znam wartość rzeczy, umiem odróżnić to, co cenne, od tego, co bezwartościowe. I czuję, że dziś zobaczyłem coś bezcennego.
Dzień 17, miesiąc Ijar, rok 3790
Nie mogę przestać myśleć o tym nauczycielu. Od tamtego dnia wiele razy widziałem go w mieście. Naucza przy brzegu jeziora, gdzie gromadzą się tłumy tak wielkie, że musi wchodzić do łodzi i stamtąd przemawiać do ludzi stojących na brzegu.
Jego nauki są… niezwykłe. Mówi z mocą, jakiej nie posiadają nasi uczeni w Piśmie. Nie cytuje innych autorytetów, jak oni. Zamiast tego mówi: „A Ja wam powiadam…” – jakby sam miał władzę nad Prawem. Uczy o królestwie Bożym, ale nie tak, jak oczekujemy – nie o politycznym wyzwoleniu Izraela spod władzy Rzymu, lecz o czymś głębszym, duchowym, o przemianie serca.
Wczoraj miał spór z faryzeuszami o post. Zapytali, dlaczego jego uczniowie nie poszczą, jak uczniowie Jana Chrzciciela. Odpowiedział im zagadkowo: „Czy goście weselni mogą pościć, gdy pan młody jest z nimi?” Potem dodał coś o nowym winie, które wymaga nowych bukłaków.
Nie do końca rozumiem te wszystkie przypowieści, ale czuję, że kryje się w nich głęboka mądrość. Zastanawiam się, czy nie powinienem zamknąć sklepu na kilka dni i pójść za nim, posłuchać więcej.
Moja żona, Debora, uważa, że zwariowałem. „Eleazarze,” powiada, „jesteś kupcem, a nie pielgrzymem. Mamy zamówienia do realizacji, towary do sprzedania. Ten nauczyciel jest dla rybaków i prostaczków, nie dla poważnych przedsiębiorców jak ty.”
Może ma rację. Ale nie mogę przestać myśleć o tym sparaliżowanym, który wstał i poszedł.
Dzień 2, miesiąc Siwan, rok 3790
Dziś Jezus zrobił coś, co wstrząsnęło całym miastem – i moim światopoglądem.
Szedłem do domu celnika Mateusza, z którym prowadzę interesy (wiem, wiem, nikt nie lubi celników, ale w moim fachu nie można być zbyt wybrednym w kwestii klientów). Gdy się zbliżałem, zobaczyłem Jezusa przechodzącego obok komory celnej. Zatrzymał się, spojrzał na Mateusza i powiedział po prostu: „Pójdź za mną!”
I wyobraź sobie – Mateusz wstał, zostawił wszystko i poszedł za nim! Ten sam Mateusz, który zdzierał z nas podatki, który służył Rzymianom, który gromadził majątek latami – po prostu zostawił wszystko dla jednego słowa tego nauczyciela!
Ale to nie koniec. Wieczorem Mateusz wyprawił w swoim domu wielką ucztę dla Jezusa. Zaprosił wszystkich celników i innych „grzeszników” (tak, mnie też, w końcu handluję z celnikami, co czyni mnie podejrzanym w oczach bardziej pobożnych). Faryzeusze, którzy obserwowali to z daleka, byli oburzeni. „Dlaczego on je i pije z celnikami i grzesznikami?” – pytali jego uczniów.
Jezus to usłyszał i odpowiedział: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem wezwać do nawrócenia sprawiedliwych, lecz grzeszników.”
Siedzieliśmy tam – celnicy, kupcy o wątpliwej reputacji, ludzie, którymi pobożni Żydzi gardzą – a on siedział z nami, jadł, rozmawiał, śmiał się. Bez potępienia, bez wyniosłości. Pierwszy raz czułem się akceptowany przez kogoś religijnego nie pomimo tego, kim jestem, ale właśnie dlatego, kim jestem.
Mateusz postradał zmysły? Może. Ale zaczynam się zastanawiać, czy właśnie takie „szaleństwo” nie jest największą mądrością.
Dzień 14, miesiąc Siwan, rok 3790
Moje interesy zaczynają cierpieć, bo poświęcam coraz więcej czasu na słuchanie Jezusa. Debora jest już nie tylko zirytowana, ale poważnie zaniepokojona. „Co się z tobą dzieje?” – pyta. „Zostawiasz sklep na pomocników, chodzisz za tym nauczycielem jak zagubiona owca. Czy on rzucił na ciebie urok?”
Może faktycznie jestem zauroczony. Ale jak mógłbym nie być? Widziałem, jak uzdrawia chorych jednym słowem. Widziałem, jak dotyka trędowatych – trędowatych! – i zamiast sam zostać nieczystym, czyni ich czystymi. Słyszałem jego nauki, które przewracają do góry nogami wszystko, co myślałem, że wiem o Bogu i religii.
Wczoraj mówił o błogosławieństwach, ale nie takich, jakich się spodziewałem. Błogosławieni ubodzy, cisi, smutni, prześladowani… Jako kupiec zawsze wierzyłem, że bogactwo jest znakiem Bożej łaski. On mówi coś zupełnie przeciwnego.
Czy to oznacza, że muszę porzucić swój interes, jak Mateusz? Nie jestem na to gotowy. Mam rodzinę, obowiązki, kontrakty do wypełnienia. Ale czuję, że coś we mnie się zmienia, jakby ktoś rozpalił ogień, którego nie mogę ugasić.
Dzień 1, miesiąc Tammuz, rok 3790
Dziś byłem świadkiem czegoś, co przekracza wszelkie pojęcie.
Jezus przeprawił się na drugi brzeg jeziora, a ja razem z tłumem podążyłem za nim. Kiedy wylądowaliśmy, było już późno, a miejsce odludne. Mimo to ludzie nie chcieli odejść. Jezus nauczał ich do wieczora.
Wtedy jego uczniowie zaczęli nalegać, by rozpuścił tłum, żeby ludzie mogli pójść do okolicznych wiosek kupić sobie jedzenie. Ale Jezus odpowiedział: „Wy dajcie im jeść!”
Uczniowie byli zdumieni: „Mamy pójść i za dwieście denarów kupić chleba, żeby dać im jeść?” – zapytał jeden z nich. Jako kupiec od razu zacząłem liczyć – dwieście denarów to wynagrodzenie robotnika za prawie rok pracy. A nas było tam ponad pięć tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci!
Jezus zapytał: „Ile macie chlebów? Idźcie i zobaczcie.” Znaleźli tylko pięć chlebów i dwie ryby – posiłek małego chłopca.
Co zrobił Jezus? Wziął te pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, pobłogosławił je, łamał i dawał uczniom, by rozdawali ludziom. I – przysięgam na życie moich dzieci – każdy najadł się do syta! Co więcej, gdy zebrali resztki, napełnili dwanaście koszy!
Jako kupiec znam się na liczbach, na miarach i wagach. To, co widziałem, nie było iluzją ani sztuczką. To było… pomnożenie. Stworzenie czegoś z niemal niczego.
Gdy jadłem ten cudowny chleb, pomyślałem o mannie, którą Bóg zesłał naszym przodkom na pustyni. Czy to możliwe, że historia się powtarza? Że Bóg znów karmi swój lud na pustkowiu?
Ludzie wokół mnie szeptali: „To naprawdę jest prorok, który ma przyjść na świat!” Niektórzy chcieli nawet ogłosić go królem siłą. Ale on, widząc to, oddalił się samotnie na górę.
Wracając do domu, czułem się odmieniony. W moich rękach wciąż tkwił kawałek cudownego chleba. Schowałem go. Pokażę Deborze. Musi uwierzyć w to, co widziałem.
Dzień 8, miesiąc Tammuz, rok 3790
Debora zobaczyła chleb i wzruszyła ramionami. „To zwykły chleb” – powiedziała. „Może i niezwykły człowiek go pobłogosławił, ale to wciąż chleb.”
Wtedy opowiedziałem jej wszystko – o uzdrowieniach, o nauczaniu, o cudownym rozmnożeniu. Im więcej mówiłem, tym bardziej łagodniał jej wyraz twarzy. W końcu spytała: „Tak bardzo ci na tym zależy, prawda?”
Przyznałem, że tak.
„W takim razie chcę go poznać” – powiedziała. „Weź mnie ze sobą następnym razem”.
Nie spodziewałem się tego. Moja praktyczna, twardo stąpająca po ziemi żona chce poznać nauczyciela, który wywraca moje życie do góry nogami?
Ale zgodziłem się, oczywiście. Wezmę ją ze sobą, gdy tylko Jezus wróci do Kafarnaum. A tymczasem… tymczasem muszę zająć się interesami. Mam dostawy tkanin z Tyru i Sydonu, kontrakty do negocjacji. Życie toczy się dalej, nawet gdy jesteś świadkiem cudów.
Dzień 22, miesiąc Tammuz, rok 3790
To było najgorsze doświadczenie w moim życiu. I najwspanialsze.
Wczoraj moja córka Miriam zapadła na ciężką gorączkę. Lekarze byli bezradni. Do wieczora jej oddech stał się płytki, a ciało płonęło jak ogień. Debora siedziała przy niej całą noc, zmieniając mokre płótna na jej czole, ale nic nie pomagało.
O świcie ktoś przyniósł wieść, że Jezus wrócił do miasta. Nie czekając ani chwili, pobiegłem do domu Szymona. Tłum był ogromny, ale przebiłem się przez niego, krzycząc, błagając o pomoc.
Gdy w końcu stanąłem przed Jezusem, upadłem do jego stóp. „Moja córeczka umiera” – wyszeptałem. „Przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała i żyła”.
Spojrzał na mnie – przysięgam, czułem, jak jego wzrok przenika mnie na wskroś – i skinął głową. Poszedł ze mną.
Ale w drodze do mojego domu goniec przyniósł wiadomość: „Twoja córka umarła. Po co jeszcze trudzisz Nauczyciela?”
Poczułem, jak nogi się pode mną uginają. Ale Jezus, nie zważając na to, co powiedziano, rzekł do mnie: „Nie bój się, tylko wierz!”
Gdy dotarliśmy do domu, zastaliśmy płaczących i zawodzących krewnych i sąsiadów. Debora siedziała przy łóżku Miriam, trzymając jej zimną, bezwładną rękę. Gdy nas zobaczyła, w jej oczach błysnęła gniewna iskra: „Przyszedłeś za późno! Ona nie żyje!”
Ale Jezus powiedział: „Dlaczego robicie zgiełk i płaczecie? Dziecko nie umarło, tylko śpi”.
Wyśmiali go. Ja sam nie wiedziałem, co myśleć. Widziałem moją córkę – była blada, nieruchoma, nie oddychała. Jak mógł mówić, że ona śpi?
Jezus wyprosił wszystkich z pokoju, pozwalając zostać tylko mnie, Deborze i trójce swoich uczniów. Podszedł do łóżka, wziął dziewczynkę za rękę i powiedział: „Talitha kum” – „Dziewczynko, mówię ci, wstań!”
I Miriam – moja martwa córka – otworzyła oczy. Usiadła. Uśmiechnęła się. A potem wstała i zaczęła chodzić po pokoju, jakby nigdy nie była chora!
Debora krzyknęła i rzuciła się, by objąć córkę. Ja stałem jak skamieniały, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Jezus zaś spokojnie polecił, by dać dziecku coś do jedzenia, jakby wskrzeszanie zmarłych było najzwyklejszą rzeczą na świecie.
Zanim wyszedł, spojrzał mi głęboko w oczy i powiedział: „Nie mów o tym nikomu”. Jak mógłbym o tym nie mówić? Ale obiecałem, że będę milczał.
Piszę te słowa przy łóżku mojej córki, która teraz śpi – prawdziwie śpi, zdrowym, spokojnym snem. Debora siedzi obok, trzymając jej rękę, jakby bała się, że Miriam znów jej zostanie zabrana.
Już nie mam wątpliwości. Ten człowiek nie jest zwykłym nauczycielem ani prorokiem. On ma władzę nad chorobą i śmiercią. On ma władzę nad samym życiem.
Dzień 10, miesiąc Aw, rok 3790
Dwa tygodnie od cudu i wszystko się zmieniło. Debora nie tylko pozwala mi słuchać Jezusa, ale sama chodzi na jego nauki, zabierając ze sobą Miriam. Moja córka kocha go – mówi, że gdy trzymał ją za rękę, czuła, jakby życie wlewało się w nią strumieniem.
Mój stosunek do interesów również się zmienił. Wczoraj spotkałem kupca z Sydonu, który próbował mnie oszukać na wadze srebrnych monet. Dawniej wdałbym się z nim w kłótnię, może nawet wezwał strażników. Zamiast tego spokojnie pokazałem mu błąd i zaproponowałem uczciwe rozwiązanie. Był tak zaskoczony, że nie tylko zgodził się na moje warunki, ale zaproponował stałą współpracę.
Miriam, pełna energii po swoim cudownym uzdrowieniu, zadaje mi mnóstwo pytań o Jezusa. „Czy on jest Mesjaszem, tatusiu? Czy on jest tym, na którego czekamy? Czy on wyzwoli Izraela?”
Nie wiem, jak odpowiedzieć. Jako kupiec przyzwyczaiłem się do myślenia w kategoriach konkretów – cen, ilości, zysków i strat. Polityka i religia to były sprawy uczonych w Piśmie i kapłanów, nie moje.
Ale teraz, gdy moja córka została przywrócona do życia, gdy widziałem na własne oczy rzeczy niemożliwe, nie mogę już udawać, że to mnie nie dotyczy. Jeśli ten człowiek ma taką moc, to kim on jest? I co to oznacza dla nas, dla Izraela, dla świata?
Dzień 25, miesiąc Elul, rok 3790
Jezus opuścił Kafarnaum, wędrując po okolicznych wioskach. Tęsknię za jego naukami, ale jednocześnie mam czas, by przemyśleć wszystko, czego byłem świadkiem.
Wczoraj odwiedził mnie Szymon Piotr, rybak, który stał się jednym z najbliższych uczniów Jezusa. Rozmawialiśmy długo. Zapytałem go wprost: „Kim on jest, Szymonie? Kim jest wasz nauczyciel?”
Szymon opowiedział mi o dniu, gdy łowili ryby na jeziorze i nie złapali nic przez całą noc. Jezus polecił im wypłynąć na głębię i zarzucić sieci. Choć wydawało się to bezsensowne, zrobili to – i złowili taką ilość ryb, że sieci niemal się rwały, a łodzie zaczęły tonąć pod ich ciężarem.
„Wtedy zrozumiałem, że on nie jest zwykłym człowiekiem” – powiedział Szymon. „Upadłem mu do nóg i zawołałem: 'Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny!’ Ale on odpowiedział: 'Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił’.”
Zapytałem Szymona, co o nim myśli teraz, po wszystkich cudach, których był świadkiem.
„On jest Mesjaszem” – odpowiedział bez wahania. „Synem Boga żywego”.
Takie słowa to niemal bluźnierstwo. A jednak… a jednak jak inaczej wyjaśnić to wszystko? Jak inaczej wyjaśnić moją żywą córkę, która była martwa?
Dzień 12, miesiąc Tiszri, rok 3791
Kolejny rok. Żyjemy w niepewnych czasach. Władze religijne w Jerozolimie coraz bardziej niepokoją się rosnącą popularnością Jezusa. Niektórzy faryzeusze odwiedzili Kafarnaum, obserwując go, zadając podchwytliwe pytania, próbując przyłapać go na błędzie.
Ale on zawsze odpowiada z mądrością, która ich zaskakuje. Gdy pytali, dlaczego jego uczniowie jedzą z nieumytymi rękami, wbrew tradycji starszych, odpowiedział: „Słusznie prorok Izajasz powiedział o was, obłudnikach: 'Ten lud czci mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode mnie’.”
Mówi rzeczy, które wywracają nasz świat do góry nogami. Że to, co wychodzi z ust człowieka (złe słowa, kłamstwa), czyni go nieczystym, a nie to, co wchodzi (nieumyte ręce, niekoszerny pokarm). Że trzeba kochać nieprzyjaciół i modlić się za prześladowców. Że ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi.
Mam wrażenie, że zmierzamy ku jakiemuś przesileniu. Tłumy nadal za nim podążają, ale władze są coraz bardziej wrogie. Ludzie wciąż mają nadzieję, że ogłosi się królem, poprowadzi powstanie przeciwko Rzymowi. Ale on mówi o innego rodzaju królestwie – takim, które jest „wewnątrz was”.
Jako kupiec wiem, kiedy interes zmierza ku upadkowi albo ku wielkiemu sukcesowi. Zawsze to czuję. I teraz czuję, że historia Jezusa z Nazaretu zbliża się do punktu kulminacyjnego. Pytanie tylko, jaki będzie to punkt.
Dzień 5, miesiąc Nisan, rok 3791
Jezus wyruszył do Jerozolimy na święto Paschy. Wielu z Kafarnaum podąża za nim, w tym moja żona i córka. Ja zostałem, by zajmować się interesami, ale moje serce jest z nimi.
Dziwne pogłoski dochodzą do nas z Jerozolimy. Podobno Jezus wjechał do miasta na osiołku, a ludzie witali go jak króla, rzucając na drogę płaszcze i gałązki palm, wołając: „Hosanna Synowi Dawidowemu!” Potem wszedł do świątyni i wywrócił stoły handlarzy, wypędził tych, którzy sprzedawali i kupowali, mówiąc: „Mój dom będzie nazwany domem modlitwy, a wy uczyniliście z niego jaskinię zbójców”.
Jako kupiec, który czasem handluje w przedsionkach świątyni, powinienem być oburzony. Ale nie jestem. Rozumiem jego gniew. Świątynia stała się bardziej miejscem biznesu niż modlitwy, a kapłani bardziej przypominają przedsiębiorców niż sługi Boże.
Jednak takie działania musiały rozwścieczyć arcykapłanów i uczonych w Piśmie. A oni mają wpływy u Rzymian. Obawiam się o jego bezpieczeństwo.
Dzień 14, miesiąc Nisan, rok 3791
Straszne wieści z Jerozolimy. Jezus został aresztowany, osądzony i skazany na ukrzyżowanie. Dzisiaj, w przeddzień Paschy, wykonano wyrok.
Debora i Miriam wróciły wczoraj, zapłakane i roztrzęsione. Były świadkami jego pojmania w Ogrodzie Getsemani. Widziały, jak prowadzono go przed Sanhedryn, a potem przed Piłata. Nie miały sił, by patrzeć na ukrzyżowanie, ale słyszały, że umarł około dziewiątej godziny dnia, po trzech godzinach męki.
Podobno w chwili jego śmierci zasłona przybytku w świątyni rozdarła się na dwoje, od góry do dołu. Ziemia się zatrzęsła, a skały popękały. Nawet rzymski setnik, który nadzorował egzekucję, miał powiedzieć: „Prawdziwie, ten człowiek był Synem Bożym!”
Siedzę teraz przy stole, przygotowanym na wieczerzę paschalną, ale nie mam apetytu. Jak to możliwe, że ten, który wskrzeszał umarłych, sam umarł? Że ten, który miał taką moc nad naturą, pozwolił się ukrzyżować jak pospolity przestępca?
Miriam płacze nieprzerwanie od powrotu. „On przywrócił mnie do życia, tatusiu,” powtarza. „Dlaczego nikt nie przywrócił jego?”
Nie wiem, co odpowiedzieć. Czuję się zagubiony, jak wtedy, gdy moja córka leżała martwa. Ale tym razem nie ma Jezusa, który przyszedłby i powiedział: „Nie bój się, tylko wierz”.
Dzień 16, miesiąc Nisan, rok 3791
To niemożliwe. A jednak… a jednak wiem, że to prawda.
Dziś rano przybiegła do nas Maria Magdalena, krzycząc: „On żyje! Jezus żyje! Widziałam go, rozmawiałam z nim!”
Myśleliśmy, że oszalała z żalu. Ale potem przyszli inni – Joanna, druga Maria, Piotr, Jan… Wszyscy mówili to samo: grób jest pusty, a Jezus ukazuje się im żywy!
Nie dowierzałem, dopóki nie przyszli dwaj uczniowie z Emaus. Opowiedzieli, jak szli drogą, pogrążeni w smutku po śmierci Mistrza, gdy dołączył do nich nieznajomy. Wyjaśniał im Pisma, pokazując, że Mesjasz miał cierpieć i zmartwychwstać. Dopiero przy łamaniu chleba rozpoznali, że to Jezus – a wtedy zniknął im z oczu.
Gdy opowiadali tę historię, Jezus stanął pośród nas, mówiąc: „Pokój wam!”
Zamarliśmy z przerażenia, myśląc, że widzimy ducha. Ale on powiedział: „Czemu jesteście zmieszani i dlaczego wątpliwości budzą się w waszych sercach? Zobaczcie moje ręce i nogi: to Ja jestem. Dotknijcie mnie i przekonajcie się: duch nie ma ciała ani kości, jak widzicie, że Ja mam.”
A potem pokazał nam rany po gwoździach w rękach i nogach, oraz przebity bok.
I wtedy zrozumiałem. To, co wydawało się końcem, było początkiem. To, co wyglądało na porażkę, było zwycięstwem. Śmierć nie pokonała go – on pokonał śmierć.
Jestem kupcem, człowiekiem liczb i faktów. Wiem, co widziałem. I wiem, że po dzisiejszym dniu nic już nie będzie takie samo.
Dzień 3, miesiąc Ijar, rok 3791
Dziś mija dokładnie rok od dnia, gdy po raz pierwszy zobaczyłem Jezusa w domu Szymona. Rok, który zmienił wszystko.
Jezus pozostał z nami przez czterdzieści dni po zmartwychwstaniu, ucząc o królestwie Bożym. Potem, na górze niedaleko Betanii, na oczach