– burza i dziwne wydarzenia na morzu
Nisan, 14 dzień, rok czwarty panowania króla Jeroboama II
Nazywam się Adad-nirari, syn Eszik-zeri z Tyru, marynarz trzeciej klasy na statku handlowym „Gwiazda Tarszisz” pod dowództwem kapitana Baala-hannona. Rozpoczynam te kroniki zgodnie z zaleceniem naszego pisarza okrętowego, który twierdzi, że każdy członek załogi powinien zapisywać godne uwagi wydarzenia z rejsu. A ten rejs, jeszcze przed rozpoczęciem, zapowiada się niezwykle.
Zaokrętowaliśmy się w Jaffie trzy dni temu. Mieliśmy wyruszyć wczoraj o świcie, ale spóźnił się jeden pasażer, którego kapitan koniecznie chciał zabrać, gdyż zapłacił podwójną cenę za przejazd. Nazywa się Jonasz, syn Amittaja, i podobno jest prorokiem z Królestwa Izraela.
Nie wygląda na proroka, jeśli mam być szczery. Nie nosi długich szat ani nie ma rozwianej brody. To raczej przeciętny, zmęczony człowiek o niespokojnym spojrzeniu. Gdy przybył na nabrzeże, wydawał się zdyszany i co chwila oglądał się za siebie, jakby ktoś go ścigał. Nie rozmawiał z nikim podczas zaokrętowania, a teraz ukrywa się w najciemniejszym kącie ładowni, między belami fenickiego płótna.
Nasz kapitan nie zadaje zbędnych pytań, dopóki pasażer płaci. A ten Jonasz zapłacił srebrem wysokiej próby. Wypływamy jutro o świcie, kierując się do Tarszisz. To długa podróż przez Wielkie Morze, ale pogoda zapowiada się pomyślnie. Niech Baal Hadad i Jam, władcy nieba i morza, mają nas w swojej opiece.
Nisan, 15 dzień
Wypłynęliśmy z Jaffy wczesnym rankiem, przy łagodnym wschodnim wietrze. Morze jest spokojne, niebo czyste, a załoga w dobrych nastrojach. Tylko nasz tajemniczy pasażer wciąż się nie pokazuje. Zaniosłem mu wodę i chleb do ładowni, ale nawet nie podniósł głowy, by mi podziękować. Leży tam, wpatrując się w belki sufitu, jakby prowadził jakąś niemą rozmowę.
Zapytałem go wprost, przed kim ucieka, ale odpowiedział tylko enigmatycznym stwierdzeniem: „Przed obliczem Pana”. Nie jestem biegły w sprawach religijnych, ale wiem, że Izraelici czczą jednego boga, którego nazywają JHWH. Czyżby ten prorok popadł w niełaskę u swojego bóstwa? To by wyjaśniało jego posępny nastrój i ucieczkę do odległego Tarszisz.
Kapitan mówi, że nie obchodzi go, czy pasażer ucieka przed ludźmi, bogami czy demonami, dopóki jego obecność nie sprowadzi nieszczęścia na statek. Żartował nawet, że jeśli Jonasz jest prorokiem, to może przepowiedzieć nam pomyślne wiatry i obfite połowy podczas rejsu.
Pierwsza wachta minęła spokojnie. Wieczorem zauważyłem dziwne zachowanie delfinów, które zazwyczaj towarzyszą naszemu statkowi. Odpłynęły nagle, jakby przestraszone czymś w głębinach. Rybak Asztart twierdzi, że to zły omen, ale starzy marynarze zawsze widzą złe znaki.
Nisan, 16 dzień
Dziś nad ranem niebo na zachodzie zaczęło ciemnieć. Kapitan Baal-hannon, doświadczony żeglarz, który przemierzył Wielkie Morze więcej razy niż ma lat, zmarszczył brwi na widok tych chmur. „To nie jest zwykła burza” – powiedział do pierwszego oficera. „Przygotujcie statek”.
Wszyscy zabraliśmy się do pracy – mocowanie ładunku, sprawdzanie lin i żagli, przygotowanie do zwinięcia płótna w razie potrzeby. Nasz pasażer, Jonasz, w końcu wyszedł na pokład, gdy poczuł kołysanie statku. Stał na rufie, patrząc na zbliżające się chmury z mieszaniną strachu i… czy to była ulga w jego oczach?
Około południa uderzyły pierwsze podmuchy wiatru. Były silniejsze, niż ktokolwiek się spodziewał. Nagle spokojna podróż zamieniła się w walkę o utrzymanie kursu. Kapitan nakazał zwinąć większość żagli, pozostawiając tylko mały trójkątny kawałek płótna na dziobie, aby utrzymać sterowność.
Morze wzdyma się coraz bardziej. Fale uderzają o burtę z siłą, która wstrząsa całym statkiem. Już dwóch marynarzy zostało rannych, gdy woda zmyła ich przez pokład. Na szczęście liny bezpieczeństwa utrzymały ich na statku. Wszyscy modlą się do swoich bogów – feniccy marynarze do Baala Hadada i Jama, kupcy z Egiptu do Ozyrysa i Izydy, a dwóch Greków na pokładzie wzywa Posejdona.
Tylko Jonasz milczy. Nie modli się. Nie pomaga. Po prostu patrzy na wzburzone morze z dziwnym wyrazem rezygnacji.
Nisan, 17 dzień, przed świtem
Piszę te słowa przy migotliwym świetle lampy oliwnej, która cudem nie gaśnie mimo gwałtownych ruchów statku. Burza trwa już prawie dobę i nie słabnie. Nigdy nie widziałem czegoś podobnego. Kapitan mówi, że to nie jest zwykły sztorm – to gniew bogów.
Wyrzuciliśmy już część ładunku, aby odciążyć statek. Bele kosztownego fenickiego płótna, amfory z oliwą, drewniane skrzynie pełne przypraw – wszystko poszło za burtę. Każdy człowiek na pokładzie modli się gorliwie, wielu na głos, tworząc kakofonie błagań do różnych bóstw.
A Jonasz? Zszedł na najniższy pokład i… zasnął! Tak, dobrze zapisałem – w środku najgorszego sztormu w moim życiu, ten człowiek po prostu położył się i zasnął, jakby burza była tylko kołysanką.
Kapitan w końcu go znalazł. „Jak możesz spać?!” – wykrzyknął, budząc proroka. „Wstań, wołaj do swojego Boga! Może On zwróci na nas uwagę i nie zginiemy”.
Tymczasem pierwszy oficer zaproponował rzucenie losów, aby dowiedzieć się, z czyjego powodu spadło na nas to nieszczęście. Taki jest stary zwyczaj morski – gdy bogowie są wyjątkowo zawzięci, często oznacza to, że ktoś na pokładzie ściągnął na siebie ich gniew.
Nisan, 17 dzień, południe
Nie mogę uwierzyć w to, co się stało. Losy wskazały na Jonasza! Wszyscy otoczyliśmy go kręgiem, domagając się wyjaśnień.
„Kim jesteś? Skąd przybywasz? Jaki jest twój zawód? Z jakiego ludu pochodzisz?” – pytania sypały się ze wszystkich stron.
Jonasz westchnął głęboko, jakby oczekiwał tego momentu. Wyprostował się i przemówił głosem, który mimo wyjącego wiatru, wszyscy wyraźnie usłyszeli:
„Jestem Hebrajczykiem i czczę JHWH, Boga nieba, który stworzył morze i ląd. Jestem Jego prorokiem, ale uciekam przed Jego obliczem, bo nie chciałem wypełnić misji, którą mi powierzył”.
Opowiedział, jak Bóg nakazał mu udać się do Niniwy, wielkiego miasta Asyryjczyków, i zapowiedzieć jego zniszczenie z powodu niegodziwości mieszkańców. Ale Jonasz nie chciał tam iść. Niniwa jest wrogiem Izraela, a on nie chciał, by jego wrogowie mieli szansę na opamiętanie się i uniknięcie kary.
„Teraz wiem, że to przeze mnie przyszedł na was ten sztorm” – zakończył Jonasz. „Mój Bóg mnie odnalazł”.
„Co mamy zrobić, aby morze się uspokoiło?” – zapytał kapitan, który był blady jak ściana. Wszyscy wiedzieliśmy, że statek długo nie wytrzyma w takich warunkach.
Odpowiedź Jonasza zmroziła nam krew w żyłach:
„Weźcie mnie i wrzućcie w morze, a ustanie wzburzenie wody. Wiem, że to przeze mnie powstała ta wielka burza”.
Nisan, 17 dzień, wieczór
Nikt nie chciał od razu wykonać żądania Jonasza. Zamiast tego, załoga podjęła heroiczny wysiłek, aby zawrócić do lądu. Kapitan zmobilizował wszystkich do wiosłowania, próbując skierować statek ku brzegom. Ale było to niemożliwe – wiatr i fale spychały nas coraz dalej na otwarte morze.
Pamiętam, jak pierwszy oficer złapał Jonasza za ramiona i błagał: „Jeśli twój Bóg jest tak potężny, jak twierdzisz, dlaczego nie poprosisz Go o przebaczenie? Dlaczego musimy cię zabijać?”
Ale Jonasz był niewzruszony. „Uciekałem przed Nim, ale On mnie znalazł. Taka jest cena mojego nieposłuszeństwa”.
W końcu, gdy stało się jasne, że nie ma innego wyjścia, kapitan zwołał wszystkich na pokład. Mimo wzburzonych fal, stanęliśmy w kręgu. Starzy, zahartowani marynarze płakali otwarcie. Nikt z nas nie chciał mieć krwi człowieka na rękach, nawet jeśli miało to ocalić nasze życie.
Kapitan, z drżącymi ustami, odmówił modlitwę do Boga Jonasza:
„O JHWH! Błagamy Cię, nie obciążaj nas winą za śmierć tego człowieka i nie poczytuj nam przelanej krwi niewinnego, bo Ty, o JHWH, postąpiłeś tak, jak sobie życzyłeś”.
Czterech najsilniejszych marynarzy chwyciło Jonasza – który nie stawiał żadnego oporu – podnieśli go i… zawahali się.
„Zróbcie to” – powiedział Jonasz spokojnie. „To jedyny sposób”.
I wrzucili go w spienione fale.
Co stało się potem, przekracza moje pojmowanie. Morze natychmiast się uspokoiło. Nie stopniowo, nie po jakimś czasie – natychmiast! Jakby ktoś zdmuchnął płomień świecy. Fale, które przed chwilą sięgały wysokości masztu, opadły do łagodnych zmarszczek. Wiatr, który wył jak stado demonów, ucichł do delikatnej bryzy.
Wszyscy staliśmy oniemiali, patrząc na spokojne teraz morze, gdzie przed chwilą zniknął Jonasz. Niektórzy padli na kolana. Inni zasłonili twarze. Kapitan, z twarzą mokrą od łez i morskiej wody, zwrócił się w stronę wschodu, gdzie leżała ziemia Izraela, i złożył uroczystą przysięgę wierności JHWH.
„Jeśli ten Bóg ma taką władzę nad morzem i wiatrem, to jest naprawdę potężny. Potężniejszy niż Baal, niż Jam, niż wszyscy nasi bogowie razem wzięci”.
Zabiliśmy kozła, którego mieliśmy na pokładzie, i złożyliśmy go w ofierze Bogu Jonasza, ślubując, że jeśli dotrzemy bezpiecznie do portu, każdy z nas złoży Mu właściwą ofiarę w świątyni.
Nisan, 18 dzień
Morze pozostaje spokojne, choć w oddali widać ciemne chmury burzy, która nas opuściła. Wykorzystując pomyślne wiatry, kierujemy się teraz do najbliższego portu, aby naprawić uszkodzenia, jakich doznał nasz statek.
Nikt nie mówi głośno o Jonaszu, ale wszyscy o nim myślimy. Czy naprawdę zginął w morzu? Czy jego Bóg wybaczył mu nieposłuszeństwo? I czy my postąpiliśmy właściwie, wrzucając go w fale?
Kapitan zarządził, że od tej pory, przed każdym rejsem, złożymy ofiarę Bogu Hebrajczyków, na wszelki wypadek. „Nigdy nie wiadomo, który bóg akurat słucha” – powiedział.
Ja sam nie przestaję myśleć o tym, co mogło się stać z Jonaszem. Przed chwilą, stojąc na straży, dostrzegłem coś dziwnego. Ogromny cień poruszający się pod powierzchnią wody, większy niż jakikolwiek stwór morski, jaki kiedykolwiek widziałem. Przez moment wydawało mi się, że to wielka ryba, ale żadna ryba nie jest tak ogromna. A może to sam Jam, bóg morza, przyszedł, aby nas obserwować?
Kiedy patrzyłem, jak ten cień znika w głębinach, miałem dziwne przeczucie, że to nie koniec historii Jonasza. Ta myśl nie daje mi spokoju. Czy człowiek może przeżyć w brzuchu morskiego potwora? Czy bóg tak potężny, że ucisza sztormy jednym skinieniem, mógłby ocalić swojego proroka nawet z najgłębszych otchłani?
Nisan, 20 dzień
Dwa dni później dotarliśmy do portu w Sydonie, gdzie naprawiamy statek. Stąd popłyniemy dalej do Tarszisz, choć wielu marynarzy zastanawia się, czy to dobry pomysł kontynuować rejs, który zaczął się tak niepomyślnie.
Kilku z nas udało się do lokalnej świątyni JHWH – okazuje się, że nawet tutaj, w fenickim mieście, jest niewielka społeczność Hebrajczyków z własnym miejscem kultu. Złożyliśmy ofiary zgodnie z ich zwyczajami i opowiedzieliśmy kapłanowi o Jonaszu.
Stary kapłan nie wydawał się zdziwiony. Powiedział nam, że JHWH często posługuje się burzami i morskimi stworzeniami, aby wypełnić swój plan. Wspomniał nawet starą legendę o wielkim morskim potworze imieniem Lewiatan, który jest sługą JHWH.
„Kto wie” – powiedział kapłan z tajemniczym uśmiechem – „może wasz Jonasz nie zginął w morzu. Może to dopiero początek jego podróży”.
Z jakiegoś powodu te słowa dały mi nadzieję. Mam dziwne przeczucie, że kiedyś jeszcze usłyszę o Jonaszu, synu Amittaja, proroku, który uciekał przed swoim Bogiem, tylko po to, by odkryć, że nie można uciec przed Tym, który stworzył morze i ląd.
Na tym kończę moje kroniki z tego niezwykłego rejsu. Czy kontynuować podróż do Tarszisz, czy wrócić do Tyru, jeszcze nie zdecydowałem. Jedno wiem na pewno – nigdy nie zapomnę burzy, która przyszła znikąd, człowieka, który zniknął w falach, i morza, które natychmiast się uspokoiło.
Ja, Adad-nirari, syn Eszik-zeri z Tyru, zaświadczam, że wszystko, co tu zapisałem, jest prawdą, tak jak ją widziałem własnymi oczami i słyszałem własnymi uszami. Niech Bóg Jonasza będzie mi świadkiem.
Kroniki odnaleziono zapisane na zwoju papirusu, w glinianej skrzyni wyłowionej przez rybaków niedaleko Jaffy w roku 1978. Datowanie izotopowe potwierdziło ich autentyczność jako dokumentu z VIII wieku p.n.e., co odpowiada czasom proroka Jonasza według tradycji biblijnej. Tekst w kilku miejscach jest uszkodzony przez wodę morską, ale większość pozostaje czytelna. Obecnie zwój znajduje się w zbiorach Muzeum Izraela w Jerozolimie jako jeden z najstarszych znanych pozabiblijnych dokumentów nawiązujących do postaci Jonasza.