Dziennik Dozorcy Więzienia w Rzymie

– ostatnie dni Pawła przed egzekucją

10 dzień miesiąca Junius, rok 67 po Narodzeniu Chrystusa

Dziś przydzielono mi nowego więźnia do pilnowania, Żyda nazwiskiem Saul z Tarsu, choć wszyscy nazywają go Paweł. Jest rzymskim obywatelem, co już samo w sobie jest rzadkością wśród osadzonych w Mamertinum. Został przeniesiony z aresztu domowego, gdzie spędził ostatnie dwa lata, do lochu w najniższej części więzienia. Oskarżono go o podburzanie do buntu, wprowadzanie obcego kultu i obrazę cesarza. Sytuacja jest poważna – wydaje się, że tym razem cesarz Neron nie zamierza go oszczędzić.

Spodziewałem się spotkać złamanego, przerażonego człowieka. Jak wielu w jego sytuacji. W końcu zimne, wilgotne lochy Mamertinum łamią nawet najsilniejszych. Zamiast tego spotkałem kogoś, kto emanuje dziwnym spokojem. To mały człowiek, niepozorny, z łysiejącą głową, zakurzoną brodą i przekrwionymi oczami. Jego ciało nosi ślady wielu przejść – blizny od biczowania widoczne na plecach, gdy pomagałem mu się myć, krzywo zrośnięte kości rąk, ślady po łańcuchach na nadgarstkach.

Gdy wprowadziłem go do celi, rozejrzał się, westchnął i powiedział: „I znowu tutaj. Pan jest hojny, dając mi tyle okazji do cierpienia dla Jego imienia.” Nie brzmiało to jak sarkazm. Bardziej jak… wdzięczność? To niezwykłe. Większość więźniów przeklina bogów, cesarza, swój los. Ten człowiek dziękuje swojemu Bogu za więzienie. Muszę przyznać, że zaciekawił mnie.

12 dzień miesiąca Junius

Paweł otrzymał odwiedziny dzisiaj – człowiek imieniem Łukasz. Wygląda na wykształconego Greka. Z ich rozmowy wywnioskowałem, że jest lekarzem i jednym z niewielu zwolenników Pawła, którzy pozostali przy nim. Większość już uciekła z Rzymu z obawy przed prześladowaniami, które nasiliły się po pożarze przed trzema laty.

Podczas ich spotkania stałem w pewnej odległości, ale dość blisko, by słyszeć ich rozmowę. Paweł poprosił Łukasza, by sprowadził mu płaszcz, który zostawił gdzieś w Troadzie, a także księgi i zwoje pergaminowe. „Zwłaszcza pergaminy,” podkreślił. Wydawało się to dziwne – człowiek czekający na egzekucję martwi się o książki?

Łukasz przekazał mu też wieści z zewnątrz – o innych wspólnotach wierzących w Efezie, Koryncie, Filippi i innych miejscach, których nazwy nic mi nie mówią. Paweł słuchał uważnie, czasem pytał o konkretne osoby. Było jasne, że głęboko troszczy się o tych ludzi.

Ku końcowi wizyty, Łukasz zapytał: „Co mam przekazać braciom i siostrom? Wielu pyta o ciebie, wielu się modli.”

Paweł uśmiechnął się, a w tym uśmiechu było coś, co trudno opisać – jakby mieszanka smutku i radości. „Powiedz im, że dobry bój stoczyłem, biegu dokonałem, wiary ustrzegłem. Teraz czeka na mnie wieniec sprawiedliwości, który wręczy mi Pan w owym dniu, sprawiedliwy Sędzia.”

Nigdy wcześniej nie słyszałem, by skazaniec mówił o swojej nadchodzącej śmierci z taką… nadzieją.

15 dzień miesiąca Junius

Paweł jest nietypowym więźniem. W przeciwieństwie do innych, nie narzeka na warunki, nie prosi o dodatkowe racje, nie próbuje przekupić strażników. Zamiast tego większość czasu spędza na modlitwie i pisaniu. Zarządca więzienia, ku mojemu zaskoczeniu, zgodził się, by mógł otrzymać materiały piśmiennicze. Podejrzewam, że dostał łapówkę od tego Łukasza.

Dzisiaj, gdy przynosiłem mu posiłek, odważyłem się zadać pytanie, które nurtowało mnie od jego przybycia: „Dlaczego się nie boisz? Wiesz, co cię czeka.”

Przestał pisać i spojrzał na mnie, jakby widział mnie po raz pierwszy. „Oczywiście, że się boję,” odpowiedział z zaskakującą szczerością. „Jestem tylko człowiekiem. Ból, cierpienie, śmierć – kto by się tego nie bał? Ale jest coś silniejszego niż strach.”

„Co takiego?” zapytałem, stawiając miskę z wodą na podłodze.

„Pewność,” odparł. „Pewność, że to, co widziałem, jest prawdziwe. Że Ten, którego spotkałem na drodze do Damaszku, naprawdę zmartwychwstał. Że śmierć nie jest końcem, ale bramą.”

Potem opowiedział mi swoją historię – jak kiedyś, jako gorliwy Żyd imieniem Saul, prześladował wyznawców Jezusa, jak jechał do Damaszku, by ich aresztować, i jak na tej drodze oślepiło go światło jaśniejsze niż słońce, a głos z nieba nazwał go po imieniu.

„Od tamtej chwili moje życie należy do Chrystusa,” powiedział. „Nic nie może mnie oddzielić od Jego miłości – ani ucisk, ani utrapienie, ani prześladowanie, ani głód, ani nagość, ani niebezpieczeństwo, ani miecz. Ani nawet śmierć.”

Słuchałem w milczeniu. Służę w Mamertinum od piętnastu lat i słyszałem wiele opowieści – od szalonych wizji do desperackich kłamstw. Ale w jego głosie była szczerość, której nie można udawać.

„A twój Bóg?” zapytałem w końcu. „Dlaczego nie uratuje cię z tego miejsca?”

Paweł uśmiechnął się, jakby spodziewał się tego pytania. „Kto powiedział, że mnie nie ratuje? Być może właśnie to robi, choć nie w sposób, w jaki ty to rozumiesz.”

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, więc zostawiłem go z jego myślami i jego Bogiem.

18 dzień miesiąca Junius

Dziś po raz pierwszy usłyszałem, jak Paweł dyktuje list. Przyszedł do niego młody człowiek, chyba imieniem Tymoteusz, który służył mu jako skryba. Paweł chodził po celi, gestykulując (na tyle, na ile pozwalały mu łańcuchy), podczas gdy Tymoteusz skrzętnie zapisywał jego słowa.

List był zaadresowany do kogoś imieniem Tytus, najwyraźniej jednego z jego uczniów czy współpracowników. Paweł dawał mu wskazówki dotyczące przewodzenia wspólnocie wierzących na Krecie.

Słuchając, byłem pod wrażeniem mądrości i praktyczności jego rad. Mówił o konieczności wyznaczania starszych w każdym mieście, o cechach, jakie powinni posiadać, o nauczaniu zdrowej doktryny i przeciwstawianiu się fałszywym nauczycielom. Ale mówił też o życiu codziennym – jak starsi mężczyźni i kobiety powinni zachowywać się, jak powinni uczyć młodszych, jak niewolnicy powinni odnosić się do swoich panów.

Najbardziej uderzyło mnie to, że w jego naukach nie było nic wywrotowego. Przeciwnie – podkreślał konieczność posłuszeństwa wobec władz, uczciwej pracy, spokojnego życia. Dlaczego więc oskarżono go o podburzanie do buntu? Co w jego wierze tak przeraża cesarza?

Po wyjściu Tymoteusza, zapytałem o to Pawła.

„Neron boi się nie tego, co mówimy, ale tego, komu służymy,” odpowiedział. „Uznajemy cesarza za władcę ustanowionego przez Boga, szanujemy go i jesteśmy mu posłuszni. Ale nie oddajemy mu czci należnej Bogu. Nie uznajemy go za pana naszych dusz. To właśnie budzi jego gniew – że jest granica jego władzy nad nami.”

Zastanawiałem się nad jego słowami przez resztę dnia. Jako żołnierz cesarstwa, przysięgałem wierność Neronowi. Ale czy naprawdę jest panem mojej duszy? Czy jest godny takiej czci?

20 dzień miesiąca Junius

Paweł słabnie. Zimno i wilgoć w lochu powodują, że jego stare rany dają o sobie znać. Dziś rano znalazłem go skulonego w kącie, drżącego z zimna, z twarzą wykrzywioną bólem. Przyniosłem mu dodatkowy koc, choć to wbrew zasadom. Ryzykuję swoją posadą, a może i czymś więcej, okazując mu taką życzliwość. Ale coś w tym małym, cierpiącym człowieku budzi we mnie dziwne współczucie.

Gdy okrywałem go kocem, zapytał nagle: „Jak masz na imię, przyjacielu?”

„Martialis,” odpowiedziałem, zaskoczony tym pytaniem.

„Martialis,” powtórzył, jakby zapamiętując. „Będę się modlił za ciebie, Martialisie.”

Poczułem się nieswojo. „Nie potrzebuję twoich modlitw, Żydzie. Twój Bóg nie jest moim bogiem.”

Nie obraził się. Tylko skinął głową z łagodnym uśmiechem. „Może nie. Ale mój Bóg jest również twoim Bogiem, nawet jeśli Go jeszcze nie znasz.”

Odszedłem bez słowa. Jego pewność mnie denerwuje. Jak może być tak pewny, że jego Bóg jest prawdziwy, podczas gdy nasi bogowie – bogowie, którzy dali Rzymowi władzę nad światem – są fałszywi?

22 dzień miesiąca Junius

Dzisiaj przyszedł ponownie Łukasz. Przyniósł płaszcz, o który prosił Paweł, oraz kilka zwojów. Dostrzegłem na jego twarzy niepokój, gdy zobaczył stan więźnia. Paweł wyraźnie gorączkuje, kaszle, z trudem się porusza.

Łukasz poprosił mnie, bym pozwolił mu zbadać pacjenta. Normalnie odmówiłbym, ale ten człowiek ma w sobie autorytet, który trudno zignorować. Zgodziłem się, pod warunkiem że będę obecny przez cały czas.

Obserwowałem, jak lekarz delikatnie bada Pawła, osłuchuje jego płuca, sprawdza puls, ogląda stare rany. Jego diagnoza była poważna – zapalenie płuc, pogorszone przez lata niedożywienia, biczowania i ciężkiej pracy.

„Musisz go przenieść do suchszej celi,” powiedział do mnie. „I potrzebuje ciepłych posiłków, wina do wzmocnienia ciała.”

„To niemożliwe,” odpowiedziałem. „Jest skazańcem czekającym na egzekucję, nie gościem w gospodzie.”

Łukasz spojrzał mi prosto w oczy. „Jest umierającym człowiekiem. Czy odmówisz mu godności w ostatnich dniach?”

Jego słowa zawstydziły mnie. Co stało się ze mną po tych wszystkich latach w Mamertinum? Czy tak bardzo stwardniałem, że nie widzę już cierpienia drugiego człowieka?

„Zrobię, co w mojej mocy,” powiedziałem cicho.

Po wyjściu Łukasza, przeniosłem Pawła do mniejszej, ale suchszej celi na wyższym poziomie. To naruszenie procedur, ale usprawiedliwiłem to przed sobą koniecznością utrzymania więźnia przy życiu do dnia egzekucji.

Wieczorem przyniosłem mu miskę ciepłej zupy z własnego posiłku i trochę wina. Jadł powoli, z wdzięcznością.

„Dlaczego to robisz?” zapytał, gdy skończył.

„Nawet skazaniec zasługuje na odrobinę łaski,” odpowiedziałem, unikając jego spojrzenia.

„Tak,” uśmiechnął się. „Właśnie o tym jest moja wiara – o łasce dla tych, którzy na nią nie zasługują.”

25 dzień miesiąca Junius

Paweł wciąż jest słaby, ale gorączka ustąpiła. Większość dnia spędza na pisaniu listów i modlitwie. Często rozmawia ze swoim Bogiem, jakby był on tuż obok, w celi. To dziwne, ale czasem, gdy wchodzę do pomieszczenia, mam wrażenie, że przerywam rozmowę między dwiema osobami.

Dziś wieczorem, gdy przynosiłem mu kolację, zobaczłem, że czyta jeden ze swoich zwojów przy słabym świetle oliwnej lampy.

„Co czytasz?” zapytałem z ciekawości.

„Słowa proroka Izajasza,” odpowiedział, podnosząc zwój. „Żył prawie osiemset lat temu, a przepowiedział cierpienie i śmierć Mesjasza. Posłuchaj: 'On był przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy. Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest nasze uzdrowienie. Wszyscyśmy pobłądzili jak owce, każdy z nas się obrócił ku własnej drodze, a Pan zwalił na Niego winy nas wszystkich.'”

„Mówisz o Jezusie?” zapytałem, siadając naprzeciwko niego. „Tym Żydzie, którego ukrzyżowano za cesarza Tyberiusza?”

„Tak,” przytaknął. „Choć nie był tylko Żydem i człowiekiem. Był i jest Synem Bożym, który przyjął ludzkie ciało, by cierpieć i umrzeć za nasze grzechy, a potem zmartwychwstać, pokonując śmierć.”

„Widziałeś go?” zapytałem z powątpiewaniem.

„Nie za jego ziemskiego życia,” odpowiedział. „Spotkałem go po jego zmartwychwstaniu, na drodze do Damaszku. Ukazał mi się w chwale, która oślepiła mnie na trzy dni.”

Pokręciłem głową z niedowierzaniem. „Trudno w to uwierzyć.”

„Oczywiście,” uśmiechnął się. „Gdyby było łatwo, każdy by uwierzył. Ale pomyśl, Martialisie – czy ryzykowałbym wszystko, co miałem, znosił biczowanie, więzienie, głód, prześladowania, a teraz śmierć, dla kłamstwa? Dla wymyślonej historii?”

Nie miałem odpowiedzi. Jego argumentacja była logiczna. Ale uznanie, że ma rację, oznaczałoby, że wszystko, w co wierzyłem, cały świat, który znam, jest w jakiś sposób niepełny, niedokończony.

28 dzień miesiąca Junius

Dziś rano Paweł poprosił o pergamin i atrament. Chciał napisać jeszcze jeden list. Gdy zapytałem, do kogo, odpowiedział: „Do Tymoteusza, mojego prawdziwego dziecka w wierze. To będzie mój ostatni list, mój testament.”

Przyglądałem się, jak pisze, jego drobne pismo było staranne mimo drżących dłoni. Nie usiłowałem czytać przez jego ramię, ale kilka razy sam odczytał na głos fragmenty, jakby sprawdzając ich brzmienie lub dzieląc się ze mną swoimi myślami.

„Albowiem krew moja już ma być wylana na ofiarę, a chwila mojej rozłąki nadeszła,” mówił, zapisując słowa. „W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem. Na ostatek odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości, który mi w owym dniu odda Pan, sprawiedliwy Sędzia, a nie tylko mnie, ale i wszystkim, którzy umiłowali pojawienie się Jego.”

Po kilku godzinach pisania, odłożył pióro i spojrzał na mnie zmęczonym, ale spokojnym wzrokiem. „Czy mógłbyś sprawić, by ten list dotarł do Tymoteusza? Wiem, że mnie odwiedzi przed… przed końcem, ale na wszelki wypadek.”

„Zrobię, co w mojej mocy,” obiecałem, biorąc zapieczętowany zwój.

„Dziękuję ci, Martialisie,” powiedział cicho. „Za twoje małe akty łaski w tym miejscu bez litości. One więcej znaczą, niż możesz sobie wyobrazić.”

Poczułem, jak coś ściska mnie w gardle. Ten człowiek, ten więzień, którego zadaniem jest pilnować, dziękuje mi. Mnie, który jestem częścią systemu, który go niszczy. Wyszedłem szybko, nie chcąc, by zobaczył moje emocje.

30 dzień miesiąca Junius

Dzisiaj przybył centurion z rozkazami. Egzekucja Pawła została zaplanowana na pojutrze. Jako rzymski obywatel, zostanie ścięty mieczem za murami miasta, nie ukrzyżowany jak zwykli przestępcy.

Gdy przekazałem mu tę wiadomość, przyjął ją ze spokojem, jakby mówił o czymś tak zwyczajnym jak zmiana warty. „Dziękuję za informację, Martialisie,” powiedział. „Czy mogę mieć jedną prośbę?”

„Jaką?”

„Czy możesz przekazać wiadomość moim przyjaciołom? Chciałbym się z nimi pożegnać.”

Zgodziłem się, choć wiedziałem, że to kolejne naruszenie zasad. Paweł podał mi kilka imion i miejsc, gdzie można ich znaleźć. Większość ukrywa się w domach innych wierzących w różnych częściach miasta.

Pod wieczór odwiedził go Łukasz, Tymoteusz i kilku innych – przyprowadziłem ich tajnymi przejściami, by uniknąć wzroku innych strażników. Trzymałem się na uboczu, dając im przestrzeń do pożegnań, ale słyszałem fragmenty ich rozmów.

Paweł dawał im ostatnie rady, zachęcał do wytrwania w wierze mimo prześladowań, przypominał o miłości Chrystusa, która jest silniejsza niż śmierć. Nie było tam łez ani lamentów, jakie zazwyczaj towarzyszą takim pożegnaniom. Był smutek, oczywiście, ale przeplatany czymś, co mogę nazwać tylko… radosnym oczekiwaniem.

Na koniec wspólnie śpiewali i modlili się. Ich głosy, ciche, by nie przyciągać uwagi, były pełne spokojnej pewności. Paweł, mimo swej słabości, przewodził modlitwie, dziękując Bogu za wszystkich zgromadzonych, za ich wiarę, za lata wspólnej służby.

Gdy nadszedł czas, by odeszli, każdy z nich uściskał Pawła. Łukasz został najdłużej, trzymając dłonie starca w swoich. „Do zobaczenia po drugiej stronie, przyjacielu,” powiedział.

„Tak,” odpowiedział Paweł z uśmiechem. „Ale nie bądź zbyt pochopny, by do mnie dołączyć. Jest jeszcze wiele pracy do wykonania tutaj.”

Po ich wyjściu siedział długo w milczeniu, pogrążony w myślach. Nie przeszkadzałem mu. Jakiż człowiek nie potrzebuje samotności w obliczu śmierci?

1 dzień miesiąca Julius

To ostatni wieczór Pawła na tej ziemi. Jutro o świcie zostanie wyprowadzony z więzienia i ścięty za bramą Ostyjską.

Gdy przyniosłem mu wieczorny posiłek, zauważyłem, że czuwa, modląc się cicho. Na mój widok przerwał modlitwę i gestem zaprosił mnie, bym usiadł.

„Jakie to uczucie?” zapytałem, nim zdążyłem się powstrzymać. „Wiedzieć, że to twoja ostatnia noc?”

Zastanowił się nad moim pytaniem. „To… trudne do opisania. Jest strach, oczywiście. Jestem tylko człowiekiem. Ale jest też pokój, który przewyższa wszelkie zrozumienie. Jest ufność, że to, co najlepsze, dopiero przede mną.”

„Wierzysz, że twój Bóg czeka na ciebie po drugiej stronie?”

„Wiem to,” odpowiedział z prostotą, która mnie zaskoczyła. „Tak, jak wiem, że siedzisz teraz przede mną.”

Zapadła cisza. Czułem, że muszę coś powiedzieć, zadać pytanie, które nurtowało mnie od wielu dni. „Pawle… gdyby twój Bóg był prawdziwy… gdyby to wszystko było prawdą… co miałbym zrobić?”

Spojrzał na mnie z taką życzliwością, że musiałem odwrócić wzrok. „Uwierz w Pana Jezusa, a będziesz zbawiony, ty i twój dom.”

„To takie proste?”

„Takie proste i takie trudne,” uśmiechnął się. „Wymaga przyznania, że nie możesz zbawić się sam. Że potrzebujesz łaski, przebaczenia, nowego początku. Że potrzebujesz Chrystusa.”

Milczałem, rozważając jego słowa. Całe moje życie służyłem Rzymowi, jego bogom, jego cesarzom. Czy mógłbym to wszystko porzucić? Czy mógłbym uwierzyć w Boga, który pozwala, by jego wyznawcy cierpieli i umierali, jak ten człowiek przede mną?

Jakby czytając moje myśli, Paweł dodał: „Nic nie może nas oddzielić od miłości Chrystusa – ani ucisk, ani utrapienie, ani prześladowanie, ani głód, ani nagość, ani niebezpieczeństwo, ani miecz. W tym wszystkim odnosimy pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował.”

Te słowa poruszyły mnie głębiej, niż chciałbym przyznać. Spojrzałem w oczy tego małego, umęczonego człowieka i nagle zobaczyłem go inaczej – nie jako więźnia, ale jako ambasadora innego królestwa, silniejszego niż Rzym, trwalszego niż cesarstwo.

„Będę o tym myślał,” obiecałem, wstając. „Odpoczywaj teraz. Przyjdę po ciebie o świcie.”

Już przy drzwiach zatrzymałem się i odwróciłem. „Czy… czy jest coś, co mogę dla ciebie zrobić? W tę ostatnią noc?”

„Możesz dołączyć do mnie w modlitwie,” powiedział. „Jeśli chcesz.”

Zawahałem się, ale coś we mnie – jakaś potrzeba, której nie rozumiałem – pchnęło mnie z powrotem do jego celi. Uklękłem niezgrabnie obok niego, czując się dziwnie obnażony, bezbronny.

„Panie Jezu Chryste,” zaczął Paweł, jego głos był spokojny i pewny, „dziękuję Ci za tego człowieka, za jego serce, które zaczyna się otwierać. Proszę, dokończ dzieło, które w nim rozpocząłeś. Niech pozna Twoją miłość, Twoje przebaczenie, nowe życie, które ofiarujesz. Prowadź go swoim Duchem, tak jak prowadziłeś mnie przez wszystkie te lata. I jeśli taka jest Twoja wola, niech on też stanie się narzędziem w Twoich rękach, świadkiem Twojej łaski.”

Gdy skończył, poczułem dziwne ciepło rozlewające się po moim ciele, jakby ktoś okrył mnie niewidzialnym płaszczem. Strach, który towarzyszył mi przez większość życia – strach przed śmiercią, przed bogami, przed karą za moje przewinienia – wydawał się oddalać, ustępując miejsca czemuś nowemu. Czemuś, czego nie potrafiłem nazwać, ale co sprawiało, że chciałem płakać jak dziecko.

„Dziękuję,” wyszeptałem, nie wiedząc, czy dziękuję jemu, czy jego Bogu.

2 dzień miesiąca Julius, o świcie

Jest jeszcze ciemno, gdy to piszę. Za chwilę przyjdą po Pawła. Centurion i jego ludzie czekają już na dziedzińcu. Wozy są gotowe, by przewieźć więźnia za bramę Ostyjską.

Nie spałem tej nocy. Myślałem o wszystkim, co usłyszałem od Pawła, o jego wierze, jego odwadze, jego spotkaniu z Chrystusem. Myślałem o własnym życiu – o brutalności, której byłem świadkiem i uczestnikiem, o pustce, którą czułem mimo służby dla największego imperium na ziemi.

Kilka godzin temu podjąłem decyzję. Poszedłem do celi Pawła, który nie spał, lecz modlił się, i powiedziałem: „Chcę wierzyć. Chcę poznać twojego Boga.”

Jego twarz rozjaśniła się. Położył swoje dłonie na mojej głowie i poprowadził mnie w modlitwie wyznania wiary i przyjęcia Chrystusa.

„Jesteś teraz nowym stworzeniem,” powiedział, gdy skończyliśmy. „Stare przeminęło, a oto wszystko stało się nowe.”

Poczułem, jakby jakiś ciężar spadł z moich ramion. Jakby łańcuchy, których istnienia nawet nie byłem świadomy, zostały zerwane.

„Co teraz?” zapytałem.

„Znajdź Łukasza,” odpowiedział. „On poprowadzi cię dalej. Poznasz wspólnotę wierzących, zostaniesz ochrzczony. I pamiętaj – nie jesteś sam. Chrystus jest z tobą. I z tysiącami braci i sióstr, których jeszcze nie spotkałeś.”

Potem wyjął spod tuniki mały, drewniany krzyż, który nosił na sznurku. „Weź to,” powiedział. „By przypominało ci o naszym spotkaniu. I o Tym, który umarł na krzyżu, byś ty mógł żyć.”

Schowałem krzyż pod tuniką, blisko serca.

Teraz słyszę kroki na korytarzu. Przyszli po niego. Muszę kończyć.

Żegnaj, Pawle z Tarsu. Przyjacielu. Nauczycielu. Bracie w Chrystusie. Twoja wiara nie poszła na marne. Twoje cierpienie nie było daremne. Ziarno, które zasiałeś w moim sercu, wykiełkowało. I obiecuję – będzie rosło. Będę pamiętał. Będę świadczył. Będę żył dla Tego, za którego ty umierasz.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Nowy Testament. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *