– korespondencja po wypożyczeniu zwierzęcia na wjazd do Jerozolimy
Nota wydawcy
Poniższy zbiór listów został odnaleziony w 1947 roku w glinianym dzbanie podczas wykopalisk archeologicznych w okolicach starożytnego Betfage, wioski położonej na wschodnim zboczu Góry Oliwnej niedaleko Jerozolimy. Datowane na okres między 30 a 35 rokiem n.e., listy te stanowią fascynujące świadectwo wydarzeń opisanych w Ewangeliach (Mt 21:1-11, Mk 11:1-11, Łk 19:28-40, J 12:12-19), widzianych z perspektywy zwykłego mieszkańca okolic Jerozolimy.
Dokumenty, spisane w języku aramejskim z pojedynczymi wstawkami w języku greckim, zostały przetłumaczone z zachowaniem oryginalnego stylu, w tym nieformalnego, czasem humorystycznego tonu autora. Głównym nadawcą listów jest Eleazar ben Józef, właściciel oślicy, której młode źrebię zostało wypożyczone na wjazd Jezusa do Jerozolimy przed świętem Paschy. Adresatami są jego brat, szwagier i przyjaciel.
Choć niektórzy uczeni kwestionują autentyczność tych dokumentów, wskazując na zbyt „nowoczesny” ton niektórych fragmentów, większość badaczy uznaje je za cenne źródło uzupełniające oficjalne przekazy ewangeliczne o perspektywę zwykłego świadka wydarzeń, które odmieniły bieg historii.
List I
Od Eleazara ben Józefa z Betfage do jego brata, Nataniela ben Józefa, mieszkającego w Jerychu
15 dzień miesiąca Nisan, pierwszy rok panowania cesarza Kaliguli [30 r. n.e.]
Drogi bracie!
Chociaż minęły już trzy dni od niezwykłych wydarzeń, których byłem świadkiem, wciąż nie mogę zebrać myśli na tyle, by wszystko Ci sensownie opisać. Piszę jednak, gdyż wiem, że w Jerychu mogłeś słyszeć tylko fragmenty historii, a i te prawdopodobnie przeinaczone przez plotki.
Zapewne dotarły do Ciebie wieści o tym galilejskim nauczycielu, Jezusie z Nazaretu, który wjechał do Jerozolimy na źrebięciu oślicy, witany przez tłumy jak król. Być może nie wiesz jednak, że to MOJE źrebię posłużyło do tego niezwykłego wydarzenia! Tak, to prawda – moje własne młode oślątko, które zaledwie kilka miesięcy temu przyszło na świat, stało się częścią historii, o której – czuję to w kościach – będzie się mówić przez pokolenia.
Ale zacznę od początku. W niedzielę rano zajmowałem się swoimi sprawami, przygotowując dom na święto Paschy, gdy dwóch nieznajomych mężczyzn podeszło do płotu, gdzie moja oślica i jej źrebię były przywiązane. Bez słowa zaczęli odwiązywać młode. Naturalnie, wybiegłem z domu, wykrzykując: „Hej! Co wy robicie z moim osłem?”.
Jeden z nich, brodaty mężczyzna o dużych, spracowanych dłoniach (wyglądał na rybaka), odparł ze spokojem: „Pan go potrzebuje”. Miał na myśli tego Jezusa, choć wtedy jeszcze nie byłem tego pewien. Byłem już gotów wezwać sąsiadów, by pomogli mi przepędzić złodziei, gdy przypomniałem sobie, co mówiła mi żona. Otóż przedwczoraj wrócił przez naszą wioskę ten nauczyciel z uczniami, a kilku mieszkańców, w tym moja Rebeka, wyszło posłuchać jego nauk.
Rebeka wróciła do domu dziwnie spokojna i zamyślona, mówiąc, że ten nauczyciel „nie jest jak inni” i że „jego słowa mają moc”. Wspomniała też, że podobno spełniają się na nim proroctwa o Mesjaszu. Sam wiesz, bracie, jak wiele razy słyszeliśmy takie zapewnienia o różnych kaznodziejach i samozwańczych prorokach.
Ale coś w pewności tych dwóch mężczyzn, coś w ich spojrzeniach sprawiło, że powstrzymałem się od wezwania pomocy. Może to była ciekawość, a może – jak później sugerowała Rebeka – dotknęło mnie to samo, co wcześniej ją. W każdym razie, po krótkim wahaniu, machnąłem ręką i powiedziałem: „Bierzcie go, ale dbajcie o niego dobrze i przyprowadźcie, gdy wasz Pan skończy”.
Przez kilka godzin żałowałem tej decyzji, przeklinając swoją naiwność. Rebeka próbowała mnie uspokoić, ale sama wydawała się zaniepokojona. Pomyśl tylko – oddać cenne źrebię dwóm nieznajomym na podstawie enigmatycznego stwierdzenia „Pan go potrzebuje”! Gdyby to usłyszał nasz ojciec, z pewnością przewracałby się w grobie.
Około południa nie wytrzymałem i postanowiłem pójść do Jerozolimy, by sprawdzić, co się dzieje z moim zwierzęciem. Gdy zbliżałem się do Bramy Wschodniej, usłyszałem niezwykły hałas – okrzyki, śpiewy, radosne okrzyki „Hosanna!”. Przyspieszyłem kroku i ujrzałem coś, co na zawsze pozostanie w mojej pamięci.
Ulicą zmierzającą do świątyni posuwał się triumfalny pochód. Na jego czele, na moim młodym ośle, którego nigdy wcześniej nie dosiadał człowiek, jechał mężczyzna w prostej, białej szacie. Miał może trzydzieści kilka lat, brodę i włosy opadające na ramiona. Jego twarz emanowała spokojem i godnością, która kontrastowała z chaotycznym entuzjazmem tłumu.
Ludzie rzucali na drogę płaszcze i gałązki palmowe, skandując: „Hosanna Synowi Dawida! Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie!”. Niektórzy wspinali się na drzewa, by lepiej widzieć. Dzieci biegały wokół, powtarzając okrzyki dorosłych. Atmosfera była jak podczas koronacji króla, ale jednocześnie zupełnie inna – bardziej… nie wiem, jak to określić – duchowa?
Co najbardziej mnie zaskoczyło, to sposób, w jaki moje źrebię się zachowywało. Wiesz dobrze, że nigdy nie było ujeżdżane – trzymałem je z myślą o późniejszej pracy. Zwykle takie młode osły są nerwowe, gdy ktoś próbuje na nich jeździć po raz pierwszy. Tymczasem moje źrebię szło spokojnie, pewnie, jakby przez całe życie nosiło na grzbiecie tego człowieka.
Przez chwilę nasze spojrzenia się spotkały – moje i nauczyciela. Uśmiechnął się do mnie lekko, jakby dziękował za wypożyczenie osła. Poczułem dziwne ciepło rozlewające się po ciele, uczucie, którego nie potrafię opisać. To zabrzmi głupio, ale miałem wrażenie, że on wiedział, kim jestem.
Trwało to wszystko może kilka sekund, po czym pochód ruszył dalej. Stałem jak wryty, zapominając nawet o początkowym zamiarze odzyskania swojej własności. Dopiero po dłuższej chwili ocknąłem się i podążyłem za tłumem aż do świątyni.
To, co działo się później, zapewne już słyszałeś – jak nauczyciel wszedł do świątyni i wywrócił stoły wymieniających pieniądze, wypędzając handlarzy i ich zwierzęta. Widziałem to na własne oczy, bracie! Nigdy nie zapomnę oburzenia na twarzach kapłanów i strachu handlarzy. Ten łagodny człowiek, który przed chwilą jechał pokornie na oślęciu, nagle emanował taką mocą i autorytetem, że nikt nie śmiał mu się przeciwstawić!
Wieczorem, gdy emocje nieco opadły, podszedł do mnie jeden z jego uczniów – ten sam, który rano zabrał moje źrebię. Przyprowadził ze sobą oślątko, dziękując za „udział w wypełnieniu proroctwa”. Zapytałem go, o jakie proroctwo chodzi, a on zacytował mi słowa Zachariasza: „Oto Król twój idzie do ciebie, sprawiedliwy i zwycięski. Pokorny – jedzie na osiołku, na oślątku, źrebięciu oślicy”.
Wracałem do Betfage z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony radość i duma, że moje zwierzę odegrało rolę w czymś tak niezwykłym. Z drugiej – niepokój. Jeśli ten człowiek rzeczywiście jest zapowiadanym Mesjaszem, to czasy, w których żyjemy, są wyjątkowe. A jeśli nie jest – jak twierdzą kapłani – to właśnie byłem świadkiem bluźnierstwa i znieważenia naszej religii.
Rebeka, gdy opowiedziałem jej wszystko, nie miała wątpliwości. „To on,” powiedziała po prostu. „To on.”
Wybacz chaotyczny styl tego listu. Wciąż próbuję uporządkować myśli. Napiszę więcej, gdy sytuacja się wyjaśni. W Jerozolimie panuje teraz napięta atmosfera – wielu ludzi wciąż mówi o tym nauczycielu i jego naukach, ale kapłani i uczeni w Piśmie wydają się być zdeterminowani, by położyć temu kres.
Rebeka przesyła pozdrowienia dla Ciebie i Twojej żony. Postaraj się przyjechać na Paschę, jeśli to możliwe. Chętnie porozmawiam z Tobą twarzą w twarz o tym wszystkim.
Twój brat, Eleazar
P.S. Moje źrebię wydaje się być całkowicie normalne po powrocie – je, pije i zachowuje się jak zwykle. Ale Rebeka twierdzi, że ma teraz „bardziej mądre spojrzenie”. Kobiety i ich przesądy… choć muszę przyznać, że coś w tym jest.
List II
Od Eleazara ben Józefa z Betfage do jego szwagra, Szymona ben Ezdrasza, kupca z Betanii
18 dzień miesiąca Nisan, pierwszy rok panowania cesarza Kaliguli [30 r. n.e.]
Szymonie, mój szwagrze i przyjacielu,
Piszę do Ciebie w pośpiechu i z ciężkim sercem. Jesteś prawdopodobnie jedyną osobą, której mogę powierzyć moje myśli w tej sprawie, nie narażając się na oskarżenie o sprzyjanie buntownikom.
Dziś rano dotarły do nas wieści, że Jezus z Nazaretu – ten sam, którego triumfalny wjazd do Jerozolimy opisywałem Ci dwa dni temu, gdy spotkaliśmy się przelotnie na targu – został aresztowany w nocy i postawiony przed Sanhedrynem. Już po kilku godzinach skazano go na śmierć i przekazano Piłatowi, który zatwierdził wyrok. W tej chwili, gdy piszę te słowa, jest prawdopodobnie już po wszystkim.
Nie jestem w stanie opisać szoku, jaki odczuwam. Zaledwie cztery dni temu ten człowiek wjeżdżał do miasta na moim oślątku, witany okrzykami i radością tłumów. Dzisiaj ci sami ludzie podobno domagali się jego śmierci, wybierając uwolnienie Barabasza – zwykłego bandyty!
Rebeka od rana płacze. Wczoraj wieczorem słyszeliśmy niepokojące plotki, że arcykapłani szukają pretekstu, by zatrzymać Nazarejczyka, ale nikt nie spodziewał się tak szybkiego i brutalnego końca. Moja żona jest przekonana, że był niewinny, że skazano go z zawiści i strachu przed jego rosnącą popularnością.
A ja sam? Nie wiem, co myśleć, Szymonie. Widziałem go tylko przez chwilę, ale było w nim coś, co pozostawiło we mnie głęboki ślad. To, jak patrzył, jak się uśmiechał, ta godność i pokora jednocześnie. Nie wyglądał na człowieka szalonego czy opętanego żądzą władzy. A to, jak moje źrebię go przyjęło – jakby znało go od zawsze…
Zastanawiam się teraz, czy nie popełniłem błędu, pozwalając na zabranie mojego osła. Czy przyczyniłem się do jego śmierci? Gdybym odmówił, może nigdy nie wjechałby do Jerozolimy w taki sposób, nie zwróciłby na siebie uwagi władz, nie sprowokowałby kapłanów?
Rebeka mówi, że to nonsens – że wszystko działo się zgodnie z jakimś większym planem, że proroctwo musiało się wypełnić. Może ma rację. Ona zawsze była bardziej wrażliwa na sprawy duchowe niż ja.
Nie mogę przestać myśleć o tym, co zrobiono z tym człowiekiem. Słyszałem, że ukrzyżowano go jak pospolitego przestępcę, między dwoma złoczyńcami, na wzgórzu Golgota. Podobno nad jego głową umieszczono napis: „Jezus Nazarejczyk, Król Żydowski” – okrutna kpina ze strony Rzymian.
Wielu jego zwolenników uciekło lub się ukrywa. Atmosfera w Jerozolimie jest napięta i ponura, mimo trwającego święta Paschy. Ludzie szepczą po kątach, bojąc się głośno wyrażać opinie. Nikt nie wie, kto może być następny.
Chciałbym móc porozmawiać z jednym z jego uczniów, dowiedzieć się więcej o jego naukach, zrozumieć, o co w tym wszystkim chodziło. Ale prawdopodobnie nie będzie to możliwe – większość z nich podobno uciekła z miasta, bojąc się podobnego losu jak ich nauczyciel.
Moje źrebię stoi spokojnie w zagrodzie, nieświadome dramatu, w którym odegrało niewielką, ale symboliczną rolę. Czasem patrzę na nie i zastanawiam się, czy kiedykolwiek jeszcze ktoś na nim pojedzie. Wydaje się teraz… nie wiem… jakby naznaczone?
Muszę kończyć. Rebeka wzywa mnie na wieczorny posiłek, choć wątpię, czy ktokolwiek z nas ma apetyt. Proszę, zachowaj ostrożność w tych niespokojnych czasach i nie wspominaj nikomu o mojej sympatii do zmarłego nauczyciela. Nie wiemy, kto może słuchać i donosić władzom.
Z braterskimi pozdrowieniami, Eleazar
P.S. Czy to prawda, że znałeś Łazarza z Betanii, tego, którego Nazarejczyk podobno wskrzesił z martwych? Jeśli tak, chciałbym kiedyś usłyszeć tę historię bezpośrednio od Ciebie, a nie z plotek krążących po wsiach.
List III
Od Eleazara ben Józefa z Betfage do jego przyjaciela, Jonatana ben Eliasza, właściciela winnicy w Emaus
25 dzień miesiąca Nisan, pierwszy rok panowania cesarza Kaliguli [30 r. n.e.]
Drogi Jonatanie,
Wybacz, że tak długo zwlekałem z odpowiedzią na Twój list. Ostatnie dni były najpierw pełne zamętu, a potem tak niezwykłych wydarzeń, że nie byłem w stanie zebrać myśli, by sensownie je opisać.
Pytasz o mojego osła i o prawdziwość plotek, które dotarły nawet do Emaus. Tak, to prawda – moje źrebię posłużyło temu Jezusowi z Nazaretu podczas jego wjazdu do Jerozolimy przed Paschą. I tak, to ten sam człowiek, którego kilka dni później ukrzyżowano, a o którym teraz krążą niestworzone historie, jakoby powstał z martwych.
Co do tych ostatnich pogłosek – nie wiem, co o tym myśleć. Z jednej strony, brzmi to jak szaleństwo. Z drugiej – dzieją się rzeczy, których mój praktyczny umysł nie potrafi wytłumaczyć.
Trzy dni po ukrzyżowaniu Jezusa gruchnęła wieść, że jego grób znaleziono pusty. Strażnicy, którzy go pilnowali na polecenie kapłanów, twierdzili, że uczniowie wykradli ciało, gdy oni zasnęli. Ale jednocześnie pojawiły się historie o kobietach, które widziały go żywego, a potem o uczniach, którym się ukazał.
Początkowo Rebeka i ja traktowaliśmy te opowieści jako wytwór rozgorączkowanej wyobraźni zrozpaczonych zwolenników, którzy nie mogą pogodzić się ze śmiercią swojego mistrza. Ale potem…
Potem, Jonatanie, wydarzyło się coś, czego nie potrafię racjonalnie wyjaśnić.
Trzy dni temu zajmowałem się swoją zagrodą, gdy moja oślica zaczęła się dziwnie zachowywać. Niepokoiła się, parskała, wreszcie wyrwała się z uwięzi i popędziła w stronę drogi. Pobiegłem za nią, przeklinając pod nosem i zastanawiając się, co w nią wstąpiło. Za nią podążyło jej źrebię – to samo, na którym jechał Nazarejczyk.
Gdy dogoniłem je przy drodze, zobaczyłem niewielką grupę ludzi idących z Jerozolimy. Na ich czele szedł mężczyzna, którego z oddali nie rozpoznałem. Oślica podeszła prosto do niego, trącając go pyskiem, jakby witała starego przyjaciela. Źrebię uczyniło to samo.
Gdy się zbliżyłem, by przeprosić za zachowanie moich zwierząt, mężczyzna odwrócił się…
Jonatanie, to był ON. Ten sam, którego widziałem wjeżdżającego do Jerozolimy. Ten sam, którego, jak wszyscy wiedzieli, ukrzyżowano dziesięć dni wcześniej. Jezus z Nazaretu. Jego twarz, jego oczy, jego uśmiech – wszystko to samo. Ale jednocześnie jakby… przemieniony? Trudno mi to opisać.
„Twoje zwierzęta mnie pamiętają,” powiedział z uśmiechem. „One rozpoznają swojego Pana.”
Stałem jak wryty, nie mogąc wydusić słowa. On pogłaskał łagodnie oślicę i źrebię, a następnie zwrócił się do mnie: „Pokój tobie, Eleazarze. Nie bój się. To, co widzisz, jest prawdziwe.”
Skąd znał moje imię? Nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy, nie przedstawiałem mu się.
Jego towarzysze – rozpoznałem wśród nich kilku uczniów, których widziałem w Jerozolimie – patrzyli na mnie ze współczuciem, jakby rozumieli mój szok.
„Twoje źrebię pomogło wypełnić proroctwo,” kontynuował. „Teraz, gdy wszystko się dopełniło, nadchodzi nowy czas. Idę do Ojca, ale zostawiam pokój wśród tych, którzy we mnie wierzą. Także wśród tych, którzy, jak ty, mają wątpliwości, ale szukają prawdy.”
Jego słowa były łagodne, ale przeszywały mnie na wskroś, jakby czytał moje myśli, jakby wiedział o wszystkich pytaniach, które nurtowały mnie od dnia jego ukrzyżowania.
Po kilku chwilach pogłaskał po raz ostatni moje zwierzęta, skinął głową w moją stronę i ruszył dalej drogą, a jego uczniowie za nim. Stałem jak skamieniały, patrząc jak odchodzą.
Gdy wreszcie otrząsnąłem się z odrętwienia, moje zwierzęta spokojnie wróciły za mną do zagrody, jakby nic się nie stało.
Czy to było prawdziwe spotkanie? Czy może miałem wizję, jak ci, którzy zbyt długo poszczą lub medytują? Nie wiem, Jonatanie. Wiem tylko, że to, co zobaczyłem i usłyszałem, było dla mnie tak realne, jak ten pergamin, na którym piszę, jak atrament, który wsiąka w jego powierzchnię.
Nie opowiedziałem o tym nikomu poza Rebeką. Ona uwierzyła mi bez wahania. „Wiedziałam,” powiedziała po prostu. „Wiedziałam, że on nie może tak po prostu odejść.”
Odkąd to się stało, coś się we mnie zmieniło. Jakby kamień, który ciążył mi na sercu, został odwalony – tak jak podobno odwalono kamień z jego grobu. Czy to możliwe, Jonatanie? Czy człowiek może pokonać śmierć? A jeśli tak – co to oznacza dla każdego z nas?
W Jerozolimie uczniowie Jezusa, zamiast się rozproszyć po śmierci swojego mistrza, zaczęli się gromadzić. Mówią otwarcie o jego zmartwychwstaniu, bez strachu przed władzami. Niektórzy twierdzą, że widzieli go wstępującego do nieba na Górze Oliwnej. Inni opowiadają o cudach dziejących się w jego imię.
Co do mojego osiołka… cóż, wydaje się być zupełnie zwyczajnym zwierzęciem. Ale czasem łapię się na tym, że patrzę na niego inaczej, ze świadomością, że niósł na swoim grzbiecie kogoś wyjątkowego. Rebeka żartuje, że powinniśmy go trzymać z dala od innych osłów, bo jest teraz „świętym zwierzęciem”. Mam nadzieję, że to tylko żart – ostatnie, czego potrzebuję, to pielgrzymi przybywający, by zobaczyć „osła, który niósł Mesjasza”!
Nie wiem, co myśleć o tym wszystkim, przyjacielu. Część mnie chce wrócić do dawnego, praktycznego podejścia do życia, do uprawiania ziemi, hodowli zwierząt i troszczenia się o rodzinę. Ale inna część… inna część już nigdy nie będzie taka sama.
Napisz, proszę, co o tym sądzisz. Zawsze ceniłem Twoją trzeźwość umysłu i praktyczne podejście do życia.
Z pozdrowieniami, Eleazar
P.S. Rebeka nalega, bym dodał, że jeśli kiedykolwiek dotrzesz do Jerozolimy, powinieneś spotkać się z uczniami Jezusa, którzy gromadzą się teraz regularnie. Mówi, że ich nauki mogą odpowiedzieć na wiele pytań. Kto wie – może kiedyś sam się tam wybiorę, choć na razie wolę obserwować wszystko z bezpiecznej odległości.
List IV
Od Eleazara ben Józefa z Betfage do jego brata, Nataniela ben Józefa, mieszkającego w Jerychu
12 dzień miesiąca Siwan, pierwszy rok panowania cesarza Kaliguli [30 r. n.e.]
Drogi bracie,
Z radością przyjąłem wiadomość, że dołączyłeś do wspólnoty wyznawców Drogi w Jerychu! Gdy odwiedziłeś nas dwa miesiące temu i opowiadałem Ci o wszystkich niezwykłych wydarzeniach związanych z moim osłem i Jezusem z Nazaretu, wydawałeś się sceptyczny. Cieszę się, że znalazłeś własną drogę do prawdy, która teraz nas łączy jeszcze silniejszym braterstwem.
Od mojego ostatniego listu wiele się wydarzyło. Podczas święta Szawuot (Grecy nazywają je Pięćdziesiątnicą) uczniowie Jezusa, zgromadzeni w Jerozolimie, doświadczyli czegoś niezwykłego. Rebeka i ja byliśmy tam, więc mogę zaświadczyć, że to, co piszę, widziałem na własne oczy.
Zebrali się w dużej sali na piętrze pewnego domu. Było ich około stu dwudziestu – dwunastu głównych uczniów (oprócz tego Judasza, który zdradził Mistrza i popełnił samobójstwo), kilkadziesiąt kobiet, w tym matka Jezusa, oraz inni, którzy za nim podążali.
Nagle rozległ się dźwięk przypominający gwałtowny wiatr, wypełniając cały dom. Nad głowami zebranych pojawiły się jakby języki ognia, a oni zaczęli mówić w obcych językach, których wcześniej nie znali. Wybiegli na ulice Jerozolimy, głosząc z niezwykłą odwagą i pewnością, że Jezus zmartwychwstał i jest Panem i Mesjaszem.
Co najbardziej zdumiewające, pielgrzymi z różnych stron świata, zgromadzeni w Jerozolimie na święto, słyszeli ich przemawiających w swoich ojczystych językach. Parci i Medowie, Elamici i mieszkańcy Mezopotamii, Judei i Kapadocji, Pontu i Azji, Frygii i Pamfilii, Egiptu i Libii – wszyscy rozumieli ich słowa w swoich własnych językach!
Niektórzy szydzili, mówiąc, że uczniowie są pijani. Wtedy wystąpił Piotr – ten sam, który według opowieści trzykrotnie zaparł się swojego Mistrza przed jego śmiercią. Teraz przemawiał z taką mocą i autorytetem, że serce we mnie drżało. Cytował proroka Joela o wylaniu Ducha Bożego w czasach ostatecznych, a następnie opowiadał o Jezusie, jego śmierci i zmartwychwstaniu, o którym on i inni byli świadkami.
Byłem wstrząśnięty, słysząc, jak otwarcie krytykuje tych, którzy przyczynili się do ukrzyżowania Jezusa. Spodziewałem się, że lada moment straż świątynna aresztuje go za te słowa. Ale stało się coś niezwykłego – ludzie słuchali z przejęciem, a gdy Piotr skończył, wielu pytało ze skruchą: „Cóż mamy czynić, bracia?”.
Piotr wzywał ich do nawrócenia i chrztu w imię Jezusa Chrystusa dla odpuszczenia grzechów. I wyobraź sobie, bracie – tego dnia około trzech tysięcy ludzi przyjęło jego słowa i zostało ochrzczonych!
Od tamtej pory wyznawcy Jezusa spotykają się regularnie na modlitwie, nauczaniu i łamaniu chleba. Wielu sprzedaje swoje majątki i dzieli się wszystkim, tak że nie ma wśród nich potrzebujących. Każdego dnia dołączają do nich nowi wierzący.
Rebeka i ja również staliśmy się częścią tej wspólnoty. Początkowo przychodziłem jako obserwator, ciekaw nauk i opowieści o Jezusie. Ale z czasem coś się we mnie przemieniło. Może były to historie, które słyszałem. Może świadectwa tych, którzy widzieli Zmartwychwstałego. A może moje własne doświadczenie – to spotkanie na drodze, które do dziś wydaje mi się jednocześnie nierzeczywiste i bardziej realne niż cokolwiek innego.
Pewnego dnia, gdy Piotr nauczał w portyku Salomona, podszedłem do niego i opowiedziałem moją historię – o tym, jak moje oślątko zostało użyte przy wjeździe do Jerozolimy, i o późniejszym spotkaniu na drodze. Słuchał z uwagą, a jego oczy błyszczały.
„Widzisz, bracie,” powiedział mi, „nawet zwierzęta rozpoznały w nim Pana. On jest Mesjaszem przepowiedzianym przez proroków, ale nie takim, jakiego oczekiwaliśmy. Nie przyszedł, by wyzwolić nas od Rzymian, ale od grzechu i śmierci. Jego królestwo nie jest z tego świata.”
Tydzień później zostałem ochrzczony w sadzawce Betesda, wraz z Rebeką i kilkoma sąsiadami z Betfage, którzy również uwierzyli. To był dzień, którego nigdy nie zapomnę – jakby ciężar spadł z moich ramion, jakby stary Eleazar umarł, a narodził się nowy.
Władze świątynne nie są zadowolone z rosnącej popularności wyznawców Drogi, jak niektórzy zaczęli nazywać naszą wspólnotę. Piotr i Jan zostali niedawno aresztowani za nauczanie w świątyni, ale po przesłuchaniu przez Sanhedryn zostali wypuszczeni. Wrócili jeszcze bardziej zdeterminowani, by głosić dobrą nowinę.
Co do mojego osła – stał się kimś w rodzaju lokalnej atrakcji w Betfage. Ludzie przychodzą zobaczyć „osła, który niósł Mesjasza”, jak przewidywała Rebeka. Niektórzy nawet oferowali pokaźne sumy, by go odkupić! Ale nie sprzedam go. Jest dla mnie żywym przypomnieniem, że byłem drobną, ale istotną częścią tej niezwykłej historii.
Mój praktyczny umysł wciąż czasem ma trudności z pojęciem wszystkiego, co się wydarzyło. Ale moje serce jest pewne. Jezus z Nazaretu był tym, za kogo się podawał – Synem Bożym, obiecanym Mesjaszem, który pokonał śmierć i otworzył drogę do nowego życia.
Zbieramy się teraz w Jerozolimie w domu Marii, matki Jana Marka. Jeśli zdecydujesz się przyjechać, znajdziesz nas tam w każdy pierwszy dzień tygodnia. Będę szczęśliwy, mogąc przedstawić Cię braciom i siostrom.
Niech pokój Chrystusa będzie z Tobą, bracie. Mam nadzieję wkrótce Cię zobaczyć.
Twój w Chrystusie, Eleazar
List V
Od Eleazara ben Józefa z Betfage do jego przyjaciela, Jonatana ben Eliasza, właściciela winnicy w Emaus
3 dzień miesiąca Tiszri, piąty rok panowania cesarza Kaliguli [34 r. n.e.]
Drogi Jonatanie,
Minęły już cztery lata od wydarzeń, które zmieniły nasze życie. Piszę „nasze”, bo z radością przyjąłem wieść, że również dołączyłeś do wyznawców Drogi, choć w Twojej winnicy w Emaus, z dala od zgiełku Jerozolimy.
Odkąd ostatnio korespondowaliśmy, wiele się zmieniło. Nasza wspólnota w Jerozolimie przeszła przez trudne doświadczenia. Pamiętasz młodego człowieka imieniem Szczepan, którego poznałeś podczas swojej ostatniej wizyty? Ten, który zawsze miał celną odpowiedź na każde pytanie? Został ukamienowany za swoje świadectwo o Chrystusie, stając się pierwszym męczennikiem naszej wiary.
Jego śmierć wywołała gwałtowne prześladowania, szczególnie ze strony młodego faryzeusza imieniem Szaweł z Tarsu. Wielu wierzących uciekło z Jerozolimy, rozpraszając się po Judei i Samarii. Lecz zamiast zniszczyć naszą wiarę, to prześladowanie paradoksalnie przyczyniło się do jej rozprzestrzenienia – wierzący, którzy uciekli, zanieśli dobrą nowinę do nowych miejsc.
A potem wydarzył się kolejny cud – słyszałeś zapewne o nawróceniu Szawła w drodze do Damaszku? Ten sam człowiek, który wcześniej z taką zaciętością prześladował Kościół, teraz głosi Chrystusa z równą żarliwością! Niektórzy wierzący wciąż mu nie ufają, ale Barnaba, ten dobry człowiek o wielkim sercu, wstawił się za nim przed apostołami.
Nasza rodzina, dzięki Bogu, jest bezpieczna. Po początkowej fali prześladowań sytuacja się uspokoiła, choć wciąż musimy być ostrożni. Rebeka i dzieci mają się dobrze. Nasz syn Samuel, który miał zaledwie pięć lat, gdy wszystko się zaczęło, teraz ma dziewięć i zadaje więcej pytań o Jezusa, niż potrafię na nie odpowiedzieć!
O, tak – pytałeś o moją oślicę i jej źrebię. Oboje nadal żyją i mają się dobrze. Oślica urodziła jeszcze dwoje młodych, a jej pierworodny – ten, który niósł naszego Pana – jest teraz silnym, dorosłym osłem. Używam go czasem do przewożenia towarów na targ, ale częściej pożyczam go braciom, którzy podróżują z dobrą nowiną do okolicznych wiosek. Wydaje się mieć szczególne upodobanie do takich podróży, jakby wiedział, że służy ważnej sprawie.
Jakiś czas temu odwiedził nas Łukasz, lekarz i przyjaciel Pawła (tak Szaweł teraz się nazywa). Zbiera on relacje naocznych świadków życia Jezusa, by spisać dokładną historię jego życia, nauk, śmierci i zmartwychwstania. Gdy usłyszał o moim udziale w wjeździe do Jerozolimy, wypytywał mnie szczegółowo o wszystkie okoliczności. Mam nadzieję, że moje skromne wspomnienia pomogą w jego pracy.
Zastanawiałem się czasem, dlaczego Jezus wybrał akurat mojego osła na swój triumfalny wjazd. Mogło to być zwykłe zrządzenie losu – byliśmy po prostu najbliżej drzwi, gdzie zatrzymali się jego uczniowie. Ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej wydaje mi się, że nic w tej historii nie jest przypadkowe.
Prorocy mówili, że Mesjasz wjedzie do Jerozolimy na oślęciu. Piotr twierdzi, że Bóg zaplanował wszystko od samego początku – nawet najdrobniejsze szczegóły. Jeśli to prawda, to mój osioł i ja byliśmy częścią boskiego planu na długo przed tym, jak zdawałem sobie z tego sprawę. Ta myśl jest jednocześnie przytłaczająca i pocieszająca.
Kończę ten list z prośbą i zaproszeniem. Słyszeliśmy, że w Emaus i okolicach jest już spora grupa wierzących. Jeśli potrzebujecie wsparcia lub nauk, chętnie odwiedzę was z kilkoma braćmi z Jerozolimy. Możemy przynieść listy od apostołów, podzielić się najnowszymi naukami i umocnić waszą wspólnotę.
A może ty zechcesz odwiedzić nas podczas zbliżającego się święta Paschy? To zawsze szczególny czas dla wyznawców Drogi – wspominamy wtedy śmierć i zmartwychwstanie naszego Pana. Nasza wspólnota gromadzi się na łamaniu chleba i modlitwie, wspominając jego ostatnią wieczerzę z uczniami.
Rebeka przesyła pozdrowienia dla ciebie i twojej żony. Dziękuje również za przesłane wino z ostatnich zbiorów – twierdzi, że jest znacznie lepsze od tego, które zmieszano z żółcią i podano naszemu Panu na krzyżu.
Niech łaska i pokój Jezusa Chrystusa, naszego Pana, będą z tobą i twoim domem.
Twój brat w Chrystusie, Eleazar
P.S. Pytałeś, czy mój osioł po wszystkich tych wydarzeniach ma jakieś szczególne zdolności. Muszę cię rozczarować – nie chodzi po wodzie ani nie przemawia ludzkim głosem! Ale muszę przyznać, że ma w sobie jakąś godność, której nie widzę u innych zwierząt. I czasem, gdy nikt nie patrzy, szepczę mu do ucha historie o człowieku, który go dosiadał. Wydaje się słuchać z zaciekawieniem. Kto wie, może rozumie więcej, niż nam się wydaje?
Nota historyczna
Powyższy zbiór listów jest oczywiście utworem literackim, inspirowanym wydarzeniami opisanymi w Ewangeliach. W rzeczywistości nie istnieją znane dokumenty autorstwa właściciela oślicy z Betfage, której źrebię posłużyło Jezusowi podczas wjazdu do Jerozolimy.
Historia tej oślicy i jej źrebięcia pojawia się we wszystkich czterech Ewangeliach, choć z drobnymi różnicami. Mateusz (21:1-7) wspomina zarówno o oślicy, jak i o jej źrebięciu, podczas gdy pozostali ewangeliści mówią tylko o młodym ośle. Wszystkie relacje podkreślają, że uczniowie zostali wysłani, by przyprowadzić zwierzę, oraz że właściciel zgodził się je przekazać, gdy usłyszał, że „Pan go potrzebuje”.
Ten epizod ma znaczenie teologiczne, gdyż wypełnia proroctwo Zachariasza (9:9) o królu, który wjedzie do Jerozolimy „na oślęciu, źrebięciu oślicy”. Jezus, wybierając osła zamiast konia, podkreślił pokojowy charakter swojego królestwa, w przeciwieństwie do wojowniczych władców wjeżdżających do miast na rumakach.
Losy właściciela osła po tych wydarzeniach nie są znane. Fikcyjne listy Eleazara przedstawiają jedną z możliwych interpretacji, ukazując, jak zwykły człowiek mógł zostać poruszony i przemieniony przez spotkanie z Jezusem, nawet jeśli początkowo było ono tak pośrednie, jak wypożyczenie zwierzęcia.
Historia osła niosącego Chrystusa stała się w chrześcijańskiej symbolice znakiem pokory i służby. W średniowiecznej legendzie, krzyż Jezusa miał na swoim poprzecznym ramieniu charakterystyczne ciemne pręgi, które interpretowano jako „krzyż osła” – znak, że to samo zwierzę, które niosło Jezusa przy triumfalnym wjeździe, niosło również część ciężaru jego krzyża.