Treść jest wytworem programu komputerowego, traktuj ją tylko jako ciekawostkę.
Rozdział 1: Człowiek z Cyreny
Ja, Szymon, rodem z Cyreny w Afryce, przybyłem do Jerozolimy, jak wielu moich rodaków, by uczestniczyć w święcie Paschy. Byłem człowiekiem prostym, rolnikiem, który trudził się uprawą roli i hodowlą bydła. Miałem dwóch synów, Aleksandra i Rufusa, którzy towarzyszyli mi w tej pielgrzymce do Świętego Miasta.
Jerozolima w dni święta Paschy tętniła życiem, przepełniona pielgrzymami ze wszystkich stron świata. Ulice wypełniał gwar rozmów w różnych językach, zapachy kadzideł i ofiar składanych w świątyni. Jako pobożny Żyd, choć mieszkający w diasporze, czułem się zobowiązany do corocznej pielgrzymki, by oddać cześć Bogu Abrahama, Izaaka i Jakuba.
Nie wiedziałem, że to święto Paschy zmieni całe moje życie. Nie wiedziałem, że spotkam człowieka, którego imię miało stać się znane na całym świecie, a ja, Szymon z Cyreny, na zawsze zostanę zapamiętany jako ten, który niósł Jego krzyż.
Rozdział 2: Niespodziewane spotkanie
Był poranek, wracałem z pola do miasta. Miałem zamiar dołączyć do moich synów, którzy czekali na mnie w domu naszego gospodarza. Ulice Jerozolimy były zatłoczone bardziej niż zwykle. Z oddali usłyszałem krzyki i zobaczyłem zbiegowisko ludzi. Zaciekawiony, podszedłem bliżej, przeciskając się przez tłum.
To był orszak skazańców prowadzonych na ukrzyżowanie. Na przedzie szli rzymscy żołnierze, za nimi trzech mężczyzn dźwigających poprzeczne belki swych krzyży. Dwóch z nich wyglądało jak zwyczajni przestępcy, trzeci jednak przykuł moją uwagę. Jego twarz, choć pokryta krwią, sińcami i potem, emanowała czymś, czego nie potrafiłem nazwać. Godność? Spokój? A może świadomość celu, który się wypełniał?
Ten człowiek, jak później się dowiedziałem, nazywał się Jezus i pochodził z Nazaretu. Był nauczycielem, którego niektórzy uważali za proroka, inni za Mesjasza, a arcykapłani i faryzeusze za bluźniercę. W tamtej chwili jednak widziałem tylko człowieka, którego ciało było już u kresu wytrzymałości.
Jezus upadł pod ciężarem krzyża. Rzymscy żołnierze próbowali go podnieść, biczując i popychając. Ale człowiek ten nie miał już sił. Wtedy jeden z żołnierzy rozejrzał się po tłumie, szukając kogoś, kto mógłby pomóc. Jego wzrok padł na mnie.
„Ty! Chodź tutaj!” – zawołał, wskazując mnie włócznią.
Chciałem się cofnąć, wtopić w tłum, ale było już za późno. Żołnierz chwycił mnie za ramię i pociągnął do przodu.
„Pomóż mu nieść krzyż!” – rozkazał, popychając mnie w kierunku leżącego na ziemi człowieka.
Nie miałem wyboru. Jako poddany rzymskiej władzy nie mogłem odmówić. Schyliłem się i pomogłem Jezusowi wstać, a potem wspólnie podnieśliśmy belkę krzyża.
Rozdział 3: Droga krzyżowa
Droga na Golgotę była krótka, ale zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Belka, którą nieśliśmy, była ciężka, szorstka, a drzazgi wbijały się w moje dłonie i ramiona. Lecz ciężar fizyczny był niczym w porównaniu z ciężarem duchowym, który zacząłem odczuwać.
Jezus szedł obok mnie, czasem opierając się na moim ramieniu. Czułem na sobie Jego krew, pot i łzy. Z każdym krokiem, z każdym oddechem, coś we mnie się zmieniało. Zacząłem dostrzegać w tym człowieku coś więcej niż tylko kolejnego skazańca.
Po drodze tłum był podzielony. Jedni szydzili i wyzywali Jezusa, inni płakali i zawodzili. Wśród nich zauważyłem grupę kobiet, które szczególnie głośno opłakiwały Jego los. Jezus, mimo swego cierpienia, zwrócił się do nich:
„Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade mną, ale nad sobą i nad waszymi dziećmi.”
Te słowa mnie zdumiały. Człowiek idący na śmierć, zamiast myśleć o swoim cierpieniu, martwił się o los innych.
Spotkaliśmy też na drodze pewną kobietę, która odważnie przedarła się przez kordon żołnierzy i podała Jezusowi chustę, by otarł twarz. Gdy oddał jej chustę, zobaczyłem na niej odbity Jego wizerunek. Było to tak niezwykłe, że zapamiętałem tę kobietę – nazywała się Weronika.
Z każdym krokiem rozumiałem coraz mniej, a jednocześnie coraz więcej. Nie znałem tego człowieka, a jednak czułem, jakbym Go znał od zawsze. Nie byłem Jego uczniem, a jednak niosąc Jego krzyż, stałem się częścią Jego historii.
Rozdział 4: Na Golgocie
Gdy dotarliśmy na miejsce zwane Golgotą, czyli Miejscem Czaszki, żołnierze odebrali ode mnie krzyż. Powinienem był odejść, wrócić do miasta, do moich synów, do naszych planów. Ale nie mogłem. Coś mnie trzymało, coś kazało mi zostać i być świadkiem tego, co miało się wydarzyć.
Stanąłem na uboczu, obserwując, jak żołnierze przygotowują krzyże. Widziałem, jak rozkładają na ziemi pionową belkę, jak mocują do niej poprzeczną, którą niósł Jezus. Widziałem, jak rozciągają Jego ręce i przybijają je do drewna. Słyszałem uderzenia młota, widziałem krew tryskającą z Jego dłoni i stóp.
Nie mogłem odwrócić wzroku, choć każda cząstka mojego ciała krzyczała, by uciekać stąd jak najdalej. I wtedy Jezus spojrzał na mnie. W Jego oczach nie było złości ani oskarżenia. Było w nich coś, czego nigdy wcześniej nie widziałem – bezgraniczna miłość i przebaczenie.
Krzyż z przybitym do niego Jezusem został podniesiony i umieszczony w przygotowanym wcześniej otworze w ziemi. Nad Jego głową umieszczono tabliczkę z napisem: „Jezus Nazarejczyk, Król Żydowski”.
Po obu stronach ukrzyżowano też dwóch złoczyńców. Jeden z nich szydził z Jezusa, mówiąc:
„Czy nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas!”
Drugi jednak upomniał go:
„Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił.”
I zwrócił się do Jezusa:
„Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa.”
A Jezus mu odpowiedział:
„Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju.”
Te słowa wstrząsnęły mną do głębi. Ten człowiek, w obliczu własnej śmierci, obiecywał innemu życie wieczne.
Rozdział 5: Siódma godzina
Było już około godziny szóstej, gdy nagle słońce się zaćmiło i ciemność ogarnęła całą ziemię aż do godziny dziewiątej. Zasłona w świątyni rozdarła się przez środek. A Jezus zawołał donośnym głosem:
„Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego.”
Po tych słowach wyzionął ducha.
Na ten widok setnik oddał chwałę Bogu, mówiąc:
„Istotnie, człowiek ten był sprawiedliwy.”
Wszystkie też tłumy, które zbiegły się na to widowisko, gdy zobaczyły, co się działo, wracały, bijąc się w piersi. Wszyscy Jego znajomi stali z daleka, a także niewiasty, które Mu towarzyszyły od Galilei, przypatrywały się temu.
A ja stałem pośród nich, nie mogąc uwierzyć w to, co się stało. Człowiek, którego krzyż niosłem, właśnie umarł. A jednak czułem, że Jego historia się nie kończy. Że moja rola w tej historii też się nie skończyła.
Rozdział 6: Spotkanie z uczniami
Po ukrzyżowaniu nie wróciłem od razu do Cyreny. Coś mnie trzymało w Jerozolimie. Musiałem dowiedzieć się więcej o człowieku, którego krzyż niosłem. Moi synowie, Aleksander i Rufus, zauważyli zmianę, jaka we mnie zaszła. Byli ciekawi, co tak bardzo mnie poruszyło.
Zacząłem szukać uczniów Jezusa. Nie było to łatwe, gdyż większość z nich ukrywała się z obawy przed Żydami. W końcu jednak, za pośrednictwem pewnej kobiety imieniem Maria Magdalena, spotkałem kilku z nich.
Byli przerażeni i przygnębieni. Ich nauczyciel, ten, w którym pokładali całą nadzieję, został ukrzyżowany jak pospolity przestępca. Pytali mnie o Jego ostatnie chwile, o to, co mówił, jak się zachowywał. A ja opowiadałem im, co widziałem i słyszałem.
Jeden z uczniów, Jan, opowiedział mi więcej o nauce Jezusa, o tym, jak głosił królestwo Boże, uzdrawiał chorych, wskrzeszał umarłych. Opowiadał o Jego miłości do wszystkich ludzi, nawet tych odrzuconych przez społeczeństwo.
Te opowieści dotykały mnie głęboko. Zacząłem rozumieć, że spotkanie z Jezusem na drodze krzyżowej nie było przypadkiem. Że zostałem wybrany, by być świadkiem i uczestnikiem tych wydarzeń.
Rozdział 7: Zmartwychwstanie
Trzeciego dnia po ukrzyżowaniu, wczesnym rankiem, rozeszła się wieść, że grób Jezusa jest pusty. Maria Magdalena, która poszła do grobu, by namaścić ciało, znalazła kamień odwalony, a ciała nie było. Mówiła, że widziała Jezusa, że z nią rozmawiał.
Z początku nie wierzyłem. Jak człowiek, którego widziałem umierającego na krzyżu, mógł żyć? Ale potem zaczęli przychodzić inni uczniowie, mówiąc, że też Go widzieli. Że jadł z nimi, rozmawiał, pozwalał dotykać swoich ran.
A potem, gdy byłem z uczniami w pewnym domu, On sam stanął pośród nas. Poznałem Go natychmiast, choć Jego ciało było inne – przemienione, chwalebne. Ale oczy – te same oczy, które spojrzały na mnie z krzyża – patrzyły teraz z miłością na wszystkich zgromadzonych.
„Pokój wam!” – powiedział.
A potem zwrócił się do mnie:
„Szymonie z Cyreny, niosłeś mój krzyż, kiedy ja nie miałem już sił. Teraz ja niosę twoje brzemiona. Uwierz we mnie, a ja dam ci życie wieczne.”
W tamtej chwili zrozumiałem wszystko. Zrozumiałem, że ten człowiek, którego krzyż niosłem, naprawdę był Synem Bożym. Że Jego śmierć nie była końcem, lecz początkiem. Że Jego zmartwychwstanie daje nadzieję wszystkim, którzy w Niego uwierzą.
Rozdział 8: Moja misja
Po spotkaniu ze Zmartwychwstałym moje życie zmieniło się całkowicie. Nie mogłem już wrócić do dawnego życia, do uprawy roli w Cyrenie, jakby nic się nie stało. Musiałem głosić to, co widziałem i słyszałem.
Razem z moimi synami, Aleksandrem i Rufusem, staliśmy się uczniami Jezusa. Dołączyliśmy do wspólnoty wierzących, którzy gromadzili się na modlitwie, łamaniu chleba i słuchaniu nauk apostołów.
Kiedy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy i Duch Święty zstąpił na apostołów, byłem tego świadkiem. Widziałem, jak ci prości rybacy z Galilei, napełnieni mocą z wysoka, zaczęli głosić Dobrą Nowinę o Jezusie Chrystusie.
I ja również zacząłem głosić. Opowiadałem o moim spotkaniu z Jezusem, o tym, jak niosłem Jego krzyż, jak widziałem Jego śmierć i zmartwychwstanie. Moje świadectwo było proste, ale szczere, i wielu uwierzyło dzięki niemu.
Rozdział 9: Moi synowie
Moi synowie, Aleksander i Rufus, stali się znanymi członkami Kościoła. Szczególnie Rufus, którego apostoł Paweł nazywał „wybranym w Panu”. Byli oni żywym dowodem tego, jak jedno spotkanie z Jezusem może zmienić nie tylko życie jednego człowieka, ale całych pokoleń.
Często myślałem o tym, jak przypadkowe wydawało się nasze spotkanie. Jak bardzo nie chciałem nieść tego krzyża. A jednak to właśnie ten krzyż, to brzemię, którego się obawiałem, stało się dla mnie i mojej rodziny drogą do zbawienia.
Rozdział 10: Refleksje Szymona
Teraz, gdy jestem już stary, a moje dni dobiegają końca, patrzę wstecz na swoje życie z wdzięcznością. Wdzięcznością za to, że zostałem wybrany do niesienia krzyża Chrystusa. Że mogłem na własne oczy zobaczyć wypełnienie się Bożego planu zbawienia.
Moja historia jest częścią większej historii – historii Boga, który tak umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Jestem świadkiem tej miłości, uczestnikiem tej historii.
I dlatego spisuję te słowa, aby wszyscy, którzy je czytają, mogli uwierzyć, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i aby przez wiarę mieli życie w imię Jego.
Ja, Szymon z Cyreny, niosłem krzyż Jezusa. Ale to On poniósł ciężar moich grzechów. I to On zmartwychwstał, abym ja mógł żyć.
Epilog: Świadectwo wiary
Wiele lat po tych wydarzeniach, gdy Kościół Chrystusa rozszerzał się po całym świecie, mimo prześladowań i trudności, historia o Szymonie z Cyreny była wciąż opowiadana. Historia człowieka, który przypadkiem znalazł się na drodze krzyżowej i został powołany do niesienia krzyża Zbawiciela.
Ta historia stała się symbolem powołania każdego chrześcijanina – powołania do niesienia swojego krzyża, do naśladowania Chrystusa, do bycia Jego świadkiem w świecie.
I choć ja, Szymon, byłem tylko prostym człowiekiem, rolnikiem z dalekiej Cyreny, to przez swoje posłuszeństwo i wiarę stałem się częścią Bożego planu. Moją modlitwą jest, aby każdy, kto czyta te słowa, również odpowiedział na Boże wezwanie, niezależnie od tego, jak trudne czy nieoczekiwane może się ono wydawać.
Bo w krzyżu jest zbawienie. W krzyżu jest życie. W krzyżu jest nadzieja.
A ja, Szymon z Cyreny, jestem tego świadkiem.