– Podróż braci Józefa w poszukiwaniu żywności
Dzień 1, Hebron
Dołączyłem dziś do karawany synów Jakuba. Ja, Ishmael ben Kedar, kupiec z Beerszewy, trudniący się handlem od dwudziestu lat, nigdy nie sądziłem, że przyjdzie mi wyruszyć do Egiptu w takich okolicznościach. Zwykle to ja dyktuję warunki – zyskowny handel wonnościami i balsamami zapewnił mi pozycję, o której wielu może tylko marzyć. Ale głód nie zważa na bogactwo czy status. Spichlerze pustoszeją, a ziemia wysycha na popiół pod naszymi stopami.
Kiedy usłyszałem, że synowie Jakuba organizują wyprawę do Egiptu po zboże, natychmiast wysłałem posłańca z propozycją współpracy. Moje doświadczenie w handlu z Egipcjanami może im się przydać, a oni zapewnią mi bezpieczeństwo liczebności. Poza tym, jak mówi stare przysłowie: „W ciężkich czasach lepiej trzymać się synów szczęśliwej gwiazdy” – a ród Jakuba, mimo obecnych trudności, zawsze cieszył się szczególną łaską swojego Boga.
Jest ich dziesięciu – synów Jakuba. Ruben, najstarszy, wydaje się być nieformalnym przywódcą, choć dostrzegam, że często spogląda na Judę, jakby szukał potwierdzenia swoich decyzji. Symeon – porywczy i nieufny, ciągle trzyma dłoń na rękojeści miecza. Jest też Lewi, równie gwałtowny jak Symeon, ale bardziej małomówny. Juda sprawia wrażenie najbardziej rozważnego, choć w jego oczach czai się jakiś cień. Pozostali – Issachar, Zabulon, Dan, Neftali, Gad i Aszer – trzymają się nieco na uboczu.
Zauważyłem, że nie ma wśród nich najmłodszego, Beniamina, o którym słyszałem. Kiedy napomknąłem o tym, zapadła niezręczna cisza. W końcu Ruben wyjaśnił, że ojciec nie pozwolił mu przyłączyć się do wyprawy – „Zbyt cenny jest dla niego najmłodszy syn, by ryzykować jego życie”.
Jest w ich zachowaniu coś dziwnego – jakieś niedopowiedzenie, które wisi między nimi jak ciemna chmura. Niekiedy łapię ich na tym, jak wymieniają spojrzenia pełne jakiejś dawnej winy. Wiadomo, że każda rodzina ma swoje tajemnice, ale tajemnica synów Jakuba wydaje się wyjątkowo ciężka.
Jutro o świcie wyruszamy. Mamy dwanaście osłów, worki z darami i srebrem, zapasy na podróż, i nadzieję, która prowadzi nas do krainy faraonów.
Dzień 3, Pustynia Negew
Przekroczyliśmy już granice ziem uprawnych i wkroczyliśmy na pustynię. Tutaj głód jest jeszcze bardziej widoczny – nie ma nawet chwastów, które mogłyby złagodzić widok jałowej ziemi. Od czasu do czasu mijamy pasterzy z wychudzonymi stadami, którzy patrzą na nas z mieszaniną nadziei i zawiści, widząc nasz kierunek podróży.
Bracia trzymają się razem, rzadko rozmawiając ze mną czy z poganiacza osłów, których zatrudniliśmy. Dziś wieczorem, gdy rozłożyliśmy obóz, podsłuchałem fragment ich rozmowy. Mówili o kimś, kogo nazywali „naszym bratem”, który został „wysłany do Egiptu”. Z ich tonu wywnioskowałem, że nie chodzi o zwykłe delegowanie kogoś w interesach. Było w tym coś mrocznego.
„Co jeśli go tam spotkamy?” – zapytał Gad, a jego głos drżał lekko. „Po tylu latach? Niemożliwe” – odparł Symeon, ale bez przekonania. „A jeśli jednak?” – nalegał Gad. „Jeśli żyje, pewnie jest niewolnikiem w jakimś gospodarstwie. Egipt to wielki kraj” – powiedział Juda. „Pamiętajcie, co uzgodniliśmy” – przerwał im Ruben głosem nieznoszącym sprzeciwu. – „Trzymamy się opowieści, którą przekazaliśmy ojcu. Dla jego dobra. I dla naszego.”
Nie wiem, o czym mówili, ale czuję, że ta tajemnica jest kluczem do zrozumienia napięcia, które wyczuwam między braćmi. Jakby podróż do Egiptu była dla nich czymś więcej niż tylko wyprawą po zboże – jakby była powrotem do miejsca zbrodni.
Dzień 7, Granica Egiptu
Wreszcie dotarliśmy do granic Egiptu! Widok zieleni po tylu dniach pustyni jest jak balsam dla oczu. Nil wylał w tym roku słabiej niż zwykle, co tłumaczy klęskę głodu, ale Egipcjanie z ich systemem kanałów irygacyjnych zdołali zachować więcej życia w swojej ziemi niż my w Kanaanie.
Zatrzymaliśmy się na granicy, gdzie egipska straż sprawdza wszystkie karawany. Procedury są znacznie bardziej rygorystyczne niż podczas moich wcześniejszych wizyt. Każda grupa jest szczegółowo przepytywana o cel podróży, pochodzenie, plany pobytu. Widać, że władze obawiają się szpiegów albo potencjalnych najeźdźców, których mógłby przyciągnąć głód.
Zauważyłem, że bracia są coraz bardziej nerwowi. Szczególnie Symeon zdaje się być na skraju wytrzymałości. Gdy egipski urzędnik zapytał nas, skąd pochodzimy, Symeon wyrwał się z odpowiedzią „Z Kanaanu!” zanim Ruben zdążył otworzyć usta. Urzędnik zmierzył go podejrzliwym spojrzeniem.
„Po co przybywacie do Egiptu?” – zapytał, nie spuszczając wzroku z Symeona. „By kupić zboże, panie” – odparł spokojnie Juda. – „W naszej ziemi panuje głód, a słyszeliśmy, że Egipt ma zapasy.”
Urzędnik zapisał coś na papirusie, po czym zwrócił się do mnie: „A ty? Jesteś jednym z nich?” „Nie, panie” – odpowiedziałem. – „Jestem kupcem z Beerszewy. Przyłączyłem się do nich dla bezpieczeństwa podróży.” „Kupcem czego?” „Wonności i balsamów, panie. Choć w tych czasach mało kto myśli o luksusach.”
Skinął głową i kazał nam iść do następnego posterunku, gdzie mieliśmy zostać zarejestrowani do audiencji u zarządcy spichlerzy. Słyszałem wiele o tym człowieku – podobno to on przewidział siedem lat głodu i doradził faraonowi gromadzenie zapasów. Dzięki niemu Egipt nie tylko przetrwał, ale i bogaci się, sprzedając zboże okolicznym krainom.
Gdy oddaliliśmy się od posterunku, zauważyłem, że Ruben łapie Symeona za ramię i syczy mu do ucha: „Opanuj się! Chcesz, żeby nas wszystkich aresztowali jako szpiegów?” Ciekawe, czego tak bardzo się boją.
Dzień 8, Memfis
Jesteśmy w sercu Egiptu, w Memfis, gdzie znajdują się królewskie spichlerze. Miasto tętni życiem mimo głodu – to prawdziwa stolica świata, pełna cudów architektury i bogactwa. Bracia Jakuba nie podzielają mojego zachwytu – patrzą na pałace i świątynie z lękiem pomieszanym z niechęcią. Słyszałem, jak Lewi mruknął pod nosem „Bałwochwalcy…”, gdy przechodziliśmy obok świątyni Ptaha.
Zostaliśmy zakwaterowani w prostym zajeździe dla kupców. Jutro mamy stawić się przed zarządcą spichlerzy, który osobiście nadzoruje sprzedaż zboża cudzoziemcom. To niezwykłe – zwykle tak wysokiej rangi urzędnik nie zajmowałby się czymś tak przyziemnym. Ponoć to rozkaz samego faraona, który traktuje zapasy zboża jak skarb większy niż złoto.
Wieczorem, przy kolacji, próbowałem nawiązać bliższą znajomość z braćmi. Zapytałem ich o rodzinę, o sytuację w Kanaanie. Zaczęli opowiadać o swoim ojcu, Jakubie, i o tym, jak martwi się o nich i o przyszłość rodu. Ale gdy wspomniałem o bracie, którego zostawili w domu – Beniaminie – znów zapadła ta ciężka cisza.
„Nasz ojciec stracił już jednego syna” – powiedział w końcu Ruben. – „Józefa. Został rozszarpany przez dzikie zwierzę, gdy był jeszcze chłopcem. Ojciec nigdy nie przebolał tej straty. Dlatego tak bardzo boi się o Beniamina – to ostatni syn urodziwy przez jego ukochaną Rachelę.”
Historia brzmiała logicznie, ale sposób, w jaki ją opowiadał – zbyt płynnie, jakby recytował wyuczony tekst – wzbudził moje podejrzenia. A kiedy wymówił imię Józefa, pozostali bracia jakby zamarli, unikając patrzenia sobie w oczy.
Zastanawiam się, czy ten Józef naprawdę został rozszarpany przez dzikie zwierzę, czy może spotkał go inny los. I czy to ma coś wspólnego z tym bratem „wysłanym do Egiptu”, o którym mówili wcześniej.
Dzień 9, Pałac Zarządcy
Dzień pełen niepokojących wydarzeń. Rano udaliśmy się do pałacu zarządcy spichlerzy. Dwór faraona jest urządzony z przepychem, który zapiera dech – kolumny pokryte złotem, posadzki z alabastru, służba w lnianych szatach, tak białych, że aż raziły oczy.
Zarządca przyjmował petentów w wielkiej sali audiencyjnej. Siedzieliśmy wśród innych cudzoziemców, czekając na swoją kolej. Bracia byli wyraźnie zdenerwowani – Ruben obracał w dłoniach swoją laskę, a Symeon nie przestawał się wiercić. Tylko Juda zachował względny spokój.
Wreszcie wywołano nas przed oblicze zarządcy. Kiedy weszliśmy, przeżyłem szok. Spodziewałem się zobaczyć typowego egipskiego urzędnika – łysego, w białej szacie i z insygniami władzy. Tymczasem na wysokim krześle siedział mężczyzna w średnim wieku, ubrany po egipsku, ale o wyraźnie semickich rysach. Nie wyglądał na Egipcjanina, mimo swojej pozycji i stroju.
Co dziwniejsze, gdy tylko ujrzał moich towarzyszy, jego twarz na moment zastygła w wyrazie… trudno to określić. Rozpoznanie? Gniew? Zdumienie? Trwało to tylko chwilę, po czym przybrał znów oficjalną, nieprzeniknioną maskę.
Bracia nie wydawali się niczego zauważyć – byli zbyt zajęci padaniem na twarz w tradycyjnym egipskim pokłonie. Ja również się ukłoniłem, ale jako że stałem nieco z tyłu, mogłem obserwować dalej.
„Skąd przybywacie?” – zapytał zarządca przez tłumacza, choć miałem dziwne przeczucie, że rozumie nasz język. „Z ziemi Kanaan, by kupić żywności” – odpowiedział Ruben. „Szpiedzy jesteście! Przyszliście zobaczyć słabe strony kraju!” – oskarżył ich nagle zarządca, a jego głos, mimo tłumaczenia, brzmiał ostro i gniewnie.
Bracia zamarli w przerażeniu. Wiedziałem, że oskarżenie o szpiegostwo w czasach głodu to równie dobrze wyrok śmierci.
„Nie, panie!” – zaprotestował Juda. – „Twoi słudzy przyszli kupić żywności. Wszyscy jesteśmy synami jednego człowieka. Jesteśmy uczciwi. Twoi słudzy nie są szpiegami.”
„Nie!” – przerwał mu zarządca. – „Przyszliście zobaczyć słabe strony kraju!”
„Było nas dwunastu braci, synów jednego człowieka w ziemi Kanaan” – wyjaśniał desperacko Ruben. – „Najmłodszy pozostał z ojcem, a jednego już nie ma.”
Coś przemknęło przez twarz zarządcy – jakby ból, szybko zamaskowany gniewem.
„Jest tak, jak powiedziałem: jesteście szpiegami!” – powtórzył. – „Poddam was próbie. Na życie faraona, nie wyjdziecie stąd, dopóki nie przyjdzie tu wasz najmłodszy brat. Wyślijcie jednego z was, aby go przyprowadził, a reszta pozostanie w więzieniu. Tak sprawdzę, czy mówicie prawdę.”
Po tych słowach kazał strażnikom zabrać ich wszystkich. Stałem jak sparaliżowany, nie wiedząc, czy zostanę również aresztowany. Ale zarządca zdawał się kompletnie o mnie zapomnieć – jego uwaga była całkowicie skupiona na braciach. Zostałem sam pośrodku sali audiencyjnej, aż w końcu jeden z pomocników zarządcy wyprowadził mnie na bok.
„Czekaj tutaj” – powiedział. – „Twoi towarzysze zostaną przesłuchani.”
Dzień 11, Memfis
Przez dwa dni nie wiedziałem, co dzieje się z braćmi. Zostałem w zajeździe, nie śmiąc opuścić miasta, ale i bojąc się pytać o ich los. W końcu, dzisiaj rano, wrócili – wszyscy oprócz Symeona. Byli bladzi, wyczerpani, jakby przeszli przez piekło.
Opowiedzieli mi, co się stało. Zarządca trzymał ich w więzieniu przez trzy dni. W końcu wezwał ich ponownie i zmienił swoją decyzję: „Zróbcie tak, a pozostaniecie przy życiu, gdyż ja się boję Boga. Jeżeli jesteście uczciwi, to niech jeden z waszych braci pozostanie uwięziony, a wy zabierzcie zboże dla waszych głodujących rodzin. Potem przyprowadźcie mi waszego najmłodszego brata, aby się potwierdziły słowa wasze i abyście nie ponieśli śmierci.”
Zgodzili się, nie mając wyboru. Symeon został jako zakładnik, a reszcie pozwolono kupić zboże i wrócić do Kanaanu – pod warunkiem, że wrócą z Beniaminem.
Dziwne było ich zachowanie podczas opowiadania tej historii. Mówili do siebie w naszym języku, pewnie zakładając, że zarządca ich nie zrozumiał. Ruben powiedział: „Ach, zawiniliśmy przeciwko bratu naszemu, bo widząc utrapienie duszy jego, gdy nas błagał, nie wysłuchaliśmy go. Dlatego przyszło na nas to utrapienie.”
Na co Juda odpowiedział cicho: „Czyż nie mówiłem: Nie grzeszcie przeciwko chłopcu? Ale nie słuchaliście, i oto teraz krew jego jest pomszczona.”
Wyglądało na to, że interpretują to, co ich spotkało, jako karę za jakąś dawną zbrodnię przeciwko bratu – zapewne temu Józefowi, o którym mi opowiadali. Zaczynam podejrzewać, że nie został on rozszarpany przez dzikie zwierzę, ale spotkał inny, równie okrutny los – i bracia mają to na sumieniu.
Ale najbardziej niepokojąca rzecz zdarzyła się, gdy zatrzymaliśmy się na pierwszym postoju za miastem. Gdy jeden z braci otworzył swój wór, by dać obrok osłu, znalazł na wierzchu swoje srebro – to samo, którym zapłacił za zboże! Przerazili się wszyscy, mówiąc: „Cóż to nam Bóg uczynił?”
Sprawdzili pozostałe wory – we wszystkich znajdowało się srebro, którym zapłacili. Byli przerażeni, bojąc się, że zostaną oskarżeni o kradzież, gdy wrócą do Egiptu.
Nie rozumiem, co się dzieje, ale jedno jest pewne – zarządca spichlerzy nie jest zwykłym urzędnikiem, a jego zainteresowanie braćmi Jakuba wykracza poza zwykłą podejrzliwość wobec cudzoziemców.
Dzień 12, W drodze do Kanaanu
Dziś, gdy byliśmy już daleko od Memfis, Juda zwrócił się do mnie niespodziewanie: „Wiesz, kim jest ten zarządca, prawda?”
Zaskoczyła mnie ta konfrontacja. Przez cały czas zakładałem, że bracia nie zauważyli mojego zainteresowania ich sprawą.
„Podejrzewam, że jest Hebrajczykiem, jak wy” – odpowiedziałem ostrożnie. – „Mimo egipskich szat i pozycji.”
Juda pokiwał głową. „Jest coś dziwnego w tym, jak się nami zainteresował. Jak nas przesłuchiwał o rodzinie, o ojcu, o młodszym bracie.”
„Myślicie, że was rozpoznał?” – zapytałem wprost.
Juda spojrzał na mnie przenikliwie, jakby oceniał, ile może powiedzieć. „Nie wiem. Minęło ponad dwadzieścia lat. I był tylko chłopcem, gdy…” – urwał. – „Nie, to niemożliwe. Musiałby mieć niezwykłe szczęście, żeby przeżyć, a co dopiero wspiąć się na taką pozycję.”
„O kim mówisz, Judo?”
Westchnął ciężko. „O nikim. O duchu przeszłości. Ściągnęliśmy na siebie klątwę, gdy byliśmy młodzi. I teraz, jak widać, wraca, by nas prześladować. Ten zarządca… to niemożliwe, żeby był Józefem. Ale sposób, w jaki mówił, pytał… Egipcjanie nie interesują się szczegółami rodzin kupujących zboże.”
Więc moje podejrzenia były słuszne. Józef nie zginął rozszarpany przez dzikie zwierzę. Bracia zrobili mu coś strasznego – sprzedali go? zabili? – a teraz boją się, że przeszłość ich dogoniła.
„Co się stało z Józefem?” – zapytałem cicho, gdy byliśmy sami, z dala od innych braci.
Juda milczał długo, patrząc w horyzont. W końcu powiedział: „Był ulubionym synem naszego ojca. Donosił na nas. Miał sny, że będziemy mu się kłaniać. Nienawidziliśmy go za to. Chcieliśmy go zabić, gdy ojciec wysłał go do nas na pastwisko. Ale… nie mogłem. Namówiłem braci, by sprzedali go izmailskim kupcom zmierzającym do Egiptu. A ojcu powiedzieliśmy, że został rozszarpany przez dzikie zwierzę. Ta kłamstwo zniszczyło naszego ojca. A teraz niszczy nas.”
Słuchałem w milczeniu tej spowiedzi, nie wiedząc, co powiedzieć. W końcu zapytałem: „Myślisz, że zarządca to Józef?”
„Nie wiem” – powtórzył Juda. – „Ale dlaczego zatrzymał akurat Symeona? To Symeon i Lewi byli najbardziej żądni jego krwi. Dlaczego żąda zobaczenia Beniamina? To był jedyny brat, który nie brał udziału w tamtej zbrodni – był wtedy niemowlęciem. I dlaczego nasze srebro wróciło do nas? To nie ma sensu, chyba że…”
„Chyba że to test” – dokończyłem. – „Test waszego charakteru. Czy się zmieniliście przez te wszystkie lata.”
Juda spojrzał na mnie zdumiony, jakby ta myśl nie przyszła mu do głowy. „Tak… to możliwe. Ale po co miałby nas testować? By się zemścić czy by wybaczyć?”
„Tego nie wiem” – odparłem. – „Ale wiem jedno – musicie wrócić z Beniaminem, jeśli chcecie odzyskać Symeona. I jeśli ten zarządca to rzeczywiście wasz brat… cóż, będziecie mieli szansę naprawić dawną krzywdę.”
Juda westchnął ciężko. „Najtrudniejsze będzie przekonanie ojca, by pozwolił Beniaminowi pójść z nami. To złamie mu serce.”
Dzień 19, Beerszeeba
Dotarliśmy do mojego miasta. Tutaj muszę rozstać się z braćmi, którzy udają się dalej do Hebronu, do domu Jakuba. Obiecali, że gdy nadejdzie czas ponownej wyprawy do Egiptu, przyślą po mnie. Dziwne – na początku podróży traktowali mnie z rezerwą, teraz zaś zdaje się, że mają do mnie zaufanie. Może dlatego, że wysłuchałem wyznania Judy bez osądzania?
Jestem rozdarty. Z jednej strony chciałbym towarzyszyć im w następnej podróży – z ciekawości, by zobaczyć, czy zarządca rzeczywiście okaże się zaginionym bratem. Z drugiej strony – czy chcę być świadkiem tak intymnego, rodzinnego dramatu?
Osobiście jestem przekonany, że zarządca to Józef. Wszystko na to wskazuje – jego semickie rysy, szczególne zainteresowanie braćmi, pytania o ich rodzinę, zatrzymanie Symeona, żądanie zobaczenia Beniamina, a nawet zwrot srebra. To wszystko wygląda jak starannie zaplanowany scenariusz, mający sprawdzić, czy bracia się zmienili, czy żałują swojego postępku sprzed lat.
Nie mogę jednak pojąć, jak chłopiec sprzedany w niewolę mógł osiągnąć tak wysoką pozycję. To niemal jak te stare opowieści o niewolnikach, którzy stają się książętami. Może jednak jest w tym ziarno prawdy?
Epilog: Trzy miesiące później
Bracia Jakuba przybyli, jak obiecali. Tym razem jest z nimi Beniamin – młodzieniec o łagodnych rysach, zupełnie niepodobny do swoich starszych, zahartowanych przez życie braci. Jakub najwyraźniej ustąpił, choć z wielkim bólem serca – głód w Kanaanie przybrał na sile, i nie było innego wyjścia, jak ponownie udać się do Egiptu.
Wyruszamy jutro o świcie. Juda powiedział mi, że obawia się tej podróży bardziej niż pierwszej. Tym razem wiozą ze sobą podwójną ilość srebra – to, za które mają kupić nowe zapasy zboża, i to, które tajemniczo wróciło do ich worków. Boją się, że zostaną oskarżeni o kradzież.
Ja natomiast jestem przekonany, że czeka ich coś zupełnie innego. Jeśli zarządca to rzeczywiście Józef, to ta podróż będzie końcem ich długiej pokuty. Co zrobi Józef? Czy zechce się zemścić na braciach, którzy skazali go na los niewolnika? Czy zdoła im wybaczyć? I jak bracia zareagują na odkrycie, że brat, którego myśleli, że zgubili na zawsze, nie tylko żyje, ale jest teraz jednym z najpotężniejszych ludzi w Egipcie?
Jako kupiec, widziałem w życiu wiele rzeczy, ale nigdy nie byłem świadkiem tak niezwykłej historii. To opowieść o zdradzie i wybaczeniu, o sprawiedliwości i miłosierdziu, o upadku i odkupieniu. I choć nie jestem jej częścią, czuję się zaszczycony, że mogę obserwować jej rozwiązanie.
Ciekaw jestem, co Bóg Jakuba zaplanował dla tej rodziny. Bo jeśli rzeczywiście, jak mówi Juda, to On kieruje ich losem, to z pewnością ta historia ma jakiś większy cel.
Ale to już temat na inny dziennik. Teraz muszę przygotować się do drogi. Drogi do Egiptu, do prawdy i, być może, do pojednania.
Tutaj kończy się dziennik Ishmaela ben Kedara, kupca z Beerszeeby