– życie po uzdrowieniu duszy i ciała
Wprowadzenie
Moje imię to Ehud ben Jakub z Kafarnaum. Jestem człowiekiem, którego niektórzy nazywają „spuszczonym przez dach” albo „człowiekiem na noszach”. Jeśli słyszeliście kiedykolwiek o cudzie, którego dokonał Jezus z Nazaretu, uzdrawiając paralityka, którego przyjaciele spuścili przez dach, by dotarł do Nauczyciela – to ja jestem tym człowiekiem.
Dziś, po dwudziestu latach od tamtego wydarzenia, postanowiłem spisać moje wspomnienia. Nie dla sławy czy rozgłosu, ale by dać świadectwo o tym, jak spotkanie z Synem Bożym zmieniło nie tylko moje ciało, ale przede wszystkim moją duszę i całe życie.
Przed spotkaniem z Nim
Urodziłem się w Kafarnaum, nadmorskim mieście w Galilei, w rodzinie rybaków. Mój ojciec, Jakub, posiadał dwie łodzie i cieszył się szacunkiem wśród miejscowych. Miałem starszego brata, Joela, i dwie młodsze siostry. Nasza matka zmarła, gdy miałem dwanaście lat, wydając na świat moją najmłodszą siostrę, która również nie przeżyła.
Jako młodzieniec byłem silny i pełen życia. Pomagałem ojcu i bratu przy połowach, marzyłem o własnej łodzi, o założeniu rodziny. Zakochałem się w Tamar, córce handlarza zbożem, a ona odwzajemniała moje uczucie. Mieliśmy pobrać się po żniwach, gdy skończę dwadzieścia lat.
Wszystko zmieniło się pewnego wiosennego poranka. Wypłynęliśmy z bratem przed świtem, by zarzucić sieci. Pogoda była zdradziecka – spokojna zatoka nagle zmieniła się w kipiel, gdy nadeszła burza. Nasza łódź przewróciła się. Joel zdołał dopłynąć do brzegu. Ja uderzyłem głową o burtę, a potem walczyłem z falami, aż straciłem przytomność.
Ocknąłem się trzy dni później w naszym domu. Żyłem, ale moje ciało od szyi w dół nie reagowało na polecenia. Nie mogłem poruszyć rękami ani nogami. Byłem sparaliżowany.
Następne dwa lata były najciemniejszym okresem mojego życia. Leżałem na posłaniu, zdany na pomoc ojca, brata i sióstr. Tamar początkowo przychodziła codziennie, potem coraz rzadziej. W końcu jej ojciec wydał ją za innego. Nie mogłem jej winić – jaki sens miało wiązanie się z człowiekiem, który nie mógł pracować, zapewnić bytu rodzinie, a nawet samodzielnie jeść czy załatwiać potrzeb fizjologicznych?
Najgorsza była jednak nie fizyczna niemoc, ale duchowa rozpacz. Czułem się opuszczony przez Boga. Za co mnie tak ukarał? Jakie grzechy popełniłem, że zasłużyłem na taki los? Przeszedłem od złości, przez rozpacz, po zgorzknienie. Przestałem się modlić. Przestałem wierzyć, że Bóg, jeśli istnieje, dba o mnie w jakikolwiek sposób.
Jedynym światłem w mojej ciemności byli przyjaciele. Czterech mężczyzn z Kafarnaum, z którymi dorastałem – Natan, Jozue, Daniel i Eleazar. Przychodzili niemal codziennie. Rozmawiali ze mną, przynosili wieści z miasta, czasem czytali mi fragmenty Tory. Nie pozwalali, bym pogrążył się całkowicie w rozpaczy.
To oni pewnego dnia przynieśli wieść, która miała zmienić moje życie.
Dzień cudu
„Do miasta przybył nauczyciel z Nazaretu, Jezus,” powiedział Natan, wpadając do naszego domu pewnego ranka. „Mówią, że uzdrawia chorych, przywraca wzrok niewidomym, a nawet wypędza demony!”
Prychnąłem z niedowierzaniem. Słyszeliśmy już o różnych wędrownych uzdrowicielach i cudotwórcach. Żaden z nich nie zwrócił mi możliwości chodzenia.
„Musimy cię do niego zabrać,” nalegał Daniel. „Co mamy do stracenia?”
Nie miałem sił, by się sprzeciwiać. Zgodziłem się bardziej ze znużenia niż z nadziei. Następnego dnia przyszli we czterech, ułożyli mnie na noszach i ruszyli w stronę domu, gdzie nauczał Jezus.
To, co stało się później, znam głównie z ich relacji, bo leżąc na noszach, widziałem tylko fragment nieba, a potem dach domu. Dom, w którym przebywał Jezus, był tak oblegany przez tłum, że nie było mowy o wejściu do środka. Moi przyjaciele jednak się nie poddali.
„Wejdziemy na dach i spuścimy cię przez otwór,” zdecydował Jozue, zawsze najbardziej impulsywny z nas.
„Zwariowaliście?” – zapytałem. „Gospodarz domu was zabije!”
Nie słuchali. Zanieśli mnie na płaski dach sąsiedniego domu, a stamtąd, po prowizorycznej kładce z desek, na dach budynku, gdzie nauczał Jezus. Rozebrali część dachu, tworząc otwór na tyle duży, by mogły przejść przez niego nosze ze mną.
Pamiętam uczucie zawstydzenia i upokorzenia, gdy opuszczali mnie na linach, w dół, prosto do środka zatłoczonego pomieszczenia. Pamiętam szepty zdumienia, okrzyki niezadowolenia, a potem – ciszę.
Wylądowałem u stóp mężczyzny siedzącego na niskim krześle. Podniósł głowę i nasze spojrzenia się spotkały. Miał może trzydzieści parę lat, brodę i ciemne, łagodne oczy. Nic niezwykłego – przeciętny Galilejczyk. A jednak, gdy na mnie spojrzał, poczułem się tak, jakby widział nie tylko moje sparaliżowane ciało, ale i duszę – wszystkie moje grzechy, lęki, zwątpienia, rozpacz.
„Synu,” powiedział głosem, który niósł się w ciszy, „odpuszczone są twoje grzechy.”
Nie tego się spodziewałem. Nie o to się modlili moi przyjaciele. Przyszliśmy tu po uzdrowienie ciała, nie duszy. A jednak, gdy wypowiedział te słowa, poczułem dziwną lekkość, jakby ciężar, którego istnienia nawet sobie nie uświadamiałem, został zdjęty z moich barków.
Potem usłyszałem szepty wokół. Niektórzy z uczonych w Piśmie mówili między sobą: „Czemu on tak mówi? On bluźni. Któż może odpuszczać grzechy oprócz samego Boga?”
Jezus spojrzał na nich i zapytał: „Cóż jest łatwiej: powiedzieć do paralityka: Odpuszczone są twoje grzechy, czy też powiedzieć: Wstań, weź swoje łoże i chodź? Otóż, żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów…” – tu zwrócił się do mnie – „…mówię ci: Wstań, weź swoje łoże i idź do domu!”
Nie wiem, jak to opisać. Poczułem nagle ciepło rozlewające się po moim ciele, od głowy po czubki palców u nóg. Mięśnie, które od dwóch lat były bezwładne, napięły się. Czułem je. Mogłem nimi poruszać.
Wstałem. Najpierw niepewnie, chwiejąc się jak dziecko stawiające pierwsze kroki. Potem coraz pewniej. Schyliłem się, podniosłem moje posłanie i złożyłem je. A potem spojrzałem w górę, przez otwór w dachu, gdzie stali moi przyjaciele, z twarzami wyrażającymi niedowierzanie i radość.
„Idę do domu!” zawołałem do nich. „Na własnych nogach!”
Tłum rozstąpił się przede mną. Ludzie patrzyli z osłupieniem, niektórzy płakali, inni wychwalali Boga. A ja szedłem przez środek, trzymając swoje posłanie, czując każdy krok, każde uderzenie stopy o ziemię, każdy oddech w płucach.
Nie pamiętam zbyt dobrze drogi do domu. Pamiętam tylko uczucie wdzięczności i zdumienia. I słowa, które wciąż brzmiały w moich myślach: „Odpuszczone są twoje grzechy.”
Nowe życie
Moje uzdrowienie wywołało wielkie poruszenie w Kafarnaum. Ludzie przychodzili, by mnie zobaczyć, dotknąć, usłyszeć moją historię. Niektórzy płakali, gdy opowiadałem, co się stało. Inni sceptycznie kręcili głowami, sugerując, że pewnie wcale nie byłem naprawdę sparaliżowany, albo że to była jakaś sztuczka.
Mój ojciec, który przez ostatnie dwa lata coraz bardziej popadał w przygnębienie, odmłodniał o dekadę w ciągu jednego dnia. Mój brat Joel nie mógł przestać się śmiać i poklepywać mnie po plecach, jakby sprawdzał, czy jestem prawdziwy.
A moi przyjaciele? Ci czterej odważni, wierni przyjaciele, którzy wnieśli mnie na dach i spuścili przed oblicze Jezusa? Stali się jednymi z pierwszych uczniów w Kafarnaum. Gdziekolwiek szedł Jezus, gdy przebywał w okolicy, oni szli za nim, słuchali jego nauk, pomagali w organizacji spotkań.
Ja również stałem się jego uczniem, choć w inny sposób. Nie podróżowałem z nim po Galilei jak Piotr, Jakub czy Jan. Miałem obowiązki wobec rodziny, musiałem nadrobić dwa lata nieobecności, pomóc ojcu i bratu w połowach. Ale za każdym razem, gdy Jezus wracał do Kafarnaum, byłem tam, słuchałem jego nauk, chłonąłem każde słowo.
Zrozumiałem, że uzdrowienie mojego ciała, choć cudowne, było jedynie znakiem czegoś większego – uzdrowienia mojej duszy. Gdy leżałem sparaliżowany, moje serce wypełniały gorycz, gniew, zwątpienie. Odwróciłem się od Boga, oskarżałem Go o mój los. Jezus nie tylko przywrócił mi władzę w nogach, ale przede wszystkim odpuścił moje grzechy – pychę, gniew, brak wiary.
Pół roku po moim uzdrowieniu ożeniłem się z Rachelą, córką miejscowego garncarza. Była wdową z małym synem. Jej mąż zginął podczas połowu, podobnie jak ja omal nie zginąłem. Może dlatego rozumieliśmy się tak dobrze. Przyjąłem jej syna jak własnego, a rok później urodziła nam się córka. Nazwaliśmy ją Talita, na pamiątkę córeczki Jaira, którą Jezus również przywrócił do życia.
Moje życie nabrało nowego sensu. Pracowałem jako rybak, ale również jako świadek. Opowiadałem każdemu, kto chciał słuchać, o tym, co zrobił dla mnie Jezus. Nie tylko o uzdrowieniu fizycznym, ale o uzdrowieniu ducha, o przebaczeniu, o nowym początku.
Ciemne dni
Trzy lata po moim uzdrowieniu dotarła do nas wieść, że Jezus został aresztowany w Jerozolimie, podczas święta Paschy. A potem przyszła wiadomość, która sprawiła, że znów poczułem się, jakbym był sparaliżowany – Jezus został skazany na śmierć i ukrzyżowany.
Ta wiadomość uderzyła w naszą małą społeczność uczniów w Kafarnaum jak trzęsienie ziemi. Jedni płakali, inni wpadli w gniew, jeszcze inni w apatię. Wielu zadawało sobie pytanie – jak Bóg mógł na to pozwolić? Jak Ten, który uzdrawiał chorych, wskrzeszał umarłych i odpuszczał grzechy, mógł skończyć na rzymskim krzyżu jak pospolity przestępca?
Pamiętam rozmowę z Natanem, jednym z moich czterech przyjaciół, kilka dni po dotarciu tej strasznej nowiny.
„Może się myliliśmy,” powiedział, patrząc pustym wzrokiem na jezioro. „Może nie był tym, za kogo się podawał.”
„A moje nogi?” zapytałem, uderzając stopą w ziemię. „To też złudzenie? Przez dwa lata nie mogłem nimi ruszyć, a teraz chodzę, biegam, pływam. To nie złudzenie, Natan.”
„Więc dlaczego Bóg pozwolił mu umrzeć?” zapytał z goryczą.
Nie miałem odpowiedzi. Sam zadawałem sobie to pytanie setki razy. Ale mimo to, w głębi serca, nie mogłem zwątpić. Coś, co wydarzyło się tamtego dnia w domu w Kafarnaum, było zbyt prawdziwe, zbyt głębokie, by mogło zostać przekreślone, nawet przez śmierć na krzyżu.
A potem, tydzień później, do Kafarnaum przybył Piotr. Był jednym z najbliższych uczniów Jezusa, rybakiem jak my, którego wielu z nas znało od lat. Jego oczy płonęły jakimś wewnętrznym ogniem, gdy zgromadził nas wszystkich w domu Joela.
„On żyje,” powiedział po prostu. „Widziałem Go. Jadłem z Nim. Dotykałem Jego ran. Zmartwychwstał, jak zapowiadał.”
Opisał nam, jak Jezus ukazał się najpierw kobietom przy grobie, potem jemu samemu, potem innym uczniom w zamkniętym pomieszczeniu, a w końcu ponad pięciuset braciom jednocześnie nad Jeziorem Tyberiadzkim.
Słuchałem z bijącym sercem. Czy to możliwe? Czy Ten, który przywrócił mi władzę w nogach, sam powstał z martwych? Jeśli tak, to co to oznacza? Kim naprawdę jest?
„On naprawdę jest Synem Bożym,” powiedział Piotr, jakby czytając moje myśli. „Nie tylko uzdrawia chorych i odpuszcza grzechy. On zwyciężył śmierć. A przez Niego i my ją zwyciężymy.”
Tej nocy nie mogłem spać. Myślałem o słowach Jezusa, które wypowiedział, zanim mnie uzdrowił: „Żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów…” Wtedy skupiłem się tylko na uzdrowieniu. Teraz zacząłem rozumieć głębszy sens – On naprawdę miał władzę odpuszczania grzechów, władzę, która należy tylko do Boga.
Jeśli zmartwychwstał, to wszystko, co mówił o sobie, było prawdą. Był dokładnie tym, za kogo się podawał – Synem Bożym, Mesjaszem, Zbawicielem.
Świadectwo
Minęły lata. Dziś mam prawie pięćdziesiąt lat. Moje dzieci dorosły, mam nawet wnuki. Moje ciało znów zaczyna mnie zawodzić – nie jestem już tak silny jak kiedyś, plecy bolą po długim dniu w łodzi, nogi czasem odmawiają posłuszeństwa po całym dniu chodzenia.
Ale moje serce jest pełne wdzięczności. Każdego dnia, gdy wstaję z łóżka, przypominam sobie chwilę, gdy po dwóch latach paraliżu po raz pierwszy stanąłem na własnych nogach. Każdego dnia dziękuję za ten cud.
Jednak jeszcze bardziej dziękuję za drugi cud – za uzdrowienie mojej duszy, za odpuszczenie grzechów, za nowe życie, które otrzymałem.
Po zmartwychwstaniu Jezusa i Jego wniebowstąpieniu, nasza wspólnota uczniów w Kafarnaum rozrosła się. Zaczęliśmy się nazywać „naśladowcami Drogi”, później przyjęliśmy nazwę „chrześcijanie”. Spotykamy się w domach, łamiemy chleb, wspominamy nauki Jezusa, wspieramy się nawzajem.
Nie zawsze jest łatwo. Rzymskie władze patrzą na nas podejrzliwie. Przywódcy synagogi uważają nas za heretyków. Niektórzy z nas stracili pracę, inni zostali wyrzuceni z rodzin. Słyszeliśmy o braciach i siostrach w innych miastach, którzy zostali uwięzieni, a nawet zabici za wiarę.
Ale trwamy. Bo wiemy, że nasze życie tutaj to tylko część historii. Że śmierć nie jest końcem. Że Ten, który przywrócił mi władzę w nogach, który sam powstał z martwych, pewnego dnia przyjdzie ponownie i zabierze nas do domu Ojca.
Często opowiadam swoją historię w czasie naszych spotkań, zwłaszcza gdy dołączają do nas nowi wierzący. Opowiadam o paraliżu, o rozpaczy, o czterech przyjaciołach, którzy nie poddali się i spuścili mnie przez dach. O spojrzeniu Jezusa, które przenikało do głębi duszy. O Jego słowach: „Odpuszczone są twoje grzechy”. O cieple rozlewającym się po moim ciele, gdy odzyskałem władzę w nogach.
Niektórzy słuchają ze łzami w oczach. Inni z niedowierzaniem. Ale widzę, jak moje świadectwo umacnia wiarę wielu. Bo nie mówię im tylko o uzdrowieniu ciała – mówię o uzdrowieniu duszy, o nowym życiu.
Czasem pytają mnie: „Dlaczego Bóg uzdrowił ciebie, a nie kogoś innego? Dlaczego niektórzy chorzy, mimo modlitw, nie odzyskują zdrowia?”
Nie mam prostej odpowiedzi. Nie wiem, dlaczego Bóg wybrał mnie do tego cudu. Nie byłem bardziej pobożny czy godny niż inni. Wręcz przeciwnie – byłem pełen gniewu i zwątpienia.
Może właśnie dlatego? Może potrzebowałem tego znaku bardziej niż inni? Może moje uzdrowienie miało służyć nie tylko mnie, ale i wielu innym, którzy usłyszą moją historię?
Jedno wiem na pewno – moje fizyczne uzdrowienie, choć cudowne, było tylko cieniem prawdziwego uzdrowienia, którego doświadczyłem. Bo nawet gdyby moje ciało pozostało sparaliżowane, a Jezus odpuściłby tylko moje grzechy, i tak byłbym zbawiony. I tak moje prawdziwe, wieczne życie byłoby zabezpieczone.
To jest przesłanie, które niosę: Jezus przyszedł, by uzdrawiać – nie tylko ciała, ale przede wszystkim dusze. Przyszedł, by odpuszczać grzechy, by przywracać nas do relacji z Bogiem, by dawać nowe życie.
A Jego moc działa nadal. Widziałem, jak zmienia ludzi – alkoholików, którzy przestali pić; oszustów, którzy zaczęli żyć uczciwie; zgorzkniałych, którzy odnaleźli radość; zrozpaczonych, którzy odnaleźli nadzieję.
To jest prawdziwy cud – przemiana serca. I tego cudu doświadczam każdego dnia, gdy budzę się i pamiętam, kim byłem, a kim jestem teraz. Nie tylko człowiekiem, który kiedyś był sparaliżowany, a teraz chodzi. Ale człowiekiem, którego dusza była martwa, a teraz żyje.
Bo najważniejsze słowa, jakie Jezus do mnie wypowiedział, to nie „Wstań i chodź”, ale „Odpuszczone są twoje grzechy”.
To jest moje świadectwo. To jest moja historia. To jest moje nowe życie po uzdrowieniu duszy i ciała.
~Ehud ben Jakub z Kafarnaum Spisane przez Joela, syna Ehuda, w dwudziestym roku po wniebowstąpieniu naszego Pana Jezusa Chrystusa