– wspomnienia sąsiada rodziny Jezusa
Wstęp
Ja, Eleazar ben Jaakow, garbarz z Nazaretu, w szóstym roku panowania cesarza Nerona, spisuję te wspomnienia o rodzinie Józefa cieśli i jego niezwykłym synu Jeszui, którego jedni nazywają prorokiem, inni Mesjaszem, a jeszcze inni bluźniercą. Piszę je dla mojego wnuka Jonasza, by znał prawdę z ust kogoś, kto patrzył własnymi oczami, a nie z opowieści wędrownych kaznodziejów czy rzymskich urzędników.
Mieszkałem w Nazarecie całe życie, podobnie jak mój ojciec i jego ojciec. Nasz dom stał nieopodal domu Józefa cieśli i jego żony Miriam, zaledwie o rzut kamieniem. Przez ponad trzydzieści lat widziałem, jak ich syn dorasta, pracuje, a potem wyrusza w świat, by głosić nauki, które wstrząsnęły całą Judeą i Galileą.
Nie jestem uczonym w Piśmie ani prorokiem. Jestem prostym rzemieślnikiem, który zna się na swojej pracy – wyprawianiu skór – i niewiele więcej. Ale mam oczy, by widzieć, i uszy, by słyszeć. A przede wszystkim przeżyłem wystarczająco długo, by zrozumieć, że ludzie są skłonni zarówno wyolbrzymiać niektóre wydarzenia, jak i pomijać milczeniem inne.
Przybycie Rodziny
Moje pierwsze wspomnienie o rodzinie Jeszui sięga roku, w którym sprowadzili się do Nazaretu. Byłem wtedy młodym człowiekiem, niedawno przejąłem garbarnię po ojcu. Józef, cieśla z Betlejem, kupił mały dom po starym Asherze, który zmarł bez potomstwa. Plotki krążyły już wcześniej, bo Józef pojawił się w Nazarecie najpierw sam, by załatwić sprawy związane z domem, a potem wrócił z młodą żoną i małym dzieckiem.
Nazaret nigdy nie był dużą osadą – w tamtych czasach może dwadzieścia, dwadzieścia pięć rodzin. Nowi mieszkańcy zawsze budzili zainteresowanie, a tym bardziej tacy, których historia wydawała się niejasna. Józef przedstawiał się jako potomek rodu Dawida, choć żył skromnie, jak każdy z nas. Miriam była jego młodą żoną, a chłopiec – ich synem.
Niektórzy szeptali o „zbyt wczesnym” dziecku, o podróży do Betlejem, a nawet o ucieczce do Egiptu przed gniewem Heroda. Sam Józef był małomówny na temat swojej przeszłości. Miriam również rzadko o tym wspominała. W małej społeczności takie tajemnice rodzą plotki, ale z czasem ludzie przestali o tym mówić. Józef okazał się uczciwym, pracowitym człowiekiem, a jego rodzina szanowała Prawo i tradycje.
Józef Cieśla
Moje garbarskie rzemiosło łączyło się czasem z pracą Józefa. Potrzebowałem drewnianych kadzi do garbowania, ram do suszenia skór, narzędzi. On je wykonywał – solidnie, dokładnie, bez zbędnych ozdób, ale z dbałością o każdy detal.
Józef nie był wylewny, ale przy pracy czasem się otwierał. Mówił o swojej rodzinie w Betlejem, o pracy w większych miastach, jak Seforis czy nawet Tyberiada. Nigdy nie wspominał o dziwnych okolicznościach narodzin Jeszui, a ja, szanując jego prywatność, nigdy o to nie pytałem.
Pamiętam, jak pewnego razu, pracując nad moimi kadziami, Józef nagle przerwał i spojrzał w niebo.
„Wiesz, Eleazarze,” powiedział, „czasem myślę, że nasze rzemiosła są podobne. Ty bierzesz martwą skórę i przywracasz jej użyteczność. Ja biorę martwe drewno i daję mu nowe życie w formie, która służy ludziom.”
Ta refleksja zaskoczyła mnie, bo Józef rzadko dzielił się takimi przemyśleniami. Może dlatego zapamiętałem ją tak wyraźnie.
Józef uczył swego syna rzemiosła, jak to było w zwyczaju. Często widywałem młodego Jeszuę w warsztacie ojca, uczącego się obróbki drewna, mierzenia, cięcia, łączenia. Józef był cierpliwym nauczycielem, a chłopiec pojętnym uczniem.
Miriam, Matka
Miriam była młodsza od Józefa, ale miała w sobie dojrzałość, która wykraczała poza jej wiek. Jej drobna postać poruszała się z godnością, gdy szła do studni lub na targ. Była uprzejma, ale trochę zdystansowana, jakby część jej myśli zawsze była gdzieś indziej.
Moja pierwsza żona, Debora, zaprzyjaźniła się z nią. Kobiety często pomagały sobie nawzajem przy różnych pracach – pieczeniu chleba, przędzeniu, tkaniu. Debora mówiła, że Miriam rzadko opowiadała o swoim życiu przed przybyciem do Nazaretu. Wspominała tylko o krewnej, Elżbiecie, której syn Jan został później znany jako Zanurzający, nauczający nad Jordanem.
Pamiętam, jak pewnego późnego popołudnia zobaczyłem Miriam siedzącą przed domem. Śpiewała cicho, kołysząc najmłodsze dziecko. Jej głos był czysty i pełen jakiejś głębokiej radości. Pieśń brzmiała jak jeden z naszych psalmów, ale słowa były inne:
„Wielbi dusza moja Pana, i raduje się duch mój w Bogu, Zbawicielu moim. Bo wejrzał na uniżenie swojej służebnicy. Oto odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia…”
Kiedy zauważyła, że się przysłuchuję, uśmiechnęła się łagodnie, ale nie przerwała śpiewu. Było w tej pieśni coś niezwykłego – jakby słowa o błogosławieństwie przez wszystkie pokolenia nie były marzeniem, ale pewnością.
Chłopiec Jeszua
Jeszua od dziecka wyróżniał się wśród rówieśników. Nie była to różnica rzucająca się w oczy – nie był ani wyższy, ani silniejszy, ani piękniejszy od innych chłopców. Różnica kryła się głębiej – w sposobie, w jaki patrzył na świat, w pytaniach, które zadawał, w ciszy, która czasem otaczała go jak płaszcz.
Pamiętam, jak przechodził obok mojej garbarni, wracając ze studni z wodą dla matki. Zatrzymał się, zaciekawiony procesem, którym zajmowałem się akurat wtedy – usuwaniem włosia ze skóry.
„Czemu używasz wapna, a nie popiołu, wuju Eleazarze?” zapytał. (Wszystkich starszych mężczyzn dzieci nazywały wujami, choć nie byliśmy spokrewnieni).
„Bo wapno lepiej oddziela włosie, nie uszkadzając skóry,” odpowiedziałem, zaskoczony jego spostrzegawczością. Niewiele dzieci zwracało uwagę na takie szczegóły.
„Jak zrywanie kłosów w szabat,” powiedział z namysłem. „Trzeba wiedzieć, jak oddzielić to, co ważne, od tego, co nie jest istotne.”
Spojrzałem na niego zdziwiony. „Co masz na myśli?”
„Szabat ustanowiono dla człowieka, prawda? By odpoczął, by uczcił Boga. Ale jeśli ktoś jest głodny, czy przestępuje Prawo, zrywając kłosy? Co jest ważniejsze – literalny zakaz pracy czy nakaz troski o życie?”
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Chłopiec miał może dziesięć lat, ale zadawał pytania, które mogłyby zaskoczyć rabina. Nie było w tym zuchwalstwa czy lekceważenia Prawa – raczej głębokie zastanowienie nad jego istotą.
Takie były rozmowy z młodym Jeszuą. Nie narzucał swojego zdania, tylko zadawał pytania, które zostawały w głowie na długo po tym, jak odszedł.
Inne dzieci lubiły go, choć czasem wydawał się odległy, zatopiony we własnych myślach. Nie stronił od zabaw, ale też często można go było zastać samego, siedzącego na wzgórzu nad Nazaretem i wpatrującego się w dal, jakby widział coś, czego nikt inny nie dostrzegał.
Historia z synagogi
Wydarzenie, które najbardziej utkwiło mi w pamięci z dzieciństwa Jeszui, miało miejsce, gdy miał dwanaście lat. Józef i Miriam zabrali go, jak co roku, do Jerozolimy na święto Paschy. Wrócili jednak bez niego, myśląc, że jest w grupie krewnych. Dopiero po dniu drogi zorientowali się, że chłopca z nimi nie ma.
Cała osada huczała od plotek. „Zgubili własne dziecko!” „Co za nieodpowiedzialni rodzice!” Niektórzy współczuli, inni krytykowali. Józef i Miriam natychmiast wrócili do Jerozolimy, szukać syna.
Wrócili po trzech dniach – zmęczeni, ale z Jeszuą całym i zdrowym. Historia, którą przywieźli ze sobą, obiegła Nazaret lotem błyskawicy. Znaleźli go w Świątyni, siedzącego wśród uczonych w Piśmie, słuchającego ich i zadającego pytania. Wszyscy byli zdumieni jego rozumieniem i odpowiedziami.
„Synu, czemuś nam to uczynił?” pytała Miriam. „Oto ojciec twój i ja z bólem serca szukaliśmy ciebie.”
A on odpowiedział: „Czemuście mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?”
Ta odpowiedź, powtarzana z ust do ust w Nazarecie, budziła różne reakcje. Niektórzy widzieli w niej zwykłą zuchwałość nastolatka. Inni zastanawiali się nad głębszym znaczeniem – co miał na myśli, mówiąc o „swoim Ojcu”? Czy nie chodziło o Józefa?
Sam Józef niewiele mówił o tym incydencie. Raz tylko, gdy pracowaliśmy razem przy naprawie dachu mojej garbarni, powiedział cicho: „Czasem mam wrażenie, że pożyczyliśmy go tylko na chwilę. Że należy do kogoś innego.”
Młodzieniec i Dorosły
Gdy Jeszua dorastał, stawał się coraz bardziej zamyślony, choć nie odcinał się od społeczności. Uczestniczył w świętach, pracował w warsztacie Józefa, chodził do synagogi. Czytał Torę i Proroków, gdy przychodziła jego kolej, z taką jasnością i zrozumieniem, że nawet najstarsi podnosili głowy, by słuchać.
Kiedy Józef zachorował (byłem już wtedy wdowcem po śmierci Debory), Jeszua przejął odpowiedzialność za warsztat i utrzymanie rodziny. Miriam urodziła Józefowi jeszcze kilkoro dzieci – Jakuba, Józefa, Szymona, Judę i córki. Jeszua, jako najstarszy, opiekował się nimi po śmierci ojca.
Pamiętam go z tego okresu – pochylonego nad strugiem, z wiórami we włosach, z dłońmi naznaczonymi pracą. Niczym nie różnił się od innych młodych mężczyzn z Nazaretu. A jednak było w nim coś, co sprawiało, że ludzie zwracali się do niego po radę, po słowo pocieszenia, po rozstrzygnięcie sporu.
Zastanawia mnie teraz, czy już wtedy wiedział, kim jest. Czy przeczuwał swoją misję, swoje przeznaczenie? Czy pracując jako cieśla, myślał już o innych sprawach?
Odejście
Kiedy Jeszua miał około trzydziestu lat, przez Galileę przetoczyła się fala ekscytacji związana z naukami Jana Zanurzającego. Ten surowy prorok znad Jordanu wzywał do pokuty, do oczyszczenia, do przygotowania się na przyjście Mesjasza.
Jeszua zaczął mówić o podróży do Jordanu, by posłuchać Jana. Jego rodzina nie była zachwycona tym pomysłem. Pamiętam, jak Jakub, jego młodszy brat, przyszedł do mnie z prośbą o radę.
„Wuju Eleazarze,” powiedział, „porozmawiaj z nim. Ciebie posłucha. Jak możemy zostać sami? Kto zajmie się warsztatem, matką, młodszymi?”
Rozmawiałem z Jeszuą tego wieczora. Siedział na progu swojego domu, patrząc na zachodzące słońce. Wydawał się… gotowy. Jakby czekał na ten moment całe życie.
„Muszę iść,” powiedział po prostu. „Nadszedł czas.”
„Ale twoja rodzina…” zacząłem.
„Jakub jest już mężczyzną,” przerwał łagodnie. „Potrafi prowadzić warsztat. A ty będziesz miał oko na wszystko, prawda, Eleazarze?”
Nie mogłem odmówić. Było w jego oczach takie przekonanie, taka pewność, że to, co robi, jest właściwe.
„Wrócisz?” zapytałem.
Uśmiechnął się, ale był to uśmiech pełen jakiegoś odległego smutku. „Wrócę,” powiedział. „Ale nic już nie będzie takie samo.”
Kilka dni później odszedł, zabierając ze sobą tylko to, co niezbędne. Widziałem jego rodzinę przed i po jego śmierci. Widziałem, jak Miriam, która straciła syna w najbardziej haniebny sposób, zachowała godność i wiarę. Widziałem, jak Jakub, który wątpił, stał się filarem nowej wiary. Widziałem, jak zwykli ludzie – rybacy, celnicy, kobiety z marginesu – przemieniali się pod wpływem jego nauk.
I widziałem Nazaret – małą, zapyziałą wioskę w Galilei, która teraz jest znana na całym świecie tylko dlatego, że on się tu wychował. Syn cieśli, który miał warsztat obok mojej garbarni.
Nie wiem, co przyniesie przyszłość. Czy nauki Jeszui przetrwają próbę czasu, czy zostaną zapomniane jak nauki wielu innych nauczycieli i proroków? Czy jego wyznawcy, nazywający siebie chrześcijanami, będą małą sektą w obrębie judaizmu, czy rozwiną się w coś większego?
Wiem tylko, że miałem przywilej być sąsiadem kogoś niezwykłego. Kogoś, kto – niezależnie od tego, kim naprawdę był – zmienił bieg historii. I że te wspomnienia są moim najbardziej wartościowym dziedzictwem dla ciebie, mój wnuku.
Niech te słowa, spisane drżącą ręką starego garbarza, będą świadectwem czasów, które przemijają, ale nie powinny zostać zapomniane.
Twój dziadek, Eleazar ben Jaakow Nazaret, rok 60 n.e.
*Znaleziono wśród manuskryptów w jaskiniach Kumran w 1954 roku. Autentyczność dokumentu pozostaje przedmiotem debaty naukowej.*em, jak Miriam żegnała go we drzwiach – bez łez, ale z takim wyrazem twarzy, jakby wiedziała, że oddaje światu coś, co do tej pory należało tylko do niej.
Wieści z Daleka
Przez następne miesiące do Nazaretu docierały różne wieści o Jeszui. Że przyjął zanurzenie od Jana. Że zebrał wokół siebie uczniów – prostych rybaków z okolic Kafarnaum, ale także celnika, zelotę. Że nauczał z niezwykłą mocą, uzdrawiał chorych, wypędzał demony.
Dla większości mieszkańców Nazaretu te historie brzmiały niewiarygodnie. „Czy to nie syn cieśli?” pytali. „Znamy go od dziecka. Jego bracia i siostry mieszkają wśród nas. Skąd u niego taka mądrość i takie cuda?”
Rodzina Jeszui również była zdezorientowana. Jakub, który przejął warsztat, pracował w milczeniu, unikając rozmów o bracie. Miriam słuchała wszystkich opowieści, nie komentując ich, zachowując je, jak mówi nasze przysłowie, w swoim sercu.
Sam nie wiedziałem, co myśleć. Znałem Jeszuę prawie całe jego życie. Widziałem jego niezwykłą mądrość, jego dobroć, jego odmienność, która nie była dziwactwem, lecz jakimś głębszym zrozumieniem. Ale Mesjasz? Syn Boży, jak niektórzy zaczęli go nazywać? To wykraczało poza moje pojmowanie.
Powrót Do Nazaretu
W końcu Jeszua wrócił do Nazaretu. Nie sam – towarzyszyła mu grupa uczniów i tłum ciekawskich, którzy szli za nim od wioski do wioski.
W szabat udał się do synagogi, jak to było w jego zwyczaju. Przeczytał fragment z proroka Izajasza: „Duch Pana nade mną, dlatego namaścił mnie, posłał mnie, abym głosił dobrą nowinę ubogim, więźniom wolność, niewidomym przejrzenie, abym uciśnionych odsyłał wolnymi, abym obwoływał rok łaski od Pana.”
Zwinął zwój, oddał go słudze i usiadł. Oczy wszystkich w synagodze były w niego utkwione. Wtedy zaczął mówić: „Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli.”
Pamiętam zdumienie, które przebiegło przez zgromadzenie. Czy on właśnie ogłosił się Mesjaszem, o którym mówił Izajasz? Czy to możliwe, żeby chłopak, którego znaliśmy od dziecka, syn cieśli, brat Jakuba i pozostałych, był wypełnieniem proroctw?
Początkowo ludzie reagowali pozytywnie, zdumieni jego wymowną mądrością. Ale potem zaczęli szeptać między sobą, coraz głośniej, coraz bardziej gniewnie. „Czyż to nie syn Józefa?” „Skąd u niego ta mądrość?” „Jakim prawem…”
Jeszua spokojnie odpowiadał na te szepty, ale jego słowa tylko podsyciły gniew. Gdy powiedział: „Żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie”, i przypomniał historię o Eliaszu wysłanym do wdowy z Sarepty Sydońskiej oraz o Elizeuszu, który uzdrowił Naamana Syryjczyka, zgromadzeni wpadli w szał.
„Porównuje nas do pogan!” krzyczeli. „Bluźni przeciwko naszym przodkom!”
Nigdy nie widziałem takiej wściekłości w naszej małej społeczności. Ci sami ludzie, którzy patrzyli, jak dorasta, którzy kupowali wyroby z jego warsztatu, którzy witali go na ulicy, teraz pałali gniewem. Wyprowadzili go z synagogi, poprowadzili na skraj urwiska, na którym zbudowano naszą osadę, chcąc strącić go w dół.
Nie wiem dokładnie, co się stało potem. Niektórzy mówią, że przeszedł między nimi i odszedł, jakby nagle stał się niewidzialny. Inni, że jego uczniowie utworzyli wokół niego ochronny krąg i przeprowadzili go bezpiecznie. Ja byłem zbyt daleko, by widzieć szczegóły.
Jedno jest pewne – Jeszua opuścił Nazaret tego dnia, by już nigdy nie wrócić. Proroctwo spełniło się na nim samym – nie został przyjęty w swojej ojczyźnie.
Rodzina po Odejściu
Po odejściu Jeszui jego rodzina znalazła się w trudnej sytuacji. Z jednej strony sceptycyzm i niechęć mieszkańców Nazaretu, z drugiej – rosnąca sława ich brata i syna, który, według coraz liczniejszych doniesień, czynił rzeczy niesłychane.
Jakub, zawsze poważny i odpowiedzialny, prowadził warsztat najlepiej jak potrafił. Miriam i pozostałe dzieci pomagały, jak mogły. Ale czuli się rozdarci między lojalnością wobec Jeszui a chęcią normalnego życia w społeczności.
Pewnego dnia Jakub przyszedł do mnie z nietypową prośbą. „Wuju Eleazarze,” powiedział, „ty znałeś go najdłużej, poza matką. Powiedz mi… czy zawsze był… inny?”
Zastanowiłem się. „Tak,” odpowiedziałem w końcu. „Zawsze był inny. Ale nie dziwny czy odstający – raczej jakby widział to, czego my nie widzimy. Jakby rozumiał więcej.”
Jakub pokiwał głową. „Myślisz, że on naprawdę jest tym, za kogo się uważa? Mesjaszem?”
„A ty co myślisz?” odpowiedziałem pytaniem. „Znasz go lepiej niż większość ludzi.”
„Nie wiem,” przyznał po chwili. „Czasem myślę, że oszalał. Innym razem… innym razem wydaje mi się, że to my wszyscy jesteśmy ślepi, a on jako jedyny widzi prawdę.”
Ta rozmowa pokazała mi, jak trudne było położenie rodziny Jeszui. Krewni proroka czy nauczyciela nigdy nie mają łatwo – są zbyt blisko, by dostrzec jego wielkość, zbyt zaangażowani emocjonalnie, by ocenić obiektywnie.
Wiem, że w pewnym momencie Miriam i bracia udali się do Kafarnaum, by sprowadzić Jeszuę do domu. Krążyły plotki, że postradał zmysły, że nie je, nie śpi, że wyczerpuje się w służbie dla tłumów, które go otaczają. Chcieli go chronić, jak każda rodzina chroni swoich.
Ale gdy dotarli na miejsce, nie mogli się do niego dostać przez tłum. Przekazano mu wiadomość: „Oto Matka Twoja i bracia Twoi stoją na dworze i chcą mówić z Tobą.”
On zaś odpowiedział: „Któż jest moją matką i którzy są moimi braćmi?” I wyciągnąwszy rękę ku swoim uczniom, rzekł: „Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie, ten jest Mi bratem, siostrą i matką.”
Te słowa zraniły jego rodzinę. Jakub mówił mi później, że czuli się, jakby ich odrzucił, zastąpił obcymi ludźmi.
Jednak z czasem zaczęli rozumieć, że jego misja wykracza poza więzy krwi i rodziny. Że jego nauczanie o Królestwie Bożym tworzy nowy rodzaj pokrewieństwa – duchowego, nie fizycznego.
Ostatnie Spotkanie
Ostatni raz widziałem Jeszuę, gdy pielgrzymował przez Galileę w drodze do Jerozolimy na Paschę. Było to może pół roku przed jego śmiercią. Nie zatrzymał się w Nazarecie – zapewne pamiętając poprzednie przyjęcie – ale w sąsiedniej wiosce.
Byłem już wtedy starym człowiekiem, ale postanowiłem go odwiedzić. Czułem, że to może być nasza ostatnia rozmowa.
Znalazłem go otoczonego tłumem ludzi – chorych, strapionych, ciekawskich, wiernych uczniów. Kiedy mnie zobaczył, jego twarz rozjaśniła się w uśmiechu. Podszedł, objął mnie z szacunkiem.
„Wuju Eleazarze,” powiedział ciepło. „Jakże się cieszę, że cię widzę.”
Usiedliśmy na uboczu, pod drzewem oliwnym. Wyglądał na zmęczonego, ale jego oczy płonęły tym samym wewnętrznym światłem, które zawsze w nim dostrzegałem.
„Jak się ma moja matka?” zapytał. „I bracia?”
„Dobrze,” odpowiedziałem. „Tęsknią za tobą. Jakub prowadzi warsztat. Jest dobrym rzemieślnikiem, choć może nie tak utalentowanym jak ty czy twój ojciec.”
Uśmiechnął się na wspomnienie Józefa. „On był najlepszym z nas,” powiedział cicho. „Jego ręce potrafiły wydobyć piękno z najtwardszego drewna.”
Potem rozmowa zeszła na jego nauczanie, jego podróże, cuda, które czynił. Słuchałem, nie przerywając, starając się zrozumieć, kim stał się chłopiec, którego znałem.
Przed rozstaniem zapytałem: „Czy wrócisz kiedyś do Nazaretu?”
Spojrzał w dal, jakby widział coś, czego ja nie mogłem dostrzec. „Mój czas jest ograniczony, Eleazarze,” powiedział. „Muszę spełnić to, po co przyszedłem. A potem… potem wszystko się zmieni.”
„Boisz się?” zapytałem, widząc cień, który przebiegł przez jego twarz.
„Jestem człowiekiem,” odpowiedział po prostu. „Ale bardziej niż śmierci boję się niewykonania zadania, które zostało mi powierzone.”
Pożegnaliśmy się, a ja wróciłem do Nazaretu z poczuciem, że widziałem go po raz ostatni. I miałem rację.
Po Ukrzyżowaniu
Wieść o jego aresztowaniu, procesie i ukrzyżowaniu w Jerozolimie dotarła do Nazaretu kilka dni po Święcie Paschy. Miriam i Jan, jeden z jego najbliższych uczniów, byli przy tym obecni – stali pod krzyżem do końca. Jakub i inni bracia, którzy pierwotnie sceptycznie podchodzili do misji Jeszui, teraz byli wstrząśnięci i pogrążeni w żałobie.
Pamiętam ciszę, która zapadła wtedy w warsztacie Jakuba. Pracował bez słowa, tylko czasem widziałem, jak ociera łzy rękawem. Miriam siedziała przed domem, spokojna, niemal pogodzona, jakby wiedziała, że tak się musi stać.
A potem przyszły inne wieści – o pustym grobie, o kobietach, które widziały anioła, o uczniach, którzy spotykali Jeszuę żywego, choć z ranami po ukrzyżowaniu. O jego ostatnich naukach i wniebowstąpieniu.
Dla jednych były to bajki, wytwór rozigranej wyobraźni pogrążonych w żałobie uczniów. Dla innych – potwierdzenie tego, co Jeszua mówił o sobie przez cały czas – że jest Synem Bożym, Mesjaszem, który musi cierpieć, umrzeć i zmartwychwstać.
Jakub, ku mojemu zdumieniu, stał się jednym z liderów nowej wspólnoty wyznawców Jeszui w Jerozolimie. On, który kiedyś wątpił we własnego brata, teraz głosił z zapałem, że Jeszua jest Panem i Mesjaszem. Został później znany jako Jakub Sprawiedliwy, pierwszy przywódca Kościoła w Jerozolimie.
Refleksja na Koniec
Dziś, gdy spisuję te wspomnienia dla ciebie, mój wnuku, mam osiemdziesiąt siedem lat. Moje ręce drżą, wzrok słabnie, ale umysł wciąż jest jasny. Dożyłem, by zobaczyć, jak maleńka grupa wyznawców Jeszui rozrasta się w ruch, który sięga daleko poza granice Judei i Galilei.
Co mam myśleć o chłopcu z sąsiedztwa, który stał się najbardziej kontrowersyjną postacią naszych czasów? Czy był tym, za kogo się uważał – Synem Bożym, obiecanym Mesjaszem? Czy był szalonym wizjonerem? Czy może kimś pomiędzy – niezwykłym nauczycielem i uzdrowicielem, którego historia została wyolbrzymiona przez gorliwych uczniów?
Nie jestem teologiem ani filozofem, by rozstrzygać takie kwestie. Ale powiem ci, co widziałem: chłopca, który zawsze patrzył głębiej i widział więcej; młodzieńca, który zadawał pytania poruszające serce Prawa; mężczyznę, który z godnością i odwagą podążał ścieżką, którą uważał za swoją, nawet gdy wiodła przez cierpienie i śmierć.