Dolina strachu

Relacja izraelskiego wartownika z doliny Ela przed pojedynkiem

Pierwszy dzień

Nazywam się Benaja, syn Joasza z pokolenia Judy. Czterdzieści dni temu przybyłem z moim oddziałem do doliny Ela, by dołączyć do armii naszego króla Saula. Czterdzieści dni — liczba pełna znaczenia w naszej tradycji. Czterdzieści dni deszczu podczas potopu. Czterdzieści lat wędrówki po pustyni. Czterdzieści dni postu Mojżesza na górze Synaj.

A teraz — czterdzieści dni hańby Izraela.

Bo od czterdziestu dni stoimy twarzą w twarz z Filistynami na przeciwległych wzgórzach tej doliny, a pomiędzy nami wychodzi codziennie ten… Ten potwór. Ten olbrzym.

Goliat z Gat.

Pamiętam pierwszy dzień, gdy go zobaczyłem. Poranek był chłodny, mgła unosiła się nad dnem doliny, a my, wartownicy, zmienialiśmy się na stanowiskach. Akurat przejąłem wartę od Elimelecha, gdy usłyszeliśmy wrzawę w obozie filistyńskim. Ich szeregi rozstąpiły się, jak wody Morza Czerwonego przed Mojżeszem, i wtedy wyłonił się on.

Na Boga Abrahama, nigdy nie widziałem kogoś tak ogromnego. Musi mieć ponad sześć łokci wzrostu. Jego zbroja lśni w słońcu jak zwierciadło, a grot jego włóczni jest wielki jak belka tkacka. Gdy kroczył w dół zbocza, ziemia zdawała się drżeć pod jego stopami.

A potem zaczął mówić. Jego głos przypominał grzmot, odbijał się echem od zboczy doliny, tak potężny, że czułem go w piersi, jakby ktoś uderzał w bęben tuż przy moim sercu.

— Dlaczego wychodzicie, by walczyć w szyku bojowym? Czyż ja nie jestem Filistynem, a wy sługami Saula? Wybierzcie spośród siebie męża, niech zejdzie do mnie! Jeśli zdoła ze mną walczyć i pokona mnie, staniemy się waszymi niewolnikami. Lecz jeśli ja go pokonam i zabiję, wy będziecie naszymi niewolnikami i służyć nam będziecie!

Zapadła grobowa cisza. Spojrzałem na towarzyszy obok mnie — stali jak wryci, z pobladłymi twarzami. Niektórzy cofnęli się o krok lub dwa. Inni nerwowo zaciskali dłonie na włóczniach i tarczach, ale żaden nie wystąpił naprzód.

— Urągam dziś oddziałom izraelskim! Dajcie mi męża, byśmy się pojedynkowali! — ryknął ponownie olbrzym.

I wtedy zobaczyłem, jak przez nasze szeregi przedziera się król Saul w otoczeniu swoich dowódców. Jego twarz była ponura, ale próbował zachować godność.

— Nie bójcie się! — zawołał do nas. — Będziemy walczyć, ale mądrze. Nie dajmy się sprowokować temu nieobrzezanemu poganinowi!

Łatwo mu mówić, pomyślałem. To nie on musiałby stanąć naprzeciw tego potwora. Król mógł wydawać rozkazy z bezpiecznego miejsca, ale my, szeregowi żołnierze, widzieliśmy prawdę: byliśmy przerażeni.

Goliat stał w dolinie jeszcze przez jakiś czas, drwiąc i szydząc. Potem, z pogardliwym śmiechem, zawrócił do swojego obozu.

Gdy słońce zaszło, siedzieliśmy przy ogniskach, próbując dodać sobie otuchy. Ale w naszych głosach nie było przekonania. Ten pierwszy dzień był już zły. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że przyjdzie nam przeżyć ich trzydzieści dziewięć więcej.

Siódmy dzień

Już tydzień słuchamy szyderstw Goliata. Codziennie rano i wieczorem wychodzi przed szereg filistyński i rzuca nam wyzwanie. Codziennie rano i wieczorem nikt nie odpowiada.

Dowództwo próbuje nas podnosić na duchu. Mówią, że to tylko taktyka wroga, by złamać naszego ducha. Że Filistyni boją się stanąć z nami do walnej bitwy, dlatego uciekają się do takiego fortelu. Może i mają rację, ale co nam z tego? Czujemy hańbę w naszych sercach. Każdego dnia są szanse, by któryś z naszych wojowników wyszedł naprzeciw Goliata. I każdego dnia te szanse mijają niewykorzystane.

Dziś po południu byłem w grupie, która wyruszała po wodę do źródła u podnóża wzgórza. Musieliśmy zbliżyć się do pozycji Filistynów na odległość strzału z łuku. Szliśmy ostrożnie, z tarczami gotowymi do osłony, ale tym razem nikt do nas nie strzelał. Zamiast tego usłyszeliśmy śmiech i drwiny z ich stanowisk.

— Hej, Izraelici! Jeszcze nikt się nie znalazł, kto stanąłby przed Goliatem? Może wy się zgłosicie? Wielki wojownik Goliat chętnie rozgniecie wasze czaszki jak skorupki jajek!

Zacisnąłem zęby i starałem się ich ignorować. Mój towarzysz, Jaazjel, nie był tak powściągliwy.

— Cieszcie się, póki możecie, nieobrzezani! — odkrzyknął. — Kiedy nasz Bóg zdecyduje uderzyć, nie pozostanie z was nawet wspomnienie!

Jeden z Filistynów splunął w naszą stronę.

— Wasz Bóg? A gdzie jest teraz wasz Bóg? Chyba boi się Dagona, naszego boga! Albo może boi się Goliata, co?

Jaazjel chciał odpowiedzieć, ale powstrzymałem go. Nie warto było ryzykować potyczki, która mogłaby przerodzić się w większe starcie. Napełniliśmy bukłaki i wróciliśmy do obozu.

Wieczorem król zwołał naradę ze swoimi dowódcami. Z mojego posterunku nie słyszałem, o czym rozmawiali, ale ich twarze po spotkaniu nie wróżyły nic dobrego. Abner, wódz wojska, chodził między nami, badając nastroje, pytając o gotowość do walki. Ale jego słowa brzmiały pusto. Wszyscy wiedzieliśmy, że walne starcie to czysty obłęd. Filistyni zajmowali lepszą pozycję na zboczu, byli lepiej uzbrojeni (przeklęte niech będą ich żelazne miecze), a ich morale było wysokie.

Jeden z moich towarzyszy, Malkiel, wrócił dziś z patrolu z raną na ramieniu. Strzała filistyńska — na szczęście tylko drasnęła. Ale żelaźce pozostało w jego ciele. Nasi uzdrowiciele wyciągnęli je i opatrzyli ranę. Malkiel jest teraz w gorączce.

Jestem zmęczony. Tej nocy mam pierwszą wartę. Z mojego posterunku widzę obóz filistyński na przeciwległym wzgórzu — ich ogniska płoną jasno, muzyka i śpiewy rozbrzmiewają w dolinie. Święto urządzają sobie, dranie. A my?

My czekamy. Na co? Sam nie wiem. Na cud, być może.

Piętnasty dzień

Połowa miesiąca minęła, a nasza sytuacja się nie zmienia. Codziennie ta sama rutyna: budzimy się o świcie, zajmujemy pozycje, Goliat wychodzi i urąga nam, my milczymy, on wraca do swojego obozu. Wieczorem to samo. Jesteśmy jak aktorzy w jakimś ponurym przedstawieniu, które powtarza się bez końca.

Dziś rano przypadł mi obchód południowego skrzydła naszego obozu. To najbardziej wysunięta pozycja, skąd widać dolinę jak na dłoni. Stanąłem tam na chwilę, pozwalając wczesnemu słońcu ogrzać moją twarz, i zastanawiałem się, jak długo jeszcze będzie trwał ten impas.

Potem usłyszałem za sobą znajomy głos:

— Jesteśmy przeklęci, Benajo. Nie mamy szans.

To był Joel, jeden z moich dawnych przyjaciół z wioski. Służyliśmy w tym samym oddziale, zanim nasze plemiona połączyły siły pod wodzą króla Saula.

— Nie mów tak — odpowiedziałem. — Pan jest z nami.

Joel zaśmiał się gorzko.

— Naprawdę tak myślisz? Gdzie były cuda Pana, gdy przeprawialiśmy się przez Jordan? Gdzie rozstąpiły się wody? Gdzie była manna na pustyni? Gdzie filary ognia i dymu? Te historie są dobre dla dzieci, Benajo. Rzeczywistość jest inna. Rzeczywistość stoi tam — wskazał w dół doliny, gdzie za kilka godzin miał pojawić się Goliat.

Nie odpowiedziałem. Coś w jego słowach głęboko mnie dotknęło. Czy naprawdę utraciliśmy wiarę do tego stopnia? Czy to dlatego Bóg nas opuścił?

Po południu, siedząc w cieniu przy moim namiocie, zobaczyłem grupę kapłanów przechodzących przez obóz. Nieśli Arkę Przymierza. Dawno jej nie widziałem — błyszczące złoto, cherubiny z rozpostartymi skrzydłami. Symbol obecności Boga pośród nas.

Wojownicy padali na kolana, gdy Arka przechodziła obok. Niektórzy płakali, inni modlili się głośno. To było poruszające — te twarde, zaprawione w bojach męże, teraz okazujące taką pokorę.

Ale gdy Arka zniknęła w namiocie króla, a kapłani rozpoczęli swoje rytuały, usłyszałem obok siebie szept:

— To nie pomoże. Potrzebujemy wojownika, nie kapłanów.

Odwróciłem się. To znów był Joel, z ponurą twarzą i oczami wypełnionymi goryczą.

— Może wojownik i kapłan to jedno i to samo — odpowiedziałem. — Może wiara jest naszą najsilniejszą bronią.

Joel pokręcił głową.

— Wiara nie zatrzyma włóczni Goliata, przyjacielu. Żelazo zatrzyma ją. Żelazo i krew.

Po zmierzchu, gdy niebo rozświetliły gwiazdy, pomyślałem o słowach Joela. Może miał rację? Może cuda, o których opowiadali nam ojcowie, należały do przeszłości? Może nasza wiara była jak płomień świecy na wietrze — migotliwy, niepewny, gotów zgasnąć przy mocniejszym podmuchu?

Ale potem przypomniałem sobie słowa mojego dziadka, wypowiedziane wiele lat temu, gdy byłem jeszcze dzieckiem: „Benaiu, nie ma nic potężniejszego niż wiara. Gdy wszystko inne zawiedzie — miecze się złamią, armie rozproszą, królowie upadną — wiara przetrwa. Bo wiara nie jest z tego świata. Wiara pochodzi od Pana.”

Zasnąłem z tymi słowami na ustach, jak z modlitwą.

Dwudziesty trzeci dzień

Dziś stało się coś nieoczekiwanego. Podczas porannej zmiany warty zauważyłem ruch w obozie filistyńskim. To nie była zwykła aktywność — zbierali się w większe grupy, ich dowódcy biegali między oddziałami. Zgłosiłem to natychmiast Abnerowi, który przyszedł osobiście, by ocenić sytuację.

— Przygotowują się do walki — stwierdził po chwili obserwacji. — Nie pojedynek, ale prawdziwa bitwa. Idź, zawiadom króla. Ja zbudzę wojsko.

Pobiegłem do królewskiego namiotu. Straże przepuściły mnie, gdy powiedziałem, że przynoszę ważne wieści od Abnera. Król właśnie jadł śniadanie w towarzystwie swoich synów — Jonatana i Malkiszui.

— Mów, żołnierzu — polecił, gdy tylko wszedłem i skłoniłem się.

— Panie, Filistyni gromadzą swoje siły. Abner uważa, że szykują się do bitwy.

Saul zamarł z kielichem przy ustach. Potem powoli odstawił go na stół.

— A co z Goliatem? — zapytał.

Nie wiedziałem, jak odpowiedzieć. Czy to ma znaczenie? Jeśli cała armia filistyńska na nas uderzy, to jego obecność będzie najmniejszym z naszych problemów.

— Nie widziałem go, panie — odparłem w końcu.

Król wstał gwałtownie.

— Jonatan, przygotuj swoich łuczników. Malkiszua, zbierz swoją kohortę. Zaatakują, zanim będziemy gotowi!

Opuściłem namiot i pobiegłem na swoje stanowisko. Wokół mnie wrzała gorączkowa aktywność — wojownicy zakładali zbroje, przygotowywali broń, kapłani chodzili między oddziałami, udzielając błogosławieństw.

I wtedy zobaczyłem go po raz pierwszy z bliska — królewskiego syna, Jonatana. Przechodził przez obóz, pewnym krokiem, wydając rozkazy, dodając otuchy. Był zupełnie inny od swojego ojca — młodszy oczywiście, ale też jakby… jaśniejszy. W jego postawie była siła, która nie pochodziła z pychy, ale z wewnętrznego spokoju.

Gdy przechodził obok mnie, nasze spojrzenia się spotkały. Uśmiechnął się lekko.

— Pan jest z nami, żołnierzu — powiedział. — Nie bój się.

A ja, ku swojemu zdumieniu, rzeczywiście poczułem, jak strach mnie opuszcza. Jeśli tacy ludzie jak Jonatan prowadzą nas do boju, może jednak mamy szansę.

Ale bitwa nie nadeszła. Po kilku godzinach napięcia zauważyliśmy, że aktywność w obozie filistyńskim ustaje. A potem, jak co dzień, wyszedł Goliat, rzucając to samo wyzwanie.

Ktoś wśród nas zaklął głośno.

— To wszystko było podstępem! Chcieli zobaczyć, jak zareagujemy!

Abner, który stał niedaleko, pokręcił głową.

— Nie. Zmienili plany. Coś ich powstrzymało.

Wieczorem dowiedzieliśmy się, co to było. Jeden z naszych zwiadowców wrócił z wieścią, że do obozu filistyńskiego przybyli posłańcy z ich ziem. Przynieśli informacje o ataku Egipcjan na terytoria filistyńskie. Część wojowników musiała wyruszyć natychmiast na pomoc swoim miastom.

— To nasza szansa — mówili niektórzy. — Teraz, gdy są osłabieni, powinniśmy uderzyć!

Ale król Saul zdecydował inaczej. Wciąż czekamy.

Dziś w nocy, gdy patrzyłem na gwiazdy, pomyślałem, że może to Bóg interweniował. Może to On zesłał Egipcjan, by dać nam więcej czasu. Na co? Tego nie wiem. Ale czuję, że coś się zmienia. Coś nadchodzi.

Trzydziesty pierwszy dzień

Miesiąc w tej przeklętej dolinie. Miesiąc urągania zastępom Boga żywego. Miesiąc strachu i wstydu.

Dziś rano obudziłem się z dziwnym przeczuciem. Kiedy wyszedłem z namiotu, niebo było dziwnie czerwone — jakby barwione krwią. Zły omen czy zapowiedź zwycięstwa? Nie jestem prorokiem, nie umiem odczytywać znaków.

Mój oddział miał dziś służbę w południowej części obozu. Stałem na straży, obserwując ścieżkę prowadzącą w górę wzgórza — to tędy przychodzili posłańcy i zwiadowcy, czasem także kupcy przynoszący zapasy dla armii.

Około południa zobaczyłem chłopca — młodego, szczupłego, z rudawymi włosami, wędrującego pod górę z osłem objuczonym jakimiś pakunkami. Pomyślałem, że to pewnie syn jakiegoś handlarza albo posłaniec od któregoś z plemion. Gdy zbliżył się, zatrzymałem go rutynowo:

— Stój! Podaj swoje imię i sprawę!

Chłopak spojrzał na mnie jasnym wzrokiem, bez cienia strachu.

— Jestem Dawid, syn Jessego z Betlejem. Przychodzę do moich braci, którzy służą w armii króla.

Spojrzałem na osła, który niósł worki z zapasami.

— Przynosisz im żywność?

Chłopak skinął głową.

— Tak, i mam się dowiedzieć, jak im się powodzi. Mój ojciec się niepokoi.

Było w tym młodzieńcu coś dziwnego. Nie wyglądał na wojownika — był za młody, za drobny. Ale jego oczy… Było w nich coś, co sprawiało, że człowiek czuł się dziwnie obnażony, jakby ten chłopak widział rzeczy niewidoczne dla innych.

— Wejdź — powiedziałem w końcu. — Ale bądź ostrożny. Jesteśmy na wojnie.

Dawid uśmiechnął się lekko.

— Wiem. Dziękuję, wojowniku.

I ruszył w głąb obozu, prowadząc swojego osła.

Kilka godzin później usłyszałem wrzawę dochodzącą z głównego placu. Pomyślałem, że może Filistyni rozpoczęli atak, więc pobiegłem w tamtą stronę, ściskając włócznię.

Ale to nie był atak. To był… spór? W centrum stał ten sam młodzieniec, którego wpuściłem do obozu, a wokół niego grupka wojowników. Jeden z nich, wysoki mężczyzna o ciemnej brodzie, wyglądał na wściekłego.

— Po co tu przyszedłeś? — krzyczał. — Kto pilnuje tych kilku owiec na pustkowiu? Znam twoją zuchwałość i przewrotność twego serca! Przyszedłeś, aby przyglądać się bitwie!

Młodzieniec — Dawid — odpowiedział spokojnie:

— Cóż uczyniłem teraz? Przecież to tylko słowa.

I odwrócił się od rozgniewanego wojownika, który — jak się później dowiedziałem — był jego własnym bratem, Eliabem.

Obserwowałem całą scenę z pewnego oddalenia, zaintrygowany zachowaniem chłopca. Dlaczego pytał o nagrodę za pokonanie Goliata? Dlaczego jego własny brat tak się rozgniewał? Kim był ten Dawid?

Wieczorem, gdy już wróciłem do swojego namiotu, usłyszałem niezwykłą nowinę: ten młody pasterz zgłosił się do króla, oferując, że stanie do walki z Goliatem!

— Oszalał? — zapytałem Joela, który przyniósł tę wiadomość. — Ten chłopak nie ma żadnych szans!

Joel wzruszył ramionami.

— Podobno powiedział królowi, że zabijał lwy i niedźwiedzie, broniąc swojego stada. I że ten „nieobrzezany Filistyn” będzie jak jedno z tych dzikich zwierząt.

Zaśmiałem się, choć bez radości.

— Lwy i niedźwiedzie! A ja jestem królem Egiptu!

Ale Joel nie podzielał mojego sceptycyzmu.

— A jeśli to prawda? — zapytał cicho. — A jeśli to Pan posłał tego chłopca?

Spojrzałem na niego ze zdumieniem. To Joel przed kilkunastoma dniami narzekał, że Bóg nas opuścił, że cuda należą do przeszłości. A teraz?

— Pamiętasz, jak mówiłeś, że nie ma już cudów? — przypomniałem mu. — Że potrzebujemy wojownika, nie kapłana?

Joel spuścił wzrok.

— Wiem. Ale może… może ten chłopak jest jednym i drugim? Wojownikiem Pana?

Tej nocy nie mogłem zasnąć. Myślałem o młodym pasterzu, który miał odwagę stanąć przed królem i zaoferować, że pokona olbrzyma. Czy to szaleństwo? Czy to wiara? A może jedno i drugie?

Trzydziesty dziewiąty dzień

Minęło siedem dni od przybycia Dawida do obozu. Przez ten czas poznałem go lepiej — nie jak przyjaciela, bo różnica wieku i pozycji stała między nami, ale obserwowałem go, słuchałem jego rozmów z żołnierzami.

Jest w nim coś niezwykłego. Gdy gra na harfie i śpiewa swoje psalmy, nawet najtwardsi wojownicy milkną, zasłuchani. Jego pieśni są jak balsam na nasze zranione dusze. Mówią o rzeczach, które utraciłem w tej dolinie — o odwadze, o wierze, o Bogu, który nigdy nie zawodzi.

Dziś rano, kiedy przechodziłem obok namiotu królewskiego, usłyszałem muzykę dobiegającą ze środka. To był Dawid — dowiedziałem się później, że król wezwał go, by grał dla niego, gdy dręczył go zły duch. Zatrzymałem się na chwilę, zasłuchany. Melodia była prosta, ale słowa głębokie:

Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego. Na zielonych pastwiskach mnie prowadzi, nad spokojne wody mnie wiedzie. Duszę moją pokrzepia, prowadzi mnie ścieżkami sprawiedliwości ze względu na swoje imię. Choćbym nawet szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną.

„Choćbym nawet szedł ciemną doliną…” — te słowa zostały ze mną przez cały dzień. Bo czym jest ta dolina Ela, jeśli nie ciemną doliną? Doliną strachu, doliną hańby, doliną próby?

Wieczorem zauważyłem Dawida siedzącego samotnie na skraju obozu, wpatrującego się w dolinę. Na kolanach miał torbę pasterską, a w dłoniach — dziwny przedmiot, którego nie rozpoznałem od razu. Dopiero gdy podszedłem bliżej, zobaczyłem, że to proca — prosta broń pasterzy, używana do odstraszania dzikich zwierząt.

— Przygotowujesz się? — zapytałem, siadając obok niego.

Dawid spojrzał na mnie z uśmiechem.

— Tak. Król chciał dać mi swoją zbroję i miecz, ale nie mogłem w tym chodzić. Nie jestem przyzwyczajony.

Pokręciłem głową z niedowierzaniem.

— Chcesz stanąć przed Goliatem bez zbroi? Z procą?

Dawid skinął głową, niewzruszony.

— Pan, który wyrwał mnie z łapy lwa i niedźwiedzia, wybawi mnie również z ręki tego Filistyna.

Była w jego głosie taka pewność, że przez chwilę naprawdę mu uwierzyłem. Ale potem rozsądek wrócił. Przecież to szaleństwo. Nikt nie może pokonać Goliata z procą. To samobójstwo.

— Dlaczego to robisz? — zapytałem cicho. — Nie musisz. Nikt by cię nie winił, gdybyś wrócił do swojego stada.

Dawid milczał przez chwilę, jakby rozważając moją kwestię. Potem powiedział:

— Słyszałeś, jak ten Filistyn urąga zastępom Boga żywego? Jak szydzi z Izraela? Jak bluźni przeciwko Panu?

Skinąłem głową.

— Słyszę to od czterdziestu dni.

— I co czujesz?

Zastanowiłem się. Co czuję? Strach, oczywiście. Wstyd. Gniew. Bezsilność.

— Czuję… hańbę — przyznałem w końcu.

Dawid spojrzał na mnie ze zrozumieniem.

— Właśnie. A teraz powiedz mi, Benajo, synu Joasza: czy boisz się bardziej Goliata czy Boga?

Pytanie uderzyło mnie jak grom. Nigdy nie myślałem o tym w ten sposób. Kogo bardziej się boję? Człowieka, choćby największego i najsilniejszego, czy Stwórcy nieba i ziemi?

— Boga — odpowiedziałem bez wahania.

Dawid uśmiechnął się, jakbym właśnie zdał jakiś test.

— Ja też. I dlatego jutro pójdę do doliny. Bo bardziej boję się żyć, wiedząc, że pozwoliłem, by ktoś urągał mojemu Bogu, niż umrzeć, stając w Jego obronie.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Słowa Dawida wstrząsnęły mną głęboko. Czy rzeczywiście o to chodziło? Czy nasz strach przed Goliatem był w gruncie rzeczy brakiem bojaźni Bożej?

Gdy wracałem do swojego namiotu, zobaczyłem Joela siedzącego przy ognisku. Usiadłem obok niego.

— Co myślisz o tym pasterzu? — zapytałem. — O jego planie walki z Goliatem?

Joel milczał przez chwilę, wpatrując się w płomienie.

— Myślę — powiedział w końcu — że jeśli ktokolwiek ma szansę pokonać olbrzyma, to właśnie on.

Spojrzałem na niego ze zdumieniem.

— Dlaczego? To tylko chłopak z procą!

Joel uśmiechnął się smutno.

— Bo on wierzy, Benajo. On naprawdę wierzy. A wiara, jak mawiał twój dziadek, nie jest z tego świata.

Zasnąłem tamtej nocy z dziwnymi uczuciami w sercu. Strach wciąż tam był, ale także coś innego. Coś, czego nie czułem od dawna. Nadzieję.

Czterdziesty dzień

Obudziłem się przed świtem. W obozie panowała niezwykła cisza — nie ta napięta, pełna strachu cisza, którą znałem z poprzednich dni, ale cisza oczekiwania. Jakby cała armia wstrzymała oddech.

Kiedy wyszedłem z namiotu, zobaczyłem żołnierzy gromadzących się na głównym placu. Stali w milczeniu, patrząc w kierunku doliny. Dołączyłem do nich, przeciskając się w stronę pierwszych szeregów.

I wtedy go zobaczyłem. Dawid stał przed królem Saulem, ubrany w prostą tunikę, z torbą pasterską przy boku i kijem w dłoni. Wyglądał tak niepozornie — młody pasterz wśród uzbrojonych wojowników. A jednak było w nim coś, co przyciągało wzrok, jakaś wewnętrzna siła, która nie miała nic wspólnego z mięśniami czy metalem.

Król położył dłonie na ramionach chłopca i powiedział coś, czego nie mogłem usłyszeć. Dawid skinął głową, a potem odwrócił się i ruszył w stronę zejścia do doliny.

— Idzie! — rozległy się szepty wokół mnie. — Ten chłopak naprawdę idzie walczyć z Goliatem!

Szeregi rozstąpiły się przed Dawidem, gdy szedł w kierunku doliny. Niektórzy wojownicy klepali go po ramieniu, inni odwracali wzrok, zawstydzeni własnym tchórzostwem. Gdy przechodził obok mnie, nasze spojrzenia spotkały się na moment. Uśmiechnął się lekko, jakby chciał powiedzieć: „Wszystko będzie dobrze.” A potem zniknął mi z oczu.

Cała armia ruszyła na skraj wzgórza, by obserwować to, co miało się wydarzyć. Stanąłem obok Joela, czując, jak serce wali mi w piersi.

— Oszalał — szeptali niektórzy. — To czyste samobójstwo.

— Nie — odpowiedział ktoś inny. — To wola Boża.

W tym samym czasie, na przeciwległym wzgórzu, Filistyni również zaczęli się gromadzić. Widzieliśmy, jak ich szeregi rozstępują się, jak wskazują w stronę doliny, gdzie szedł Dawid. I wtedy zobaczyłem go — Goliata, olbrzyma z Gat, wychodzącego przed szereg, jak co dzień przez ostatnie czterdzieści dni.

Nawet z tej odległości wyglądał przerażająco. Jego zbroja lśniła w porannym słońcu, broń wydawała się większa niż niejeden człowiek. Przed nim kroczył giermek, niosący jego tarczę. Miażdżąca siła kontra bezbronny chłopiec.

Goliat zatrzymał się w środku doliny, czekając. A potem zobaczył Dawida, schodzącego w dół zbocza, i wybuchnął śmiechem — tak gromkim, że echo poniosło go aż do naszych uszu.

— Czy jestem psem, że przychodzisz do mnie z kijem? — jego głos zagrzmiał w dolinie. — Podejdź no, a oddam twoje ciało ptakom powietrznym i dzikim zwierzętom!

Dawid nie zatrzymał się. Szedł dalej, pewnym krokiem. Gdy znalazł się w odległości głosu od olbrzyma, zatrzymał się i zawołał głośno:

— Ty idziesz na mnie z mieczem, włócznią i oszczepem, a ja idę na ciebie w imię Pana Zastępów, Boga wojsk izraelskich, któremu urągałeś. Dziś Pan wyda cię w moje ręce, pokonam cię i odetnę ci głowę. I oddam dzisiaj trupy wojsk filistyńskich ptakom powietrznym i dzikim zwierzętom. I dowie się cała ziemia, że Bóg jest w Izraelu!

Jego głos, choć młodzieńczy, brzmiał tak pewnie, że przez chwilę niemal uwierzyłem, że to możliwe. Że ten chłopak z procą pokona olbrzyma. Że cud się wydarzy.

Goliat ryknął ze złości i ruszył w stronę Dawida. Ziemia zdawała się drżeć pod jego krokami.

I wtedy zobaczyłem, jak Dawid sięga do swojej torby, wyjmuje z niej kamień i wkłada go do procy. Zaczął nią wirować nad głową, mierząc w biegnącego olbrzyma.

Czas jakby zwolnił. Widziałem, jak proca zatacza koła nad głową Dawida, jak Goliat zbliża się z uniesionym mieczem, jak dwa wojska wstrzymują oddech w tym samym momencie.

A potem — świst. Uderzenie. Cisza.

Kamień trafił Goliata prosto w czoło. Olbrzym zatrzymał się, jakby uderzył w niewidzialną ścianę. Przez chwilę stał nieruchomo, a potem zachwiał się i runął na ziemię z hukiem, który — przysięgam na Boga Abrahama — można było usłyszeć na szczycie wzgórza.

Cisza, która zapadła, była absolutna. Żadnej z armii nie wydobyła z siebie dźwięku. Patrzyliśmy z niedowierzaniem, jak Dawid podbiega do leżącego olbrzyma, wyciąga jego własny miecz z pochwy i jednym ruchem odcina mu głowę.

A potem… eksplozja. Krzyki radości po naszej stronie, wrzaski przerażenia po stronie filistyńskiej. Nasza armia ruszyła w dół zbocza jak lawina, krzycząc bojowe zawołania. Filistyni zaczęli uciekać w panice.

Biegłem w dół wzgórza razem z innymi, z włócznią gotową do walki, z sercem przepełnionym dziką radością. Dawid stał w dolinie, trzymając w jednej ręce głowę Goliata, a w drugiej jego miecz, wyglądając w tym momencie na zdumiewająco dorosłego.

Gdy dobiegłem do niego, padłem na kolana, nie przejmując się tym, co pomyślą inni.

— Błogosławiony niech będzie Pan, Bóg Izraela — wyszeptałem.

Dawid spojrzał na mnie z uśmiechem.

— On nigdy nas nie opuścił, Benajo — powiedział cicho. — Nawet w najciemniejszej dolinie.

Epilog: Rok później

Rok minął od dnia, który zmienił wszystko. Rok od czterdziestego dnia hańby, który stał się dniem chwały. Rok od chwili, gdy młody pasterz z procą pokonał olbrzyma.

Wiele się zmieniło. Dawid nie wrócił już do stada swego ojca — został na dworze króla Saula jako dowódca, wojownik, a nawet zięć królewski, poślubiwszy córkę władcy. Jego sława rosła z każdą bitwą, z każdym zwycięstwem. Lud kochał go, wojsko szanowało, a kobiety śpiewały o nim pieśni.

Saul pobił tysiące, a Dawid dziesiątki tysięcy!

I tylko król patrzył na niego coraz bardziej ponurym wzrokiem.

Ja wróciłem do mojej wioski po zakończeniu tamtej kampanii. Rzuciłem wojaczkę — widziałem już dość krwi i bitew. Teraz uprawiam winnicę na zboczu wzgórza, z którego widać dolinę Ela. Czasem schodzę tam, siadam na kamieniu i wspominam.

Nie tamtą bitwę wspominam najczęściej, nie moment, gdy padł Goliat. Ale rozmowę z Dawidem wieczorem przed pojedynkiem, gdy zapytał mnie: „Kogo bardziej się boisz — Goliata czy Boga?”

To pytanie zmieniło moje życie. Bo zrozumiałem wtedy, że strach przed ludźmi — choćby największymi i najsilniejszymi — jest niczym w porównaniu z bojaźnią Bożą. I że prawdziwa odwaga nie polega na braku strachu, ale na działaniu mimo niego, gdy wiara jest silniejsza.

Joel również wrócił do cywilnego życia. Mieszka niedaleko mnie, czasem zachodzimy do siebie na wino i rozmowy. On też się zmienił po tamtym dniu.

— Pamiętasz, jak mówiłem, że nie ma już cudów? — zapytał mnie kiedyś, gdy siedzieliśmy w cieniu winoroślii. — Jaki byłem głupi.

Uśmiechnąłem się, wspominając.

— Wszyscy byliśmy. Staliśmy tam przez czterdzieści dni, drżąc ze strachu, zamiast zaufać Bogu.

Joel skinął głową, z zamyśleniem gładząc brodę.

— Myślisz, że to może się powtórzyć? Że znowu stracimy wiarę?

Długo milczałem, zanim odpowiedziałem.

— Tak. Myślę, że to ludzka natura. Zapominamy. Wątpimy. Boimy się. Ale myślę też, że Bóg zawsze znajdzie kogoś — jakiegoś Dawida — by nam przypomnieć, że On jest z nami.

Dolina Ela. Dolina strachu, która stała się doliną zwycięstwa. Miejsce, gdzie młody pasterz pokazał armii wojowników, że wiara może pokonać każdego olbrzyma. Miejsce, gdzie nauczyłem się, że prawdziwa siła nie pochodzi z miecza, lecz z serca oddanego Bogu.

I gdy teraz słyszę opowieści o „wielkim wojowniku Dawidzie”, który zabija wrogów Izraela setkami, uśmiecham się do siebie. Bo ja pamiętam go inaczej — jako chłopca z procą i pięcioma kamieniami, którego jedyną bronią była niezniszczalna wiara.

„Choćbym nawet szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną.”

Te słowa z jego psalmu zostały ze mną na zawsze. I gdy nadchodzą ciemne dni, gdy wrogowie znów zagrażają naszym granicom, gdy ludzie wokół mnie znów zaczynają wątpić i drżeć ze strachu — powtarzam je sobie, jak modlitwę.

Bo jeśli jest coś, czego nauczyłem się w dolinie Ela, to to, że żaden olbrzym nie jest zbyt wielki dla Boga Izraela.

I żadna dolina nie jest zbyt ciemna, gdy On jest z nami.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Dawid i Goliat. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *