– życie po nocy narodzin Mesjasza
Z zapisków Joela ben Ezry, pasterza z okolic Betlejem
25 dzień miesiąca Kislew, rok 3755 według kalendarza żydowskiego
Dziś mija dokładnie rok od tej nocy, która zmieniła wszystko. Rok od chwili, gdy niebo rozdarło się nad polami Betlejem, a światłość jaśniejsza niż słońce rozświetliła noc. Rok od momentu, gdy ja, zwykły pasterz, usłyszałem głosy anielskie i ujrzałem Tego, o którym prorocy mówili od wieków.
Elihu, mój najstarszy wnuk, namówił mnie, żebym spisał wszystko, co wtedy się wydarzyło i co działo się później. „Dziadku”, powiedział, „jesteś świadkiem największego cudu, jaki widział Izrael. Opowiadasz nam o tym wciąż, ale pewnego dnia ciebie zabraknie, a twoje słowa powinny przetrwać.” Mądry chłopak z niego, choć ma dopiero trzynaście lat. Pewnie ma rację. Nie jestem uczonym ani skrybą, moje palce lepiej znają dotyk kija pasterskiego niż trzcinki do pisania, ale spróbuję opowiedzieć wszystko tak, jak zapamiętałem.
Zanim jednak opowiem o tej nocy, muszę napisać kilka słów o sobie, aby ci, którzy kiedyś odnajdą te zapiski, wiedzieli, kim był człowiek, który je skreślił.
Nazywam się Joel ben Ezra. Mam sześćdziesiąt siedem lat i całe życie byłem pasterzem, tak jak mój ojciec i jego ojciec przed nim. Nie należę do najzamożniejszych pasterzy – moje stado nigdy nie liczyło więcej niż pięćdziesiąt owiec – ale nie mogę też narzekać na biedę. Mam trzech synów i córkę, a także ośmioro wnucząt. Moja ukochana żona Rebeka zmarła pięć lat temu, pozostawiając po sobie pustkę, którą tylko częściowo wypełnia gwar i śmiech wnucząt.
Nasza rodzina żyje w małej wsi niedaleko Betlejem, a nasze pastwiska rozciągają się na wzgórzach położonych na wschód od miasta. Są to te same pola, na których niegdyś młoda Rut zbierała kłosy za żniwiarzami Boaza, a jeszcze wcześniej młody Dawid pasał owce swojego ojca, zanim został namaszczony na króla. Te pola mają swoją historię, nasiąkniętą krwią i łzami naszego ludu, ale także jego radościami i nadziejami.
A teraz były świadkiem jeszcze większego cudu.
26 dzień miesiąca Kislew
Dziś z rana znów poszedłem na te pola. Lubię tam chodzić sam, zwłaszcza o tej porze roku, gdy powietrze jest rześkie, a niebo intensywnie błękitne. Moje nogi już nie są tak sprawne jak kiedyś, a plecy bolą od zimna, ale nie mogłem się powstrzymać. Musiałem znów stanąć w miejscu, gdzie wszystko się zaczęło.
Trudno uwierzyć, że minął rok. Czasem wydaje mi się, że to było wczoraj – tak wyraźne są moje wspomnienia, tak żywe obrazy pod powiekami. A czasem przeciwnie – jakby między tamtą nocą a dniem dzisiejszym rozciągały się całe wieki, jakby to była historia z innego życia.
A więc zacznijmy od początku. Był 25 dzień miesiąca Kislew, noc zimna, ale rozgwieżdżona. Nikt z nas nie spodziewał się, że tej nocy sen zostanie nam odebrany w tak niezwykły sposób.
Było nas pięciu pasterzy: ja, moi dwaj starsi synowie – Jakub i Jozue, mój szwagier Ruben i mój bratanek Eleazar, jeszcze chłopak, który dopiero uczył się rzemiosła. Siedzieliśmy przy ognisku, grzejąc dłonie i rozmawiając o tym, co zawsze zajmuje pasterzy – o owcach, o pogodzie, o cenach wełny, o podatkach, które Rzymianie nakładają na wszystko, co się rusza.
Pamiętam, że Ruben opowiadał o swojej podróży do Jerozolimy, gdzie był świadkiem, jak rzymscy żołnierze pobili starego Żyda za to, że nie ustąpił im drogi. Kręciliśmy głowami z niezadowoleniem, ale co mogliśmy zrobić? Od niemal wieku żyjemy pod rzymskim butem i choć nasi przodkowie byli wolnymi ludźmi, my znamy tylko życie w cieniu cesarskiego orła.
Eleazar, młody i pełen zapału, zaczął mówić o nadziejach mesjańskich, o przepowiedniach, które mówią, że wkrótce nadejdzie Pomazaniec Pański, Syn Dawida, który wyzwoli Izraela spod obcego jarzma i przywróci chwałę naszemu narodowi. Jakub i Jozue śmiali się z jego młodzieńczego entuzjazmu. „Młody jesteś”, mówili. „Jeszcze się nauczysz, że takie nadzieje są jak rosa poranna – szybko znikają w promieniach słońca rzeczywistości.”
Ja milczałem. Też byłem kiedyś młody i pełen nadziei, ale lata nauczyły mnie cierpliwości. Wierzyłem w obietnice proroków, ale wiedziałem, że Bóg ma swój czas, a nasze ludzkie zniecierpliwienie nic tu nie zmieni.
I właśnie wtedy, gdy spieraliśmy się o przyjście Mesjasza, On już był wśród nas.
27 dzień miesiąca Kislew
Ciężko mi pisać o tym, co zobaczyliśmy tamtej nocy. Nie dlatego, że zapomniałem – o nie, takich rzeczy się nie zapomina. Ale jak opisać słowami to, co było poza słowami? Jak ująć w zdania doświadczenie, które przekracza ludzki język?
Musiało być około północy. Ogień dogasał, a my, owinięci w płaszcze, przygotowywaliśmy się do snu. Zmiana warty wypadała na Eleazara i Rubena – oni mieli czuwać nad stadem, podczas gdy my, starsi, mogliśmy odpocząć.
Pamiętam, że już układałem się na ziemi, gdy nagle wszystko wokół nas zalało światło – nie złotawe światło wschodzącego słońca ani czerwonawe światło ognia, ale białe, czyste, przenikliwe światło, jakiego nigdy wcześniej nie widziałem. Było tak jasno, że przez moment nie widziałem nic poza tą jasnością – zniknęły gwiazdy, zniknęły kontury wzgórz, zniknęli moi towarzysze. Była tylko światłość, wszechogarniająca, niepojęta.
Zerwaliśmy się na równe nogi. Eleazar krzyknął ze strachu, Ruben zaczął recytować Szema, Jakub i Jozue stali nieruchomo, jak wrośnięci w ziemię. A ja… ja czułem strach, ale nie taki, który paraliżuje ciało – raczej strach, który rozdziera duszę, otwierając ją na coś większego, niż mogła pojąć.
I wtedy zobaczyliśmy go – pośrodku tej światłości stała postać, jakby utkana z blasku. Miała kształt ludzki, lecz jednocześnie była nieludzka w swojej doskonałości, w swojej czystości, w swojej mocy. Skrzydła – ogromne, rozpostarte, połyskujące jak srebrne w tym niebiańskim świetle – wyrastały z jej pleców.
„Nie bójcie się!” – powiedział. Głos miał jak dźwięk wielu wód, jak grzmot, jak szept, jak najczystsza muzyka. „Nie bójcie się! Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu: dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan. A to będzie znakiem dla was: znajdziecie Niemowlę, owinięte w pieluszki i leżące w żłobie.”
Nim zdążyliśmy otworzyć usta, nim zdążyliśmy zapytać, wyjaśnić, zrozumieć – niebo nad nami wypełniło się światłem jeszcze jaśniejszym. I nie była to już jedna postać, ale całe zastępy, legion, armia świetlistych istot, unoszących się nad polami Betlejem i śpiewających głosami, które wstrząsały ziemią i niebem:
„Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom, w których ma upodobanie.”
Nie wiem, jak długo trwał ten śpiew. Czas stracił znaczenie. Mogły to być chwile, mogły być godziny. Staliśmy jak wryci, ja i moi towarzysze, z twarzami zalanym łzami, z sercami przepełnionymi radością i lękiem jednocześnie. A potem, równie nagle, jak się pojawiły, niebiańskie zastępy zniknęły. Światłość zgasła. Nad nami znów było nocne niebo, usiane gwiazdami.
Przez długą chwilę staliśmy w milczeniu, niezdolni do słów. W końcu to Jozue, mój praktyczny, trzeźwy syn, przemówił pierwszy: „Musimy iść. Musimy zobaczyć to Dziecię, o którym mówił anioł.”
Nikt się nie sprzeciwił. Zostawiliśmy przy stadzie jedynie Eleazara – ktoś musiał pilnować owiec, a on był najmłodszy. Choć widziałem w jego oczach rozczarowanie, wiedział, że taki jest jego obowiązek.
Ruszyliśmy do Betlejem. Szliśmy w pośpiechu, potykając się o kamienie, nie zważając na zimno, gnani czymś, czego nie potrafiliśmy nazwać. Był to lęk i radość, poczucie obowiązku i przywilej, niedowierzanie i pewność – wszystko zmieszane w jedno uczucie, które pchało nas naprzód, ku miastu Dawida.
28 dzień miesiąca Kislew
Betlejem było pełne ludzi. Cesarz August zarządził spis ludności, a ponieważ według rzymskiego prawa każdy musiał wrócić do miasta swoich przodków, potomkowie rodu Dawida z całej Judei i Galilei zjechali się do Betlejem. Gospody były przepełnione, ludzie spali, gdzie się dało – na dziedzińcach, w wozach, pod gołym niebem.
Nie wiedzieliśmy, gdzie szukać. Anioł powiedział tylko, że znajdziemy Dziecię w żłobie. W żłobie! Co to miało znaczyć? Dlaczego Mesjasz, obiecany Król, Syn Dawida, miałby leżeć w żłobie, wśród zwierząt? To nie miało sensu.
Rozdzieliliśmy się, by przeszukać miasto. Biegaliśmy od gospody do gospody, pytając o noworodka złożonego w żłobie. Ludzie patrzyli na nas jak na szaleńców. Niektórzy śmiali się, inni mieli nas za pijanych, jeszcze inni zatrzaskiwali nam drzwi przed nosem.
W końcu to Ruben znalazł Ich. Na skraju miasta, w ubogiej szopie, używanej jako stajnia dla zwierząt. Tam, wśród słomy i zapachu bydła, w najskromniejszych warunkach, jakie można sobie wyobrazić, leżał Ten, którego aniołowie ogłosili Mesjaszem i Panem.
Weszliśmy niepewnie, onieśmieleni, choć miejsce nie było przecież pałacem królewskim. Młoda kobieta – nie mogła mieć więcej niż piętnaście lub szesnaście lat – siedziała na słomie, trzymając w ramionach zawiniątko. Obok stał mężczyzna, starszy od niej, o surowej, poważnej twarzy, ale łagodnych oczach.
„Przyszliśmy zobaczyć Dziecię” – powiedział Jakub, a głos mu drżał.
Kobieta spojrzała na nas bez lęku, bez zdziwienia, jakby spodziewała się naszej wizyty. Odsłoniła nieco tkaninę, w którą było zawinięte Niemowlę, i ujrzeliśmy Jego twarz.
Upadliśmy na kolana. Wszyscy, bez słowa, bez porozumienia, jakby jakaś niewidzialna siła nagle zgięła nam nogi. To Dziecię – takie zwyczajne, takie ludzkie, z różowymi policzkami i drobnymi piąstkami – było jednocześnie kimś więcej. Nie potrafię tego wyjaśnić, nie potrafię nazwać uczucia, które ogarnęło nas wszystkich, gdy patrzyliśmy na tę małą twarz. Było to jak wtedy, gdy po raz pierwszy zobaczyłem morze – uczucie, że staję przed czymś niezmierzonym, przekraczającym moją zdolność pojmowania.
Opowiedzieliśmy Im – Marii i Józefowi, bo tak się nazywali – o naszym spotkaniu z aniołami, o niebiańskim śpiewie, o słowach zwiastowania. Józef słuchał w milczeniu, z poważną twarzą. Ale Maria… Maria uśmiechała się, jakby to, co mówiliśmy, było dla niej potwierdzeniem czegoś, co już wiedziała.
„Bóg jest wierny swoim obietnicom” – powiedziała tylko, a jej głos był miękki jak najdelikatniejsza wełna.
Zostaliśmy tam do świtu, klęcząc, modląc się, patrząc na Dziecię, które spało spokojnie, nieświadome swojego przeznaczenia, swojej tożsamości, swojej misji. A kiedy pierwsze promienie słońca wpadły przez szpary w deskach stajni, pożegnaliśmy się i wróciliśmy do naszych stad, do naszych obowiązków, do naszego życia, które już nigdy nie miało być takie samo.
29 dzień miesiąca Kislew
Po powrocie na pastwiska opowiedzieliśmy wszystko Eleazarowi, który czekał na nas niecierpliwie, pilnując owiec. Jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia, gdy opisaliśmy mu stajnię, Dziecię, młodą matkę i jej męża.
„Ale jak to?!” – pytał z niedowierzaniem. „Mesjasz, Król Izraela, narodzony w stajni? Złożony w żłobie dla zwierząt? To niemożliwe! Proroctwa mówią o potomku Dawida, który zasiądzie na jego tronie, o władcy, który wyzwoli nas spod jarzma obcych narodów! Jak dziecko urodzone w takich warunkach może być Tym, na którego czekamy?”
Jego słowa oddawały dokładnie to, co my sami myśleliśmy, zanim zobaczyliśmy Dziecię. Ale teraz, po tym, jak ujrzeliśmy Jego twarz, jak klęczeliśmy przed Nim, jak rozmawialiśmy z Jego matką – teraz wiedzieliśmy. Nie potrafiliśmy tego wyjaśnić, nie umieliśmy tego udowodnić, ale byliśmy pewni.
„Eleazarze” – powiedziałem do mojego bratanka – „Bóg nie zawsze działa tak, jak my sobie wyobrażamy. Prorocy mówią o królu, to prawda, ale mówią też o słudze, o cierpiącym, o odrzuconym. Pamiętasz słowa Izajasza? 'Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, mąż boleści, oswojony z cierpieniem.’ Może to jest droga, którą Bóg wybrał – droga pokory, nie przepychu.”
Nie wiem, czy przekonałem go wtedy. Prawdę mówiąc, nie byłem pewien, czy sam siebie przekonałem. Ale wspomnienie tej nocy, wspomnienie niebiańskich zastępów i ich śpiewu, wspomnienie twarzy Dziecięcia – to wszystko zagnieździło się w moim sercu jak ziarno, które w ciągu kolejnych miesięcy i lat miało wykiełkować i wydać owoc.
Przez kolejne dni chodziliśmy jak we śnie. Wykonywaliśmy nasze obowiązki – wypasaliśmy owce, czuwaliśmy nad nimi, chroniliśmy przed drapieżnikami – ale nasze myśli ciągle wracały do stajni w Betlejem. Opowiadaliśmy o tym każdemu, kto chciał słuchać – innym pasterzom, kupcom przechodzącym drogą, wieśniakom z okolicznych osad.
Niektórzy słuchali z zainteresowaniem, inni z niedowierzaniem. Większość wzruszała ramionami. „Przysnęło wam się przy ognisku”, mówili. „Albo za dużo wypiliście.”
To bolało – to niedowierzanie, te kpiące uśmiechy, to lekceważenie. Ale nie mogliśmy przestać mówić, nie mogliśmy udawać, że nic się nie stało. Byliśmy świadkami cudu, najwspanialszego cudu w historii Izraela, i czuliśmy się zobowiązani, by głosić tę wieść, bez względu na to, jak zostanie przyjęta.
1 dzień miesiąca Tevet
Minął tydzień od tamtej nocy. Dziś, zgodnie z Prawem, Dziecię miało zostać obrzezane i otrzymać imię. Nie mogliśmy uczestniczyć w ceremonii – mieliśmy obowiązki, stado wymagało opieki, a poza tym nie byliśmy rodziną ani bliskimi znajomymi Marii i Józefa.
Ale Ruben, mój szwagier, który ma krewnych w Betlejem, poszedł do miasta i przyniósł wieści. Dziecię otrzymało imię Jeszua – „Bóg zbawia”. Proste imię, powszechne wśród naszego ludu, a jednocześnie pełne znaczenia, zwłaszcza w świetle tego, co anioł powiedział nam na polach: „Narodził się wam Zbawiciel.”
Ruben dowiedział się też czegoś więcej. Maria i Józef nie byli z Betlejem – pochodzili z Nazaretu w Galilei. Do Betlejem przybyli tylko na czas spisu. Józef był cieślą, prostym rzemieślnikiem. Maria była jego narzeczoną, ale, co dziwne, nie mieszkali jeszcze razem jako mąż i żona, choć była w ciąży. Ludzie w mieście szeptali o tym, unosili brwi, kręcili głowami z dezaprobatą.
Te informacje trochę nas zaskoczyły. Mesjasz z Nazaretu? Z Galilei, z której, jak mówi przysłowie, „nie pochodzi żaden prorok”? Syn cieśli? I do tego te plotki o nieprawidłowościach w małżeństwie Jego rodziców…
Ale potem przypomniałem sobie słowa, które powiedziałem Eleazarowi: „Bóg nie zawsze działa tak, jak my sobie wyobrażamy.” I znów poczułem tę pewność, tę wewnętrzną wiedzę, która przekracza rozumowanie, która mówi sercu to, czego rozum nie potrafi pojąć.
10 dzień miesiąca Tevet
Dziś poszedłem do Betlejem. Sam, bez towarzyszy. Chciałem jeszcze raz zobaczyć Dziecię, jeszcze raz doświadczyć tej niezwykłej obecności, którą czułem, klęcząc przed żłobem.
Ale stajnia była pusta. Wypytywałem sąsiadów i dowiedziałem się, że rodzina przeniosła się do domu krewnych Józefa, którzy zrobili im miejsce po tym, jak część gości wyjechała po spisie.
Znalazłem ten dom – skromne, jednoizbowe mieszkanie, typowe dla biedniejszych rodzin w Betlejem. Maria siedziała przed domem, karmiąc Dziecię. Uśmiechnęła się na mój widok.
„Pamiętam cię” – powiedziała. „Byłeś jednym z pasterzy, którzy przyszli w noc narodzin Jeszui.”
Skinąłem głową, zbyt poruszony, by mówić. Zauważyła moje wzruszenie i gestem zaprosiła mnie, bym usiadł obok niej.
Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, patrząc na Dziecię, które ssało pierś z zapałem właściwym wszystkim zdrowym noworodkom. Wyglądało tak zwyczajnie – różowe policzki, drobne piąstki, ciemne włoski na główce – a jednocześnie, gdy patrzyłem na Nie, czułem to samo co wtedy, w stajni: że stoję w obecności czegoś – Kogoś – kto przekracza moje rozumienie.
„Czy mogę…?” – zacząłem, wyciągając niepewnie ręce.
Maria bez wahania podała mi Dziecię. Było ciepłe i ciężkie w moich ramionach, jak każde niemowlę, które kiedykolwiek trzymałem – a jako ojciec trojga dzieci i dziadek ośmiorga wnucząt, trzymałem ich sporo. A jednak było to inne doświadczenie. Czułem, jakbym trzymał w ramionach nie tylko ludzkie dziecko, ale coś więcej, coś nieskończenie cennego i jednocześnie kruchego.
„Jego imię znaczy 'Bóg zbawia'” – powiedziała cicho Maria, patrząc na swojego Syna z miłością. „Anioł powiedział mi, że urodzi się ze mnie Święte, które będzie nazwane Synem Bożym.”
Spojrzałem na nią zdumiony. Więc i ona widziała anioła? I jej też zwiastowano, kim będzie to Dziecię?
„Nie rozumiem wszystkiego” – dodała, jakby czytając w moich myślach. „Ale wiem, że Bóg jest wierny swoim obietnicom. 'Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny, święte jest Jego imię.'”
Siedzieliśmy tak, rozmawiając cicho o proroctwach, o obietnicach danych Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi, o snach Józefa, o anielskich zwiastowaniach. A Dziecię spało spokojnie w moich ramionach, nieświadome swojego przeznaczenia, swojej misji, swojej tożsamości.
Gdy odchodziłem, czułem się inny – jakbym został dotknięty przez coś, co mnie przekształciło, co zmieniło nie tylko to, kim jestem teraz, ale i to, kim będę w przyszłości.
15 dzień miesiąca Szevat, rok 3756
Minęło kilka tygodni. Dziś znów byłem w Betlejem – zawoziłem wełnę na targ. Po interesach zaszedłem do domu, gdzie mieszkała Święta Rodzina.
Zastałem tam niezwykłą scenę. Przed domem stały wielbłądy – nie zwykłe juczne wielbłądy, jakie widuje się w karawanach handlowych, ale piękne, zdobione uprzężą ze złotymi dzwoneczkami, z siodłami pokrytymi jedwabiem. Musiały należeć do ludzi zamożnych, może nawet do książąt.
Zaintrygowany, zapukałem do drzwi. Otworzyła mi Maria, z Dziecięciem na rękach. W izbie zobaczyłem trzech mężczyzn o ciemniejszej niż nasza karnacji, ubranych w bogate szaty, jakich nigdy wcześniej nie widziałem. Klęczeli przed Dziecięciem, a przed nimi, na rozłożonym płótnie, leżały dary – złoto, kadzidło i mirra.
Maria gestem zaprosiła mnie do środka. Wszedłem, czując się nieco nie na miejscu w swoim prostym, pasterskim stroju, wśród tych bogato odzianych gości.
Okazało się, że byli to mędrcy ze Wschodu – uczeni w gwiazdach, w pismach, w tajemnicach wiedzy. Przybyli z daleka, wiedzeni gwiazdą, która, jak mówili, zwiastowała narodziny nowego Króla Żydów.
„Widzieliśmy Jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać Mu pokłon”, mówił jeden z nich, starszy mężczyzna o siwej brodzie i mądrych oczach.
Kolejny dowód, kolejne potwierdzenie. Nie tylko aniołowie z nieba, nie tylko prości pasterze, ale i mędrcy z dalekich krajów – wszyscy przychodzili, by oddać cześć temu Dziecięciu, urodzonemu w stajni, wychowywanemu przez prostego cieślę i jego młodą żonę.
Opowiedziałem im o naszym doświadczeniu – o aniołach na polach Betlejem, o niebiańskim chórze, o znaku żłobu. Słuchali z uwagą, kiwając głowami, jakby to, co mówiłem, potwierdzało ich własne przekonania.
„Gwiazda, anioły, proroctwa – wszystko wskazuje na Tego, który ma przyjść”, powiedział jeden z nich. „Choć Jego przyjście wygląda inaczej, niż moglibyśmy oczekiwać.”
Został mi w pamięci ten obraz – prości pasterze i uczeni w Piśmie, Żydzi i cudzoziemcy, biedni i bogaci – wszyscy zgromadzeni wokół Dziecięcia, które spało spokojnie, nieświadome, że jest centrum świata, punktem, w którym zbiegają się wszystkie linie historii.
20 dzień miesiąca Adar
Dziś przyniesiono nam straszne wieści z Betlejem. Żołnierze Heroda wtargnęli do miasta i zabili wszystkie dzieci płci męskiej poniżej dwóch lat. Matek płacz było słychać aż na wzgórzach.
Pomyślałem od razu o małym Jeszui, o Marii, o Józefie. Czy oni też…? Czy to możliwe, że Dziecię, które miało być Mesjaszem, zostało zabite przez żołdaków Heroda?
Pobiegłem do Betlejem, nie zważając na swój wiek, na bolące kolana, na zadyszkę. Ale dom, w którym mieszkała Święta Rodzina, był pusty. Sąsiedzi powiedzieli mi, że Józef, Maria i Dziecię wyjechali kilka dni wcześniej, nocą, w pośpiechu. Nikt nie wiedział dokąd.
Oddychałem z ulgą, dziękując Bogu za Jego ochronę. Ale jednocześnie serce mi pękało na myśl o innych dzieciach, o innych rodzinach, które nie miały tyle szczęścia. Dlaczego one? Dlaczego niewinne dzieci musiały zginąć? Jaki był w tym sens?
Nie miałem odpowiedzi. Nikt nie miał. Mogliśmy tylko płakać wraz z matkami Betlejem i modlić się, by Bóg, w swoim czasie, objawił znaczenie tego strasznego wydarzenia.
15 dzień miesiąca Nisan, rok 3756
Dzisiaj, w wigilię Paschy, wspominamy wyjście z Egiptu, wyzwolenie naszego ludu z niewoli faraona. Siedząc przy stole paschalnym z moimi synami i ich rodzinami, opowiadając historię, którą opowiadamy od pokoleń, nie mogłem przestać myśleć o Dziecięciu z Betlejem.
Czy On również gdzieś obchodzi Paschę? Czy słucha opowieści o Mojżeszu i plagach egipskich, o przejściu przez Morze Czerwone, o mannię na pustyni? Czy wie już, kim jest? Czy Jego rodzice powiedzieli Mu o aniołach, o gwieździe, o pasterzach i mędrcach?
I czy On sam, ten, którego anioł nazwał Zbawicielem, rozumie już swoją rolę w historii wyzwolenia – historii, która z pewnością nie skończyła się wyjściem z Egiptu, ale której kolejne rozdziały są wciąż pisane przez Boga?
10 dzień miesiąca Sivan, rok 3756
Dziś świętowaliśmy Szawuot, pamiątkę nadania Prawa na górze Synaj. W synagodze czytano fragmenty Tory, przypominając przymierze, jakie Bóg zawarł z naszym ludem.
Elihu, mój wnuk, zapytał mnie po nabożeństwie: „Dziadku, czy myślisz, że Dziecię z Betlejem zna już Torę? Czy umie czytać Pisma? Czy rozumie, że są o Nim?”
Mądre pytanie od mądrego chłopca. Nie znałem odpowiedzi, ale powiedziałem mu, co myślę: że Dziecię, choć narodzone w niezwykłych okolicznościach, musi dorastać jak każde inne dziecko – uczyć się chodzić, mówić, czytać, rozumieć świat. Że Jego wiedza o tym, kim jest i jaka jest Jego misja, będzie zapewne rosła wraz z Nim, stopniowo, jak rośnie ziarno pszenicy – powoli, pod ziemią, niewidoczne dla oczu, aż w końcu wypuści kiełek, a potem kłos pełen ziarna.
7 dzień miesiąca Tiszri, rok 3760
Cztery lata minęły od tamtej nocy. Cztery lata, odkąd widziałem Dziecię po raz ostatni. Nie mam pojęcia, gdzie jest teraz – czy wciąż w Egipcie, dokąd podobno uciekli przed gniewem Heroda, czy może wrócili już do Izraela? A jeśli tak, to gdzie się osiedlili? W Betlejem? W Nazarecie, skąd pochodzili?
Czasem łapię się na tym, że szukam Go w twarzach dzieci, które spotykam na targu, w synagodze, na drodze. Każdy chłopiec w wieku około czterech lat przyciąga mój wzrok. Ale żaden nie ma tej szczególnej obecności, tej głębi w oczach, tego… czegoś, co czułem, trzymając na rękach Jeszuę.
Moi kompani z tamtej nocy – Jakub, Jozue, Ruben, Eleazar – też pamiętają. Mniej o tym mówimy niż kiedyś, ale pamiętamy. Czasem, przy ognisku, w noce podobne do tamtej, wspominamy anielski chór, światłość, która rozdarła niebo, drogę do Betlejem, stajnię, żłób, twarz Dziecięcia.
Ludzie wokół nas, którzy nie widzieli tego, co my, zaczynają traktować naszą historię jak bajkę dla dzieci, jak legendę, którą wymyślili sobie pasterze, by urozmaicić monotonię swoich dni. Ale my wiemy, co widzieliśmy. I czekamy.
1 dzień miesiąca Nisan, rok 3773
Siedemnaście lat. Siedemnaście lat minęło, odkąd aniołowie ogłosili nam narodziny Mesjasza, a my, prości pasterze, poszliśmy do Betlejem, by zobaczyć, co się tam wydarzyło. Dziecię, które wówczas trzymałem na rękach, jest teraz młodym mężczyzną. Ma osiemnaście lat – wiek, w którym według naszego Prawa chłopiec staje się w pełni mężczyzną, odpowiedzialnym za swoje czyny, gotowym do małżeństwa, do pracy, do życia.
A ja? Jestem starcem. Moje włosy i broda są całkiem siwe, plecy zgarbione, ręce drżące. Już nie jestem w stanie wypasać owiec – tę pracę przejęli moi synowie i wnuki. Ja siedzę w cieniu drzewa i patrzę na pastwiska, na stada, na niebo nad Betlejem, na gwiazdy, które wieczorem rozbłyskują na firmamencie, przypominając mi tamtą noc.
Czy dożyję, by zobaczyć Go jeszcze raz? By zobaczyć, jak wypełnia swoją misję, jak przynosi wyzwolenie Izraelowi? Nie wiem. Ale nawet jeśli nie, wystarczy mi to, że byłem świadkiem początku – że widziałem aniołów, że padłem na kolana przed żłobem, że trzymałem w ramionach Tego, który miał przynieść zbawienie.
15 dzień miesiąca Ijar, rok 3786
Jestem już bardzo stary. Mam dziewięćdziesiąt osiem lat – wiek, którego niewielu dożywa. Mój wzrok jest słaby, moje nogi ledwo mnie noszą, moje myśli czasem błądzą. Ale pamięć o tamtej nocy jest wciąż żywa, wyraźna, jakby to było wczoraj.
Od wielu lat słyszymy pogłoski o proroku z Galilei, o nauczycielu, który przemierza kraj, głosząc nadejście Królestwa Bożego, uzdrawiając chorych, wypędzając demony, czyniąc znaki i cuda większe niż ktokolwiek przed Nim. Mówią, że pochodzi z Nazaretu, że jest synem cieśli, że ma około trzydziestu lat.
Czy to On? Czy to Dziecię z Betlejem, które stało się mężczyzną? Wszystko na to wskazuje – wiek, pochodzenie, niezwykła moc.
Wczoraj mój prawnuk, syn Elihu, wrócił z Jerozolimy, gdzie był na święcie Paschy. Opowiadał, że widział tego Nauczyciela – Jeszuę z Nazaretu – jak wjeżdżał do miasta na oślęciu, witany przez tłumy, które rzucały przed Nim płaszcze i gałązki, wołając: „Hosanna Synowi Dawida! Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie!”
Słuchając jego opowieści, czułem, jak łzy spływają mi po policzkach. Więc to jednak prawda. Dziecię, które trzymałem na rękach, stało się tym, kim miało się stać – Mesjaszem, Królem, Zbawicielem.
Chciałbym pójść do Jerozolimy, zobaczyć Go, paść przed Nim na kolana, tak jak kiedyś w stajni. Ale moje ciało jest zbyt słabe, droga zbyt daleka. Mogę tylko czekać tu, w Betlejem, i modlić się, by Jego królestwo nastało szybko, by dożyć chwili, gdy wyzwoli Izraela, gdy zasiądzie na tronie Dawida, gdy ustanowi pokój, który będzie trwał wiecznie.
17 dzień miesiąca Nisan
Wszystko stracone. Wszystko zniszczone. Mój prawnuk przybiegł dziś z Jerozolimy, blady, roztrzęsiony, z oczami pełnymi łez. Nauczyciel z Nazaretu, Jeszua, został aresztowany, osądzony przez Sanhedryn i Piłata, ubiczowany i ukrzyżowany jak pospolity przestępca.
Nie! To niemożliwe! To nie może być prawda! Jak Bóg mógł na to pozwolić? Jak mógł dopuścić, by Jego Pomazaniec, Jego Syn, Ten, którego zapowiadali aniołowie, Ten, któremu pokłon oddawali mędrcy, został zabity w tak haniebny sposób?
Leżałem na ziemi całą noc, rwąc szaty, posypując głowę popiołem, płacząc, krzycząc do Boga, pytając Go, dlaczego. Dlaczego? DLACZEGO?
Nie ma odpowiedzi. Tylko cisza. Cisza nieba, które kiedyś rozdarło się nad polami Betlejem, by wypuścić zastępy anielskie. Teraz jest zamknięte, głuche, milczące.
Wszystkie nadzieje, wszystkie oczekiwania, wszystkie obietnice – wszystko obrócone w proch. Nadzieja Izraela ukrzyżowana, przybita do drzewa, pogrzebana.
18 dzień miesiąca Nisan
Nie podniosłem się z łoża przez cały dzień. Moje serce jest złamane, moje ciało odmawia posłuszeństwa. Czuję, że mój czas nadchodzi. I może to dobrze. Nie chcę żyć w świecie, w którym prawda okazała się kłamstwem, a obietnica – złudzeniem.
Elihu siedział przy mnie, trzymając mnie za rękę, próbując pocieszać. Ale jakie pocieszenie może być dla starca, który przez trzydzieści lat żył nadzieją, by zobaczyć jej zniszczenie w ciągu jednego dnia?
„Dziadku” – powiedział w końcu – „są pogłoski… niektórzy mówią, że grób jest pusty, że kobiety widziały Go żywego, że ukazał się niektórym uczniom…”
Machnąłem ręką, zbyt zmęczony, by się spierać. Ludzka nadzieja jest tak silna, że będzie tworzyć mity, legendy, bajki – wszystko, by nie stanąć twarzą w twarz z brutalną rzeczywistością. Zamknąłem oczy, zbyt wyczerpany, by płakać dalej.
20 dzień miesiąca Nisan
Obudziłem się z głębokiego snu, czując czyjąś obecność w pokoju. Myślałem, że to Elihu lub jeden z moich synów. Ale kiedy otworzyłem oczy, zobaczyłem…
Nie, to niemożliwe. To musi być sen. Albo mój stary, zmęczony umysł płata mi figle.
Przy moim łożu stał mężczyzna – młody, może trzydziestoletni, o ciemnych włosach i brodzie, o oczach które… które pamiętałem. Oczy, które widziałem po raz pierwszy trzydzieści lat temu, gdy trzymałem w ramionach Niemowlę owinięte w pieluszki, złożone w żłobie.
„Jeszua?” – wyszeptałem, nie wierząc własnym oczom.
„Pokój tobie, Joelu, synu Ezry” – odpowiedział, a Jego głos… Jego głos był jak szum wielu wód, jak grzmot, jak szept, jak najczystsza muzyka. Jak głos anioła, który kiedyś stał na polach Betlejem i ogłaszał Jego narodziny.
„Ale jak…? Przecież Ty…”
„Umarłem” – dokończył za mnie. „I oto żyję. Żyję na wieki wieków i mam klucze śmierci i piekła.”
Wyciągnął ręce – i zobaczyłem na nich ślady po gwoździach, blizny po ukrzyżowaniu. Rzeczywiste, nie iluzja, nie sen, nie halucynacja umierającego starca.
„Ty naprawdę jesteś…” – wyszeptałem, nie kończąc zdania, nie śmiejąc wypowiedzieć tego, co nagle stało się jasne, oczywiste, nieuniknione.
„Jestem tym, którego widziałeś w żłobie” – powiedział, siadając na brzegu mojego łoża. „Jestem tym, którego trzymałeś w ramionach. Jestem Tym, którego zwiastowali aniołowie, Tym, któremu pokłon oddawali mędrcy. Ale jestem także tym, który został ukrzyżowany za grzechy świata i który powstał z martwych, by otworzyć drogę do życia wiecznego.”
„Więc to prawda… wszystko prawda…” – powiedziałem, a łzy spływały mi po policzkach, ale nie były to już łzy rozpaczy, lecz radości, ulgi, wdzięczności.
„Wszystko prawda” – potwierdził, kładąc dłoń na mojej głowie w geście błogosławieństwa. „I więcej niż prawda. Musisz jeszcze żyć, Joelu, synu Ezry. Musisz żyć, by dawać świadectwo – nie tylko o Dziecięciu w żłobie, ale i o Zmartwychwstałym. By opowiedzieć tę historię od początku do końca – historię, która nie jest końcem, ale początkiem nowej historii.”
„Ale ja jestem stary, słaby…” – zacząłem.
„Nie bój się” – przerwał mi, tak jak kiedyś anioł przerwał nasze pasterskie lęki. „Ja jestem z tobą. I będę z tobą aż do końca.”
A potem… potem zniknął. Albo raczej – ja zasnąłem. Kiedy się obudziłem, pokój był pusty, ale czułem się inaczej. Silniejszy. Pełen energii, której nie czułem od lat. Pełen nadziei, która nie była już tylko oczekiwaniem, ale pewnością.
25 dzień miesiąca Sivan, rok 3786
Minęły dwa miesiące od mojego spotkania ze Zmartwychwstałym. Moje zdrowie, ku zdumieniu wszystkich, uległo poprawie. Mogę już chodzić, choć powoli i z pomocą laski. Mogę jeść, mogę rozmawiać, mogę cieszyć się słońcem i gwiazdami.
Ale przede wszystkim – mogę dawać świadectwo.
Wielu uczniów Jeszui przechodzi przez Betlejem w drodze do Jerozolimy lub z powrotem. Zatrzymują się, by porozmawiać, by posłuchać o narodzinach ich Pana. A ja opowiadam im wszystko – o aniołach na polach, o drodze do miasta Dawida, o stajni, o żłobie, o Dziecięciu, o mędrcach ze Wschodu. I dodaję to, czego nie wiedzieli – że ten sam Jeszua, który nauczał ich, uzdrawiał, karmił, który umarł i zmartwychwstał, odwiedził starego pasterza na jego łożu śmierci, by zapewnić go, że wszystkie obietnice się wypełniły, choć inaczej, niż ktokolwiek mógł się spodziewać.
Niektórzy nazywają to już „Dobrą Nowiną” – opowieść o Bogu, który stał się człowiekiem, który żył wśród nas, umarł za nas i zmartwychwstał, by otworzyć drogę do życia wiecznego. Mówią, że ta historia będzie opowiadana przez pokolenia, przez wieki, aż do krańców ziemi.
Nie wiem, czy tak będzie. Wiem tylko, że ja, Joel ben Ezra, prosty pasterz z Betlejem, byłem świadkiem początku – i teraz, pod koniec życia, jestem świadkiem tego, co wydawało się końcem, a okazało się nowym początkiem.
25 dzień miesiąca Kislew, rok 3787
Dziś mija dokładnie trzydzieści dwa lata od tamtej nocy, która zmieniła wszystko. Trzydzieści dwa lata od chwili, gdy niebo rozdarło się nad polami Betlejem, a światłość jaśniejsza niż słońce rozświetliła noc.
Siedzę przy ognisku, otoczony dziećmi, wnukami i prawnukami. Jest ich tak wielu, że nie potrafię już wszystkich zliczyć ani zapamiętać imion najmłodszych. Ale to nie szkodzi. Ważne, że są, że słuchają, że będą pamiętać.
„Opowiedz nam jeszcze raz, dziadku” – prosi Miriam, córka Elihu, siedmioletnia dziewczynka o bystrych, ciemnych oczach. „Opowiedz o aniołach, o gwieździe, o Dziecięciu w żłobie.”
I opowiadam. Po raz setny, może tysięczny, opowiadam historię, która nigdy się nie starzeje, która jest zawsze świeża, zawsze nowa, zawsze zdumiewająca.
„Było to w piętnastym roku panowania cesarza Tyberiusza, gdy Poncjusz Piłat był namiestnikiem Judei, a Herod tetrarchą Galilei… Siedzieliśmy przy ognisku, ja i moi towarzysze, pilnując stad w nocnej ciszy… I oto stanął przed nami anioł Pański, a chwała Pańska zewsząd nas oświeciła…”
Widzę, jak ich oczy rozszerzają się ze zdumienia, jak wstrzymują oddech, gdy opowiadam o niebiańskich zastępach, o drodze do Betlejem, o stajni, o żłobie, o twarzy Dziecięcia. Widzę, jak uśmiechają się, gdy opisuję Jego matkę, Marię, i Jej spokojną radość. Widzę, jak marszczą brwi, gdy mówię o gniewie Heroda i rzezi niewiniątek.
A potem, gdy dochodzę do tej części, która nie była widoczna dla oczu, ale dla serca – do śmierci na krzyżu, do pustego grobu, do zmartwychwstania – widzę, jak ich twarze rozjaśniają się, jak nadzieja rozkwita w ich oczach, jak wiara zapuszcza korzenie w ich sercach.
I wiem, że spełniłem swoje zadanie. Że przekazałem to, co zostało mi powierzone. Że historia będzie trwała, przekazywana z ust do ust, z serca do serca, aż do dnia, gdy On powróci w chwale, nie jako Dziecię w żłobie, nie jako Nauczyciel z Galilei, ale jako Pan i Król, na którego czeka cały świat, choć nie wszyscy o tym wiedzą.
A ja, Joel ben Ezra, prosty pasterz z Betlejem, będę mógł powiedzieć: „Widziałem początek i koniec, i nowy początek. I wszystko było dobre, wszystko było według planu, wszystko było wypełnieniem obietnicy, którą Bóg złożył na początku czasów.”
Tu kończą się zapiski Joela ben Ezry, pasterza z Betlejem, świadka narodzin Mesjasza. Zgodnie z tradycją rodzinną, zmarł w wieku stu lat, otoczony licznym potomstwem, spokojny i pogodny, z uśmiechem na ustach, wypowiadając ostatnie słowa: „Widzę niebo otwarte…”
„I stało się, że gdy aniołowie odeszli od nich do nieba, pasterze mówili między sobą: Pójdźmy aż do Betlejem i zobaczmy to, co się wydarzyło, a co nam Pan oznajmił. Pośpieszyli więc i znaleźli Marię, Józefa oraz leżące w żłobie Niemowlę. A gdy Je ujrzeli, opowiedzieli, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. Wszyscy zaś, którzy to słyszeli, zdumiewali się tym, co pasterze im opowiedzieli.” – Ewangelia według św. Łukasza 2:15-18