– tajne wyznania członka Sanhedrynu sympatyzującego z Jezusem
Uwagi poprzedzające
Ja, Nikodem ben Gurion, członek Wysokiej Rady w Jerozolimie, spisuję te słowa dla potomnych w siedemnastym roku po śmierci i zmartwychwstaniu Jeszuy z Nazaretu, którego nazywają Mesjaszem. Czynię to świadom, że dni moje dobiegają końca, a świadectwo to może ściągnąć niebezpieczeństwo na moich bliskich, jeśli dostanie się w niepowołane ręce. Dlatego powierzam je zaufanemu uczniowi, by ukrył je w bezpiecznym miejscu, skąd będzie mogło być wydobyte, gdy nadejdzie właściwy czas.
Nie jest to oficjalny dokument, lecz osobiste wyznanie człowieka, który zbyt długo żył w cieniu strachu. Człowieka, który widział rzeczy niezwykłe, a zbyt często milczał, gdy powinien był mówić. Spisuję to jako świadectwo prawdy i jako wyznanie własnej słabości.
Kim byłem
Zanim przejdę do opisu moich spotkań z Nazarejczykiem, powinienem wyjaśnić, kim byłem przed tym, jak go poznałem. Urodziłem się w zamożnej rodzinie w Jerozolimie, wykształcony w Prawie i Prorokach, szanowany w społeczności. W wieku trzydziestu pięciu lat zostałem powołany do Sanhedrynu, Wysokiej Rady siedemdziesięciu jeden mędrców i przywódców Izraela. Byłem faryzeuszem – nie w tym pogardliwym znaczeniu, jakie nadali temu słowu później krytycy, ale w pierwotnym sensie: człowiekiem oddanym Prawu, studiującym Torę, starającym się żyć według jej przykazań.
Moja rodzina była zamożna. Posiadałem rozległe tereny uprawne w Judei, domy w Jerozolimie, interesy handlowe z kupcami z Diaspory. Podobnie jak Józef z Arymatei, z którym łączyła mnie przyjaźń, należałem do tych członków Rady, którzy cieszyli się zarówno szacunkiem rodaków, jak i względami rzymskich władz.
Żyłem dostatnim, uporządkowanym życiem. Studiowałem Torę, wypełniałem religijne obowiązki, uczestniczyłem w obradach Sanhedrynu, zarządzałem majątkiem. Moje życie toczyło się zgodnie z przewidywalnym rytmem świąt, szabatów, posiedzeń Rady. Nieciekawie, powiedzieliby niektórzy, ale bezpiecznie i godnie.
I tak trwałoby zapewne aż do śmierci, gdyby nie wieści, które zaczęły docierać do Jerozolimy z prowincji. Wieści o nauczycielu z Galilei, który nauczał z niezwykłą mocą, uzdrawiał chorych, a nawet – jak twierdzono – wskrzeszał umarłych. Początkowo ignorowałem te opowieści jako przesadzone relacje prostego ludu. Galilejczycy zawsze mieli skłonność do egzaltacji i dramatyzowania. Ale kiedy doniesienia stawały się coraz liczniejsze, a co bardziej niepokojące – gdy nawet niektórzy szanowani mieszkańcy Jerozolimy zaczęli mówić o cudach dokonywanych przez Nazarejczyka, moja ciekawość wzrosła.
Pierwsze spotkanie
Nigdy nie zapomnę naszego pierwszego spotkania. To było podczas święta Paschy, kiedy Jeszua po raz pierwszy wywołał poruszenie w Świątyni, wypędzając przekupniów i zmieniających pieniądze. Jako członek Sanhedrynu byłem oburzony jego zuchwałością – jakże śmiał zakłócać ustanowiony porządek w Domu Bożym! A jednak było w nim coś, co nie dawało mi spokoju. Gorliwość o Świątynię? Niezwykła pewność siebie? Autorytet, z jakim przemawiał?
Zdecydowałem się spotkać z nim osobiście, ale nie chciałem, by widziano mnie publicznie w jego towarzystwie. Byłem wszak członkiem Rady, człowiekiem o pozycji, reputacji do utrzymania. Przybyłem więc nocą, po kryjomu, jak złodziej albo spiskowiec. Teraz wstydzę się tego tchórzostwa, ale wtedy wydawało mi się to roztropne.
Przyjął mnie bez zdziwienia, jakby spodziewał się mojej wizyty. Nie było w nim ani cienia podejrzliwości czy niechęci, choć musiał wiedzieć, że należę do establishmentu, którego przedstawicieli tego dnia wypędził ze Świątyni.
„Rabbi,” rozpocząłem, używając tego tytułu, choć wiedziałem, że nie studiował w żadnej z uznanych szkół, „wiemy, że od Boga przyszedłeś jako nauczyciel. Nikt bowiem nie mógłby czynić takich znaków, jakie Ty czynisz, gdyby Bóg nie był z nim.”
Zamiast przyjąć ten komplement, odpowiedział zagadkowo: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie, nie może ujrzeć królestwa Bożego.”
Byłem zbity z tropu. „Jakże może się człowiek narodzić, będąc starcem? Czyż może powtórnie wejść do łona swej matki i narodzić się?”
„Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci,” odpowiedział z naciskiem, „jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego. To, co się z ciała narodziło, jest ciałem, a to, co się z Ducha narodziło, jest duchem. Nie dziw się, że powiedziałem ci: Trzeba wam się powtórnie narodzić.”
Rozmowa ta, trwająca do późnej nocy, całkowicie mnie zaskoczyła. Spodziewałem się dyskusji o Prawie, o proroctwach, może o znakach czasów. Zamiast tego, mówił o narodzinach z Ducha, o wierze, o miłości Boga do świata tak wielkiej, że posłał swego jedynego Syna. Jego słowa były proste, a jednocześnie głębokie, jakby docierały do miejsc w mojej duszy, o których istnieniu nie wiedziałem.
Odszedłem tamtej nocy zaintrygowany, lecz niezupełnie przekonany. Byłem wykształconym faryzeuszem, ekspertem od Prawa i tradycji. A on mówił o potrzebie narodzenia się na nowo, jakbym był dzieckiem, które musi rozpocząć naukę od początku. To było jednocześnie irytujące i fascynujące.
Obserwacja z oddali
Przez następne miesiące śledziłem z dystansu działalność Nazarejczyka. Przychodził do Jerozolimy na święta, nauczał w Świątyni, gromadził wokół siebie tłumy. Widywałem go z daleka, czasem w otoczeniu jego uczniów – prostych ludzi, głównie Galilejczyków. To również mnie zastanawiało – dlaczego on, tak niezwykły nauczyciel, otaczał się rybakami, celnikami, ludźmi bez wykształcenia i pozycji?
W Sanhedrynie narastał niepokój. Kajfasz, arcykapłan, i jego teść Annasz patrzyli na rosnącą popularność Nazarejczyka z rosnącą niechęcią. „Ten człowiek podburza lud,” mówili. „Jeśli wywołany przezeń ferment dojdzie do uszu Rzymian, stracą cierpliwość i odbiorą nam resztki autonomii.”
Inni członkowie Rady, szczególnie saduceusze, obawiali się jego krytyki wobec formalizmu religijnego i władzy kapłańskiej. „On podkopuje autorytet Świątyni,” argumentowali.
Kilkakrotnie próbowałem bronić go na posiedzeniach Rady, pytając: „Czy nasze Prawo sądzi człowieka, zanim go najpierw przesłucha i zbada, co czyni?” Ale moje głosy rozsądku były ignorowane lub zbywane oskarżeniami, że ja również sympatyzuję z Galilejczykiem.
I mieli rację. Choć nie odważyłem się publicznie stanąć po jego stronie, w głębi serca wiedziałem, że w jego nauce jest prawda, której nie można znaleźć w zasuszonych dysputach uczonych w Piśmie. Było w nim coś, co przekraczało naszą tradycję, choć jej nie negowało – coś, co wypełniało ją nowym życiem.
W tym okresie spotykałem się z nim jeszcze kilkakrotnie, zawsze potajemnie, pod osłoną nocy. Za każdym razem odchodziłem głęboko poruszony, ale wciąż niezdecydowany, wciąż zbyt przywiązany do swojej pozycji i reputacji, by otwarcie przyznać się do fascynacji jego naukami.
Obrona w Sanhedrynie
Napięcie osiągnęło szczyt podczas święta Namiotów, siedem miesięcy przed jego śmiercią. Sanhedryn, poirytowany rosnącym wpływem Nazarejczyka, wysłał strażników świątynnych, by go pojmali. Ku ich zaskoczeniu, strażnicy wrócili z pustymi rękami.
„Dlaczego go nie przyprowadziliście?” zapytał gniewnie Kajfasz.
„Nigdy jeszcze nikt nie przemawiał tak, jak ten człowiek przemawia,” odparli strażnicy, wyraźnie pod wrażeniem.
Faryzeusze wybuchnęli oburzeniem. „Czy i wy daliście się zwieść? Czy ktokolwiek z przywódców lub faryzeuszy uwierzył w niego? A ten tłum, który nie zna Prawa, jest przeklęty!”
Wtedy odważyłem się zabrać głos. „Czy Prawo nasze potępia człowieka, zanim go wpierw przesłucha i zbada, co czyni?”
Spojrzeli na mnie ze zdumieniem i gniewem. „Czy i ty jesteś z Galilei?” zapytał drwiąco jeden z nich. „Zbadaj, zobacz, że żaden prorok nie powstaje z Galilei!”
Umilkłem, zawstydzony swoją nieśmiałą obroną. Powinienem był powiedzieć więcej, stanąć bardziej zdecydowanie po stronie sprawiedliwości. Ale strach przed utratą pozycji, przed wykluczeniem z Rady, przed ostracyzmem społecznym, był zbyt silny.
Ostatnia Pascha
Przyszła wreszcie ta fatalna Pascha, która miała zmienić wszystko. Jeszua wszedł do Jerozolimy w sposób, który wielu odebrało jako prowokację – na osiołku, witany przez tłumy jako „Syn Dawida”. Dla władz rzymskich takie określenie mogło brzmieć jak polityczna deklaracja, roszczenie do tronu Izraela, wezwanie do buntu.
Sanhedryn zebrał się na nadzwyczajne posiedzenie. Kajfasz był bardziej niż kiedykolwiek zdeterminowany, by położyć kres działalności Nazarejczyka.
„Lepiej jest dla was,” powiedział, „gdy jeden człowiek umrze za lud, niż miałby zginąć cały naród.”
Słuchałem tych słów z przerażeniem. Czy naprawdę rozważaliśmy zabójstwo człowieka, którego jedyną winą było nauczanie z mocą i czynienie dobra? Ale ponownie zabrakło mi odwagi, by zaprotestować wystarczająco stanowczo. Józef z Arymatei i ja wyraziliśmy nasze zastrzeżenia, ale byliśmy w mniejszości.
Wydarzenia potoczyły się szybko. Judasz, jeden z uczniów Nazarejczyka, zgodził się go wydać. Wysłano strażników, by go pojmać po wieczerzy paschalnej, którą spożywał z uczniami. Przyprowadzono go przed oblicze Annasza, potem Kajfasza, na pośpiesznie zwołane nocne posiedzenie Rady.
To „przesłuchanie” było farsą sprawiedliwości. Szukano fałszywych świadków, ignorowano sprzeczności w ich zeznaniach. Pytano go podchwytliwie, prowokowano. A on odpowiadał z godnością, nie dając się wciągnąć w pułapki.
W końcu Kajfasz zapytał go wprost: „Czy ty jesteś Mesjasz, Syn Błogosławionego?”
„Ja jestem,” odpowiedział Jeszua. „I ujrzycie Syna Człowieczego, siedzącego po prawicy Wszechmocnego i nadchodzącego z obłokami niebieskimi.”
Kajfasz rozdarł swoje szaty. „Czy potrzebujemy jeszcze świadków? Słyszeliście bluźnierstwo. Jak wam się zdaje?”
„Winien jest śmierci!” zakrzyknęli.
Siedziałem tam, milczący, sparaliżowany strachem. Widziałem niesprawiedliwość dokonującą się na moich oczach i nie zrobiłem nic, by jej zapobiec. Nie podniosłem głosu w obronie człowieka, którego nauki tak głęboko mnie poruszyły. Nie zaprotestowałem przeciwko pogwałceniu procedur prawnych, które jako członek Rady powinienem strzec.
O świcie zebrał się formalnie cały Sanhedryn, by zatwierdzić nocny wyrok. Jeszua został zaprowadzony do Piłata, bo Rada nie miała prawa wykonywać kary śmierci bez zgody rzymskiego prefekta.
Pod krzyżem
Nie byłem obecny podczas przesłuchania przed Piłatem. Dowiedziałem się później, że rzymski namiestnik próbował uwolnić Nazarejczyka, nie znajdując w nim winy. Ale tłum, podburzony przez arcykapłanów, domagał się jego śmierci.
Usłyszałem wyrok: ukrzyżowanie, najhaniebniejsza i najboleśniejsza z rzymskich kar. I wtedy wreszcie coś we mnie pękło. Zrozumiałem, że moje milczenie, moja bierność, uczyniły mnie współwinnym tej niesprawiedliwości.
Wraz z Józefem z Arymatei udaliśmy się do Piłata z prośbą, by przynajmniej po śmierci Nazarejczyka pozwolił nam godnie pochować jego ciało. Prefekt, zaskoczony, że dwaj szanowani członkowie Rady proszą o ciało skazańca, wyraził zgodę.
A potem stanąłem pod krzyżem, patrząc na umierającego człowieka, którego mogłem i powinienem był bronić. Na jego głowie cierniowa korona, okrutna parodia królewskiego diademu. Jego ciało pokryte ranami po biczowaniu, dłonie i stopy przebite gwoździami. A mimo to, z jego ust nie padły przekleństwa ani groźby, lecz słowa, które przeszyły mnie do głębi:
„Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią.”
Czy te słowa obejmowały również mnie? Mnie, który wiedział, a mimo to nie działał? Mnie, który rozpoznał światło, ale wolał pozostać w cieniu?
Gdy umarł, pomagałem Józefowi zdjąć jego ciało z krzyża. Przyniosłem mieszaninę mirry i aloesu, około stu funtów, by namaścić jego ciało zgodnie z naszymi zwyczajami. Owinęliśmy go w płótna z wonnościami i złożyliśmy w nowym grobie, który Józef wykuł w skale dla siebie.
Gdy wielki kamień zamykał wejście do grobu, czułem, że zamyka się również pewien rozdział mojego życia. Życia przeżytego w półcieniu, w kompromisie między prawdą a bezpieczeństwem, między sumieniem a konwenansem.
Po zmartwychwstaniu
Trzeciego dnia po jego śmierci miasto obiegła nieprawdopodobna wieść: grób jest pusty! Kobiety, które poszły dokończyć rytualnych przygotowań ciała, znalazły odwalony kamień i pusty grobowiec. Mówiły o aniele, który oznajmił im, że Jeszua powstał z martwych, jak zapowiadał.
Początkowo odrzuciłem te doniesienia jako wytwór rozgorączkowanej wyobraźni pogrążonych w żałobie kobiet. Ale potem uczniowie zaczęli opowiadać, że widzieli go żywego, że z nimi rozmawiał, jadł, pozwalał dotykać swoich ran. A potem… ja również go zobaczyłem.
To było tydzień po jego zmartwychwstaniu. Zebraliśmy się – kilkunastu uczniów, kilka kobiet, Józef i ja – w wieczerniku, gdzie spożył ostatnią wieczerzę. Drzwi były zamknięte z obawy przed władzami. I nagle stanął pośród nas.
„Pokój wam,” powiedział.
Nie było w nim gniewu, wyrzutu, goryczy. Jego spojrzenie, gdy spoczęło na mnie, wyrażało tylko miłość i przebaczenie. Pokazał nam swoje rany – dowód, że to naprawdę on, ten sam, który zawisł na krzyżu. A potem wyjaśniał nam Pisma, pokazując, jak wszystko, co się wydarzyło, było ich wypełnieniem.
Tej nocy zrozumiałem, że otrzymałem drugą szansę. Szansę, by narodzić się na nowo – z wody i z Ducha, jak mi powiedział podczas naszego pierwszego spotkania. Szansę, by żyć nie w cieniu strachu, ale w świetle prawdy.
Moje świadectwo
Od tamtej pory minęło siedemnaście lat. Siedemnaście lat, w czasie których widziałem, jak maleńka wspólnota wyznawców Jeszuy rozrasta się pomimo prześladowań. Widziałem, jak Duch zstąpił na apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy, dając im odwagę do głoszenia Dobrej Nowiny. Widziałem, jak Szczepan, pełen tej samej odwagi, którą podziwiałem u Nazarejczyka, oddał życie za swoją wiarę. Widziałem, jak Szaweł z Tarsu, niegdyś zagorzały prześladowca chrześcijan, stał się Pawłem, najbardziej żarliwym głosicielem Ewangelii wśród pogan.
Ja sam nigdy nie stałem się tak odważnym świadkiem jak oni. Cień mojej dawnej słabości, mojego kompromisu, wciąż za mną podąża. Ale nie ukrywam już swojej wiary. Wykorzystuję swoją pozycję i majątek, by wspierać wspólnotę, by chronić ją, gdy to możliwe, przed prześladowaniami.
Wiem, że dla wielu członków Sanhedrynu jestem zdrajcą – tak jak Jeszua był dla nich bluźniercą. Mój głos w Radzie jest coraz słabiej słyszany, moje wpływy maleją. Ale to już nie ma znaczenia. Znalazłem coś ważniejszego niż prestiż i pozycja społeczna.
Znalazłem prawdę. Prawdę o Bogu, który tak umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne.
Ostatnia wola
Teraz, gdy moje życie dobiega końca, spisuję to świadectwo jako mój testament duchowy. Nie wiem, kto i kiedy je przeczyta. Być może będzie to czas, gdy wyznawcy Jeszuy nie muszą już ukrywać swojej wiary. Być może będzie to świat, w którym Dobra Nowina dotrze do wszystkich narodów, jak przepowiedział Nauczyciel.
A może będzie to czas jeszcze większych prześladowań, czas, gdy posiadanie takiego dokumentu będzie śmiertelnym ryzykiem. Dlatego powierzam go najbardziej zaufanym przyjaciołom, by ukryli go w bezpiecznym miejscu.
Do Ciebie, czytelniku, który kiedyś natrafisz na te zapiski, kieruję moją ostatnią prośbę: nie powtarzaj moich błędów. Nie pozwól, by strach przed ludźmi przeważył nad bojaźnią Bożą. Nie pozwól, by troska o pozycję i reputację przesłoniła Ci prawdę. Nie stój w milczeniu, gdy dzieją się niesprawiedliwości.
Ja, Nikodem ben Gurion, nauczyłem się tych lekcji zbyt późno. Byłem świadkiem największego wydarzenia w historii ludzkości – Bóg stał się człowiekiem, umarł za nasze grzechy i zmartwychwstał, pokonując śmierć. A mimo to, gdy najbardziej potrzebował obrońców, zabrakło mi odwagi, by stanąć po Jego stronie.
Ale On, w swojej nieskończonej łasce, przebaczył mi, tak jak przebaczył Piotrowi, który się Go zaparł, i wszystkim, którzy Go opuścili w godzinie próby. Dał mi szansę narodzenia się na nowo, szansę, z której, choć nieudolnie, starałem się skorzystać.
Niech ten testament będzie moim ostatnim wyznaniem wiary: Jeszua z Nazaretu jest Mesjaszem, Synem Bożym, który przyszedł na świat, by nas zbawić. A pokój, który daje, przewyższa wszelki inny pokój.
Podpisano własnoręcznie, Nikodem ben Gurion Członek Sanhedrynu Uczeń Nazarejczyka
Tekst spisano w Jerozolimie, w siedemnastym roku po zmartwychwstaniu Pańskim. Ukryto w glinianym naczyniu w jaskini niedaleko En Gedi. Odnaleziony w czasach współczesnych podczas prac archeologicznych w 1962 roku. Autentyczność dokumentu pozostaje przedmiotem debaty naukowej.