Wywiad ze św. Mateuszem – Celnik, który stał się Apostołem

Niezwykłe spotkanie w kawiarni na obrzeżach Warszawy. Mężczyzna w średnim wieku, o spokojnych oczach i siwiejących skroniach, siedzi naprzeciwko mnie z filiżanką kawy. To właśnie św. Mateusz – człowiek, który przed dwoma tysiącami lat był celnikiem, a następnie stał się jednym z dwunastu apostołów Jezusa Chrystusa i autorem pierwszej Ewangelii.

Dziennikarz: Święty Mateuszu, dziękuję, że zgodził się Pan na to spotkanie. Dla współczesnych ludzi może być to trudne do pojęcia – ktoś, kto żył dwa tysiące lat temu, siedzi dzisiaj w warszawskiej kawiarni. Jak Pan to postrzega?

Św. Mateusz: uśmiecha się łagodnie Czas ma dla nas, którzy przeszliśmy już próg śmierci, inne znaczenie niż dla was. Wieczność nie oznacza bezczynności czy oderwania od świata. Przeciwnie – pozwala na głębsze zrozumienie tego, co dzieje się w każdej epoce. Obserwuję wasz świat z wielkim zainteresowaniem i troską.

Dziennikarz: Zacznijmy od początku. Był Pan celnikiem w Kafarnaum. W tamtych czasach było to zajęcie mocno niecieszące się społeczną estymą. Czy można to porównać do jakiejś współczesnej profesji?

Św. Mateusz: Celnik w czasach rzymskich to była postać niemal tak znienawidzona jak dzisiejszy współpracownik służb okupanta w czasie wojny. Pobieraliśmy podatki dla Rzymu od własnego narodu. Byliśmy uważani za zdrajców, kolaborantów. Do tego często nadużywaliśmy swojego położenia, pobierając więcej, niż wymagały przepisy. zawiesza głos Dziś może to byłby ktoś w rodzaju nieetycznego doradcy podatkowego, który wykorzystuje luki prawne kosztem społeczeństwa, albo urzędnik skorumpowany, który bierze łapówki.

Dziennikarz: Jak wyglądało Pana życie przed spotkaniem z Jezusem?

Św. Mateusz: Materialne? Dostatnie. Miałem piękny dom, służbę, mogłem sobie pozwolić na luksusowe przedmioty importowane z całego imperium. Ale duchowe? Puste. Każdego dnia budziłem się z poczuciem winy i wstydu. Ludzie omijali mnie na ulicach, pluali za mną. W synagodze siadałem sam. Nawet dzieci uczyły się, że jestem człowiekiem złym.

Pieniądze dają poczucie bezpieczeństwa, ale nie dają miłości. Nie dają szacunku. A przede wszystkim – nie dają spokoju sumienia. Kładłem się spać bogaty, ale nieszczęśliwy. Budziłem się zamożny, ale samotny.

Dziennikarz: I nagle pojawił się Jezus. Jak to było?

Św. Mateusz: oczy mu się rozjaśniają To było zwyczajne przedpołudnie. Siedziałem przy stanowisku celnym, liczyłem dochody z poprzedniego dnia. Usłyszałem głosy tłumu – ktoś szedł ulicą otoczony przez ludzi. To nie było nic niezwykłego w Kafarnaum, często przechodzili różni wędrowni nauczyciele.

Ale gdy Ten Człowiek się zbliżył, poczułem coś dziwnego. Jakby… jakby wiedział wszystko o mnie, ale mimo to nie patrzył na mnie z pogardą. Zatrzymał się przy moim stole. Ludzie zaczęli szeptać – przecież rabbi nie powinien rozmawiać z celnikiem!

A On spojrzał mi prosto w oczy i powiedział po prostu: „Pójdź za Mną”. Tylko tyle. Żadnych warunków, żadnych wymogów, żadnego potępienia mojej przeszłości.

Dziennikarz: I Pan po prostu wstał i poszedł?

Św. Mateusz: Tak. Dziś to może brzmieć niewiarygodnie, ale w tamtej chwili wiedziałem, że to jest TO. To, na co czekałem całe życie, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. W Jego głosie była moc, która nie zmuszała, ale zapraszała. Była miłość, która nie pytała o przeszłość, ale oferowała przyszłość.

Zostawiłem wszystko – pieniądze na stole, księgi rachunkowe, dokumenty. Ludzie patrzyli z niedowierzaniem. Mateusz celnik porzuca swoje stanowisko dla wędrownego rabbiego? To było skandalem.

Dziennikarz: Ale czy nie żałował Pan tej decyzji? W końcu rezygnował Pan z wysokich dochodów, stabilnego życia…

Św. Mateusz: śmieje się cicho Wiecie, w waszych czasach mówi się często o „work-life balance”, o bezpieczeństwie finansowym, o planowaniu emerytury. To ważne rzeczy, nie kwestionuję tego. Ale ja odkryłem coś więcej – sens. Przeznaczenie.

Gdy szedłem za Jezusem, po raz pierwszy w życiu robiłem coś, co było większe niż ja sam. Po raz pierwszy miałem poczucie, że moje życie ma cel wykraczający poza gromadzenie bogactwa. Czasem byłem głodny, czasem nie miałem gdzie się podziać na noc, ale… byłem szczęśliwy. Naprawdę szczęśliwy.

Dziennikarz: Jak reagowali Pana dawni znajomi na tę przemianę?

Św. Mateusz: Różnie. Niektórzy myśleli, że oszalałem. „Mateusz stracił rozum”, mówili. „Zostawił dobrze płatną pracę dla jakiejś utopii”. Inni podejrzewali, że to jakaś sztuczka – może chcę zyskać popularność wśród ludu, żeby później wrócić do celnictwa z lepszą pozycją?

Ale były też osoby, które zrozumiały. Szczególnie ci, którzy sami czuli się odrzuceni przez społeczeństwo. Pamiętam jednego kupca, który przyszedł do mnie po kilku tygodniach i powiedział: „Mateuszu, widzę w twoich oczach coś, czego nie było wcześniej. Spokój. Radość. Jak to możliwe?”

Dziennikarz: Wspomniał Pan o odrzuconych przez społeczeństwo. Czy w dzisiejszych czasach widzi Pan podobne grupy ludzi?

Św. Mateusz: Oczywiście. Ludzkość się zmienia, ale ludzka natura pozostaje ta sama. Dziś mamy bezdomnych, których ludzie mijają obojętnie. Mamy imigrantów, na których patrzy się z podejrzliwością. Mamy byłych więźniów, którzy nie mogą znaleźć pracy. Mamy osoby z uzależnieniami, które są stygmatyzowane.

W waszych czasach popularny jest termin „cancel culture” – odrzucanie ludzi za ich poglądy czy błędy z przeszłości. To przypomina mi atmosferę, w jakiej żyłem ja. Społeczeństwo może być bardzo bezlitosne dla tych, którzy nie spełniają jego oczekiwań.

Dziennikarz: Ale czy Pan nie uważa, że niektóre zawody czy postawy zasługują na potępienie?

Św. Mateusz: To bardzo ważne pytanie. Widzicie, Jezus nigdy nie usprawiedliwiał złych czynów. Gdy mnie powołał, nie powiedział: „Mateuszu, to co robiłeś jako celnik, było w porządku”. Przeciwnie – ja sam wiedziałem, że muszę się zmienić, naprawić krzywdy, prosić o przebaczenie.

Ale kluczowa różnica polega na tym, że Jezus potępiał czyny, nie osoby. Widział we mnie coś więcej niż mojej przeszłość. Widział potencjał. Widział człowieka, który może się zmienić.

Dzisiaj często mamy tendencję do definiowania ludzi przez ich najgorsze czyny. „On jest oszustem”, „ona jest kłamcą”. Tymczasem każdy człowiek to znacznie więcej niż suma swoich błędów.

Dziennikarz: Przejdźmy do okresu, gdy był Pan apostołem. Jak wyglądała codzienna rzeczywistość podróżowania z Jezusem?

Św. Mateusz: zamyśla się Często było ciężko. Nie mieliśmy stałego miejsca zamieszkania, jedliśmy to, co ludzie nam oferowali, spaliśmy pod gołym niebem. Jako były celnik byłem przyzwyczajony do komfortu, więc początkowo to była dla mnie spora zmiana.

Ale była też niesamowita atmosfera wspólnoty. Dwunastu zupełnie różnych mężczyzn, połączonych wspólnym celem. Piotr – porywczy rybak. Jan – młody, pełen idealizmów. Tomasz – sceptyk, który potrzebował dowodów. Judasz – ambitny, inteligentny, ale niestety wybrał złą drogę.

Obserwowałem Jezusa z bliska każdego dnia. Widziałem Go zmęczonego, głodnego, czasem sfrustrowanego ludzką twardością serca. Ale także widziałem Go promieniującego miłością, mądrością, siłą.

Dziennikarz: Czy któraś z sytuacji szczególnie zapadła Panu w pamięć?

Św. Mateusz: Wiele. Ale jedna jest dla mnie szczególnie ważna. To było niedługo po tym, jak zostałem powołany. Urządziłem ucztę w moim domu – chciałem, aby moi dawni znajomi poznali Jezusa. Przyszli inni celnicy, kupcy, różne osoby, które faryzeusze nazywali „grzesznikami”.

Faryzeusze byli oburzeni. „Dlaczego wasz nauczyciel je z celnikami i grzesznikami?”, pytali moich współtowarzyszy. Pamiętam dokładnie odpowiedź Jezusa: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz chorzy. Idźcie więc i nauczcie się, co znaczy: Miłosierdzia chcę, a nie ofiary. Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników.”

To było dla mnie jak objawienie. Ja nie muszę najpierw stać się doskonały, żeby iść za Jezusem. On przyszedł właśnie do takich jak ja – niedoskonałych, grzesznych, potrzebujących uzdrowienia.

Dziennikarz: Ta historia nabiera szczególnego znaczenia w kontekście współczesnych debat o tolerancji i inkluzywności…

Św. Mateusz: Dokładnie. Ale ważne jest zrozumienie, że miłosierdzie Jezusa nie oznaczało relatywizmu moralnego. On nie mówił: „Wszystko jest w porządku, róbcie co chcecie”. Przeciwnie – wzywał do nawrócenia, do zmiany życia. Ale robił to z miłością, nie z potępieniem.

W dzisiejszych czasach widzę dwie skrajności. Z jednej strony są ludzie, którzy w imię „tolerancji” uważają, że nie można nikogo krytykować, że wszystkie wybory są równie dobre. Z drugiej strony są ci, którzy w imię „prawdy” potępiają i odrzucają każdego, kto myśli inaczej.

Jezus pokazał trzecią drogę – miłość, która nie godzi się na zło, ale zawsze daje szansę na zmianę.

Dziennikarz: Był Pan świadkiem cudów Jezusa. Jak współczesny człowiek może to zrozumieć?

Św. Mateusz: Wiem, że dla współczesnego człowieka to trudny temat. Żyjecie w epoce nauki, technologii, wszystko musi być wyjaśnione, udowodnione. Rozumiem tę mentalność.

Ale widziałem na własne oczy rzeczy, których nauka nie potrafi wyjaśnić. Widziałem, jak Jezus uzdrawiał chorych jednym słowem. Widziałem, jak przemienił wodę w wino. Byłem świadkiem rozmnożenia chleba dla pięciu tysięcy ludzi. Widziałem, jak uciszył burzę na jeziorze.

Czy to oznacza, że nauka jest bez wartości? Absolutnie nie. Nauka to wspaniałe narzędzie do poznawania świata, który Bóg stworzył. Ale nie jest to jedyne narzędzie. Istnieje wymiar rzeczywistości, który wykracza poza to, co możecie zmierzyć czy zbadać w laboratorium.

Dziennikarz: A co z największym cudem – zmartwychwstaniem?

Św. Mateusz: głos staje się bardziej poważny To było doświadczenie, które zmieniło wszystko. Widziałem Jezusa umierającego na krzyżu. Byłem przy grobie. Widziałem Go złożonego w grobie.

A potem… spotkałem Go żywego. Rozmawiałem z Nim. Dotknąłem Go. To nie była halucynacja ani życzeniowe myślenie. To nie był „powrót w pamięci” czy „duchowa metafora”. To był Ten sam Jezus, tylko przemieniały, wolny od ograniczeń śmierci.

Ludzie często pytają: „Dlaczego nie ma dowodów na zmartwychwstanie?”. Ale ja odpowiadam: a jakie dowody byłyby wystarczające? Gdyby ktoś dziś nagrał zmartwychwstanie na telefonie, czy nie powiedzielibyście „to podróbka, efekty specjalne”?

Dziennikarz: Napisał Pan pierwszą Ewangelię. Dlaczego zdecydował się Pan na spisanie tych wydarzeń?

Św. Mateusz: Jako były celnik miałem doświadczenie w prowadzeniu zapisów, dokumentowaniu transakcji. Wiedziałem, jak ważne jest precyzyjne zapisywanie faktów.

Ale głównym powodem była troska o zachowanie prawdy o Jezusie dla przyszłych pokoleń. Widziałem, jak szybko opowieści się zmieniają, jak szczegóły zaczynają się rozmywać. Chciałem, żeby ludzie, którzy nie mieli szczęścia spotkać Jezusa osobiście, mogli poznać Go przez wiarygodne świadectwo.

Pisałem głównie dla Żydów, dlatego w mojej Ewangelii jest tyle odniesień do Starego Testamentu. Chciałem pokazać, że Jezus to ten Mesjasz, na którego czekał nasz naród.

Dziennikarz: Jak ocenia Pan wpływ chrześcijaństwa na świat na przestrzeni dwóch tysięcy lat?

Św. Mateusz: To skomplikowana historia, pełna światła i cienia. Z jednej strony chrześcijaństwo przyniosło światu wielkie dobro – szpitale, szkoły, uniwersytety, ochronę najsłabszych, ideę równej godności wszystkich ludzi. To chrześcijanie byli w pierwszych rzędach walki z niewolnictwem, to oni tworzyli pierwsze sierocińce, to oni opiekowali się trędowatymi.

Ale z drugiej strony były też mroczne karty – inkwizycja, wojny religijne, wykorzystywanie wiary do celów politycznych. Były momenty, gdy ludzie używali imienia Jezusa do usprawiedliwiania rzeczy, które były całkowicie sprzeczne z Jego nauką.

Dziennikarz: Czy to Pana rozczarowuje?

Św. Mateusz: Smuci, ale nie zaskakuje. Już jako apostoł widziałem, jak trudno jest ludziom żyć według nauki Jezusa. Pamiętajcie – nawet wśród nas, dwunastu, był Judasz, który Go zdradził. Piotr się Go zaparł. Wszystkich opuściliśmy Go w najważniejszej chwili.

Człowiek jest istotą ułomną. Chrześcijaństwo nie czyni ludzi doskonałymi – daje im narzędzia i motywację do stawania się lepszymi. Ale to proces, nie jednorazowe wydarzenie.

Dziennikarz: Jakie wyzwania widzi Pan przed współczesnym chrześcijaństwem?

Św. Mateusz: Największym wyzwaniem jest zachowanie autentyczności w świecie, który się bardzo szybko zmienia. Widzę, że wielu chrześcijan ma problem z pogodzeniem swojej wiary z nowoczesnością. Jedni uważają, że muszą odrzucić wszystko, co nowe, żeby pozostać wierni tradycji. Inni myślą, że muszą dostosować wiarę do każdej nowoczesnej mody, żeby pozostać aktualni.

Tymczasem prawda leży gdzie indziej. Orędzie Jezusa jest ponadczasowe, ale sposoby jego przekazywania muszą być dostosowane do każdej epoki. Trzeba mówić współczesnym językiem o wiecznych prawdach.

Dziennikarz: A co z sekularyzacją, z malejącą rolą religii w życiu publicznym?

Św. Mateusz: To naturalna część rozwoju cywilizacji. Pamiętajcie, że chrześcijaństwo od początku było ruchem oddolnym, nie narzucanym odgórnie. Jezus nigdy nie szukał władzy politycznej. Przeciwnie – gdy chciano Go uczynić królem, uciekł w góry.

Chrześcijaństwo nie potrzebuje przywilejów państwowych, żeby być skuteczne. Potrzebuje autentycznych świadków, ludzi, których życie przemawia głośniej niż słowa. W świecie, gdzie religia traci wpływy polityczne, może zyskać wpływ moralny – jeśli chrześcijanie będą żyli zgodnie z tym, co głoszą.

Dziennikarz: Czy widzi Pan jakieś współczesne „znaki czasu”?

Św. Mateusz: Tak, wiele. Widzę niezwykły postęp technologiczny, który może służyć dobru ludzkości – medycyna ratuje życie, komunikacja łączy ludzi z całego świata, sztuczna inteligencja może rozwiązać wiele problemów.

Ale widzę też zagrożenia. Internet może łączyć, ale może też izolować. Media społecznościowe mogą budować wspólnoty, ale mogą też szerzyć nienawiść i dezinformację. Bogactwo może oswobadzać od ubóstwa, ale może też zniewolić przez konsumpcjonizm.

Największym wyzwaniem współczesności jest pytanie: jak używać tych wszystkich narzędzi w sposób zgodny z ludzką godnością? Technologia sama w sobie nie jest ani dobra, ani zła – to zależy od tego, jak jej używamy.

Dziennikarz: Jak może Pan skomentować współczesne problemy Kościoła – skandale, kryzys zaufania?

Św. Mateusz: westchanie To boli. Każdy skandal w Kościele to zdrada tego, co Jezus reprezentował. Szczególnie sprawy wykorzystania dzieci – to jest absolutnie nie do przyjęcia. Nie ma tu miejsca na wymówki czy usprawiedliwienia.

Ale jednocześnie widzę, że kryzys może być okazją do oczyszczenia, do powrotu do korzeni. Może zmusi Kościół do większej pokory, przejrzystości, służebności. Historia pokazuje, że Kościół zawsze był najsilniejszy nie wtedy, gdy miał władzę, ale wtedy, gdy służył.

Dziennikarz: Co powiedziałby Pan współczesnym ludziom, którzy szukają sensu życia?

Św. Mateusz: Że rozumiem ich poszukiwania. Sam przez lata szukałem sensu w pieniądzach, statusie społecznym, materialnym bezpieczeństwie. To wszystko ma swoją wartość, ale nie daje głębokiego spełnienia.

Sens nie znajduje się w posiadaniu, ale w dawaniu. Nie w braniu, ale w służeniu. Nie w byciu centrum uwagi, ale w skupieniu uwagi na innych. To brzmi jak banał, ale to prawda sprawdzona przez wieki.

Dziennikarz: A co z ludźmi różnych wyznań lub niewierzącymi?

Św. Mateusz: Bóg kocha wszystkich ludzi, niezależnie od ich przekonań religijnych. Widziałem, jak Jezus uzdrawiał także pogan, jak chwalił wiarę setnika rzymskiego, jak rozmawiał z Samarytanką.

To nie oznacza, że wszystkie religie są identyczne czy że prawda jest relatywna. Ale oznacza, że Bóg działa też poza widocznymi granicami Kościoła. Widzę wiele osób niewierzących, które żyją według wartości, które Jezus głosił – miłości bliźniego, sprawiedliwości, prawdy.

Dziennikarz: Jak postrzega Pan współczesną młodzież?

Św. Mateusz: Z wielką nadzieją. Widzę w młodych ludziach pragnienie autentyczności, które czasem brakuje starszym pokoleniom. Nie zadowalają się pustymi frazesami, chcą prawdy. Są wrażliwi na niesprawiedliwość, na cierpienie innych.

Tak, mają też swoje problemy – uzależnienie od technologii, trudności w budowaniu głębokich relacji, lęk przed przyszłością. Ale mają też coś cennego – otwartość na zmianę, gotowość do poświęceń dla sprawy, w którą wierzą.

Dziennikarz: Czy ma Pan jakąś radę dla współczesnych „celników” – ludzi, którzy czują się odrzuceni przez społeczeństwo?

Św. Mateusz: uśmiech pełen współczucia Przede wszystkim – wasza przeszłość nie determinuje waszej przyszłości. Nie jesteście skazani na to, żeby być tym, kim byliście. Każdy dzień to nowa szansa na rozpoczęcie od nowa.

Po drugie – nie czekajcie, aż staniecie się doskonali, żeby zacząć czynić dobro. Zacznijcie tam, gdzie jesteście, z tym, co macie. Małe kroki w dobrym kierunku są lepsze niż wielkie plany, które nigdy nie wyjdą poza stadium marzeń.

Po trzecie – znajdźcie wspólnotę ludzi, którzy was przyjmą takimi, jacy jesteście, ale będą was zachęcać do stawania się lepszymi. Nikt nie może żyć w izolacji.

Dziennikarz: Co jest najważniejsze w wierze?

Św. Mateusz: Miłość. To brzmi prosto, ale wcielenie tego w życie to największe wyzwanie. Jezus powiedział: „Po tym wszyscy poznają, że jesteście moimi uczniami, jeśli będziecie się wzajemnie miłować.”

Nie chodzi o sentymenty czy dobre samopoczucie. Chodzi o konkretne czyny, o postawienie potrzeb innych ponad własne wygody, o przebaczenie, gdy jesteśmy skrzywdzeni, o służbę bez oczekiwania nagrody.

Dziennikarz: Jak wygląda wieczność z Pana perspektywy?

Św. Mateusz: zaduma się na dłuższą chwilę To nie jest nudne siedzenie na chmurach i granie na harfach, jak często się przedstawia. To pełnia życia, poznania, miłości. To stan, w którym wszystkie nasze tęsknoty są wypełnione, wszystkie pytania znajdują odpowiedź.

Ale najpiękniejsze w wieczności jest to, że możemy nadal służyć, nadal pomagać. Nie jestem oderwany od waszego świata – przeciwnie, mogę go lepiej rozumieć i wspierać was w waszych zmaganiach.

Dziennikarz: Czy ludzkość ma przyszłość?

Św. Mateusz: Oczywiście. Bóg nie stworzył człowieka po to, żeby go zniszczyć. Tak, są wielkie wyzwania – zmiany klimatu, wojny, nierówności społeczne, zagrożenia technologiczne. Ale są też wielkie możliwości.

Historia pokazuje, że ludzkość potrafiła przejść przez najciemniejsze chwile. Każde pokolenie myślało, że żyje w czasach końca świata. A jednak życie toczy się dalej, często stając się bogatsze i piękniejsze.

Kluczem jest współpraca, solidarność, szacunek dla godności każdego człowieka. Wartości, które Jezus głosił dwa tysiące lat temu, są dzisiaj bardziej aktualne niż kiedykolwiek.

Dziennikarz: Co chciałby Pan przekazać czytelnikom tego wywiadu?

Św. Mateusz: Że każdy z was ma niepowtarzalną wartość w oczach Boga. Nie ma znaczenia, jakie błędy popełniliście w przeszłości, jakie są wasze obecne problemy czy ograniczenia. Bóg ma dla każdego plan, ma dla każdego zadanie do wykonania.

Nie bójcie się marzyć o wielkości – nie o wielkości w oczach świata, ale o wielkości ducha. Nie bójcie się służyć innym, nawet jeśli będziecie za to krytykowani. Nie bójcie się miłować, nawet jeśli czasem spotkają was z tym rozczarowania.

A jeśli czujecie się zagubieni, pamiętajcie o moim przykładzie. Byłem jednym z najbardziej znienawidzonych ludzi w Kafarnaum. A stałem się apostołem, ewangelistą, świętym. Nie przez swoje zasługi, ale przez łaskę Boga, która jest dostępna dla każdego.

Dziennikarz: Czy spotkamy się jeszcze?

Św. Mateusz: uśmiecha się ciepło W pewnym sensie spotykamy się codziennie. Za każdym razem, gdy ktoś przeczyta moją Ewangelię, jestem z nim. Za każdym razem, gdy ktoś porzuci egoizm dla miłości, jestem świadkiem tej przemiany. Za każdym razem, gdy „celnik” staje się ucznikiem, jestem pełen radości.

A ostatecznie – tak, spotkamy się wszyscy w Domu Ojca. To nie jest pobożne życzenie, to obietnica Tego, który nie może skłamać.

Dziennikarz: Dziękuję za ten niezwykły wywiad.

Św. Mateusz: To ja dziękuję. Przypomnienie mojej historii to zawsze radość. I pamiętajcie – jeśli zmieniłem się ja, może się zmienić każdy. Bóg ma cierpliwość wieczną i miłość nieskończoną. Nie trwońcie czasu na żal nad przeszłością. Przyszłość należy do was.

Święty Mateusz wstaje od stolika, pozostawiając na nim banknot wystarczający na opłacenie kawy. Na pożegnanie mówi cicho: „Pokój z wami” – i rozpływa się w miejskim tłumie, pozostawiając po sobie tylko subtelny zapach kadzidła i uczucie głębokiego spokoju.


Wywiad przeprowadzony w warszawskiej kawiarni „U Mateusza” w zimowy poranek 2025 roku. Mimo niezwykłych okoliczności spotkania, każde słowo zostało starannie zarejestrowane i oddaje autentyczne przesłanie człowieka, który z celnika stał się świętym.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *