– historia człowieka uwolnionego zamiast Jezusa
Ja, Barabasz ben Jozue z Jerozolimy, spisuję te słowa jako świadectwo dla potomnych, jako wyznanie grzechu i łaski, jako testament człowieka, który powinien był umrzeć, a jednak żyje. Nie jestem uczonym w Piśmie, nie posiadam daru słowa jak prorocy czy mędrcy Izraela. Jestem prostym człowiekiem, złodziejem i buntownikiem, mordercą, którego imię przejdzie do historii z powodu wydarzenia, w którym nie miałem żadnych zasług – wydarzenia, które odmieniło nie tylko moje życie, ale bieg całego świata.
Człowiek, którym byłem
Urodziłem się w ubogiej dzielnicy Jerozolimy, jako syn garbarza. Od najmłodszych lat wdychałem odór śmierci, który unosił się nad warsztatem mojego ojca – zapach świeżo zdjętych skór, kwasu używanego do ich wyprawiania, barwników i garbników. Być może to ten zapach sprawił, że śmierć nigdy mnie nie przerażała, że tak łatwo przychodziło mi odbierać życie innym.
Moje pierwsze wspomnienia to głód i upokorzenie. Jako dziecko kradłem chleb ze straganów na targu, uciekając przed przekleństwami handlarzy i razami strażników świątynnych. Potem były większe kradzieże, pierwsze pobicia, pierwsze rany zadane nożem w bójkach o terytorium z innymi złodziejami. Zanim skończyłem piętnaście lat, miałem na sumieniu pierwsze zabójstwo – rzymskiego legionistę, który przyłapał mnie na kradzieży. Uderzyłem go kamieniem w skroń, a on padł bez życia na bruk zaułka.
Tak zaczęła się moja droga buntownika. Nie byłem zelotą w pełnym tego słowa znaczeniu – nie walczyłem dla idei wyzwolenia Izraela spod jarzma Rzymu, przynajmniej nie na początku. Walczyłem, bo nienawidziłem – nienawidziłem bogatych, którzy ucztowali, gdy my głodowaliśmy; nienawidziłem kapłanów, którzy przechodzili obojętnie obok nędzy zwykłych ludzi; nienawidziłem Rzymian, którzy traktowali nas jak bydło. Moja nienawiść nie miała konkretnego celu – była jak ogień, który pożera wszystko, co napotka na swojej drodze, włącznie z duszą tego, kto go wzniecił.
Szybko zyskałem reputację człowieka, któremu nie warto wchodzić w drogę. Zebrałem wokół siebie grupę podobnych wyrzutków – złodziei, zabójców, pospolitych bandytów. Napadaliśmy na kupców na drogach prowadzących do Jerozolimy, czasem włamywaliśmy się do domów bogatych mieszkańców miasta. Z czasem nasze działania nabrały politycznego charakteru – zaczęliśmy atakować rzymskie patrole, niszczyć mienie kolaborantów, eliminować donosicieli.
W mieście szeptano o nas ze strachem i z pewną dozą podziwu. Dla władz – zarówno rzymskich, jak i żydowskich – byliśmy tylko bandytami, ale dla prostych ludzi staliśmy się symbolem oporu. Nadano mi przydomek Bar Abbas – „syn ojca” albo „syn nauczyciela”. Niektórzy twierdzili, że to nawiązanie do moich rewolucyjnych przekonań, inni – że to kpina z mojego pochodzenia. Prawda jest taka, że nigdy naprawdę nie znałem swojego ojca, który zmarł, gdy byłem małym dzieckiem, pozostawiając mnie i matkę w nędzy.
Rozruchy i pojmanie
Feralnego dnia, który doprowadził do mojego uwięzienia, planowaliśmy atak na konwój z podatkami zmierzający do rezydencji Piłata. Nasze informacje okazały się jednak błędne – zamiast kilku strażników konwój ochraniał cały oddział rzymskich żołnierzy. Wpadliśmy w zasadzkę. W chaosie walki zabiłem jednego z legionistów, ale wkrótce zostałem obezwładniony i pojmany. Wielu moich towarzyszy zginęło tego dnia, inni trafili do więzienia wraz ze mną.
Rzymianie nie mieli wątpliwości co do mojej tożsamości – byłem poszukiwany od lat za liczne przestępstwa przeciwko władzy cesarskiej. Proces był krótki i pozbawiony jakichkolwiek pozorów sprawiedliwości. Skazano mnie na ukrzyżowanie – karę zarezerwowaną dla najgorszych przestępców, dla tych, których śmierć miała być przestrogą dla innych.
Osadzono mnie w lochu pod twierdzą Antonia, gdzie czekałem na wykonanie wyroku. Dni i noce zlewały się w jedno w ciemności celi. Słyszałem krzyki innych więźniów, odgłosy biczowania, szczęk łańcuchów. Od czasu do czasu strażnicy rzucali mi kawałek spleśniałego chleba i dzban z zatęchłą wodą. Moje ciało pokrywały rany i siniaki, kości bolały od wilgoci i zimna, ale najbardziej dokuczał mi strach – nie przed śmiercią, ale przed cierpieniem, które ją poprzedzi. Wiedziałem, czym jest ukrzyżowanie. Widziałem ludzi, którzy konali na krzyżu przez wiele godzin, czasem dni, błagając o śmierć, która nie nadchodziła.
Dzień, który wszystko zmienił
Nastał w końcu dzień, który miał być moim ostatnim. Obudziły mnie niezwykłe odgłosy dobiegające z dziedzińca twierdzy – krzyki tłumu, nawoływania, jakby odbywał się tam jakiś wiec. Strażnicy weszli do mojej celi, zakuli mnie w dodatkowe łańcuchy i wyprowadzili na zewnątrz. Oślepiony światłem słonecznym, którego nie widziałem od wielu dni, z trudem rejestrowałem to, co się działo.
Stałem na podwyższeniu obok Piłata, rzymskiego namiestnika. Po drugiej stronie stał inny więzień – mężczyzna w średnim wieku, z brodą i włosami pokrytymi zaschniętą krwią, w podartej tunice, również noszącej ślady krwi. Jego plecy były jedną wielką raną po biczowaniu, a na głowie miał jakąś dziwną koronę z cierni, która raniła jego skórę, powodując spływanie strużek krwi po jego twarzy. Mimo tych tortur stał wyprostowany, z godnością, jakiej nigdy wcześniej nie widziałem u człowieka stojącego w obliczu śmierci.
Przed podwyższeniem zgromadził się tłum – mieszanina zwykłych mieszkańców Jerozolimy, pielgrzymów przybyłych na Paschę, kapłanów w ceremonialnych szatach. Piłat przemówił do zgromadzonych, przypominając o zwyczaju uwalniania jednego więźnia z okazji święta. „Kogo chcecie, abym wam uwolnił?” – zapytał. „Barabasza czy Jezusa, zwanego Mesjaszem?”.
Jezusa… Więc tak miał na imię ten człowiek stojący obok mnie. Słyszałem o nim – nauczyciel z Galilei, który czynił cuda, głosił nadejście Królestwa Bożego, wzywał do miłości nieprzyjaciół. Niektórzy uważali go za proroka, inni za oszusta, jeszcze inni – za Mesjasza, który wyzwoli Izraela spod panowania Rzymu. Dla mnie był tylko kolejnym wizjonerem, których wielu przewinęło się przez Judeę w tych niespokojnych czasach.
Myślałem, że tłum bez wahania wybierze jego uwolnienie. W końcu ja byłem tylko pospolitym bandytą, a on – duchowym przywódcą, człowiekiem, który budził nadzieję. A jednak, ku mojemu zdumieniu, z tłumu zaczęły dobiegać okrzyki: „Barabasza! Uwolnij Barabasza!”. Początkowo były pojedyncze, ale szybko przerodziły się w zgodny chór, w żądanie, które Piłat – mimo wyraźnej niechęci – musiał spełnić.
„A co mam uczynić z Jezusem?” – zapytał namiestnik.
„Na krzyż z nim! Ukrzyżuj go!” – odpowiedział tłum.
Nie mogłem uwierzyć w to, co się działo. Dlaczego wybierali mnie zamiast niego? Co takiego uczynił ten człowiek, że zasługiwał w ich oczach na śmierć bardziej niż ja, który miał na rękach krew wielu ludzi?
Dostrzegłem w tłumie podburzających kapłanów, którzy zachęcali ludzi do skandowania. Zrozumiałem, że to nie lud pragnął jego śmierci, ale religijni przywódcy, którzy bali się jego nauk, jego wpływu na zwykłych ludzi. A lud, jak zawsze, dał się prowadzić niczym stado owiec.
Piłat umył ręce na znak, że nie bierze odpowiedzialności za krew tego sprawiedliwego człowieka. Potem skinął na strażników, którzy zdjęli ze mnie łańcuchy. Byłem wolny. Wolny kosztem życia kogoś, kto – w przeciwieństwie do mnie – na śmierć nie zasługiwał.
Golgota
Mogłem odejść. Powinienem był zniknąć, ukryć się, wykorzystać nieoczekiwaną szansę na nowe życie. A jednak coś mnie zatrzymało, coś pchało mnie, by iść za tłumem, który prowadził Jezusa na miejsce kaźni.
Szedłem w tłumie, obserwując, jak ten człowiek dźwiga swój krzyż przez ulice Jerozolimy. Kilkakrotnie upadał pod jego ciężarem, aż w końcu Rzymianie zmusili przypadkowego przechodnia – jak się później dowiedziałem, Szymona z Cyreny – by pomógł mu nieść tę belkę hańby.
Dotarliśmy na Golgotę – Wzgórze Czaszek, miejsce straceń położone tuż za murami miasta. Tam przybito Jezusa do krzyża, który następnie podniesiono i umocowano w przygotowanym dole. Nad jego głową umieszczono tabliczkę z napisem: „Jezus Nazarejczyk, Król Żydowski”.
Stałem wśród gapiów, nie mogąc oderwać wzroku od człowieka, który umierał zamiast mnie. Obok niego ukrzyżowano dwóch innych skazańców – złodziei lub buntowników, takich jak ja. Ale to on przykuwał spojrzenia wszystkich zgromadzonych.
Gdy wisiał na krzyżu, nie przeklinał swoich oprawców, nie złorzeczył Bogu, jak czyniło wielu w jego sytuacji. Zamiast tego modlił się: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. Przebaczał tym, którzy go torturowali, którzy przyglądali się jego męce z satysfakcją, którzy dzielili między siebie jego szaty. Przebaczał mnie – człowiekowi, który powinien był wisieć na jego miejscu.
Wtedy, na Golgocie, nie rozumiałem jeszcze wagi tego, czego byłem świadkiem. Widziałem tylko cierpienie niewinnego człowieka, niesprawiedliwość, która była tak powszechna w naszym świecie. Ale coś w jego postawie, w jego słowach, w jego oczach, które mimo bólu patrzyły z miłością na świat, poruszyło we mnie strunę, o której istnieniu nie wiedziałem.
Około południa niebo pociemniało, jakby nastała noc. Ta nienaturalna ciemność trwała trzy godziny, napełniając wszystkich zgromadzonych lękiem. Czy to gniew Boży? Czy znak zapowiadający koniec świata?
W końcu Jezus zawołał donośnym głosem: „Wykonało się! Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego”. Potem pochylił głowę i oddał ducha.
W tej samej chwili ziemia zatrzęsła się, skały zaczęły pękać. Zasłona świątyni, jak się później dowiedziałem, rozdarła się na dwoje. Rzymski setnik, który nadzorował egzekucję, wyznał: „Prawdziwie, ten człowiek był Synem Bożym”.
Stałem jak skamieniały, próbując pojąć to, czego byłem świadkiem. To nie była zwykła śmierć. To nie był zwykły człowiek. Coś większego wydarzyło się tego dnia na Golgocie, coś, co miało zmienić świat – i mnie – na zawsze.
Pustka po odzyskanej wolności
Opuściłem Golgotę jak człowiek, który śni na jawie. Mechanicznie poruszałem nogami, brnąłem przez ulice Jerozolimy, nie wiedząc, dokąd zmierzam. Byłem wolny, ale ta wolność miała gorzki smak. Czułem się, jakbym ukradł coś cennego, coś, na co nie zasługiwałem.
Przez kolejne dni błąkałem się po mieście, nocując w zaułkach, żywiąc się resztkami znalezionymi na targowiskach. Starzy towarzysze, którzy uniknęli pojmania, znaleźli mnie i oferowali powrót do dawnego życia. Ale ja nie potrafiłem. Coś się we mnie zmieniło. Obraz umierającego Jezusa nie opuszczał moich myśli.
Wtedy usłyszałem nieprawdopodobne wieści – grób, w którym złożono ciało Nauczyciela, był pusty! Jego uczniowie twierdzili, że zmartwychwstał, że ukazał się wielu z nich, że żyje!
Początkowo sceptyczny, zacząłem śledzić tych, którzy nazywali siebie jego uczniami. Obserwowałem ich z daleka, wsłuchiwałem się w ich rozmowy. Byli inni niż wyznawcy innych nauczycieli czy proroków, których widziałem. Mieli w sobie radość i pewność, która nie wynikała z fałszywych nadziei czy religijnego uniesienia. Oni naprawdę wierzyli, że ich Mistrz pokonał śmierć.
Stopniowo, niemal wbrew sobie, zacząłem interesować się naukami tego człowieka, który umarł zamiast mnie. Wypytywałem o niego na targach, w tawernach, wszędzie, gdzie ludzie gromadzili się i rozmawiali. Poznawałem jego przypowieści, jego słowa o Królestwie Bożym, które nie jest z tego świata, o miłości nieprzyjaciół, o przebaczeniu.
Spotkanie, które zmieniło wszystko
Kilka tygodni po ukrzyżowaniu, gdy Jerozolima wciąż huczała od plotek o pustym grobie i ukazywaniu się zmartwychwstałego Nauczyciela, odważyłem się w końcu podejść do jego uczniów. Zgromadzili się w jakimś domu na Syjonie, łamiąc chleb i modląc się. Stałem przed drzwiami, nie śmiejąc zapukać, gdy ktoś otworzył je od wewnątrz.
Był to Piotr, rybak z Galilei, jeden z najbliższych uczniów Jezusa. Rozpoznał mnie natychmiast – moja twarz była znana w Jerozolimie, a okoliczności mojego uwolnienia sprawiły, że stałem się w pewnym sensie sławny.
„To ty…” – powiedział, a w jego głosie nie było ani potępienia, ani strachu. „Wejdź, jeśli przychodzisz w pokoju.”
Wszedłem niepewnie. W izbie siedziało kilkunastu mężczyzn i kobiet. Rozmowy ucichły, wszystkie oczy zwróciły się ku mnie. Spodziewałem się wrogości, nienawiści – w końcu to ja żyłem, podczas gdy ich Nauczyciel umarł. Ale w ich spojrzeniach nie było nienawiści, tylko zaciekawienie i – co najbardziej mnie zaskoczyło – akceptacja.
„Dlaczego tu jestem?” – zapytałem, mówiąc bardziej do siebie niż do nich. „Dlaczego ja żyję, a On umarł? Dlaczego tłum wybrał mnie, a nie Jego?”
Piotr położył dłoń na moim ramieniu. „Nikt ci nie zabierze twojego życia, Barabaszu. To, że żyjesz, jest darem. Ale wiedz, że nasz Nauczyciel nie pozostał w grobie. On zmartwychwstał, jak zapowiedział. Wielu z nas Go widziało, rozmawiało z Nim.”
„Dlaczego miałbym w to wierzyć?” – zapytałem z goryczą. „Martwy człowiek nie wraca do życia. To niemożliwe.”
„Dla Boga nie ma nic niemożliwego” – odpowiedział spokojnie. „Jeśli chcesz, możesz zostać z nami. Posłuchać o Nim, o tym, czego nauczał, co czynił. A potem sam zdecydujesz, czy to, co mówimy, jest prawdą.”
Zostałem. Z początku z ciekawości, potem z rosnącym przekonaniem, że w tej grupie prostych ludzi jest coś niezwykłego – jakaś siła, jakaś prawda, której nigdzie indziej nie znalazłem.
Słuchałem ich opowieści o Jezusie – o tym, jak uzdrawiał chorych, jak nauczał o Królestwie Bożym, jak przebaczał grzesznikom. Słuchałem o Jego zmartwychwstaniu, o pustym grobie, o ukazywaniu się uczniom. Z każdym dniem coraz mniej wątpiłem. Coś w tych ludziach, w ich wierze, w ich miłości wobec siebie nawzajem i wobec obcych, przekonywało mnie bardziej niż jakiekolwiek argumenty.
W końcu, kilka miesięcy po ukrzyżowaniu, przyjąłem chrzest z rąk Piotra. Ja, Barabasz, morderca i złodziej, buntownik i bandyta, zostałem obmyty z moich grzechów, przyjęty do wspólnoty tych, którzy nazywali siebie uczniami Drogi.
Życie w cieniu krzyża
Od tamtej pory minęło wiele lat. Zostałem przy apostołach, pomagając im w codziennych sprawach, ucząc się od nich, wzrastając w wierze. Moja przeszłość wciąż jest ciężarem, który noszę, ale już nie ciężarem, który mnie przygniata. Znalazłem przebaczenie – najpierw u Boga, potem u ludzi, a w końcu, co najtrudniejsze, u samego siebie.
Widziałem, jak Kościół rośnie – najpierw w Jerozolimie, potem w całej Judei, Samarii, aż po krańce znanego świata. Widziałem prześladowania – ukamienowanie Szczepana, ścięcie Jakuba, aresztowania i biczowania wielu wierzących. Niektórzy, podobnie jak ich Nauczyciel, oddali życie za wiarę.
Ja, który powinienem był umrzeć wiele lat temu, wciąż żyję. Czasem pytam, dlaczego Bóg pozwolił mi żyć, dlaczego to nie ja zawisłem na krzyżu tamtego dnia. Odpowiedź przychodzi w cichych momentach modlitwy, w chwilach służby najbiedniejszym, w momentach, gdy dzielę się swoją historią z innymi: żyję, by świadczyć o nieskończonym miłosierdziu Boga, który przebacza nawet takim jak ja.
Moje życie stało się świadectwem. Kiedy ludzie słyszą, kim byłem i kim jestem teraz, widzą moc Ewangelii, moc krzyża Chrystusowego, który zmienia życie, który daje nowy początek nawet najbardziej zagubionym.
Jestem stary. Moje oczy nie widzą już tak wyraźnie, moje ręce drżą, gdy piszę te słowa. Ale moja wiara jest silniejsza niż kiedykolwiek. Wiem, w kogo uwierzyłem. Wiem, że Ten, który oddał za mnie życie na krzyżu, a potem zmartwychwstał, przygotował dla mnie miejsce w domu swego Ojca.
Niedługo odejdę z tego świata. Nie boję się śmierci – nie po tym, jak zobaczyłem, że została pokonana. Czekam na moment, gdy stanę twarzą w twarz z Tym, który umarł, abym ja mógł żyć – nie tylko życiem doczesnym, ale życiem wiecznym.
Ten, który powinien był umrzeć, żyje dzięki Temu, który nie musiał umierać, a jednak oddał swoje życie dobrowolnie. To jest istota mojego świadectwa. To jest mój testament.
Barabasz ben Jozue, Jerozolima, rok 62 po narodzeniu naszego Pana Jezusa Chrystusa