Pamiętnik Strażnika Snów Faraona

– relacja człowieka odpowiedzialnego za interpretację wizji władcy

Rok trzeci, miesiąc Tybi, dzień piętnasty

Przy pełni księżyca

Dziś otrzymałem zaszczytny tytuł Królewskiego Strażnika Snów. Kapłan Amona-Re włożył na moją głowę srebrny diadem z symbolem oka Horusa i przekazał mi święty papirus, na którym będę zapisywał wizje Boskiego Faraona. Drżały mi ręce, gdy odbierałem insygnia mojego urzędu. Mój poprzednik, czcigodny Neferhotep, zmarł przed trzema dniami, a wróżbici uznali mnie za godnego następcę.

Świątynia rozbrzmiewała śpiewem kapłanów, gdy przysięgałem na życie Faraona, na krew moich przodków i na przyszłość moich potomków, że będę strzegł tajemnic nocnych wizji władcy z większą czujnością niż własnego życia. Wielki Wezyr szepnął mi do ucha podczas ceremonii: „Pamiętaj, Ptahhotepie, że sen Faraona to nie tylko jego sprawa. To sprawa państwa, bogów i przyszłości Egiptu”.

Jestem onieśmielony ciężarem tej odpowiedzialności. Przez siedem lat studiowałem święte księgi, poznawałem znaczenia symboli, uczyłem się odczytywać znaki w locie ptaków, w układzie gwiazd, w drgnieniach płomienia. Ale czy to wystarczy, by zajrzeć w głąb umysłu samego Faraona, wybranego przez bogów, wcielenia Horusa na ziemi?

Jeszcze dziś wieczorem zostanę wezwany do komnat Faraona, by poznać swojego pana. Podobno od tygodnia męczą go niepokojące sny, których nie potrafił wyjaśnić nawet Neferhotep. Czy bogowie zesłali te sny akurat teraz, bym mógł udowodnić swoją wartość? Czy też wystawiają mnie na próbę, której nie sprostam?

Modlę się do Thota, boga mądrości, by kierował moimi myślami. Składam ofiary Maatowi, bogini prawdy, by moje interpretacje były sprawiedliwe. Apeluję do Izydy, która zna wszystkie tajemnice, by podzieliła się ze mną swoją wiedzą.

Noc zapada, a wraz z nią rośnie mój niepokój. Wkrótce stanę twarzą w twarz z Faraonem. Wkrótce usłyszę jego sny.

Rok trzeci, miesiąc Tybi, dzień szesnasty

O świcie

Nie zmrużyłem oka przez całą noc. Nie mogłem. Nie po tym, co usłyszałem.

Faraon przyjął mnie w swojej prywatnej komnacie, oddaliwszy wszystkich sług i strażników. Był tylko on, ja i cień wielkiego sfinksa, padający z alabastrowej rzeźby na ścianę. Choć miałem już kiedyś zaszczyt ujrzeć Faraona podczas uroczystości państwowych, nigdy nie stałem tak blisko niego. Dostrzegłem zmęczenie w jego oczach, napięcie w sposobie, w jaki trzymał swoje dłonie – jeden z pierścieni obrócony wewnętrzną stroną ku górze, co uznałem za zły omen.

„Ptahhotepie,” powiedział, wypowiadając moje imię miękko, niemal szeptem. „Mówią, że jesteś najlepszym uczniem Neferhotepa. Że rozumiesz język snów lepiej niż ktokolwiek w Egipcie.”

Skłoniłem głowę, nie śmiejąc zaprzeczyć ani potwierdzić.

„Tej nocy,” kontynuował Faraon, „opowiem ci swój sen. Ten sam, który opowiedziałem Neferhotepowi na łożu śmierci. Ten sam, który sprawił, że odwrócił ode mnie wzrok i nie chciał już nic powiedzieć. Następnego dnia nie żył. Czy jesteś gotów go usłyszeć?”

Przełknąłem ślinę i potwierdziłem skinięciem głowy. Faraon zamknął oczy, jakby patrzył na wewnętrzną stronę swoich powiek, i zaczął mówić:

„Idę przez pustynię. Jestem sam, bez straży, bez insygniów władzy. Słońce stoi w zenicie, jego żar pali moją skórę. Nagle ziemia rozstępuje się przede mną i wyłania się z niej ogromny skarabeusz, wielki jak świątynia. Jego odnóża są jak kolumny, jego pancerz lśni jak obsydian w słońcu. Skarabeusz patrzy na mnie – nie pytaj, jak wiem, że patrzy, skoro nie widać jego oczu – i przemawia głosem, który jest jak grzmot, a jednocześnie jak szept w moim umyśle:

’Siedem lat tłustych, siedem lat chudych’.

„I wtedy skarabeusz rozchyla swoje pokrywy skrzydeł, a spod nich wyłania się nie owad, ale moja własna twarz, wykrzywiona w bólu. Moja twarz spogląda na mnie i wypowiada osiem słów:

’Egipt upadnie, jeśli nie będzie pamiętał o przodkach’.

„Po tych słowach piasek pustyni zaczyna wzbierać jak fala, unosi się coraz wyżej i wyżej, aż w końcu pochłania mnie i moją twarz, i skarabeusza. I budzę się, krzycząc, z ustami pełnymi piasku, którego tam nie ma.”

Faraon otworzył oczy i spojrzał na mnie przenikliwie. „Co oznacza ten sen, Ptahhotepie? Co próbują powiedzieć mi bogowie?”

Przez dłuższą chwilę nie mogłem wydobyć z siebie głosu. Nie dlatego, że nie rozumiałem snu. Przeciwnie, jego znaczenie było dla mnie jasne jak hieroglify na ścianie świątyni. Ale to właśnie ta jasność mnie przeraziła.

„Mój Panie,” zacząłem ostrożnie, „sen twój jest ostrzeżeniem, ale i obietnicą. Siedem lat tłustych i siedem lat chudych to przepowiednia o czasach obfitości, po których nastąpią lata głodu.”

Faraon ściągnął brwi, ale nie przerywał.

„Skarabeusz, święty symbol odrodzenia i odnowy, pokazuje, że Egipt może przetrwać nawet najcięższe próby, jeśli będzie mądry. Ale twoja twarz wyłaniająca się spod jego skrzydeł… To wskazuje, że to od ciebie, Boski Faraonie, zależy, czy przepowiednia stanie się błogosławieństwem, czy przekleństwem.”

„A ostrzeżenie o przodkach?” zapytał Faraon cicho.

Zawahałem się. Ta część snu była najbardziej niepokojąca. Odnosiła się nie do przyszłości, ale do teraźniejszości, do decyzji, które Faraon już podjął.

„Ostrzeżenie dotyczy budowy nowej świątyni w Tebach,” powiedziałem, czując, jak moje serce przyspiesza. „Planujesz zburzyć starą kaplicę, gdzie spoczywa pięciu poprzednich Faraonów, by na jej miejscu wznieść nową, większą budowlę ku swojej chwale. Sen ostrzega, że taka obraza pamięci przodków ściągnie na Egipt gniew bogów.”

Twarz Faraona stężała. Przez chwilę wyglądał, jakby chciał nakazać moją natychmiastową egzekucję. Ale potem westchnął i potarł skronie.

„Skąd wiedziałeś o planach budowy? To tajemnica znana tylko najbliższym doradcom.”

„Nie wiedziałem, mój Panie,” odpowiedziałem zgodnie z prawdą. „To sen mi to pokazał.”

Faraon wpatrywał się we mnie długo, aż w końcu skinął głową.

„Zostawiam cię teraz, byś mógł zastanowić się głębiej nad znaczeniem moich słów. Wróć jutro o tej samej porze.”

Wycofałem się z komnaty, klękając co kilka kroków, aż znalazłem się za drzwiami. Dopiero wtedy pozwoliłem sobie na głęboki oddech.

Ręce wciąż mi drżą, gdy piszę te słowa. Nie spodziewałem się, że pierwsza interpretacja będzie dotyczyć tak ważnej sprawy państwowej. Ani że będę musiał powiedzieć Faraonowi coś, czego z pewnością nie chciał usłyszeć.

Czy teraz rozumiem, dlaczego Neferhotep odwrócił wzrok? Czy zobaczył w tym śnie swoją śmierć? A może… może to nie choroba go zabiła?

Muszę być ostrożny. Bardzo ostrożny.

Rok trzeci, miesiąc Tybi, dzień dwudziesty

Nie pisałem przez kilka dni. Zbyt wiele się wydarzyło, a ja potrzebowałem czasu, by wszystko przemyśleć.

Faraon wezwał mnie ponownie, jak obiecał. Ale tym razem nie byliśmy sami. W komnacie znajdowali się również Wielki Wezyr, Najwyższy Kapłan Amona oraz dwóch architektów odpowiedzialnych za projekt nowej świątyni.

„Opowiedz im swą interpretację, Ptahhotepie,” nakazał Faraon.

Powtórzyłem więc, co powiedziałem poprzednio, starając się, by mój głos brzmiał pewnie. Gdy skończyłem, w komnacie zapadła cisza.

Najwyższy Kapłan przemówił pierwszy. „Interpretacja wydaje się prawdziwa, choć niepokojąca. Ale co z 'siedmioma latami tłustymi i siedmioma chudymi’? To brzmi jak ostrzeżenie o nadchodzącej katastrofie.”

„Tak właśnie uważam,” odpowiedziałem. „Egipt czeka siedem lat obfitości, po których nastąpi siedem lat głodu. Musimy wykorzystać lata dobrobytu, by przygotować się na lata niedostatku.”

„I jak proponujesz to zrobić?” zapytał Wielki Wezyr, patrząc na mnie z mieszaniną ciekawości i sceptycyzmu.

„Należy zbudować spichlerze w każdej prowincji,” odpowiedziałem bez wahania. „W latach urodzaju powinniśmy gromadzić jedną piątą wszystkich zbiorów jako rezerwę na lata głodu. Ponadto trzeba wykopać nowe kanały irygacyjne, by lepiej wykorzystać wody Nilu.”

Architekci spojrzeli po sobie, a potem na Faraona.

„A co z nową świątynią?” zapytał jeden z nich cicho.

Faraon milczał przez chwilę, po czym oznajmił: „Zmieniamy plany. Nowa świątynia powstanie, ale nie na miejscu starej kaplicy. Przodkowie pozostaną nietknięci. Co więcej, przeznaczymy część kosztów budowy na wzniesienie pierwszego spichlerza, zgodnie z zaleceniem Ptahhotepa.”

Najwyższy Kapłan skłonił głowę z aprobatą. „Mądra decyzja, Boski Faraonie. Bogowie będą zadowoleni.”

Gdy opuszczałem komnatę, Wielki Wezyr zatrzymał mnie na chwilę.

„Potrzebujemy więcej szczegółów dotyczących tych spichlerzy i kanałów,” powiedział. „Przygotuj plan i przedstaw mi go za trzy dni.”

I tak oto z interpretatora snów stałem się nagle doradcą ekonomicznym Faraona. Czy to możliwe, że rola Strażnika Snów jest większa, niż mi powiedziano? Czy Neferhotep również podejmował takie decyzje państwowe?

Jestem jednocześnie podekscytowany i przerażony. Jeśli moja interpretacja jest błędna, jeśli lata głodu nie nadejdą, będę odpowiedzialny za marnotrawstwo ogromnych środków. Ale jeśli mam rację i nie przygotujemy się odpowiednio… konsekwencje będą jeszcze gorsze.

Muszę teraz zgłębić nie tylko księgi snów, ale także traktaty o rolnictwie, irygacji i budownictwie. Bogowie postawili przede mną wyzwanie, któremu muszę sprostać.

Rok trzeci, miesiąc Pharmuthi, dzień dziesiąty

Minęło wiele dni, odkąd ostatnio pisałem. Praca pochłania cały mój czas. Spędzam dni na konsultacjach z architektami, urzędnikami i kapłanami, a noce na studiowaniu ksiąg i czekaniu na wezwanie Faraona, gdyby nawiedził go kolejny niepokojący sen.

Plan budowy spichlerzy został zatwierdzony. Pierwszy powstanie w Memfis, kolejne w Tebach, Heliopolis i innych głównych miastach. Wielki Wezyr przydzielił mi zarządcę robót, Seneba, który dba o szczegóły konstrukcyjne. To człowiek praktyczny i rzeczowy, początkowo sceptyczny wobec projektu zainspirowanego snem, ale teraz równie zaangażowany jak ja.

„Jeśli się mylisz,” powiedział mi wczoraj, „przynajmniej zostawimy po sobie solidne budowle, które posłużą przyszłym pokoleniom. A jeśli masz rację… cóż, wtedy uratujemy Egipt.”

To właśnie poznanie Seneba uświadomiło mi, jak bardzo zamknięty w sobie byłem przez lata studiów. Znałem księgi, rytuały, symbole, ale tak niewiele wiedziałem o codziennym życiu zwykłych Egipcjan. Teraz, pracując nad projektem spichlerzy, muszę rozmawiać z rolnikami, rzemieślnikami, handlarzami. Ich perspektywa jest odświeżająca i pouczająca.

Co do Faraona – wzywa mnie średnio raz w tygodniu, by opowiedzieć o swoich snach. Większość z nich to zwykłe obrazy bez większego znaczenia – odwiedziny w dawno niewidzianych miejscach, rozmowy ze zmarłymi przodkami, wzloty nad Nilem. Interpretuję je zgodnie z tradycją, szukając w nich wskazówek dla bieżących decyzji Faraona.

Ale nie było już więcej snów o skarabeuszu czy latach tłustych i chudych. Zastanawiam się, czy ten pierwszy sen był wyjątkowy, zesłany specjalnie, by ostrzec nas przed nadchodzącym niebezpieczeństwem. Czy może Neferhotep otrzymał podobne ostrzeżenie wcześniej, ale nie odważył się go przekazać?

Wciąż też nie rozumiem, dlaczego mój poprzednik zmarł tak nagle po usłyszeniu snu Faraona. Próbowałem delikatnie wypytać o to najstarszych kapłanów, ale zbywają mnie ogólnikami lub zmieniają temat. To budzi mój niepokój.

Dziś przy kolacji otrzymałem wiadomość, że żona Wezyra, Nefertari, również miała niepokojący sen i prosi o moją interpretację. To niezwykłe – oficjalnie jestem Strażnikiem Snów Faraona, nie zwykłym interpretatorem dostępnym dla dworu. Ale odmowa mogłaby urazić Wezyra, którego wsparcie jest kluczowe dla projektu spichlerzy.

Udam się więc jutro do jej komnat. Mam nadzieję, że jej sen nie przyniesie kolejnych niepokojących przepowiedni. Egipt ma już wystarczająco wiele wyzwań na najbliższe lata.

Rok trzeci, miesiąc Pharmuthi, dzień jedenasty

Późna noc

Ręce mi drżą, gdy piszę te słowa. Odkryłem dziś coś, co zmienia wszystko, co myślałem o mojej roli, o Faraonie, o naturze snów.

Nefertari przyjęła mnie w swoich prywatnych komnatach, co samo w sobie było niezwykłym zaszczytem. Jest kobietą piękną, ale jej uroda nie przysłania bystrości umysłu, którą natychmiast dostrzegłem w jej oczach.

„Ptahhotepie,” powiedziała bez zbędnych wstępów, gdy tylko zostaliśmy sami, „nie miałam żadnego snu. To był tylko pretekst, by móc z tobą porozmawiać w cztery oczy.”

Zaskoczony, nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Nefertari ciągnęła dalej:

„Wiem o twoich interpretacjach snów Faraona. Wiem o spichlerzach, które planujesz budować. I wiem coś, czego ty nie wiesz – Neferhotep nie zmarł z powodu choroby. Został otruty.”

Poczułem, jak zimny pot spływa mi po plecach. „Otruty? Przez kogo? I skąd Pani to wie?”

„Przez tych, którzy nie chcieli, by jego interpretacje wpłynęły na decyzje Faraona,” odpowiedziała, ściszając głos, choć byliśmy sami. „Jest frakcja na dworze, która uważa, że Strażnik Snów ma zbyt duży wpływ na władcę. Że interpretacja snów powinna pozostać domeną kapłanów, nie jednostki.”

„Ale przecież jestem kapłanem,” zaprotestowałem. „Przeszedłem wszystkie szkolenia, złożyłem wszystkie przysięgi.”

„Tak, ale nie jesteś związany z głównym kapłaństwem Amona. Neferhotep też nie był. Obaj byliście szkoleni w starszej tradycji, która sięga czasów przed zjednoczeniem Egiptu.”

Jej słowa brzmiały prawdziwie, choć nigdy wcześniej nie myślałem o swojej roli w ten sposób. Rzeczywiście, moi nauczyciele byli kapłanami kultu Thota, nie Amona, ale sądziłem, że to bez znaczenia.

„Dlaczego Pani mi to mówi?” zapytałem, coraz bardziej zaniepokojony. „Jeśli Neferhotep został zabity za swoje interpretacje, to czy ja też jestem w niebezpieczeństwie?”

Nefertari westchnęła. „Oczywiście, że jesteś. Zwłaszcza, że twoja pierwsza interpretacja była tak… politycznie niewygodna. Ale mój mąż i ja wierzymy, że twoje ostrzeżenie jest prawdziwe. Lata głodu nadejdą, i musimy być przygotowani. Dlatego postanowiliśmy cię chronić.”

Opowiedziała mi wtedy o intryganckiej sieci na dworze Faraona, o tym, kto jest sojusznikiem, a kto wrogiem. Wielki Kapłan Amona, Hemiunu, choć publicznie poparł interpretację snu, prywatnie próbuje przekonać Faraona, że to tylko metafora, nie dosłowne ostrzeżenie. Dowódca straży pałacowej, Rahotep, jest lojalny wobec Wezyra, ale jego zastępca donosi Hemiunu. Główny skryba, Imhotep, jest neutralny, ale przekupny.

Głowa mi pęczniała od tych wszystkich informacji. Przez całe życie studiowałem sny i symbole, nie dworskie intrygi. Nagle poczułem się bezbronny, jak dziecko wrzucone w środek bitwy.

„Co mam robić?” zapytałem w końcu, nie kryjąc zagubienia.

„Po pierwsze, uważaj, co jesz i pijesz, zwłaszcza gdy jesteś poza swoimi komnatami,” odpowiedziała Nefertari rzeczowo. „Po drugie, kontynuuj budowę spichlerzy – to najważniejsze. Po trzecie… wzmocnij swoją pozycję u Faraona. Im bardziej będzie ci ufał, tym trudniej będzie cię usunąć.”

„Jak mam to zrobić?”

„Faraon fascynuje się snami, ale także… magią. Daj mu coś więcej niż tylko interpretacje. Daj mu rytuały, amulety, zaklęcia. Coś, co tylko ty możesz mu zapewnić.”

Poczułem ukłucie sumienia. „Sugerujesz, bym oszukiwał Faraona? Bym udawał magiczne moce, których nie posiadam?”

Nefertari uśmiechnęła się lekko. „Czy jesteś pewien, że ich nie posiadasz? Czy twoja interpretacja o latach tłustych i chudych nie okazała się niezwykle trafna? Czy nie 'wiedziałeś’ o planach budowy świątyni, choć nikt ci o nich nie mówił?”

„To było…”

„Intuicja? Przenikliwość? A może jednak dar od bogów? Granica między interpretacją a proroctwem jest cieńsza, niż myślisz, Ptahhotepie.”

Gdy wróciłem do swoich komnat, zastałem na stole niewielkie zawiniątko. W środku znajdował się amulet przedstawiający oko Horusa oraz zwój papirusu z zaklęciem ochronnym, które mogłem nosić przy sobie.

Darem Wezyra? Nefertari? A może ostrzeżeniem od kogoś innego?

Tej nocy, po raz pierwszy od objęcia urzędu, sam miałem sen. Śniło mi się, że stoję na szczycie ogromnego spichlerza, a Nil wzbiera i wylewa, ale zamiast wody płynie krew. Odnóża skarabeusza wyrastają z ziemi wokół budowli, podtrzymując ją, gdy wszystko inne zostaje zmyte.

Co oznacza ten sen? Kto powinien go zinterpretować? I czy powinienem powiedzieć o nim Faraonowi?

Coraz mniej rozumiem swoją rolę. Czy jestem tylko kanałem, przez który bogowie przemawiają do Faraona? Czy pionkiem w grze politycznej? Czy może kimś więcej – tym, kto naprawdę może uratować Egipt przed katastrofą?

Jedno wiem na pewno – nie mogę nikomu w pełni zaufać. Nawet zapisywanie tych słów jest ryzykiem. Od tej pory będę ukrywał swój pamiętnik w sekretnym miejscu, znanym tylko mnie.

Bogowie, prowadźcie mnie przez te niebezpieczne wody.

Rok trzeci, miesiąc Epiphi, dzień pierwszy

Minęły dwa miesiące, które wydają się dwoma latami. Nie pisałem, bo bałem się, że moje zapiski wpadną w niepowołane ręce. Ale dziś czuję potrzebę przelania myśli na papirus, by uporządkować to, co się wydarzyło.

Budowa pierwszego spichlerza w Memfis postępuje szybko. Fundamenty są już gotowe, a ściany rosną z każdym dniem. Seneb okazał się niezastąpionym pomocnikiem – jego wiedza praktyczna idealnie uzupełnia moje teoretyczne podejście. To on wpadł na pomysł, by połączyć spichlerz systemem tuneli z pobliskim kanałem Nilu, co ułatwi transport ziarna.

Faraon odwiedził plac budowy dwa tygodnie temu. Był zadowolony z postępów i publicznie chwalił moją inicjatywę. To umocniło moją pozycję, ale też zaogniło wrogość ze strony przeciwników.

Próba otrucia nastąpiła trzy dni później. Nie przyjąłem wina oferowanego mi przez jednego z młodszych kapłanów podczas uczty. Kierowałem się nie podejrzeniem, a prostym przypadkiem – bolał mnie tego dnia żołądek i unikałem alkoholu. Następnego dnia dowiedziałem się, że sługa, który napił się tego wina, zmarł w konwulsjach.

To był punkt zwrotny. Zrozumiałem, że rady Nefertari nie były przesadzone, że naprawdę toczy się walka, w której stawką jest moje życie. Postanowiłem więc zastosować się do jej trzeciej sugestii – wzmocnić swoją pozycję u Faraona.

Gdy następnym razem zostałem wezwany, by interpretować sen władcy (niezbyt znaczący – o polowaniu na lwy na pustyni), zakończyłem wizytę niespodziewanym gestem. Wręczyłem Faraonowi amulet z lapis-lazuli, na którym wyryte były symbole ochronne.

„Ten amulet, Boski Faraonie,” powiedziałem, „należy nosić podczas pełni księżyca. Wzmocni on połączenie twojego ka z twoimi przodkami, co pozwoli ci czerpać z ich mądrości podczas snów.”

Faraon przyjął dar z widoczną fascynacją. „Skąd masz taką wiedzę, Ptahhotepie?” zapytał.

„Z ksiąg Thota,” odparłem, co nie było kłamstwem – symbole rzeczywiście pochodziły z pradawnych tekstów, choć nigdzie nie było mowy o ich noszeniu podczas pełni. To dodałem od siebie, by stworzyć rytualny aspekt, który, jak sugerowała Nefertari, zafascynuje Faraona.

Od tego czasu regularnie przygotowuję dla władcy różne magiczne przedmioty – amulety, talizmany, specjalne mikstury do rytualnych obmyć przed snem. Nie wiem, czy naprawdę mają jakąkolwiek moc, ale Faraon twierdzi, że jego sny stały się żywsze i bardziej znaczące.

Co więcej, teraz kiedy skojarzył mnie nie tylko z interpretacją, ale i z „magią snów”, jak to nazywa, moja pozycja stała się niemal nietykalna. Tylko ja znam szczegóły rytuałów, tylko ja mogę przygotować odpowiednie przedmioty. Stałem się dla niego niezastąpiony.

To daje mi pewne bezpieczeństwo, ale nie rozwiewa wszystkich moich wątpliwości. Czy nie przekraczam granicy między interpretacją a oszustwem? Czy nie nadużywam zaufania Faraona dla własnych korzyści?

Z drugiej strony, jeśli moje interpretacje są prawdziwe, jeśli naprawdę nadchodzą lata głodu, to czy nie jest moim obowiązkiem zrobić wszystko, by przekonać Faraona do przygotowań? Cel uświęca środki, jak mawiają niektórzy filozofowie z dalekich krain.

Nefertari doradza mi, bym nie zadręczał się takimi rozterkami. „Twoje amulety sprawiają, że Faraon lepiej śpi i jest bardziej otwarty na twoje interpretacje,” mówi. „Jakie to ma znaczenie, czy działają dzięki magii, czy dzięki jego wierze w ich moc?”

Być może ma rację. A jednak nocami, gdy leżę bezsennie, zastanawiam się, czy nie stałem się tym, czym oskarżałem innych – człowiekiem, który manipuluje prawdą dla własnych celów.

Bogowie, jeśli naprawdę przemawiacie do mnie przez sny, dajcie mi znak, że podążam właściwą drogą.

Rok piąty, miesiąc Paofi, dzień dwudziesty

Minęły prawie dwa lata, odkąd ostatnio pisałem w tym pamiętniku. Nie z obawy – moja pozycja jest teraz mocna jak nigdy – ale z braku czasu. Nadzorowanie budowy spichlerzy w całym Egipcie pochłania większość moich dni, a interpretacja snów Faraona – noce.

Pierwszy spichlerz w Memfis został ukończony w zeszłym roku i już wypełnia się ziarnem z ostatnich zbiorów, które były wyjątkowo obfite. Podobne konstrukcje w Tebach i Heliopolis są prawie gotowe. Mniejsze spichlerze powstają w każdej prowincji. Seneb, który został mianowany Głównym Nadzorcą Spichlerzy, stworzył system dokumentacji i kontroli, który zapewnia uczciwość w gromadzeniu i dystrybucji zboża.

Faraon jest zadowolony z postępów, a jego wiara w moją interpretację tylko się wzmocniła, gdy pierwsze lata rzeczywiście okazały się niezwykle urodzajne. „To początek siedmiu lat tłustych,” powiedział mi niedawno podczas prywatnej audiencji. „Miałeś rację, Ptahhotepie.”

Moja pozycja na dworze umocniła się do tego stopnia, że dawni wrogowie stali się sojusznikami lub przynajmniej przestali otwarcie występować przeciwko mnie. Wielki Kapłan Amona, Hemiunu, który kiedyś kwestionował moje interpretacje, teraz sam konsultuje ze mną swoje sny. Czy to szczere nawrócenie, czy tylko polityczna kalkulacja – trudno powiedzieć.

Mimo tych sukcesów, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że coś niepokojącego nadchodzi. Nie chodzi tylko o przepowiedziane lata głodu – do nich przygotowujemy się systematycznie. To coś innego, trudniejszego do uchwycenia.

Od kilku tygodni Faraon opowiada mi o nowym, powtarzającym się śnie. Widzi w nim ogromną falę, która nadciąga z południa, zza pierwszej katarakty Nilu. Nie jest to zwykły wylew – woda jest ciemna, niemal czarna, i niesie ze sobą nie życiodajny muł, ale fragmenty czegoś, co wygląda jak rozbite posągi bogów.

Interpretowałem ten sen jako ostrzeżenie przed możliwym konfliktem z Nubią, zalecając wzmocnienie południowych granic i wysłanie dodatkowych oddziałów do fortec na pograniczu. Faraon zaakceptował tę wykładnię i wydał odpowiednie rozkazy. Ale im więcej myślę o tym śnie, tym bardziej czuję, że moja interpretacja była powierzchowna.

Ciemna woda. Rozbite posągi bogów. To nie brzmi jak zwykła wojna czy najazd. To brzmi jak… katastrofa religijna. Jak załamanie się samych fundamentów naszej wiary.

Nie podzieliłem się tymi przemyśleniami z Faraonem. Zbyt wiele zainwestowaliśmy w przygotowania do lat głodu, zbyt wiele jest jeszcze do zrobienia. Gdybym teraz zasiał ziarna paniki religijnej, mógłbym zniszczyć wszystko, co udało nam się osiągnąć.

Ale inna wizja nie daje mi spokoju. To mój własny sen, który nawiedza mnie od kilku nocy. Stoję na brzegu Nilu i patrzę na wschód słońca. Ale zamiast Horusa w swojej łodzi, na niebie pojawia się dziwny znak – coś jak krzyż z pętlą u góry. I głos, którego nie rozpoznaję, szepcze mi do ucha: „Nadchodzi ten, który nie zna Józefa.”

Kim jest Józef? Nie znam nikogo o tym imieniu. To nie jest egipskie imię. I co oznacza ten dziwny symbol? Przeszukałem wszystkie księgi symboliczne w świątynnej bibliotece, ale nie znalazłem nic podobnego.

Czy to możliwe, że bogowie przemawiają do mnie w języku, którego jeszcze nie rozumiem? Czy ostrzegają przed zagrożeniem, które jest zbyt odległe, bym mógł je pojąć?

Jedno jest pewne – muszę dokończyć to, co zacząłem. Muszą powstać wszystkie spichlerze, musimy zgromadzić wystarczające zapasy, by przetrwać siedem lat głodu. Co do reszty… być może odpowiedzi przyjdą z czasem, w kolejnych snach.

Rok siódmy, miesiąc Mechir, dzień piąty

Wraz z końcem ubiegłego roku zakończyliśmy budowę ostatniego z głównych spichlerzy. Ukończenie wszystkich mniejszych magazynów spodziewane jest przed początkiem nowego sezonu wylewów Nilu. Seneb zapewnia, że jesteśmy już w stanie przetrwać trzy lata całkowitej suszy, a gdy wszystkie magazyny będą pełne – pełne siedem lat, zgodnie z przepowiednią.

Zbiory nadal są obfite, choć w tym roku nie tak imponujące jak w poprzednich. Niektórzy urzędnicy interpretują to jako oznakę, że siedem tłustych lat dobiega końca i wkrótce rozpocznie się okres niedostatku. Inni twierdzą, że to tylko naturalna fluktuacja, jakich wiele w historii Egiptu.

Faraon wzywa mnie teraz rzadziej. Jego sny stały się… zwyczajne. Polowania, uczty, rozmowy z doradcami – nic, co wymagałoby głębszej interpretacji. Czasem mam wrażenie, że jest niemal rozczarowany brakiem dramatycznych wizji. Przyzwyczaił się do myśli, że przez jego sny przemawia coś większego od niego samego, i tęskni za tym poczuciem wyjątkowości.

Co do mnie, to nadal nawiedzają mnie własne, niepokojące sny. Symbol krzyża z pętlą pojawia się coraz częściej, czasem towarzyszą mu inne znaki, których nie rozpoznaję. A głos wciąż powtarza te same słowa: „Nadchodzi ten, który nie zna Józefa.”

Odważyłem się wspomnieć o tym Nefertari, która przez te lata stała się moją przyjaciółką i powierniczką. Ku mojemu zaskoczeniu, nie wydawała się zdziwiona.

„W pałacowej bibliotece,” powiedziała, „znajduje się stary zwój, przywieziony z dalekich krain na wschodzie. Mówi o ludzie zwanym Hebrajczykami, którzy czczą jednego boga zamiast wielu. Jeden z ich patriarchów miał na imię Józef i podobno uratował Egipt przed wielkim głodem wiele pokoleń temu. A potem, jak mówi ich historia, nadszedł nowy faraon, który 'nie znał Józefa’, i zaczął ich prześladować.”

Jej słowa wywołały we mnie dreszcz. Czy to możliwe, że moje sny nie odnoszą się do teraźniejszości czy bliskiej przyszłości, ale do odległej przyszłości Egiptu? Do czasów, kiedy mnie już dawno nie będzie?

„Ten symbol,” kontynuowała Nefertari, „wygląda jak 'ankh’, znak życia u pewnych wschodnich ludów. Niektórzy twierdzą, że to klucz do bramy między światami, między życiem a śmiercią.”

Próbowałem wypytać ją, skąd ma taką wiedzę, ale uśmiechnęła się tylko tajemniczo i powiedziała, że kobieta na dworze Faraona musi znać wiele rzeczy, o których mężczyźni nawet nie pomyślą.

Te rewelacje nie dają mi spokoju. Jeśli moje sny naprawdę odnoszą się do odległej przyszłości Egiptu, do czasów, które nadejdą długo po moim odejściu, to jaki jest ich cel? Co mogę zrobić z taką wiedzą?

A może… może nie chodzi o powstrzymanie przyszłości, ale o jej zapisanie? O przekazanie świadectwa, które przetrwa, gdy mnie już nie będzie?

Postanowiłem sporządzić kopię tego pamiętnika – bez osobistych rozterek i detali politycznych, skupiając się tylko na snach i ich interpretacjach. Tę kopię ukryję w fundamencie jednego ze spichlerzy, może tego w Tebach, wraz z instrukcjami, jak interpretować symbole, które nawiedzają moje sny. Kto wie, może kiedyś, w odległej przyszłości, ktoś to odnajdzie i zrozumie, że przepowiednia się spełniła.

Ale na razie muszę skupić się na teraźniejszości i najbliższej przyszłości. Na siedmiu latach głodu, które, jak wierzę, wkrótce nadejdą. Na zapewnieniu, że Egipt przetrwa to wyzwanie.

Rok ósmy, miesiąc Tybi, dzień pierwszy

To zaczęło się, tak jak przepowiedział sen. Siedem lat tłustych dobiegło końca, a wraz z nimi wydaje się, że nawet sam Nil zmienił swój odwieczny rytm.

Wylew w tym roku był słaby, ledwie pokrył najbardziej wysunięte pola. Woda szybko opadła, a gdy rolnicy próbowali siać, odkryli, że gleba jest sucha i spękana, jakby Nil nigdy jej nie dotknął.

Pierwsze wieści o słabych zbiorach dotarły na dwór przed tygodniem. Faraon natychmiast wezwał mnie, Seneba i innych doradców na naradę.

„Czy to już?” zapytał, patrząc mi prosto w oczy. „Czy to początek siedmiu lat głodu, o których mówiłeś?”

Przytaknąłem. „Wszystkie znaki na to wskazują, Boski Faraonie. Ale jesteśmy przygotowani. Nasze spichlerze są pełne, a systemy dystrybucji gotowe. Egipt przetrwa, jak przepowiedziałeś.”

To ostatnie zdanie było małym pochlebstwem – to ja przepowiedziałem, nie on – ale Faraon przyjął je z zadowoleniem. Uśmiechnął się i zwrócił do zgromadzonych:

„Widzicie? Bogowie przemówili do nas przez sny, a my ich wysłuchaliśmy. Gdy inne krainy będą cierpieć głód, Egipt będzie miał pod dostatkiem. A to dzięki mądrości Faraona i jego Strażnika Snów.”

Następnego dnia wydał dekret ustalający nowe zasady dystrybucji zboża. Każda rodzina otrzyma przydział zależny od liczby osób. Ceny zostaną ustalone na rozsądnym poziomie, by zapobiec spekulacjom. Eksport zboża zostaje zakazany, z wyjątkiem specjalnych przypadków zatwierdzonych przez Wielkiego Wezyra.

Seneb został mianowany oficjalnie Nadzorcą Królewskich Spichlerzy, z władzą nad wszystkimi magazynami w kraju. Jego pierwszym rozkazem było przeprowadzenie dokładnej inwentaryzacji, by wiedzieć dokładnie, ile zboża posiadamy i jak długo może wystarczyć.

Co do mnie – Faraon obdarzył mnie nowym tytułem: „Prorok Ra-Horakhty”, co oznacza bezpośredni związek ze słonecznym bóstwem, potężniejszym nawet niż Amon w oczach wielu Egipcjan. To nie tylko zaszczyt, ale i praktyczna ochrona – nikt nie odważy się podnieść ręki na kapłana tak potężnego boga.

Wydawałoby się, że to czas triumfu. Sen się spełnił, moja interpretacja okazała się słuszna, nasze przygotowania adekwatne. Tak przynajmniej wygląda to na zewnątrz.

Ale w głębi duszy czuję niepokój. Nie o Egipt – wierzę, że przetrwamy te siedem lat. Martwię się o coś innego, coś, co widziałem we śnie trzy noce temu.

Stałem na szczycie Wielkiej Piramidy w Gizie, patrząc na rozciągający się wokół Egipt. I nagle krajobraz zaczął się zmieniać. Piasek pustyni wlewał się na pola uprawne, przykrywając je, jak podczas burzy piaskowej. Ale to nie była zwykła burza – to był powolny, nieubłagany proces, trwający przez pokolenia. I gdy ostatnie zielone pole zniknęło pod piaskiem, z ziemi wyrosły nowe budowle – nie z kamienia, jak nasze świątynie, ale z jakiegoś dziwnego, szklistego materiału, który błyszczał w słońcu.

Ludzie poruszający się wśród tych budowli nie wyglądali jak Egipcjanie. Ich skóra miała różne odcienie, ich stroje były obce. I nikt z nich nie spoglądał w kierunku piramid z czcią – patrzyli na nie jak na zwykłe kupy kamieni, ciekawostki z przeszłości.

Wtedy usłyszałem znów ten głos, mówiący: „Wszystko przemija, Ptahhotepie. Imperia, bogowie, prawa. Ale niektóre sny trwają wiecznie.”

Czy to wizja przyszłości Egiptu? Czy kiedyś nasza wielka cywilizacja zniknie, przykryta piaskami pustyni, zapomniana przez nowych ludzi, którzy przyjdą po nas?

Jeśli tak, jaki ma sens cała nasza praca? Nasze monumenty, nasze pisma, nasze rytuały?

Ale może… może właśnie w tym tkwi odpowiedź. Może jedyną rzeczą, która naprawdę przetrwa, są nasze opowieści, nasze sny, nasze nadzieje przekazane przyszłym pokoleniom.

Dlatego postanowiłem kontynuować ten pamiętnik, nawet jeśli nikt go nigdy nie przeczyta. To moje świadectwo, mój sen, który być może przetrwa, gdy wszystko inne obróci się w pył.

Rok dziesiąty, miesiąc Epiphi, dzień dwudziesty siódmy

Trzy lata głodu za nami, cztery jeszcze przed nami, jeśli przepowiednia jest dokładna. Egipt cierpi, ale nie umiera z głodu, jak niektóre sąsiednie krainy.

Nasze spichlerze działają sprawnie. System dystrybucji, choć nie idealny, zapewnia, że nikt nie umiera z głodu – przynajmniej nie z powodu braku zboża. Chorób nie da się uniknąć, gdy ludzie są osłabieni, ale nawet z tym radzimy sobie lepiej niż się spodziewałem.

Co najbardziej zaskakujące, do Egiptu zaczęli przybywać ludzie z innych krain, szukający pożywienia. Niektórzy przynoszą towary na wymianę, inni oferują swoją pracę, jeszcze inni po prostu błagają o pomoc.

Faraon, za radą Wezyra, ustanowił specjalne zasady dla cudzoziemców. Mogą kupić ziarno po wyższej cenie niż Egipcjanie lub odpracować jego wartość przy projektach publicznych – naprawie kanałów, budowie dróg, wznoszeniu świątyń.

To rozsądna polityka. Egipt zyskuje potrzebne towary lub pracę, a obcy otrzymują żywność, której potrzebują, by przeżyć. Niektórzy z nich decydują się nawet osiedlić w Egipcie na stałe, widząc, jak dobrze radzimy sobie z kryzysem.

Wśród tych cudzoziemców są też ludzie ze wschodu, z krain za Synajem. Mówią dziwnym językiem, ale niektórzy znają również nasz. Ich przywódca przedstawił się jako „Jehuda, syn Jakuba”. Gdy usłyszałem to imię, poczułem dreszcz – Jakub. Czy to może mieć związek z tajemniczym Józefem z moich snów?

Zaintrygowany, poprosiłem o spotkanie z tym Jehudą. Okazał się człowiekiem w średnim wieku, o intensywnym spojrzeniu i dumnej postawie, mimo trudnej sytuacji, w jakiej się znajdował.

„Przybywasz z daleka, Jehudo,” powiedziałem. „Co sprowadza cię do Egiptu?”

„Głód, panie,” odpowiedział prosto. „W naszej ziemi nic nie rośnie od dwóch lat. Usłyszeliśmy, że w Egipcie jest zboże, więc nasz ojciec wysłał nas, byśmy kupili żywność dla naszych rodzin.”

„Twój ojciec musi być mądrym człowiekiem, skoro przewidział, że znajdziecie tu pomoc.”

Jehuda uśmiechnął się lekko. „Mój ojciec, Jakub, jest istotnie mądry. Ale to nasz brat Beniamin miał sen, że znajdziemy zboże w Egipcie. A ojciec ufa jego snom.”

Sny. Znowu sny. Czułem, jak moje serce przyspiesza.

„Czy wśród was jest ktoś o imieniu Józef?” zapytałem, próbując brzmieć obojętnie.

Twarz Jehudy stężała, a jego oczy nagle wypełniły się bólem.

„Mieliśmy brata o tym imieniu,” powiedział cicho. „Był synem ukochanej żony naszego ojca, Racheli. Ale straciliśmy go wiele lat temu. Dlaczego pytasz, panie?”

Zawahałem się. Jak miałem wyjaśnić, że imię obcego człowieka, o którym nigdy nie słyszałem, nawiedza mnie w snach?

„To… popularne imię w waszych stronach?” spytałem wymijająco.

„Nie szczególnie,” odpowiedział Jehuda, przyglądając mi się uważnie. „To imię oznacza 'niech Bóg doda’. Nasz ojciec nadał je swojemu synowi, prosząc Boga o kolejne dziecko z ukochaną żoną.”

„Rozumiem,” powiedziałem, choć tak naprawdę nie rozumiałem nic. „A wasz lud… komu oddajecie cześć?”

„Czcimy jedynego Boga,” odparł Jehuda z nową intensywnością w głosie. „Nie ma ich wielu, jak twierdzicie wy, Egipcjanie. Jest tylko jeden, stwórca nieba i ziemi.”

Jeden bóg. Jak w moim śnie. Jak w opowieści, o której wspominała Nefertari.

„Dziękuję ci, Jehudo,” powiedziałem, kończąc rozmowę. „Dostaniesz zboże, którego potrzebujesz, po standardowej cenie dla cudzoziemców.”

Po jego odejściu siedziałem długo, próbując uporządkować myśli. Czy to przypadek, że ludzie, których imiona pojawiają się w moich snach, przybywają teraz do Egiptu? Czy to część jakiegoś większego planu?

I wtedy przyszła mi do głowy myśl tak nieprawdopodobna, że początkowo ją odrzuciłem. A co, jeśli… co, jeśli Józef, brat Jehudy, nie został „stracony”, jak twierdzi, ale trafił do Egiptu? Co, jeśli jest wśród nas, może nawet na dworze Faraona, pod innym imieniem?

To absurdalne przypuszczenie, oczywiście. Egipt jest ogromny, a dwór Faraona to tysiące ludzi. Szansa, że akurat brat jakiegoś obcego cudzoziemca znalazłby się w znaczącej pozycji, jest praktycznie zerowa.

A jednak… nie mogę pozbyć się wrażenia, że te sny, te imiona, te zbiegi okoliczności – to wszystko prowadzi do czegoś, czego jeszcze nie rozumiem.

Postanowiłem, że jutro zapytam Wielkiego Wezyra, czy wśród wysokich urzędników nie ma kogoś, kto przybył do Egiptu z dalekich stron, być może jako niewolnik lub jeniec, a potem awansował. To mało prawdopodobne, ale… cóż, cała ta historia zaczęła się od nieprawdopodobnego snu.

Rok dziesiąty, miesiąc Epiphi, dzień dwudziesty dziewiąty

Nie mam słów, by opisać, co odkryłem. A jednak muszę spróbować, bo jeśli to prawda, to wszystko, czego doświadczyłem, nabiera zupełnie nowego znaczenia.

Zgodnie z planem, udałem się do Wielkiego Wezyra z moim pytaniem. Ku mojemu zaskoczeniu, nie wydawał się zdziwiony.

„Mówisz o Zaphnath-Paaneahu,” powiedział, używając egipskiego tytułu, który można przetłumaczyć jako „Ten, który wyjawia ukryte rzeczy”. „To główny zarządca spichlerzy, człowiek, który nadzoruje cały system dystrybucji zboża.”

„Nie znam go,” odparłem zaskoczony. „Myślałem, że Seneb…”

„Seneb zarządza budową i bezpieczeństwem spichlerzy,” wyjaśnił Wezyr. „Ale to Zaphnath-Paaneah ustanowił cały system, który teraz ratuje Egipt. To on zaproponował Faraonowi gromadzenie jednej piątej zbiorów w latach urodzaju. To on opracował metody konserwacji i dystrybucji. I to on, jako pierwszy, ostrzegł Faraona o nadchodzących latach głodu.”

Poczułem, jak krew odpływa mi z twarzy. „Kiedy? Kiedy to było?”

„Jeszcze za czasów poprzedniego Wezyra, około dwudziestu lat temu. Faraon miał sen, którego nikt nie potrafił zinterpretować… z wyjątkiem tego człowieka, który był wtedy więźniem. Jego interpretacja tak zachwyciła Faraona, że nie tylko go uwolnił, ale uczynił jednym z najpotężniejszych ludzi w Egipcie.”

Dwadzieścia lat temu. Długo przed moim snem, przed moją interpretacją, przed budową spichlerzy. Ktoś inny – ten tajemniczy Zaphnath-Paaneah – ostrzegł Faraona i zainicjował przygotowania, które ja tylko kontynuowałem.

„Skąd on pochodzi?” zapytałem, czując, jak mój głos drży. „Kim jest?”

„Nikt dokładnie nie wie,” odpowiedział Wezyr. „Mówi się, że był niewolnikiem z Kanaanu, sprzedanym do Egiptu przez własnych braci. Ale przecież to nie ma znaczenia – teraz jest Egipcjaninem, ma egipską żonę, egipskie imię, czci egipskie bóstwa.”

Bracia. Kanaan. Nagle wszystko zaczęło układać się w całość.

„Czy jego prawdziwe imię… czy mógł nazywać się Józef?”

Wezyr spojrzał na mnie ze zdumieniem. „Skąd to pytanie? Ale tak, podobno tak miał na imię, zanim otrzymał egipskie imię od Faraona. Józef, syn Jakuba. Skąd to wiesz, Ptahhotepie?”

Nie odpowiedziałem. Nie mogłem. Mój umysł szukał gorączkowo sensu w tym wszystkim.

Zaphnath-Paaneah. Józef. Człowiek, którego imię nawiedzało mnie w snach. Człowiek, który już dwadzieścia lat temu przepowiedział to samo, co ja – siedem lat urodzaju, siedem lat głodu. Człowiek, którego bracia właśnie przybyli do Egiptu, szukając ziarna.

Czy to możliwe, że moje sny nie były proroctwem, ale… echem? Odbiciem czegoś, co już się wydarzyło? Czy bogowie wybrali mnie nie jako proroka, ale jako świadka, który ma potwierdzić prawdziwość tego, co przepowiedział Józef?

Muszę go zobaczyć. Muszę porozmawiać z tym człowiekiem, Zaphnath-Paaeneahem, Józefem, kimkolwiek jest. Muszę zrozumieć, jaka jest moja rola w tej historii.

Wezyr obiecał zorganizować nasze spotkanie jutro, w Wielkim Spichlerzu w Memfis, gdzie Zaphnath-Paaneah będzie nadzorował dystrybucję zboża dla cudzoziemców. Dla braci Józefa.

Nie wiem, czy zasnę tej nocy. Ale jeśli tak, może wreszcie zrozumiem swoje sny.

Rok dziesiąty, miesiąc Epiphi, dzień trzydziesty

Widziałem go. Rozmawiałem z nim. I teraz wiem.

Zaphnath-Paaneah – Józef – jest wysokim mężczyzną o przenikliwym spojrzeniu i spokojnym głosie. Mimo egipskich szat i ogolonej głowy, nie sposób nie zauważyć, że nie jest rodowitym Egipcjaninem. Jego rysy są ostrzejsze, jego akcent, choć ledwo wyczuwalny, zdradza obce pochodzenie.

Spotkaliśmy się w jego prywatnych komnatach przy Wielkim Spichlerzu. Przyjął mnie uprzejmie, ale z pewną rezerwą – najwyraźniej Wezyr nie wyjaśnił mu, dlaczego tak nagle zapragnąłem go poznać.

„Wielki Wezyr mówi, że jesteś Strażnikiem Snów Faraona,” powiedział, gdy usiedliśmy. „To zaszczytna pozycja. Sam kiedyś interpretowałem sen Faraona.”

„Wiem,” odparłem. „Twoja interpretacja uratowała Egipt. Ostrzegłeś o siedmiu latach głodu.”

Skinął głową. „Tak. Ale to nie była moja mądrość – to mój Bóg objawił mi znaczenie snu Faraona.”

„Twój Bóg?” zapytałem, choć znałem już odpowiedź. „Nie nasi bogowie?”

„Czczę jedynego Boga, stwórcę nieba i ziemi,” odpowiedział, używając niemal tych samych słów, co jego brat, Jehuda. „Szanuję egipskie wierzenia i zwyczaje, ale w sercu pozostaję wierny Bogu moich ojców, Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi.”

Jakub. Jego ojciec. Ojciec Jehudy i innych braci, którzy przybyli po zboże.

„Twoi bracia są w Egipcie,” powiedziałem cicho. „Przybyli kupić ziarno.”

Na jego twarzy pojawił się wyraz zaskoczenia, a potem – ostrożności.

„Skąd to wiesz?” zapytał.

Opowiedziałem mu wtedy wszystko. O moich snach, o głosie mówiącym „Nadchodzi ten, który nie zna Józefa”, o symbolu ankh, o rozmowie z Jehudą. Słuchał w milczeniu, jego twarz nie zdradzała emocji, ale w oczach dostrzegłem błysk – rozpoznanie, zrozumienie.

Gdy skończyłem, westchnął głęboko.

„Teraz rozumiem, dlaczego Bóg zesłał mi ten sen dziś w nocy,” powiedział. „Widziałem człowieka stojącego na szczycie piramidy, patrzącego w przyszłość. Nie wiedziałem, kim jest, ale czułem, że muszę mu przekazać wiadomość. Teraz wiem, że tym człowiekiem byłeś ty, Ptahhotepie.”

„Jaką wiadomość?” zapytałem, czując, jak drży mi głos.

„Że wszystko jest częścią planu,” odpowiedział Józef. „Moja podróż do Egiptu, niewola, więzienie, a potem wzniesienie do władzy. Twoje sny i interpretacje. Nawet spotkanie naszych braci. Wszystko to służy większemu celowi.”

„Jakiemu celowi?” zapytałem, zafascynowany i przerażony jednocześnie.

Józef spojrzał mi prosto w oczy. „By zachować przy życiu wielki lud. By linia Abrahama nie zginęła w latach głodu. By proroctwo mogło się wypełnić.”

„Jakie proroctwo?”

„Że potomkowie Abrahama staną się liczni jak gwiazdy na niebie. Że będą błogosławieństwem dla wszystkich narodów ziemi.” Józef uśmiechnął się lekko. „W tym także dla Egiptu, który teraz karmi ich w czasie głodu.”

Siedziałem w milczeniu, próbując pojąć implikacje jego słów. Jeśli mówił prawdę, jeśli naprawdę wszystko było częścią jakiegoś boskiego planu, to jaka była moja rola? Czy byłem tylko potwierdzeniem, echem proroctwa Józefa? Czy moje interpretacje miały jakiekolwiek znaczenie?

Jakby czytając w moich myślach, Józef położył mi dłoń na ramieniu.

„Nie pomniejszaj swojej roli, Ptahhotepie. Bez twoich interpretacji, bez budowy spichlerzy, które nadzorowałeś, Egipt nie byłby tak dobrze przygotowany. Mój plan sięgał daleko, ale twój dopełnił go. Razem uratowaliśmy Egipt – i nie tylko Egipt.”

„Ale ja myślałem…” zacząłem, nie wiedząc, jak ubrać w słowa moje rozczarowanie.

„Że to ty pierwszy ostrzegłeś o głodzie? Że to twoja interpretacja była przełomowa?” Józef pokręcił głową. „Czy to naprawdę ma znaczenie, kto był pierwszy? Liczy się, że Egipt przetrwa, że ludzie nie umrą z głodu, że przyszłe pokolenia poznają historię o mądrości, która pokonała klęskę.”

Miał rację, oczywiście. A jednak nie mogłem oprzeć się uczuciu, że cała moja praca, moje zmagania, moje interpretacje – wszystko to było tylko cieniem czegoś, co wydarzyło się wcześniej.

„A co z moim snem o 'tym, który nie zna Józefa’?” zapytałem. „Co oznaczają te słowa?”

Twarz Józefa spoważniała. „To ostrzeżenie o przyszłości. O czasach, które nadejdą długo po naszym odejściu. Mój lud zostanie w Egipcie, rozrośnie się tu i rozkwitnie. Ale nadejdzie dzień, gdy nowy faraon zapomni o tym, co zrobiłem dla Egiptu. Zapomni o przymierzu między naszymi ludami. I wtedy rozpocznie się prześladowanie, które zakończy się wielkim exodusem.”

„Exodusem?”

„Wyjściem. Mój lud opuści Egipt pod przywództwem proroka, który przeprowadzi ich przez morze i pustynię do Ziemi Obiecanej.”

Wizja, którą nakreślił, była tak odległa, tak obca wszystkiemu, co znałem, że trudno było mi w nią uwierzyć. A jednak, patrząc w jego oczy, czułem, że mówi prawdę – a przynajmniej to, co on uważa za prawdę.

„Dlaczego mi to mówisz?” zapytałem. „Co ja mam z tym wspólnego?”

„Bo ty też jesteś częścią tego planu,” odpowiedział Józef. „Twoje sny są mostem między moim czasem a czasem Wyjścia. Twoje zapiski, twoje świadectwo – one przetrwają, gdy wszystko inne zostanie zapomniane. One przypomną przyszłym pokoleniom, że Bóg działa w snach, w wizjach, w skrytych znakach, które muszą być interpretowane.”

Rozmawialiśmy jeszcze długo. O snach, o bogach – jego Bogu i bogach Egiptu – o przyszłości i przeszłości. Gdy w końcu wstałem, by odejść, Józef zatrzymał mnie gestem.

„Jest coś jeszcze, co powinieneś wiedzieć,” powiedział. „Moi bracia, którzy przybyli po zboże… oni nie wiedzą, kim jestem. Nie rozpoznali mnie po tylu latach, w egipskich szatach, z ogolonym ciałem. I jeszcze im się nie ujawniłem.”

„Dlaczego?” zapytałem zaskoczony.

„Ponieważ muszę ich najpierw wypróbować. Muszę się przekonać, czy się zmienili, czy żałują tego, co mi uczynili.”

„Co ci uczynili?”

Józef zawahał się przez chwilę, a potem opowiedział mi historię tak niewiarygodną, że gdyby nie żarliwość w jego głosie, uznałbym ją za zmyśloną. O tym, jak jego bracia, zazdrosni o miłość ojca, wrzucili go do cysterny, a potem sprzedali w niewolę kupcom zmierzającym do Egiptu. O tym, jak służył w domu Potifara, jak został niesłusznie oskarżony i wtrącony do więzienia. I jak w końcu, dzięki zdolności interpretowania snów, został wezwany przed Faraona i wyniesiony do władzy.

„Więc teraz,” zakończył, „gdy przybyli po zboże, mogę zdecydować o ich losie. Mogę się zemścić za to, co mi zrobili. Albo mogę im wybaczyć i pojednać naszą rodzinę.”

„I co wybierzesz?” zapytałem, choć coś w jego oczach podpowiadało mi odpowiedź.

„Wybaczenie,” odpowiedział po prostu. „Ale zanim to nastąpi, muszą zrozumieć, co zrobili. Muszą odczuć strach i niepewność, których ja doświadczyłem. A potem… potem przyprowadzą mojego ojca i najmłodszego brata, Beniamina, do Egiptu, i będziemy znów jedną rodziną.”

Gdy opuszczałem jego komnaty, czułem się dziwnie lekki, jakby ciężar, którego istnienia nawet nie byłem świadomy, został zdjęty z moich ramion. Może dlatego, że wreszcie zrozumiałem swoje sny. Może dlatego, że spotkałem kogoś, kto również żyje w świecie snów i interpretacji. A może dlatego, że historia Józefa pokazała mi, że nawet najgorsze doświadczenia mogą być częścią większego planu, który ostatecznie prowadzi do dobra.

Rok dziesiąty, miesiąc Mesore, dzień piętnasty

Minęło pół miesiąca od mojego spotkania z Józefem. W tym czasie obserwowałem z daleka jego interakcje z braćmi, nie ingerując, ale będąc świadkiem niezwykłego dramat, który rozgrywał się zgodnie z jego planem.

Najpierw oskarżył ich o szpiegostwo i zatrzymał jednego, Symeona, jako zakładnika, wysyłając pozostałych po najmłodszego brata, Beniamina. Potem, gdy wrócili z Beniaminem, urządził ucztę i obdarzył ich darami, ale potajemnie podrzucił swój srebrny puchar do worka Beniamina, a potem oskarżył go o kradzież.

Wszystko to było częścią jego planu, by wypróbować ich lojalność i miłość do najmłodszego brata. I najwyraźniej bracia zdali ten test, bo Jehuda wystąpił przed Józefa i błagał, by to jego zatrzymał jako niewolnika zamiast Beniamina, bo śmierć ich ojca, gdyby stracił ukochanego syna, byłaby nie do zniesienia.

Wtedy Józef nie mógł już dłużej się powstrzymać. Odesłał wszystkich egipskich sług, zalał się łzami i wyjawił swoją tożsamość zdumionym braciom. „Ja jestem Józef, wasz brat, którego sprzedaliście do Egiptu!” – zawołał.

Reakcja braci była dokładnie taka, jakiej można się było spodziewać – strach, niedowierzanie, wyrzuty sumienia. Ale Józef natychmiast ich uspokoił, mówiąc, że to Bóg posłał go przed nimi do Egiptu, by ocalić ich życie podczas głodu.

Potem nakazał im wrócić do Kanaanu i przywieźć ojca, Jakuba, wraz z całymi rodzinami, ich trzodami i dobytkiem. Faraon, gdy usłyszał o odnalezieniu rodziny swojego zaufanego doradcy, nie tylko zaaprobował ten plan, ale obiecał dać im najlepszą część ziemi w Egipcie – krainę Goszen, znaną z żyznych pastwisk.

Obserwowałem to wszystko z fascynacją, widząc, jak wizja Józefa staje się rzeczywistością. Jego plan nie tylko uratował Egipt przed głodem, ale też jego rodzinę, jego lud. I wszystko to zaczęło się od snu – od interpretacji, która zmieniła bieg historii.

Rok jedenasty, miesiąc Thoth, dzień dziesiąty

Dziś miało miejsce niezwykłe wydarzenie – spotkanie dwóch patriarchów, Faraona Egiptu i Jakuba, ojca Józefa, który wreszcie przybył do Egiptu wraz z całą rodziną.

Jakub jest starcem o imponującej posturze, z długą, białą brodą i oczami, które mimo wieku patrzą bystro i przenikliwie. Mimo swojego osłabienia, spowodowanego trudami podróży i zaawansowanym wiekiem, emanuje z niego duch, który wymusza szacunek.

Faraon przyjął go z honorami należnymi ojcu człowieka, który uratował Egipt. Gdy Jakub stanął przed tronem, to nie on wyglądał na onieśmielonego, lecz Faraon. Było coś w postawie starca, w jego prostocie i godności, co sprawiało, że złote insygnia i bogato zdobiony tron wydawały się nagle mniej imponujące.

„Ile lat życia masz za sobą?” zapytał Faraon, co jest tradycyjnym egipskim powitaniem wobec szanowanych starców.

„Sto trzydzieści lat pielgrzymowania mam za sobą,” odpowiedział Jakub. „Niewiele i złe były dni lat życia mego i nie dorównują dniom życia moich przodków w czasie ich pielgrzymowania.”

Sto trzydzieści lat! To więcej niż dwukrotność życia przeciętnego Egipcjanina. Nawet jeśli to przesada lub różnica w liczeniu czasu, to i tak wiek imponujący. Ale to nie lata, lecz sposób, w jaki Jakub mówił o swoim życiu jako o „pielgrzymowaniu”, zrobił na mnie największe wrażenie. Jakby cały jego pobyt na ziemi był tylko tymczasowy, jakby zmierzał do jakiegoś innego, ostatecznego celu.

A potem stało się coś niezwykłego. Jakub podniósł ręce i pobłogosławił Faraona. Nie Faraon pobłogosławił przybysza, jak nakazywałby zwyczaj, ale starzec pobłogosławił władcę najpotężniejszego imperium na ziemi. I co najbardziej zdumiewające – Faraon przyjął to błogosławieństwo z pochyloną głową, w milczeniu.

Gdy audiencja dobiegła końca i Jakub został odprowadzony do komnat przygotowanych dla niego i jego rodziny w pałacu, Faraon zwrócił się do swoich doradców, w tym do mnie:

„Widzieliście tego starca? W jego oczach jest mądrość, której nie spotkałem u żadnego z naszych kapłanów. Jego Bóg musi być potężny, skoro daje swoim wyznawcom taką siłę ducha.”

To był znaczący moment – władca Egiptu, kraju o tysiącletniej tradycji religijnej, uznał moc obcego bóstwa. Nie otwarcie, nie formalnie, ale w zaciszu swoich komnat, wśród zaufanych doradców.

Po audiencji odwiedziłem Józefa, by pogratulować mu pojednania z rodziną. Zastałem go samego, pogrążonego w myślach.

„Twój ojciec zrobił wielkie wrażenie na Faraonie,” powiedziałem.

Józef uśmiechnął się. „Mój ojciec ma w sobie ducha, którego nie sposób nie zauważyć. Przez całe życie rozmawiał z Bogiem, walczył z Nim, targował się, błagał Go i dziękował Mu. Ta relacja ukształtowała go w sposób, którego nie da się podrobić.”

„Wierzysz, że twój Bóg naprawdę z nim rozmawiał?” zapytałem, zaintrygowany.

„Wierzę,” odpowiedział Józef z prostotą, która nie pozostawiała miejsca na wątpliwości. „Tak jak rozmawiał ze mną przez sny. Tak jak mówi do ciebie, Ptahhotepie, choć interpretujemy Jego głos na różne sposoby.”

Zamyśliłem się nad tymi słowami. Czy to możliwe, że bogowie Egiptu i Bóg Józefa to różne imiona tej samej siły? Czy może jeden jest prawdziwy, a inni są tylko cieniami, echami, ludzkimi próbami zrozumienia tego, co przekracza nasze pojmowanie?

Nie wypowiedziałem tych pytań głośno. Zamiast tego zapytałem o coś, co nurtowało mnie od naszego pierwszego spotkania.

„Józefie, powiedziałeś, że nadejdzie czas, gdy nowy faraon 'nie będzie znał Józefa’. Że twój lud zostanie prześladowany i w końcu opuści Egipt. Jak to możliwe? Jesteś teraz jednym z najpotężniejszych ludzi w kraju, twoja rodzina osiedliła się tu z błogosławieństwem Faraona. Jak to wszystko może być zapomniane?”

Józef westchnął i spojrzał przez okno, w kierunku pustyni, jakby widział tam coś, czego ja nie mogłem dostrzec.

„Czas zmienia wszystko, Ptahhotepie. Imperia powstają i upadają. Faraonowie przychodzą i odchodzą. Pamięć ludzka jest krótka, a wdzięczność jeszcze krótsza. Za sto, dwieście, czterysta lat – kto będzie pamiętał, co zrobił jakiś dawny zarządca spichlerzy? Kto będzie pamiętał, że kiedyś uratował kraj przed głodem?”

„Ale twoje dokonania są zapisane w kronikach,” zaprotestowałem. „Twoje imię jest wyryte na ścianach spichlerzy. Twoja historia będzie opowiadana przez pokolenia.”

„Może,” odpowiedział Józef z lekkim uśmiechem. „Ale historie się zmieniają z biegiem czasu. Imiona się zacierają. I nadejdzie dzień, gdy nowy władca spojrzy na rosnącą populację Hebrajczyków w Egipcie i pomyśli nie o wdzięczności, ale o zagrożeniu.”

Jego słowa brzmiały jak kolejna przepowiednia, równie niepokojąca, jak moje własne sny o przyszłości. Ale wiedziałem już, że nie mogę ich zignorować tylko dlatego, że są niewygodne.

„Co możemy zrobić?” zapytałem. „Jak zapobiec temu, co przepowiadasz?”

„Nie możemy zapobiec,” odparł Józef. „Możemy tylko przygotować się na to, co ma nadejść. I możemy pozostawić świadectwa, które przetrwają, gdy my odejdziemy. Świadectwa, które być może pewnego dnia ktoś odnajdzie i zrozumie.”

Pojąłem wtedy, dlaczego moje sny prowadziły mnie do Józefa. Nie byłem prorokiem ani wybawcą – byłem świadkiem. Tym, który zapisze historię, aby nie została zapomniana. Kronikarzem planów, które przekraczają jedno ludzkie życie.

Rok trzynasty, miesiąc Mechir, dzień pierwszy

Dziś, przed wschodem słońca, Jakub, ojciec Józefa, opuścił ten świat.

Przed śmiercią wezwał wszystkich swoich synów i pobłogosławił ich, każdego zgodnie z jego charakterem i przeznaczeniem. Józefowi i jego synom, Efraimowi i Manassesowi, dał szczególne błogosławieństwo, włączając ich do linii patriarchów.

Józef poprosił mnie, bym był obecny przy tych ostatnich chwilach – nie jako strażnik snów Faraona, ale jako przyjaciel i świadek. To był zaszczyt, którego nie spodziewałem się dostąpić. Siedziałem więc cicho w kącie komnaty, gdy umierający patriarcha przekazywał swoim synom ostatnią wolę.

Najbardziej zdumiało mnie, że mimo iż Egipt dał jego rodzinie schronienie i ratunek przed głodem, Jakub nie chciał być tu pochowany. Nakazał synom, by zabrali jego ciało do Kanaanu, do jaskini Machpela koło Mamre, gdzie spoczywali już jego dziadek Abraham, ojciec Izaak, i ich żony.

„Nie chcę leżeć w ziemi egipskiej,” powiedział słabym, ale zdecydowanym głosem. „Chcę spoczywać z moimi ojcami, w ziemi, którą Bóg obiecał naszym potomkom.”

Gdy ostatnie słowa opuściły jego usta, a oczy zamknęły się na wieczność, w komnacie zapadła głęboka cisza. Nie było szlochów ani lamentów – synowie Jakuba przyjęli jego odejście ze spokojem i godnością. To była śmierć człowieka, który zakończył swoją misję, wypełnił swoje przeznaczenie.

Faraon, gdy dowiedział się o śmierci Jakuba, natychmiast wyraził zgodę na wyprawę pogrzebową do Kanaanu. Co więcej, wysłał swój osobisty orszak, by towarzyszył procesji – wóz, kawaleria, piechota, wszyscy, by towarzyszyć jednemu staremu człowiekowi w jego ostatniej podróży.

Gdy Józef wrócił z pogrzebu, zauważyłem zmianę w jego postawie. Jakby ciężar odpowiedzialności spoczął teraz w całości na jego barkach. Nie był już „synem Jakuba” – teraz był patriarchą, głową rodu, odpowiedzialnym za całą rodzinę, za cały lud.

Rozmawialiśmy tamtego wieczoru, siedząc na tarasie jego domu, patrząc na Nil, który płynął spokojnie, niosąc swoje wody ku Morzu Wielkiemu, jak zawsze, niezależnie od ludzkich dramatów rozgrywających się na jego brzegach.

„Mój ojciec widział więcej, niż większość ludzi,” powiedział Józef. „Widział aniołów wstępujących i zstępujących po drabinie sięgającej nieba. Walczył z Bogiem i otrzymał nowe imię – Izrael, 'Ten, który walczył z Bogiem’. Jego życie było serią prób i błogosławieństw.”

„Czym była jego ostatnia wizja?” zapytałem. „Czy widział coś przed śmiercią?”

Józef uśmiechnął się łagodnie. „Nie mówił o żadnej wizji. Ale tuż przed końcem, gdy jego oddech stawał się coraz słabszy, nagle otworzył oczy i spojrzał w górę, jakby widział coś ponad nami. 'Widzę ich,’ szepnął. 'Abrahama, Izaaka, Rebekę, Leę… i Rachelę, moją ukochaną Rachelę. Czekają na mnie.’ I z tymi słowami odszedł.”

Siedzieliśmy w milczeniu, myśląc o tajemnicy życia i śmierci, o tym, co może czekać na każdego z nas po drugiej stronie.

„A co z tobą, Józefie?” zapytałem w końcu. „Czy chcesz być pochowany w Kanaanie, jak twój ojciec?”

„Tak,” odpowiedział bez wahania. „Ale nie teraz. Moje miejsce jest tutaj, w Egipcie, dopóki żyję. Tu jest moja praca, moja odpowiedzialność. Ale gdy nadejdzie mój czas, chcę, by moje kości zostały zabrane do Ziemi Obiecanej, gdy mój lud tam powróci.”

„Więc wciąż wierzysz, że twój lud opuści kiedyś Egipt?”

„Wierzę w obietnicę, którą Bóg dał Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi,” odparł. „Że ich potomkowie odziedziczą ziemię Kanaan. Że staną się wielkim narodem. Ta obietnica wymaga, by pewnego dnia opuścili Egipt.”

Jego wiara była niezachwiana, jego wizja przyszłości jasna. I choć nie podzielałem jego przekonania o jedynym Bogu, nie mogłem nie podziwiać siły jego wiary i wielkości jego wizji.

Rok osiemnasty, miesiąc Paofi, dzień dwudziesty pierwszy

Minęło pięć lat od ostatniego wpisu. Pięć lat spokoju i dobrobytu, gdy Egipt powoli wychodził z okresu głodu, a pola znów rodziły obficie.

Lata te przyniosły wiele zmian. Zmarł Faraon, którego sny interpretowaliśmy – ja i Józef. Jego następca kontynuuje politykę poprzednika, ale jest mniej zainteresowany snami i interpretacjami. Moja rola stała się bardziej ceremonialna, mniej istotna dla podejmowania decyzji państwowych.

Nie żałuję tej zmiany. Mam teraz więcej czasu na studiowanie, na obserwowanie, na zapisywanie. Stałem się bardziej kronikarzem niż doradcą, więcej świadkiem niż uczestnikiem.

Józef również wycofał się nieco z życia publicznego, choć wciąż nadzoruje system spichlerzy i dystrybucji, który stworzył. Ma teraz ponad siedemdziesiąt lat, ale jego umysł pozostaje ostry, a ciało zaskakująco silne jak na jego wiek.

Hebrajczycy, jak nazywa się lud Józefa, rozwijają się w Egipcie. Osiedleni w żyznej krainie Goszen, mnożą się i prosperują. Ich stada rosną, ich rodziny się powiększają. Coraz więcej z nich zajmuje się nie tylko pasterstwem, ale i rzemiosłem, handlem, a nawet sztuką.

Czasem zastanawiam się, czy przepowiednia Józefa o prześladowaniach i exodusie kiedykolwiek się spełni. Hebrajczycy są szanowani w Egipcie, mają swoje miejsce, swoje prawa, swoją wolność. Jak to wszystko mogłoby się zmienić?

A jednak… widzę już pierwsze oznaki napięć. Niektórzy Egipcjanie szemrzą, że obcy stają się zbyt liczni, zbyt wpływowi. Kapłani niepokoją się, że kult jedynego Boga Hebrajczyków może zagrażać tradycyjnej religii Egiptu. Nawet na dworze słyszałem głosy sugerujące, że potomkowie Jakuba powinni być bardziej kontrolowani, bardziej ograniczani.

To tylko szepty, na razie. Ale szepty mają to do siebie, że z czasem mogą przerodzić się w krzyki.

Rok dwudziesty siódmy, miesiąc Epiphi, dzień dziesiąty

Józef, mój przyjaciel i mentor, człowiek, którego sny zmieniły bieg historii Egiptu, odszedł dzisiaj do wieczności.

Miał sto dziesięć lat – wiek uznawany w Egipcie za idealny, pełny, błogosławiony przez bogów. Odszedł spokojnie, we śnie, otoczony swoimi synami, wnukami i prawnukami.

Przed śmiercią wezwał starszych spośród swego ludu i powtórzył im to, co mówił mi wiele lat temu – że nadejdzie dzień, gdy Bóg ich nawiedzi i wyprowadzi z Egiptu do ziemi, którą obiecał ich przodkom. Poprosił, by wtedy zabrali ze sobą jego kości i pochowali je w Kanaanie.

Zgodnie z egipskim zwyczajem, jego ciało zostało zabalsamowane, proces, który trwa siedemdziesiąt dni. Potem złożono je w trumnie, ale nie pochowano w grobie, tylko umieszczono w specjalnym sanktuarium w krainie Goszen, gdzie Hebrajczycy mogą oddawać mu cześć i pamiętać o jego ostatniej woli.

Teraz, gdy spieszę ku własnej starości, często myślę o wszystkim, czego nauczyłem się od Józefa. O naturze snów, o interpretacji, o wierze, o przebaczeniu. O tym, jak pojedynczy człowiek może zmienić losy narodów, jeśli jest wierny swojemu powołaniu.

Myślę też o przyszłości, o której mi opowiadał. O czasach, które nadejdą długo po nas, gdy nowy faraon „nie będzie znał Józefa”, gdy jego lud będzie prześladowany, gdy w końcu opuszczą Egipt pod przywództwem proroka.

Czy to się naprawdę wydarzy? Nie wiem. Wiem tylko, że muszę dokończyć własną misję – zapisać tę historię, zachować ją dla przyszłych pokoleń. I może kiedyś, w odległej przyszłości, ktoś odnajdzie te zapiski i zrozumie, że sny mają moc, że wizje mogą zmieniać rzeczywistość, że interpretacja jest mostem między tym, co boskie, a tym, co ludzkie.

Kończę więc ten pamiętnik tam, gdzie rozpocząłem – jako Strażnik Snów Faraona, ale także jako świadek czegoś większego. Jako człowiek, który zajrzał za zasłonę czasu i zobaczył, że wszystko, co się dzieje, jest częścią większego planu, większego snu, większej interpretacji.

[Tu pamiętnik się urywa. Na marginesie ostatniej strony widnieją słowa zapisane inną ręką, być może przez kogoś, kto odnalazł ten dokument wiele lat później:]

„Znaleziono w ruinach spichlerza w Tebach, w szkatule z hebrajskimi i egipskimi znakami. Przekazać do biblioteki świątynnej dla zachowania i studiów. Niektóre przepowiednie wydają się wskazywać na czasy obecne. Rozważyć informowanie Faraona.”

Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *