Ostatni dzień w pamiętniku szampierza Filistynów
Przed wschodem słońca
Kolejny dzień, czterdziesty już, od kiedy rozłożyliśmy obóz naprzeciw tchórzliwych synów Izraela. Czterdzieści dni, przez które wychodziłem przed szereg i rzucałem im wyzwanie, a żaden z nich nie miał odwagi stanąć ze mną do walki. Czterdzieści dni hańby dla nich i chwały dla mnie, Goliata z Gat, największego wojownika Filistynów.
Budzę się jeszcze przed świtem, jak zawsze. Mój namiot jest największy w całym obozie, jak przystało na szampierza. Nawet wódz Akisz nie ma tak przestronnego i bogato zdobionego. Ale ja na to zasłużyłem. W końcu kto inny mógłby nosić zbroję ważącą sto syklów brązu? Kto inny mógłby władać włócznią, której drzewce jest jak wał tkacki, a grot waży sześćset syklów żelaza?
Moja sława rośnie z każdym dniem, z każdą bitwą. Pokonałem już tylu wojowników, że przestałem liczyć. Ich czaszki zdobią wejście do mojego domu w Gat. A kiedy wracam z wojny, moja żona i konkubiny witają mnie jak boga. Bo tym właśnie jestem – bogiem wojny, ucieleśnieniem potęgi Dagona, naszego wielkiego bóstwa.
Wołam giermka, Puta, by pomógł mi w porannych przygotowaniach. Jest mały i chudy – zabawny widok obok mnie, olbrzyma o wzroście sześciu łokci i jednej piędzi. Ale ma zwinne palce, przydatne przy zakładaniu zbroi.
– Panie – mówi, wchodząc i kłaniając się nisko – Akisz, wódz nasz, prosi, byś przyszedł do jego namiotu przed porannym wyjściem.
Marszczę brwi. Nie lubię, gdy ktoś wydaje mi polecenia, nawet jeśli jest to sam wódz. Ale jestem też ciekawy. Być może nadszedł już czas na prawdziwą bitwę, nie te głupie zabawy z wyzwaniami?
– Przygotuj moją zbroję – rozkazuję. – Pójdę do niego, gdy skończę posiłek.
Każdego dnia zjadam ilość jedzenia, która wystarczyłaby pięciu zwykłym ludziom. Potrzebuję dużo energii, by utrzymać swoje ciało w gotowości bojowej. Mięso, owoce, chleb, wino – wszystko w ilościach, które przyprawiają kucharzy o zawrót głowy.
Dziś czuję się wyjątkowo dobrze. Miałem dziwny sen – stałem na polu bitwy, a wokół mnie leżały setki martwych wojowników izraelskich. Król Saul klęczał przede mną, błagając o litość, a ja unosiłem włócznię, by zadać mu ostateczny cios.
To dobry omen, znak od Dagona. Być może dziś w końcu któryś z tych tchórzy odważy się przyjąć moje wyzwanie. A wtedy… wtedy pokażę im, kim naprawdę jest Goliat z Gat.
Narada u wodza
Namiot Akisza, wodza naszej armii, jest miejscem, gdzie zapadają najważniejsze decyzje militarne. Dziś, gdy wchodzę do środka, zastaję tam nie tylko jego, ale także innych dowódców – Serana, Bal-Zephona i Marbuka. Wszyscy patrzą na mnie z mieszaniną podziwu i obawy, co zawsze napawa mnie satysfakcją.
– Wezwałeś mnie, Akiszu – mówię bez zbędnych formalności. Ktoś o mojej pozycji nie musi się kłaniać nawet przed wodzem.
Akisz, mężczyzna w średnim wieku, o twarzy poznaczonej bliznami z niezliczonych bitew, kiwa głową.
– Tak, Goliacie. Mamy ważne wieści ze zwiadów. Izraelici planują coś na dziś.
To przykuwa moją uwagę. Przez czterdzieści dni nie zrobili nic poza drżeniem ze strachu na swoim wzgórzu.
– Co takiego? Czyżby w końcu któryś z ich wojowników znalazł odwagę, by stanąć ze mną do walki?
Seran, dowódca naszych łuczników, pociera brodę.
– Niekoniecznie. Nasze szpiedzy donoszą, że Saul otrzymał jakieś proroctwo od swojego boga. Podobno ma nadejść wybawiciel, który cię pokona.
Wybucham śmiechem, tak głośnym, że aż płócienny dach namiotu się trzęsie.
– Wybawiciel? I w to wierzą? Ich bóg milczał przez czterdzieści dni, pozwalając mi urągać im każdego ranka i wieczora. A teraz nagle ma przyjść jakiś wybawiciel?
Akisz nie śmieje się razem ze mną. Jego twarz pozostaje poważna.
– Nie lekceważ ich wierzeń, Goliacie. Ten lud ma dziwną historię. Słyszałeś o ich wyjściu z Egiptu? O tym, jak ich bóg pokonał armię faraona?
Macham lekceważąco ręką.
– Bajki dla dzieci. Ja wierzę w to, co widzę. A widzę armię tchórzy, którzy boją się zejść ze swojego wzgórza. Ich bóg, jeśli istnieje, jest równie słaby jak oni.
Marbuk, najstarszy z dowódców, odchrząkuje.
– Mimo wszystko, Goliacie, bądź dziś szczególnie czujny. Coś wisi w powietrzu. Czuję to w moich starych kościach.
Znów się śmieję, choć tym razem nieco ciszej.
– Twoje stare kości czują nadchodzący deszcz, Marbuku, nic więcej. Ale dobrze, będę czujny. Choć i tak nikt nie odważy się stanąć przeciwko mnie.
Akisz wzdycha, jakby zmęczony moją pewnością siebie. Ale co on może wiedzieć? Nie jest szampierzem. Nie zna uczucia, gdy stoisz przed wrogą armią, a nikt nie ma odwagi stawić ci czoła.
– Jest jeszcze jedna sprawa – mówi Akisz. – Otrzymaliśmy wieść, że Egipcjanie uderzyli na nasze południowe terytoria. Musimy wysłać część wojska, by ich odeprzeć.
To już bardziej niepokojące wieści. Osłabienie naszej armii w takim momencie?
– I zamierzasz podzielić wojsko? Teraz, gdy mamy Izraelitów w garści?
Akisz rozkłada ręce w geście bezradności.
– Nie mamy wyboru. Nasze miasta, nasze rodziny są zagrożone.
Zacinam zęby z irytacji. Ale co mnie to obchodzi? Nawet jeśli wyślą połowę armii, wciąż będziemy silniejsi od tych tchórzy pod wodzą Saula. A ja i tak walczę sam. Właściwie, mógłbym w pojedynkę pokonać połowę ich armii.
– Rób, co musisz – odpowiadam. – Ja i tak zamierzam dziś wyjść przed szereg, jak co dzień. Może w końcu któryś z nich się odważy.
Akisz patrzy na mnie długo, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale w końcu tylko kiwa głową.
– Niech Dagon cię strzeże, Goliacie z Gat.
– Dagon jest ze mną – odpowiadam z przekonaniem. – Zawsze był.
Przygotowania do wyzwania
Po naradzie wracam do swojego namiotu, gdzie Puta czeka z przygotowaną już zbroją. Poddaję się rytuałowi ubierania, który trwa niemal godzinę. Każda część pancerza musi być idealnie dopasowana, każdy element na swoim miejscu.
Najpierw tunika kolcza, tak ciężka, że zwykły człowiek nie byłby w stanie jej nosić. Potem naramienniki i napierśnik z brązu, lśniące w słonecznym świetle wpadającym przez wejście do namiotu. Następnie nagolenniki, chroniące moje nogi od kostek aż po kolana. Na koniec hełm – kunsztowne dzieło filistyńskich płatnerzy, z grzebieniem z końskiego włosia, który czyni mnie jeszcze wyższym i bardziej przerażającym.
Puta pracuje w milczeniu, ale widzę, że coś go gnębi.
– Mów – rozkazuję, gdy zakłada mi pas z mieczem.
Giermek waha się, ale wie, że nie toleruję nieposłuszeństwa.
– Panie, czy nie uważasz… czy nie przyszło ci na myśl, że może to wszystko jest pułapką?
– Co masz na myśli? – pytam, zaintrygowany.
– Te wyzwania, dzień po dniu. Może Izraelici czekają, aż się zmęczysz? Albo aż stracisz czujność? Może mają jakiś plan?
Śmieję się, rozbawiony jego strachem.
– Plan? Jaki plan mogą mieć tchórze, którzy drżą na samą myśl o zmierzeniu się ze mną?
Puta spuszcza wzrok, ale widzę, że nie jest przekonany.
– Co jeszcze? – pytam ostrzej, czując narastającą irytację.
– Słyszałem… słyszałem opowieści o ich Bogu, panie. O tym, jak pokonał Egipcjan, jak rozdzielił morze. O tym, jak zburzył mury Jerycha samym dźwiękiem trąb. Co jeśli…
Nie pozwalam mu dokończyć. Jeden ruch mojej ręki wystarczy, by posłać go na ziemię. Nie uderzam mocno – jest zbyt wartościowym sługą, by go okaleczać bez powodu – ale wystarczająco, by pokazać moje niezadowolenie.
– Nigdy więcej nie powtarzaj tych bajek w mojej obecności – warczę. – Ich bóg, jeśli istnieje, jest niczym wobec potęgi Dagona. A ja jestem ucieleśnieniem siły Dagona w tym świecie.
Puta podnosi się, z trudem powstrzymując łzy, i wraca do swojej pracy. Przez chwilę czuję ukłucie… nie, nie wyrzutów sumienia. Szampierzy nie mają takich słabości. Ale czegoś dziwnego, jakby niepokoju. Te same opowieści krążą wśród naszych wojowników. O Bogu Izraelitów, o jego cudach, o jego potędze.
Głupota. Bajki dla przestraszonych dzieci. Gdyby ich bóg był tak potężny, dlaczego pozwoliłby mi urągać mu przez czterdzieści dni? Dlaczego nie zesłał pioruna, by mnie spalić? Dlaczego nie wysłał swojego najlepszego wojownika, by stawił mi czoła?
Odpowiedź jest prosta – bo nie istnieje. Albo jest równie bezsilny jak ci, którzy w niego wierzą.
Gdy zbroja jest już kompletna, Puta podaje mi włócznię i tarczę. Tarcza jest tak ciężka, że on sam ledwie może ją unieść, dlatego zawsze niesie ją przede mną, gdy wychodzę przed szereg.
Przed wyjściem z namiotu dotykam amuletu, który noszę na szyi – małej figurki Dagona, wykonanej z kości i obsydianowych oczu. Przynosi mi szczęście w każdej bitwie. I dziś też będzie przy mnie.
– Chodźmy – mówię do Puty. – Zobaczmy, co ten dzień przyniesie.
Szyderstwo przed walką
Słońce stoi już wysoko nad doliną Ela, gdy wychodzę przed szeregi naszej armii. Jak zawsze przez czterdzieści dni, Puta idzie przede mną, niosąc moją wielką tarczę. Za nami rozciągają się rzędy naszych wojowników – łucznicy, włócznicy, rydwany bojowe. Potężna armia Filistynów, gotowa do walki.
Na przeciwległym wzgórzu widzę oddziały izraelskie, ustawione w szyku bojowym. Ich zbroje są tańsze, broń gorsza – nie posiadają tajemnicy wytopu żelaza, którą my, Filistyni, przynieśliśmy zza morza. Ale jest ich wielu, a desperacja może uczynić nawet słabego przeciwnika niebezpiecznym.
Zatrzymuję się w środku doliny, w tym samym miejscu, co przez poprzednie trzydzieści dziewięć dni. Rozglądam się. Coś jest inaczej. Czuję to. Ruch w obozie izraelskim, jakieś poruszenie wśród ich żołnierzy. Czyżby w końcu któryś z nich znalazł odwagę?
Nie, to niemożliwe. Przez czterdzieści dni drżeli na sam mój widok. Dlaczego dziś miałoby być inaczej?
Unoszę włócznię wysoko nad głową i zaczynam mój codzienny rytuał:
– Dlaczego wychodzicie, by walczyć w szyku bojowym? – mój głos niesie się echem po dolinie, potężny jak grzmot. – Czyż ja nie jestem Filistynem, a wy sługami Saula? Wybierzcie spośród siebie męża, niech zejdzie do mnie! Jeśli zdoła ze mną walczyć i pokona mnie, staniemy się waszymi niewolnikami. Lecz jeśli ja go pokonam i zabiję, wy będziecie naszymi niewolnikami i służyć nam będziecie!
Jak zawsze, moje słowa spotykają się z ciszą. Widzę, jak niektórzy z ich wojowników cofają się o krok lub dwa. Ich tchórzliwość napełnia mnie pogardą.
– Urągam dziś oddziałom izraelskim! – kontynuuję, wznosząc głos jeszcze wyżej. – Dajcie mi męża, byśmy się pojedynkowali!
I znów cisza. Ale tym razem… tym razem widzę jakiś ruch wśród ich szeregów. Ktoś wychodzi przed front. Ktoś schodzi w dół zbocza, w moim kierunku.
Mrużę oczy, próbując dostrzec, kto to. Czyżby w końcu Saul znalazł w sobie dość odwagi, by samemu stanąć do walki? Czy może wysłał któregoś ze swoich słynnych wojowników – Abnera może, lub Jonatana?
Ale nie. To, co widzę, sprawia, że zaczynam się śmiać. Bo w moją stronę idzie… chłopiec. Młodzik bez zarostu, chudy jak trzcina, bez zbroi, z procą w ręku i kijem pasterskim. Wygląda jak dziecko, które zabłąkało się na pole bitwy.
Czy to jakiś żart? Czy Izraelici tak bardzo mnie lekceważą, że wysyłają przeciwko mnie pacholę?
– Czy jestem psem – wołam z pogardą, gdy chłopak podchodzi bliżej – że przychodzisz do mnie z kijem?
Młodzieniec nie zatrzymuje się, nie okazuje strachu. Idzie prosto w moją stronę pewnym krokiem. Jest w nim coś dziwnego, jakaś pewność, której nie rozumiem. Ale pewnie to tylko głupota młodości.
– Podejdź no – wołam znów – a oddam twoje ciało ptakom powietrznym i dzikim zwierzętom!
Chłopak zatrzymuje się w odległości kilkudziesięciu kroków. Jest na tyle blisko, że mogę zobaczyć jego twarz – młodą, ale o ostrych rysach, z oczami, które patrzą na mnie bez cienia strachu. Ma przy sobie torbę pasterską, z której właśnie wyjmuje… kamień. Zwykły kamień, który umieszcza w procy.
Proca. Ta dziecinna broń pasterzy i kamieniarzy. Przeciwko mnie, zakutemu w brąz od stóp do głów.
Moje rozbawienie zmienia się w gniew. Czy naprawdę tak mnie lekceważą? Czy to jest ich odpowiedź na moje wyzwanie – wysłać dziecko z procą?
– Kim jesteś, chłopcze? – pytam, chcąc przynajmniej poznać imię tego, kogo zaraz zabiję.
– Jestem Dawid, syn Jessego z Betlejem – odpowiada, a jego głos, choć młodzieńczy, jest mocny i pewny. – Sługa Saula i pasterz owiec mojego ojca.
Pasterz. Oczywiście. Tylko pasterz mógłby być na tyle głupi, by stanąć przeciwko mnie z procą.
– Wracaj do swoich owiec, pasterzu – mówię, dając mu ostatnią szansę. – Nie chcę przelewać krwi dzieci.
Ale on nie ucieka. Zamiast tego unosi głowę i przemawia głośno, tak, by wszyscy mogli usłyszeć:
– Ty idziesz na mnie z mieczem, włócznią i oszczepem, a ja idę na ciebie w imię Pana Zastępów, Boga wojsk izraelskich, któremu urągałeś. Dziś Pan wyda cię w moje ręce, pokonam cię i odetnę ci głowę. I oddam dzisiaj trupy wojsk filistyńskich ptakom powietrznym i dzikim zwierzętom. I dowie się cała ziemia, że Bóg jest w Izraelu!
Jego słowa są jak policzek. Jak on śmie tak mówić do mnie, do Goliata z Gat, niezwyciężonego szampierza Filistynów?
Czuję, jak wzbiera we mnie wściekłość. Zapłaci za swoją zuchwałość. Zapłaci krwią.
– Giń, szczeniaku! – ryczę i ruszam w jego stronę, unosząc włócznię.
Ostatnie myśli
Świat zamiera. Chłopak, Dawid, zaczyna biec – nie w moją stronę, jak by zrobił wojownik, ale po łuku, okrążając mnie. Widzę, jak jego proca zatacza koła nad jego głową, coraz szybciej i szybciej.
Uśmiecham się pod nosem. Próbuje znaleźć lukę w mojej obronie, ale nie ma jej. Moja zbroja jest doskonała, mój hełm chroni całą głowę, a twarz osłania przyłbica. A nawet gdyby jakimś cudem trafił mnie kamieniem, co to za różnica? To będzie jak ukąszenie komara.
Przyśpieszam kroku, chcąc jak najszybciej zakończyć tę farsę. Jeszcze kilka kroków i będzie w zasięgu mojej włóczni. Wtedy…
Świst. Ostry, przecinający powietrze dźwięk lecącego kamienia.
Nie widzę go. Jest zbyt szybki, zbyt mały.
A potem uderzenie.
Coś trafia mnie w czoło, tuż nad przyłbicą hełmu, w jedyne niechronione miejsce. Uderzenie jest jak cios młota, tak silny, że czuję, jak moje kości pękają. Jak kamień wbija się głęboko w moją czaszkę.
Zatrzymuję się. Świat dookoła mnie zaczyna wirować. Nie rozumiem, co się stało. Jak ten chłopak… jak on mógł…
I wtedy przychodzi zrozumienie, straszliwe w swojej prostocie. Słyszałem opowieści. O Bogu Izraelitów. O jego cudach. O jego mocy.
Myślałem, że to bajki. Kłamstwa wymyślone przez słabych, by dodać sobie otuchy.
Ale teraz, gdy ciemność zaczyna mnie ogarniać, gdy czuję, jak życie wycieka ze mnie z każdym uderzeniem serca, wiem. Wiem, że to prawda. Że ich Bóg jest rzeczywisty. Że stał za tym chłopcem, kierował jego ręką, wzmacniał jego ramię.
Padam na kolana, potem na twarz. Nie czuję już bólu, tylko dziwny chłód rozlewający się po moim ciele.
Myślę o Putcie, moim wiernym giermku, który ostrzegał mnie przed mocą Boga Izraelitów. Myślę o Akiszu, moim wodzu, który mówił, bym nie lekceważył ich wierzeń.
Myślę o Dagonie, moim bóstwie, które miało mnie chronić. Które miało dać mi zwycięstwo.
Gdzie jest teraz Dagon? Dlaczego nie odpowiada na moje nieme wołanie?
Słyszę kroki. Chłopak, Dawid, podchodzi do mnie. Widzę go jakby przez mgłę – jego twarz, spokojną i poważną, jego oczy, pełne nie triumfu, ale jakiegoś dziwnego spokoju.
Czuję, jak wyciąga mój własny miecz z pochwy przy moim boku. Wielki, ciężki miecz, którego on nie powinien być w stanie nawet unieść.
Ale unosi go. I wiem, co się zaraz stanie.
Moje ostatnie myśli nie są o chwale, o bitwach, o zwycięstwach. Są o prawdzie, którą zrozumiałem zbyt późno. O Bogu, który jest silniejszy niż wszystkie nasze bóstwa, niż wszystkie nasze armie.
O Bogu, który wybrał pasterza, by pokonał wojownika.
Miecz opada.
A potem tylko ciemność.
Epilog – zapiski kronikarza filistyńskiego
Tu kończy się pamiętnik Goliata z Gat, szampierza Filistynów, odtworzony przez kronikarza królewskiego w Aszkelonie na podstawie relacji naocznych świadków, w tym Puty, giermka Goliata, który przeżył bitwę w dolinie Ela i powrócił, by opowiedzieć o śmierci swego pana.
Ostatnie słowa Goliata pozostaną na zawsze tajemnicą, podobnie jak jego myśli w chwili śmierci. Ale śmierć ta, od ręki młodego pasterza, zapoczątkowała nową erę w historii naszych ziem. Erę, w której Izrael pod wodzą Dawida, później króla, urósł w siłę, spychając Filistynów z powrotem ku morzu.
Niech ta historia będzie przestrogą dla przyszłych pokoleń. Że nawet największy wojownik może upaść. Że pycha kroczy przed upadkiem. I że są siły w tym świecie, których nie pojmujemy, ale których ignorować nie możemy.
Chwała Goliata przeminęła, jak przemijają wszyscy wielcy wojownicy. Ale jego historia pozostanie. Jako przypomnienie, że czasem zwycięstwo należy nie do najsilniejszych, ale do tych, którzy mają po swojej stronie coś więcej niż tylko ludzką siłę.
~Ahiman, kronikarz królewski w Aszkelonie, w dziesiątym roku panowania króla Dawida nad Izraelem.