NIEZNAJOMY TOWARZYSZ
Prolog
Nazywam się Eliab, syn Gamaliela z pokolenia Neftalego. Piszę te słowa w moim domu w Ekbatanie, w krainie Medów, gdzie teraz mieszkam wraz z moją rodziną, prowadząc niewielki interes handlowy. Minęło już dwadzieścia lat od wydarzeń, które zamierzam opisać, lecz wspomnienia wciąż są żywe w moim sercu i umyśle, jakby wszystko wydarzyło się wczoraj.
Opowieść, którą pragnę przekazać, dotyczy niezwykłej podróży, którą odbyłem w towarzystwie młodego człowieka imieniem Tobiasz i jego przewodnika – kogoś, kto przedstawił się jako Azariasz, syn Ananiasza Wielkiego. Dopiero później dowiedziałem się, kim naprawdę był ów tajemniczy towarzysz. Historia ta jest świadectwem, jak Najwyższy kieruje losami ludzi, jak niewidzialne nitki Jego woli splatają się w tkaninę naszego życia, często bez naszej wiedzy.
Nie należę do ludzi wykształconych w sztuce pisania. Jestem jedynie kupcem, który nauczył się rachunków i prowadzenia ksiąg handlowych. Jednakże czuję obowiązek spisania tych wydarzeń, aby pamięć o nich przetrwała, aby moje dzieci i wnuki poznały tę historię, która zmieniła moje życie i umocniła moją wiarę w Boga naszych ojców.
Niech ten zapis będzie świadectwem dla tych, którzy przyjdą po mnie, świadectwem łaski i miłosierdzia, które Najwyższy okazuje swoim wiernym, nawet gdy wydaje się, że o nich zapomniał.
Rozdział 1: Spotkanie w Niniwie
Nigdy nie planowałem długo zostać w Niniwie. To ogromne miasto, stolica nienawistnej nam Asyrii, było jedynie przystankiem w mojej podróży handlowej. Przybyłem tam z karawaną wiozącą tkaniny z Damaszku, zamierzając nabyć srebrne wyroby, które następnie miałem sprzedać w Ekbatanie. Niniwa, choć była siedliskiem zła i pogańskich praktyk, stanowiła również ważny węzeł handlowy, którego kupiec taki jak ja nie mógł ignorować.
Zatrzymałem się w dzielnicy, gdzie mieszkało wielu wygnańców z Izraela. My, potomkowie tych, których uprowadzono z ojczyzny, trzymaliśmy się razem, tworząc małe wyspy wierności pośród morza pogaństwa. Tam właśnie, w gospodzie prowadzonej przez pewnego starca z pokolenia Neftalego, jak ja, usłyszałem po raz pierwszy o Tobitcie, ślepym starcu, który mimo prześladowań pozostał wierny Prawu Mojżeszowemu.
– To człowiek sprawiedliwy – mówił gospodarz, nalewając mi wina do prostego glinianego kielicha. – Nawet gdy inni nasi bracia kłaniali się bożkom ze strachu lub dla korzyści, on zawsze czcił tylko Najwyższego. Nawet gdy król zabronił grzebać naszych zmarłych, on ryzykował życie, by dopełnić tego świętego obowiązku.
– A teraz? – zapytałem, zaciekawiony historią tego niezwykłego człowieka.
– Teraz oślepł. Siedzący na murze wróbel upuścił ciepłe odchody na jego oczy, a powstała bielmo. Nie pomogły żadne lekarstwa. Mieszka ze swoją żoną Anną i synem Tobiaszem, w biedzie, gdyż nie może już pracować. Anna zarabia przędzeniem, a chłopak pomaga, jak może.
Słuchałem tej historii ze współczuciem, ale i z ciekawością. Los Tobita przypominał mi opowieści o Hiobie, sprawiedliwym człowieku, którego Bóg wystawił na próbę. Pomyślałem, że chciałbym spotkać tego człowieka, porozmawiać z nim, może nawet zaoferować niewielką pomoc. Jako współwyznawca i członek tego samego pokolenia czułem pewne powinowactwo z nim.
Los zrządził, że moje pragnienie spełniło się szybciej, niż mogłem przypuszczać. Następnego dnia, gdy załatwiałem interesy na rynku, usłyszałem rozmowę dwóch młodych mężczyzn. Jeden z nich, szczupły, o ostrych rysach twarzy i niespokojnym spojrzeniu, wypytywał drugiego o drogę do Ekbatany w Medii.
– Znam tę drogę – odpowiedział drugi, wyższy i barczysty młodzieniec o jasnych, spokojnych oczach. – Często tamtędy podróżowałem i zatrzymywałem się u naszych braci w Ekbatanie.
Podszedłem do nich, nie mogąc ukryć swojego zainteresowania.
– Wybaczcie, że się wtrącam – powiedziałem, skłaniając lekko głowę. – Ale usłyszałem waszą rozmowę. Ja również zamierzam udać się do Ekbatany. Jestem Eliab, syn Gamaliela z pokolenia Neftalego.
Młodzieniec o niespokojnym spojrzeniu zmierzył mnie wzrokiem, jakby oceniał, czy stanowię zagrożenie.
– Jestem Tobiasz, syn Tobita – przedstawił się w końcu. – A to Azariasz, syn Ananiasza Wielkiego, który zgodził się być moim przewodnikiem w podróży do Ekbatany.
Na dźwięk imienia Tobita poczułem dziwne poruszenie w sercu. Czyżby to był syn tego samego ślepego starca, o którym słyszałem wczoraj? Postanowiłem to sprawdzić.
– Czy twój ojciec nie jest tym sprawiedliwym człowiekiem, który oślepł? – zapytałem. – Słyszałem o nim w gospodzie, gdzie się zatrzymałem.
Tobiasz wyraźnie się ożywił, a jego twarz rozjaśniła się na moment.
– Tak, to mój ojciec. Wierny Prawu Mojżeszowemu, mimo wszystkich przeciwności.
– To zaszczyt poznać syna tak szanowanego człowieka – powiedziałem szczerze. – Jeśli pozwolicie, chętnie dołączyłbym do waszej podróży. Droga jest niebezpieczna, a w większej grupie będziemy bezpieczniejsi.
Tobiasz spojrzał pytająco na swojego towarzysza. Azariasz przez chwilę przyglądał mi się z uwagą, jakby czytał w moich myślach, po czym skinął głową.
– Będziesz mile widzianym towarzyszem, Eliabie – powiedział spokojnym, melodyjnym głosem. – Więcej oczu lepiej dostrzeże niebezpieczeństwo, a więcej rąk lepiej się przed nim obroni.
Tak oto stałem się częścią tej niezwykłej podróży, nie wiedząc jeszcze, jak bardzo zmieni ona moje życie i jak dziwne wydarzenia przyjdzie mi oglądać.
Jeszcze tego samego dnia odwiedziłem dom Tobita, by przedstawić się i omówić szczegóły naszej podróży. Starzec, mimo swej ślepoty, przywitał mnie z godnością i gościnnością. Siedząc na prostym stołku, z rękami złożonymi na kolanach, wypytywał mnie o moje pochodzenie, rodzinę i interesy. Gdy dowiedział się, że pochodzę z tego samego pokolenia co on i że pozostaję wierny tradycji ojców, uśmiechnął się ciepło.
– Błogosławiony niech będzie Najwyższy, który sprowadza do nas naszych braci – powiedział, wyciągając rękę w moim kierunku. Ujął moją dłoń z zaskakującą siłą. – Dbaj o mojego syna, Eliabie. To dobry chłopak, ale niedoświadczony w dalekich podróżach.
– Będę go strzegł jak własnego brata – obiecałem, czując dziwne wzruszenie.
Tobit pokiwał głową, a jego mleczne, niewidzące oczy zdawały się patrzeć gdzieś daleko.
– Udajecie się do Ekbatany – powiedział. – Mój syn ma tam ważną sprawę do załatwienia. Muszę odzyskać dziesięć talentów srebra, które powierzyłem na przechowanie Gabaelowi, synowi Gabriego. Ale jest tam też coś… ważniejszego.
Zamilkł na chwilę, jakby zastanawiał się, ile może mi powiedzieć. W końcu westchnął i kontynuował:
– W Ekbatanie mieszka mój krewny, Raguel. Ma córkę Sarę, której przeznaczony jest mój syn według Prawa Mojżeszowego. Ale ciąży na niej… pewien problem. Siedmiu mężów już miała, a wszyscy zginęli w noc poślubną. Mówią, że zabija ich demon Asmodeusz.
Poczułem, jak zimny dreszcz przebiega mi po plecach. Słyszałem o takich rzeczach, o demonach prześladujących ludzi, ale zawsze wydawało mi się to odległe, jak opowieści starych kobiet przy ognisku. A teraz ten szanowany, bogobojny człowiek mówił o tym jak o rzeczywistości.
– Ale Azariasz zapewnił mnie, że zna sposób, by odpędzić demona – dodał Tobit z nową nadzieją w głosie. – Wierzę, że Bóg zesłał go, by pomóc mojemu synowi.
Spojrzałem na Azariasza, który stał nieco z boku, słuchając naszej rozmowy. Jego twarz była spokojna, a oczy jasne. Nie wyglądał na człowieka, który bałby się demonów. Było w nim coś, czego nie potrafiłem zdefiniować – pewien rodzaj autorytetu, siły, ale nie tej brutalnej, której tak wiele widziałem w życiu, lecz jakiejś innej, łagodnej a jednocześnie nieubłaganej.
– Wyruszamy jutro o świcie – powiedział Azariasz, wyczuwając moje spojrzenie. – Bądź gotowy, Eliabie. Droga jest długa, a wiele może się na niej wydarzyć.
Nie wiedziałem wtedy, jak prorocze były te słowa.
Rozdział 2: Nad rzeką Tygrys
Wyruszyliśmy następnego dnia, gdy pierwsze promienie słońca zaczynały rozjaśniać wschodni horyzont. Tobit, mimo swojej ślepoty, wstał, by pożegnać syna. Uścisnął go mocno, pobłogosławił, po czym zwrócił się do Azariasza:
– Powierzam ci moje dziecko, bracie. Przyprowadź go z powrotem całego i zdrowego.
Azariasz skłonił głowę z szacunkiem.
– Przyrzekam, że twój syn wróci do ciebie bezpiecznie, a jego oczy ujrzą twoje z radością.
Te słowa wydały mi się dziwne – jak ślepy starzec miałby spojrzeć w oczy syna? Ale nie było czasu na rozważania. Anna, matka Tobiasza, płakała, żegnając jedynego syna, jakby przeczuwała, że już go nie zobaczy. Tobiasz pocieszał ją, jak mógł, obiecując szybki powrót.
Nasza niewielka karawana składała się z trzech mężczyzn i psa Tobiasza – wiernego zwierzaka, który nie odstępował swojego pana na krok. Podróżowaliśmy pieszo, niosąc ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy oraz dokumenty potwierdzające depozyt u Gabaela. Przed nami było kilkanaście dni marszu przez ziemie Asyrii i Medii.
Pierwszego dnia podróży dotarliśmy do rzeki Tygrys. Słońce już zachodziło, czerwieniąc wody potężnej rzeki, gdy rozbiliśmy obóz na jej brzegu. Rozpaliliśmy małe ognisko, przy którym przygotowaliśmy prosty posiłek z suchego chleba, sera i suszonych owoców.
Siedząc przy ogniu, miałem okazję lepiej przyjrzeć się moim towarzyszom. Tobiasz był młodym człowiekiem, może dwudziestoletnim, szczupłym i nerwowym. Jego oczy błyszczały inteligencją, ale też pewnym niepokojem. Często zerkał na Azariasza, jakby szukał w nim oparcia i przewodnictwa.
Azariasz z kolei emanował spokojem. Wydawał się starszy od nas, choć trudno było określić jego wiek. Jego ruchy były pewne i pełne gracji, a spojrzenie czujne. Mimo prostego ubioru wędrowca było w nim coś, co budziło respekt.
– Jak długo znasz rodzinę Tobiasza? – zapytałem go, gdy Tobiasz odszedł na chwilę, by napoić psa w rzece.
Azariasz uśmiechnął się lekko.
– Znam ich od… bardzo dawna – odpowiedział enigmatycznie. – Choć oni poznali mnie dopiero niedawno.
Zanim zdążyłem dopytać, co dokładnie miał na myśli, usłyszeliśmy krzyk Tobiasza. Zerwaliśmy się na równe nogi i pobiegliśmy w jego kierunku. Młodzieniec stał nad brzegiem rzeki, wskazując na coś w wodzie.
– Ryba! – krzyknął. – Ogromna ryba chciała mnie pożreć!
Rzeczywiście, w płytkiej wodzie przy brzegu wiła się wielka ryba, większa niż wszystkie, jakie dotąd widziałem w Tygrysie. Jej łuskowata skóra połyskiwała w ostatnich promieniach słońca, a potężny ogon uderzał o powierzchnię wody, rozbryzgując ją dookoła.
– Złap ją! – zawołał Azariasz, nie tracąc zimnej krwi. – Chwyć ją za skrzela i wyciągnij na brzeg!
Tobiasz zawahał się, przerażony rozmiarem ryby i jej gwałtownymi ruchami.
– No już! – ponaglił go Azariasz. – Nie bój się!
Tobiasz, jakby pod wpływem autorytetu w głosie Azariasza, brodził do wody i po krótkiej walce wyciągnął wijącą się rybę na piaszczysty brzeg. Była ogromna – musiała ważyć przynajmniej kilkanaście kilogramów.
– Rozetnij ją – polecił Azariasz. – Ale bądź ostrożny. Wyjmij serce, wątrobę i żółć, i zachowaj je. Są bardzo cenne.
– Po co? – zapytał zdezorientowany Tobiasz, wciąż dysząc po walce z rybą.
– Serce i wątroba, spalone na rozżarzonych węglach, wytwarzają dym, który odpędza wszelkie demony, zarówno od mężczyzny, jak i od kobiety, tak że już więcej nie powrócą – wyjaśnił Azariasz. – A żółć służy do nacierania oczu pokrytych bielmem. Przywraca wzrok.
Spojrzałem na niego ze zdumieniem. Skąd wiedział takie rzeczy? Kim naprawdę był ten człowiek?
Tobiasz jednak nie kwestionował jego wiedzy. Z niezwykłą dla siebie pewnością siebie i sprawnością rozciął rybę i wyjął wskazane organy, które starannie schował do małego mieszka.
– Resztę ryby upiecz i spożyjemy ją na kolację – dodał Azariasz. – Część możemy zasolić na dalszą drogę.
Tamtego wieczoru jedliśmy najlepszą rybę, jaką kiedykolwiek skosztowałem. Jej mięso było białe i soczyste, a smak niezwykle delikatny. Jedząc, zauważyłem, że Azariasz prawie nie tknął swojej porcji, choć udawał, że je razem z nami.
Kiedy Tobiasz zasnął, zmęczony emocjami dnia, odważyłem się zapytać Azariasza wprost:
– Kim jesteś? Nie jesteś zwykłym przewodnikiem, prawda?
Azariasz spojrzał na mnie długo, a w jego oczach dostrzegłem coś, co sprawiło, że zadrżałem. Było w nich światło, którego nie powinno tam być – światło, które nie pochodziło od ogniska.
– Jestem tym, za kogo się podaję, Eliabie – odpowiedział w końcu. – Przewodnikiem dla Tobiasza w tej podróży. A ty jesteś świadkiem, którego Najwyższy wybrał, aby widział i zapamiętał.
– Ale te wszystkie rzeczy o rybie, o demonach… Skąd to wiesz?
Uśmiechnął się łagodnie.
– Są rzeczy między niebem a ziemią, o których nie śniło się nawet najmądrzejszym. Zobaczysz wiele dziwów na tej drodze, Eliabie. Obserwuj uważnie i ucz się, bo podróż ta ma na celu nie tylko odzyskanie dziesięciu talentów srebra i znalezienie żony dla Tobiasza.
– A co jest jej celem? – zapytałem, czując, jak serce bije mi szybciej.
– Odkryjesz to w swoim czasie – odpowiedział Azariasz, wpatrując się w gwiazdy nad nami. – A teraz śpij. Jutro czeka nas długa droga.
Położyłem się na posłaniu, ale długo nie mogłem zasnąć. Patrzyłem na Azariasza, który siedział nieruchomo przy ognisku, jakby nie potrzebował snu. Jego sylwetka odcinała się na tle nocnego nieba, a ja miałem wrażenie, że gwiazdy świecą jaśniej tam, gdzie on siedział.
Kim był ten człowiek? I dokąd naprawdę nas prowadził?
Rozdział 3: W drodze do Ekbatany
Kolejne dni naszej podróży przebiegały bez większych wydarzeń. Wędrowaliśmy wzdłuż rzeki, potem przez równiny i wzgórza, mijając małe wioski i osady. Pogoda nam sprzyjała – dni były ciepłe, ale nie upalne, a noce przyjemnie chłodne. Tobiasz z każdym dniem wydawał się coraz bardziej zrelaksowany i pewny siebie, jakby bliskość Azariasza dodawała mu odwagi.
Piątego dnia podróży, gdy siedzieliśmy przy ognisku po zachodzie słońca, Tobiasz zdecydował się poruszyć temat, który najwyraźniej dręczył go od początku wyprawy.
– Azariaszu – zaczął niepewnie. – Mój ojciec wspomniał, że w Ekbatanie mieszka nasza krewna, Sara, córka Raguela, którą powinienem poślubić według Prawa Mojżeszowego. Ale czy to prawda, że siedmiu jej mężów zginęło w noc poślubną? Czy naprawdę zabija ich demon?
Azariasz odłożył kubek z wodą, z którego właśnie pił, i spojrzał prosto w oczy Tobiasza.
– Tak, to prawda. Siedmiu mężczyzn poślubiło Sarę i wszyscy zginęli, zanim zdołali skonsumować małżeństwo. Mówi się, że zabija ich demon Asmodeusz, który pożąda Sary dla siebie.
Tobiasz pobladł wyraźnie.
– I ty chcesz, żebym ją poślubił? Żebym został jej ósmą ofiarą?
– Czyż nie masz serca i wątroby ryby? – odpowiedział pytaniem Azariasz. – Gdy wejdziesz do komnaty małżeńskiej, weź nieco popiołu kadzidła i połóż na nim serce i wątrobę ryby, aby dym się z nich unosił. Demon poczuje ten zapach i ucieknie daleko, tak że już nigdy nie powróci. A zanim zbliżysz się do niej, oboje wstańcie i módlcie się, prosząc Pana nieba, aby okazał wam miłosierdzie i ocalił was. Nie bój się, ponieważ ona jest przeznaczona dla ciebie od wieków. Ty ją ocalisz, ona urodzi ci dzieci, a ja uczynię, że będą zdrowe.
Słuchałem tej rozmowy z rosnącym niepokojem. Demony, magiczne właściwości rybich organów, przeznaczenie od wieków… To wszystko brzmiało jak z opowieści, które słyszy się na bazarach od wędrownych gawędziarzy. A jednak Azariasz mówił o tych rzeczach z taką pewnością, jakby widział je na własne oczy.
– Ale co, jeśli coś pójdzie nie tak? – zapytałem, nie mogąc powstrzymać swojego niepokoju. – Co, jeśli demon jest silniejszy, niż myślisz?
Azariasz spojrzał na mnie z łagodnym uśmiechem.
– Nie ma demona, którego moc mogłaby równać się z mocą Najwyższego – powiedział cicho. – A Najwyższy czuwa nad tą podróżą, nad Tobiaszem i nad Sarą. Nic nie pójdzie nie tak, Eliabie, jeśli tylko zaufacie i będziecie postępować dokładnie tak, jak was pouczam.
Tej nocy znów długo nie mogłem zasnąć. Myślałem o Sarze, której nie znałem, ale której tragiczny los poruszył moje serce. Siedmiu mężów… siedem pogrzebów… ile bólu i wstydu musiała przeżyć ta młoda kobieta? Czy Tobiasz rzeczywiście był w stanie ją ocalić? I czy sam zostanie ocalony?
Rankiem, gdy szykowaliśmy się do dalszej drogi, zacząłem wypytywać Azariasza o Raguela i jego córkę.
– Czy znasz ich osobiście? Byłeś kiedyś w ich domu?
– Znam ich – odpowiedział Azariasz, pomagając Tobiaszowi spakować nasze skromne dobytki. – Raguel to dobry człowiek, wierny Prawu Mojżeszowemu mimo życia pośród pogan. A Sara to dziewczyna o czystym sercu i wielkiej wierze, choć życie doświadczyło ją okrutnie.
– A jej matka? – zapytał Tobiasz.
– Edna to kobieta mądra i kochająca. Cierpi razem z córką i modli się za nią nieustannie. Przyjmą cię dobrze, Tobiaszu, gdy dowiedzą się, kim jesteś.
– Ale czy nie będą się bać wydać za mnie Sary, wiedząc, co spotkało jej poprzednich mężów? – dociekał młodzieniec.
Azariasz pokręcił głową.
– Raguel zna Prawo. Wie, że jako najbliższy krewny masz prawo do ręki jego córki. I wierzy, tak jak ja, że to właśnie ty jesteś przeznaczony, by ją ocalić.
Droga do Ekbatany wiodła przez coraz bardziej górzyste tereny. Mijaliśmy wioski zawieszone na zboczach jak gniazda jaskółek, pola tarasowe pełne zbóż i winnic, stada kóz pasące się na stromych zboczach. Ludzie, których spotykaliśmy, byli przeważnie życzliwi, choć nieufni wobec obcych. Azariasz znał ich język i zwyczaje, co znacznie ułatwiało nam podróż.
Dziesiątego dnia podróży dotarliśmy do przedmieść Ekbatany. Miasto imponowało swoją wielkością i architekturą. Otoczone potężnymi murami, z cytadelą górującą nad okolicą, pełne było kolorowych bazarów, świątyń i pałaców. Ale nas interesowała skromniejsza dzielnica, gdzie mieszkali wygnańcy z Izraela.
– Dom Raguela jest niedaleko – powiedział Azariasz, gdy przechodziliśmy przez bramę miasta. – To szanowany człowiek, mimo że obcy. Zajmuje się handlem wełną i słynie z uczciwości.
Słońce już zachodziło, gdy stanęliśmy przed domem Raguela. Był to przestronny budynek z wewnętrznym dziedzińcem, otoczony murem. Na dziedzińcu rosło kilka drzew oliwnych i figowych, a w narożniku znajdowała się studnia. Przy studni stała młoda kobieta, czerpiąca wodę.
Serce zabiło mi mocniej – czy to była Sara? Wyglądała na około dwadzieścia lat, była smukła i miała długie, ciemne włosy częściowo zakryte szalem. Jej ruchy były pełne gracji, ale też jakiegoś smutku, jakby dźwigała ciężar, którego nie mogła zrzucić.
Azariasz podszedł do bramy i zapukał. Po chwili drzwi otworzył starszy mężczyzna o siwiejącej brodzie i bystrych, ciemnych oczach. Spojrzał na nas pytająco.
– Pokój temu domowi – powiedział Azariasz. – Czy ty jesteś Raguel, syn Edny?
– Ja jestem – odpowiedział mężczyzna, przyglądając się nam uważnie. – A wy kim jesteście i czego szukacie?
– Jesteśmy podróżnikami z Niniwy – wyjaśnił Azariasz. – Ten młodzieniec to Tobiasz, syn Tobita i Anny, z pokolenia Neftalego. A to Eliab, syn Gamaliela, również z pokolenia Neftalego.
Na dźwięk imienia Tobita oczy Raguela rozszerzyły się ze zdumienia. Spojrzał uważniej na Tobiasza, jakby szukał w jego rysach podobieństwa do kogoś, kogo znał.
– Tobit! – wykrzyknął. – Mój drogi krewny! Czy to możliwe? – Zwrócił się do Tobiasza: – Jak się miewa twój ojciec, chłopcze?
– Żyje, ale stracił wzrok – odpowiedział Tobiasz.
Raguel natychmiast otworzył bramę na oścież.
– Wejdźcie, wejdźcie! Jesteście w moim domu jak u siebie! Edna! Sara! Przybyli goście! Krewni z Niniwy!
Kobieta, którą widzieliśmy przy studni, podniosła głowę na dźwięk swojego imienia. Przez chwilę nasze spojrzenia się spotkały i zobaczyłem w jej oczach mieszaninę smutku, lęku i… nadziei? Potem szybko spuściła wzrok i ruszyła w kierunku domu.
Weszliśmy na dziedziniec, gdzie Raguel entuzjastycznie nas witał. Z domu wyszła starsza kobieta, którą przedstawił jako swoją żonę Ednę, a zaraz za nią Sara, ich jedyna córka.
Kiedy Raguel dowiedział się, że Tobiasz jest nie tylko synem jego krewnego, ale także najbliższym męskim krewnym Sary, który według Prawa Mojżeszowego ma prawo i obowiązek ją poślubić, jego twarz przybrała dziwny wyraz – mieszaninę radości i przerażenia.
– Mój drogi chłopcze! – powiedział, obejmując Tobiasza. – Jakże się cieszę, że cię widzę! Jak bardzo przypominasz mi twojego ojca z młodości!
Ale w jego oczach widziałem niepokój. Spojrzał ukradkiem na swoją córkę, która stała z opuszczoną głową, a jej dłonie lekko drżały.
Edna natychmiast zabrała się za przygotowanie wieczerzy na naszą cześć. Zarżnięto baranka, przyniesiono świeży chleb, oliwę, wino i owoce. Wkrótce siedzieliśmy przy stole na dziedzińcu, pod rozgwieżdżonym niebem, jedząc i rozmawiając.
Raguel zasypywał Tobiasza pytaniami o jego ojca, o życie w Niniwie, o losy innych wygnańców. Sara siedziała cicho, prawie nie podnosząc wzroku, jedynie czasem zerkała na Tobiasza, gdy myślała, że nikt nie patrzy. Zauważyłem, że Azariasz również obserwuje ją uważnie, z wyrazem głębokiego współczucia na twarzy.
Po wieczerzy, gdy kobiety odeszły, by posprzątać, a my zostaliśmy sami z Raguelem, Azariasz niespodziewanie poruszył temat, którego wszyscy się obawialiśmy.
– Raguelu, mój przyjacielu – zaczął spokojnym głosem. – Wiesz dobrze, dlaczego tu jesteśmy. Tobiasz jest najbliższym krewnym twojej córki i według Prawa Mojżeszowego ma prawo i obowiązek ją poślubić.
Raguel zbladł wyraźnie.
– Ja… ja wiem – wyjąkał. – Ale czy on wie o… o tym, co spotkało poprzednich…
– Wie wszystko – przerwał mu Azariasz. – Wie o siedmiu mężach i o demonie. I mimo to chce poślubić Sarę, bo takie jest prawo i taka jest wola Najwyższego.
Raguel spojrzał z niedowierzaniem na Tobiasza.
– Czy to prawda, synu? Czy naprawdę chcesz poślubić moją Sarę, wiedząc, co się stało z jej poprzednimi mężami?
Tobiasz zawahał się przez moment. Widziałem walkę na jego twarzy – strach walczył z poczuciem obowiązku, z wiarą w słowa Azariasza, a może również z uczuciem, które zaczęło kiełkować w jego sercu na widok pięknej, smutnej Sary.
– Tak – powiedział w końcu, a jego głos był zaskakująco pewny. – Chcę poślubić twoją córkę, zgodnie z Prawem i wolą Boga naszych ojców.
Łzy napłynęły do oczu Raguela. Objął Tobiasza i zaczął płakać.
– Niech Bóg cię błogosławi, chłopcze! Niech Bóg nieba ześle ci swoje miłosierdzie i pokój!
Ale gdy się odsunął, jego twarz była pełna troski.
– Posłuchaj, synu – powiedział cicho. – Prawdą jest, że według Prawa powinienem oddać ci moją córkę. Ale muszę ci powiedzieć całą prawdę. Oddałem już moją córkę siedmiu mężom spośród naszych braci, i wszyscy zginęli tej samej nocy, gdy wchodzili do niej. Lepiej więc teraz, synu, zjedz i pij, a o mojej córce zapomnij.
Azariasz jednak natychmiast zaprotestował.
– Nie mów tak, Raguelu. Przecież wiesz, że według Prawa Sara należy do Tobiasza i nikt inny nie może jej poślubić. A co do demona – Najwyższy ma moc nad wszystkimi demonami, a my mamy sposób, by go odpędzić.
Raguel patrzył to na Azariasza, to na Tobiasza, jakby nie wiedział, co robić. W końcu westchnął głęboko.
– Niech będzie wola Najwyższego – powiedział. – Oddaję ci Sarę za żonę, zgodnie z przepisem Prawa Mojżeszowego. Od teraz należycie do siebie, ty i ona. Bóg nieba niech was błogosławi tej nocy i niech ześle na was swoje miłosierdzie i pokój.
Natychmiast wezwał Sarę, wziął ją za rękę i oddał w ręce Tobiasza, mówiąc:
– Weź ją zgodnie z Prawem. Według nakazu zapisanego w księdze Mojżesza została tobie dana za żonę. Weź ją i zaprowadź zdrową do twego ojca. A Bóg nieba niech was obdarzy pokojem.
Sara płakała, a jej matka również. Potem Raguel napisał kontrakt małżeński, zapieczętował go i wszyscy podpisaliśmy się jako świadkowie.
Po ceremonii Edna zaprowadziła Sarę do przygotowanej komnaty małżeńskiej. Gdy dziewczyna zniknęła za drzwiami, Edna również zaczęła płakać.
– Odwagi, córko! – mówiła przez łzy. – Pan nieba niech przemieni twój smutek w radość. Odwagi, córko!
Byłem poruszony do głębi. Te słowa matki, która już siedem razy żegnała swoją córkę idącą do komnaty małżeńskiej, tylko po to, by następnego ranka opłakiwać kolejnego zięcia… To była miłość i wiara silniejsze niż śmierć.
Gdy wszyscy się rozeszli, zostaliśmy sami z Tobiaszem i Azariaszem. Tobiasz był blady, jego ręce drżały.
– Pamiętasz, co masz zrobić? – zapytał Azariasz, kładąc dłoń na ramieniu młodzieńca.
Tobiasz skinął głową.
– Serce i wątroba ryby na rozżarzonych węglach, dym odpędzi demona.
– A potem?
– Modlitwa. Wspólna, pełna wiary modlitwa do Boga naszych ojców.
– Dobrze – Azariasz uśmiechnął się z aprobatą. – A teraz idź i nie bój się. Ta noc będzie początkiem waszego wspólnego życia, nie jego końcem.
Tobiasz wziął przygotowany wcześniej mieszek z sercem i wątrobą ryby, spojrzał na nas po raz ostatni i ruszył w kierunku komnaty małżeńskiej. Gdy zamknęły się za nim drzwi, poczułem, jak zimny pot spływa mi po plecach. Co, jeśli się nie uda? Co, jeśli demon jest silniejszy, niż myślimy?
– Teraz możemy tylko czekać i modlić się – powiedział Azariasz, jakby czytając w moich myślach. – Ale nie martw się, Eliabie. Tej nocy demon Asmodeusz zostanie pokonany raz na zawsze.
Rozdział 4: Noc w domu Raguela
Noc wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Raguel, przekonany, że Tobiasz podzieli los poprzednich mężów Sary, nakazał sługom wykopać grób na dziedzińcu, pod osłoną ciemności, by nikt z sąsiadów tego nie widział. Słyszałem uderzenia motyk o twardą ziemię i cichy płacz Edny, która modliła się w swoim pokoju.
Ja również nie mogłem zasnąć. Leżałem na posłaniu w pokoju dla gości, nadsłuchując jakichkolwiek dźwięków dochodzących z komnaty małżeńskiej. Azariasz siedział przy małym oknie, patrząc w rozgwieżdżone niebo. Nie wydawał się zaniepokojony; przeciwnie – na jego twarzy malował się spokój i pewność.
– Jak możesz być taki spokojny? – szepnąłem do niego. – Co, jeśli się nie udało? Co, jeśli demon zabił Tobiasza?
– Nie zabił – odpowiedział Azariasz, nie odwracając wzroku od gwiazd. – W tej chwili Tobiasz i Sara modlą się razem, a demon Asmodeusz ucieka na krańce Egiptu, gdzie zostanie związany na wieki.
Mówił z taką pewnością, jakby rzeczywiście widział to wszystko. Ale jak mógł widzieć, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami komnaty małżeńskiej, a tym bardziej na krańcach Egiptu?
– Skąd możesz to wiedzieć? – zapytałem, podchodząc do niego.
Azariasz odwrócił się do mnie i uśmiechnął tajemniczo.
– Są rzeczy, Eliabie, których jeszcze nie rozumiesz, ale zrozumiesz je, gdy nadejdzie właściwy czas. Teraz śpij. Jutro czeka nas wiele pracy.
Nie mogłem zasnąć. Myślałem o Tobiaszu i Sarze, o siedmiu mężach, którzy zginęli przed nim, o tajemniczym Azariaszu, który zdawał się wiedzieć rzeczy niedostępne zwykłym śmiertelnikom. Kim on był? I co naprawdę działo się tej nocy?
O świcie usłyszałem pukanie do drzwi. To była jedna ze służących Raguela.
– Pan domu prosi, abyście przyszli – powiedziała drżącym głosem. – Chce… chce sprawdzić, czy jego zięć żyje.
Ubraliśmy się pospiesznie i podążyliśmy za służącą na dziedziniec. Raguel stał tam z łopatą w ręku, jego twarz była blada i zmęczona po bezsennej nocy. Na nasz widok drgnął nerwowo.
– Idź i zobacz, czy on żyje – powiedział do jednej ze służących, wskazując na drzwi komnaty małżeńskiej. – Jeśli umarł, pochowamy go, zanim ktokolwiek się dowie.
Służąca podeszła do drzwi i delikatnie je otworzyła. Zajrzała do środka, a potem… zaczęła się śmiać. Był to śmiech ulgi, radości, niedowierzania.
– Żyje! Oboje żyją! Śpią razem jak mąż i żona!
Raguel natychmiast upadł na kolana, wznosząc ręce ku niebu.
– Błogosławiony jesteś, Boże, wszelkim błogosławieństwem czystym i świętym! Niech Cię błogosławią wszyscy Twoi święci i wszystkie Twoje stworzenia; wszyscy Twoi aniołowie i wybrani niech Cię błogosławią na wieki! Błogosławiony jesteś, że mnie uradowałeś i nie stało się tak, jak przypuszczałem, ale postąpiłeś z nami według wielkiego Twego miłosierdzia!
Jego żona Edna wybiegła z domu, usłyszawszy wieści, i również zaczęła się modlić i dziękować Bogu. Szybko rozkazali sługom zasypać wykopany grób, zanim ktokolwiek z sąsiadów mógłby go zobaczyć.
Spojrzałem na Azariasza, który stał obok mnie, obserwując całą scenę z łagodnym uśmiechem.
– Wiedziałeś – szepnąłem. – Wiedziałeś, że wszystko będzie dobrze.
– Wiedziałem – przyznał. – Bóg wysłuchuje modlitw sprawiedliwych, Eliabie. A Tobiasz i Sara modlili się z czystym sercem, pełnym wiary i miłości.
Wkrótce drzwi komnaty małżeńskiej otworzyły się i wyszli z niej Tobiasz i Sara, trzymając się za ręce. Oboje wyglądali na zmęczonych, ale ich twarze promieniały spokojem i szczęściem. Sara już nie była tą samą przestraszoną dziewczyną, którą widziałem wczoraj – jej oczy jaśniały, a na ustach gościł delikatny uśmiech.
Raguel natychmiast zarządził przygotowanie uczty weselnej, która miała trwać dwa tygodnie. Posłał po wszystkich przyjaciół i sąsiadów, zarżnięto woły i barany, przygotowano najlepsze wina. Całe miasto wkrótce dowiedziało się, że Sara, córka Raguela, której siedmiu mężów zginęło w noc poślubną, w końcu znalazła męża, który przeżył.
Podczas pierwszych dni uczty Tobiasz opowiedział mi, co wydarzyło się tamtej nocy.
– Kiedy wszedłem do komnaty – mówił cicho, by nikt poza mną i Azariaszem go nie słyszał – Sara siedziała na łóżku, płacząc. Myślała, że i ja zginę, jak jej poprzedni mężowie. Wyciągnąłem serce i wątrobę ryby, położyłem je na rozżarzonych węglach, jak polecił Azariasz. Dym wypełnił komnatę, a ja poczułem… poczułem coś dziwnego, jakby wiatr przeszywający mnie na wskroś, lodowaty, gniewny. A potem usłyszałem jakby krzyk, bardzo daleki, jakby ktoś wpadał w przepaść…
– To był demon – wyjaśnił Azariasz. – Asmodeusz uciekł na krańce Egiptu, gdzie został związany.
– Potem – kontynuował Tobiasz – podszedłem do Sary, wziąłem ją za rękę i powiedziałem: „Wstań, siostro, módlmy się i błagajmy Pana naszego, aby okazał nam miłosierdzie i ocalił nas.” Uklękliśmy razem i modliliśmy się przez długi czas. Sara już się nie bała. Czuła, tak jak ja, że tym razem będzie inaczej.
Patrzyłem na tego młodego człowieka z podziwem. Jeszcze kilka dni temu wydawał się niepewny, przestraszony, a teraz mówił z taką wiarą i spokojem. Coś się w nim zmieniło tamtej nocy – dojrzał, stał się mężczyzną gotowym wziąć odpowiedzialność za żonę i przyszłą rodzinę.
W czasie uczty weselnej Raguel spisał dokumenty potwierdzające, że połowa jego majątku już teraz przechodzi na Tobiasza, a druga połowa po śmierci jego i Edny. Jako oficjalny świadek podpisałem te dokumenty wraz z innymi gośćmi.
Gdy uroczystości dobiegały końca, Azariasz odciągnął Tobiasza na bok.
– Nadszedł czas, byśmy pomyśleli o twoim ojcu – powiedział. – Tobit wciąż czeka na twój powrót, a my mamy jeszcze do wykonania zadanie w Raga, gdzie mieszka Gabael.
Tobiasz skinął głową.
– Masz rację. Powinienem odwiedzić Gabaela i odebrać pieniądze, które mój ojciec u niego zdeponował. Ale co z Sarą? Nie chcę jej zostawiać tak krótko po ślubie.
– Sara pojedzie z nami do Niniwy – zadecydował Azariasz. – Porozmawiam z Raguelem. Ty i Sara musicie zamieszkać z twoimi rodzicami, przynajmniej na razie, by zaopiekować się Tobitem i Anną w ich starości.
Raguel początkowo protestował, nie chcąc tak szybko rozstawać się z córką, ale w końcu zgodził się, wiedząc, że takie jest prawo i obowiązek. Sara natomiast, choć smutna z powodu rozstania z rodzicami, była gotowa podążyć za swoim mężem.
– Pójdę z tobą, dokądkolwiek pójdziesz – powiedziała do Tobiasza, a w jej głosie brzmiała nowa pewność siebie i determinacja.
Tobiasz patrzył na nią z czułością i dumą.
– Ja zaś nigdy cię nie opuszczę, moja żono – odpowiedział. – I razem zobaczymy, jak mój ojciec odzyskuje wzrok.
Zdziwiło mnie to stwierdzenie. Czy Tobiasz wierzył, że jego ojciec naprawdę przejrzy? Azariasz wspominał o leczniczych właściwościach żółci ryby, ale czy to naprawdę mogło przywrócić wzrok człowiekowi, który był ślepy od lat?
Tej nocy, gdy byliśmy sami, zapytałem o to Azariasza.
– Czy ty naprawdę wierzysz, że Tobit odzyska wzrok? Że żółć tej ryby go uzdrowi?
Azariasz uśmiechnął się.
– Nie żółć sama w sobie, Eliabie. To tylko narzędzie. To wiara i miłosierdzie Najwyższego uzdrawiają. Ale tak, Tobit przejrzy. Stanie się to, gdy jego syn wróci do domu z żoną, której siedmiu mężów zginęło w noc poślubną, ale ósmy przeżył dzięki modlitwie i wierze.
– Mówisz tak, jakbyś już to widział – zauważyłem. – Jakbyś znał przyszłość.
– Nie znam przyszłości, Eliabie – odpowiedział Azariasz, choć w jego oczach widziałem coś, co przeczyło tym słowom. – Ale znam Boga Izraela i wiem, że On wynagradza wierność i cierpliwość swoich sług.
Nazajutrz wyruszyliśmy do Raga w Medii, gdzie mieszkał Gabael, by odebrać dziesięć talentów srebra, które Tobit zdeponował u niego wiele lat temu.
Rozdział 5: Spotkanie z Gabaelem
Droga do Raga zajęła nam kilka dni. Tobiasz i Sara jechali razem na jednym ośle, którego podarował im Raguel, ja na swoim wierzchowcu, a Azariasz prowadził nas pieszo, nigdy nie wydając się zmęczonym, mimo długiej trasy. Sara przywiozła ze sobą sług i służące oraz znaczny posag – połowę majątku swojego ojca, zgodnie z jego wolą.
Nasza mała karawana wzbudzała zainteresowanie mijanych wędrowców i mieszkańców przydrożnych osad. Nie codziennie widuje się tak bogatą orszak prowadzony przez człowieka idącego pieszo, za którym podąża świeżo poślubiona para i kupiec z orszakiem sług.
Podczas podróży miałem okazję lepiej poznać Sarę. Nie była już tą samą przestraszoną, smutną dziewczyną, którą zobaczyłem przy studni w domu Raguela. Teraz rozmawiała swobodnie, czasem nawet się śmiała, choć w jej oczach wciąż czaił się cień przeszłych cierpień.
– Czy boisz się wrócić do Niniwy? – zapytałem ją pewnego wieczora, gdy siedzieliśmy przy ognisku.
– Nie boję się miejsca – odpowiedziała po chwili zastanowienia. – Boję się wspomnień, które Niniwa może przywoływać w sercach innych. Boję się, że będą szeptać za moimi plecami: „To ta, której siedmiu mężów zginęło w noc poślubną.”
– Nikt nie będzie tak mówił – zapewnił ją Tobiasz, obejmując ramieniem. – A jeśli ktoś spróbuje, ja mu przypomnę, że został pokonany demon, który zabijał twoich mężów, i że teraz jesteś moją żoną, chronioną przez Boga Izraela.
Sara uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością, ale w jej oczach wciąż widziałem niepewność.
– A teściowie? – zapytała cicho. – Czy twoja matka mnie zaakceptuje? Czy twój ojciec, gdy odzyska wzrok, będzie widział we mnie córkę, a nie przyczynę siedmiu pogrzebów?
– Moi rodzice są dobrymi ludźmi – zapewnił ją Tobiasz. – Mój ojciec zawsze przestrzegał Prawa Mojżeszowego i uczył mnie, że powinniśmy szanować wolę Najwyższego, nawet gdy jej nie rozumiemy. A moja matka… cóż, może być na początku nieco oschła, ale ma dobre serce. Pokocha cię, gdy cię pozna.
Azariasz, który siedział nieco z boku, przysłuchując się tej rozmowie, wtrącił swoje zdanie:
– Nie martw się, Saro. Tobit i Anna przyjmą cię z otwartymi ramionami. A gdy Tobit odzyska wzrok i zobaczy, jak szczęśliwy jest jego syn u twego boku, jego serce przepełni wdzięczność do Boga, który cię do nich przyprowadził.
Jego słowa, jak zawsze, brzmiały jak obietnica, która na pewno się spełni. Zauważyłem, że Sara, podobnie jak Tobiasz, coraz bardziej ufa Azariaszowi i jego radom. Zresztą trudno było mu nie ufać – emanował spokojem i pewnością, które udzielały się wszystkim dookoła.
Gdy dotarliśmy do Raga, bez trudu odnaleźliśmy dom Gabaela. Było to obszerne domostwo na obrzeżach miasta, otoczone sadem oliwnym. Gabael, starszy już mężczyzna o siwej brodzie i życzliwych oczach, powitał nas serdecznie, gdy usłyszał, kim jesteśmy.
– Tobiasz! Syn mojego drogiego przyjaciela Tobita! – wykrzyknął, otwierając szeroko ramiona. – Jakże się cieszę, że cię widzę! Jak się miewa twój ojciec?
Tobiasz opowiedział mu o ślepocie Tobita, o ich życiu w Niniwie, o powodach naszej podróży. Gabael słuchał z uwagą, kiwając głową i wzdychając ze współczuciem.
– Twój ojciec to prawy człowiek – powiedział w końcu. – Zawsze wierny Bogu naszych ojców, nawet na wygnaniu. Nic dziwnego, że Najwyższy zesłał wam pomoc w osobie Azariasza.
Spojrzał na naszego przewodnika z szacunkiem, jakby widział w nim kogoś więcej niż tylko towarzysza podróży. Zastanawiałem się, czy Gabael również wyczuwał tę aurę tajemniczości, która otaczała Azariasza.
Po wstępnych powitaniach Azariasz przeszedł do konkretów.
– Przybyliśmy, by odebrać dziesięć talentów srebra, które Tobit zdeponował u ciebie przed laty – powiedział. – Czy masz nadal te pieniądze?
– Oczywiście – odpowiedział Gabael bez wahania. – Przechowuję je w bezpiecznym miejscu, czekając, aż Tobit lub ktoś z jego rodziny zgłosi się po nie. Mam nawet dokument podpisany przez nas obu, potwierdzający wysokość depozytu.
Podszedł do skrzyni stojącej w rogu pokoju, otworzył ją kluczem, który nosił na szyi, i wyciągnął skórzany woreczek zapieczętowany pieczęcią z wizerunkiem ryby – symbolem, którego używał Tobit.
– Oto one – powiedział, podając woreczek Tobiaszowi. – Dziesięć talentów srebra, dokładnie tyle, ile zdeponował twój ojciec. Plus odsetki za te wszystkie lata.
Tobiasz wziął woreczek z szacunkiem, jakby trzymał coś świętego. Dla niego te pieniądze były nie tylko wartością materialną, ale także symbolem uczciwości i przyjaźni łączącej dwie rodziny przez pokolenia.
– Dziękuję ci, Gabaelu, za twoją uczciwość i wierność – powiedział, kłaniając się lekko.
– To nie ja powinienem być dziękowany, ale twój ojciec – odpowiedział Gabael. – To on zaufał mi, powierzając swoje oszczędności, gdy musiał uciekać przed prześladowaniami. To był akt wielkiej odwagi i zaufania z jego strony.
Potem Gabael zauważył Sarę, która stała nieco z boku, i zapytał, kim ona jest.
– To moja żona – odpowiedział z dumą Tobiasz. – Sara, córka Raguela z Ekbatany.
Gabael wpatrywał się w nią przez chwilę, jakby coś sobie przypominając.
– Sara, córka Raguela… – powtórzył. – Czy to nie ta dziewczyna, o której mówiono, że demon zabił jej siedmiu mężów w noc poślubną?
Sara zbladła i spuściła głowę. Tobiasz natychmiast stanął przed nią, jakby chciał ją osłonić przed tymi słowami.
– Tak, to ona – przyznał. – Ale demon został już pokonany. Bóg naszych ojców wybawił nas, a ja jestem szczęśliwym mężem Sary.
Gabael przez chwilę patrzył na nich w milczeniu, po czym jego twarz rozjaśnił uśmiech.
– To cud! – wykrzyknął. – To prawdziwy cud od Najwyższego! – Podszedł do Sary i ujął jej dłonie w swoje. – Wybacz mi, córko, jeśli moje słowa cię zraniły. Nie chciałem wywołać bolesnych wspomnień. Przeciwnie, chcę się radować wraz z tobą i twoim mężem z tego cudownego wybawienia!
Sara podniosła głowę i uśmiechnęła się nieśmiało.
– Nie ma potrzeby przepraszać, Gabaelu – powiedziała cicho. – To część mojej historii, której nie mogę wymazać. Ale dzięki Tobiaszowi i jego przewodnikowi Azariaszowi ta historia ma teraz szczęśliwe zakończenie.
Gabael spojrzał na Azariasza, który stał nieco z boku, obserwując całą scenę z łagodnym uśmiechem.
– Mądry must być człowiek, który wie, jak pokonać demona – powiedział, przyglądając mu się uważnie. – I odważny. Kim jesteś, Azariaszu, synu Ananiasza Wielkiego?
– Jestem tylko przewodnikiem – odpowiedział Azariasz skromnie. – Wybrałem towarzyszyć Tobiaszowi w jego podróży, na prośbę jego ojca. A co do demona – to nie ja go pokonałem, ale wiara i modlitwa Tobiasza i Sary.
Gabael kiwał głową, ale w jego oczach widziałem, że nie do końca wierzy w te skromne słowa. Podobnie jak ja, prawdopodobnie wyczuwał, że Azariasz jest kimś więcej, niż mówi.
Gabael nalegał, byśmy zostali u niego na ucztę. Zarżnięto baranka, przyniesiono najlepsze wina, a on wzniósł toast za zdrowie młodej pary i za szczęśliwy powrót do Niniwy. Podczas uczty, gdy wino rozgrzało serca i rozwiązało języki, Gabael zaczął opowiadać historie z czasów, gdy był przyjacielem Tobita w Niniwie.
– Twój ojciec zawsze był inny niż pozostali – mówił do Tobiasza. – Gdy inni kłaniali się bożkom ze strachu przed królem, on pozostał wierny Bogu Izraela. Gdy zabroniono grzebać naszych zmarłych, on ryzykował życie, by dopełnić tego świętego obowiązku. Pamiętam, jak pewnej nocy wrócił do domu, cały drżący z wyczerpania, po tym jak potajemnie pochował ciało pewnego Hebrajczyka, które znalazł na ulicy. Twoja matka była przerażona, że go złapią i zabiją, ale on powiedział tylko: „Lepiej umrzeć, wypełniając Prawo, niż żyć, łamiąc je.”
Tobiasz słuchał tych opowieści z nabożeństwem, chłonąc każde słowo o swoim ojcu. Widziałem w jego oczach dumę i miłość, a także determinację, by być godnym takiego rodzica.
– Kiedy składał u mnie te dziesięć talentów srebra – kontynuował Gabael – powiedział mi: „Gabaelu, bracie, nie wiem, czy kiedykolwiek wrócę po te pieniądze. Jeśli umrę na wygnaniu, zachowaj je dla mojego syna, gdy dorośnie. A jeśli i on nie przeżyje, rozdaj je ubogim spośród naszych braci.” Taki właśnie był twój ojciec – sprawiedliwy i miłosierny, nawet w obliczu własnego nieszczęścia.
Uczta trwała do późnej nocy. Gabael nalegał, byśmy zostali u niego dłużej, ale Azariasz uprzejmie odmówił.
– Musimy wracać do Niniwy – powiedział. – Tobit i Anna czekają na powrót syna i niepokój o niego może skrócić ich dni.
Gabael nie nalegał więcej, rozumiejąc powagę sytuacji. Następnego ranka, po wspólnej modlitwie, pożegnaliśmy się z naszym gospodarzem, który jeszcze raz pobłogosławił młodą parę i życzył im szczęśliwego powrotu do domu.
Gdy wyruszyliśmy w drogę powrotną, Tobiasz wydawał się głęboko zamyślony.
– O czym myślisz, mężu? – zapytała go Sara, jadąc obok na swoim ośle.
– O moim ojcu – odpowiedział. – O jego wierności Prawu, o jego odwadze. Zastanawiam się, czy kiedykolwiek będę tak dobry jak on.
– Jesteś jego synem – powiedziała Sara z ciepłym uśmiechem. – Już teraz jesteś dobry jak on. Czy nie wyruszyłeś w tę niebezpieczną podróż, by pomóc rodzicom? Czy nie poślubiłeś mnie, mimo strachu przed demonem, bo takie było Prawo i wola Najwyższego?
Tobiasz popatrzył na nią z wdzięcznością.
– Masz rację, moja żono. Dziękuję ci za te słowa.
Azariasz, który szedł nieco z przodu, odwrócił się do nich.
– Oboje jesteście dziećmi obietnicy – powiedział. – Oboje przeszliście przez ciemną dolinę lęku i cierpienia, by dojść do światła nadziei i radości. A teraz czeka was jeszcze jedno zadanie – przywrócenie wzroku Tobitowi.
– Czy to naprawdę możliwe? – zapytała Sara. – Czy żółć ryby naprawdę może uleczyć ślepotę?
– To nie żółć sama w sobie leczy – wyjaśnił Azariasz. – To narzędzie w rękach Najwyższego. To Jego moc uzdrawia, Jego miłosierdzie przywraca wzrok. Ale wiara musi iść w parze z działaniem. Dlatego Tobiasz natrze oczy ojca żółcią ryby, a Najwyższy sprawi, że bielmo odpadnie i Tobit znów będzie widział.
Każde słowo Azariasza brzmiało jak obietnica, która na pewno się spełni. I choć zdawał się mówić o przyszłości, to brzmiało to tak, jakby opisywał coś, co już się wydarzyło, co już zobaczył.
W drodze powrotnej do Ekbatany, gdzie mieliśmy się zatrzymać przed ostatnim etapem podróży do Niniwy, myślałem wiele o tym niezwykłym człowieku, który nas prowadził. Azariasz nie był zwykłym przewodnikiem – to było już dla mnie oczywiste. Znał rzeczy, których nie powinien znać, widział rzeczy, których nie powinien widzieć, i mówił o Bogu Izraela tak, jakby znał Go osobiście.
Może był prorokiem? Ale prorocy zazwyczaj ogłaszali się jako tacy i przekazywali słowa od Najwyższego, rozpoczynając od „Tak mówi Pan”. Azariasz tego nie robił. Mówił własnym głosem, choć z niezwykłą mądrością i autorytetem.
Może był mędrcem, jednym z tych, którzy studiowali Prawo i księgi proroków przez całe życie? Ale nawet najwięksi mędrcy Izraela nie potrafili odpędzać demonów czy przepowiadać przyszłości z taką pewnością.
Kim więc był?
Pytanie to dręczyło mnie coraz bardziej, im bliżej byliśmy końca naszej podróży. Czułem, że odpowiedź jest ważna nie tylko dla zaspokojenia mojej ciekawości, ale dla zrozumienia wszystkiego, co się wydarzyło od momentu, gdy spotkałem Tobiasza i Azariasza na rynku w Niniwie.
Rozdział 6: Powrót do Niniwy
Gdy dotarliśmy z powrotem do Ekbatany, Raguel i Edna powitali nas z radością, szczęśliwi, że widzą swoją córkę całą i zdrową, a ich zięcia w dobrym zdrowiu. Po krótkim odpoczynku zaczęliśmy przygotowania do ostatniego etapu podróży – do Niniwy, gdzie czekali na nas Tobit i Anna.
– Nie możemy dłużej zwlekać – powiedział Azariasz pewnego wieczoru, gdy siedzieliśmy przy kolacji. – Tobit i Anna czekają na powrót syna. A ponadto czas, by Tobit odzyskał wzrok.
Raguel i Edna spojrzeli na niego ze zdumieniem.
– Odzyskał wzrok? – powtórzyła Edna. – Czy to możliwe? Słyszeliśmy, że jest ślepy od lat.
– Dla Najwyższego nie ma rzeczy niemożliwych – odpowiedział Azariasz. – Tobiasz posiada lekarstwo, które przywróci wzrok jego ojcu.
– Żółć ryby, którą złowiłem w Tygrysie – wyjaśnił Tobiasz. – Azariasz nauczył mnie, jak jej użyć do leczenia bielma.
Raguel spojrzał na naszego przewodnika z nowym szacunkiem i ciekawością.
– Kimkolwiek jesteś, Azariaszu, synu Ananiasza, jesteś błogosławieństwem dla tej rodziny – powiedział. – Najpierw ocalasz mojego zięcia przed demonem, który zabił siedmiu poprzednich mężów mojej córki, a teraz mówisz o przywróceniu wzroku Tobitowi. Zaiste, Najwyższy musi być z tobą.
Azariasz skłonił głową w geście skromnego przyjęcia tych słów, ale nie skomentował ich. Zamiast tego wrócił do planowania naszej podróży.
Następnego dnia pożegnaliśmy się z Raguelem i Edną. Było to wzruszające rozstanie – matka tuliła córkę, jakby nie chciała jej puścić, a ojciec błogosławił zięcia, prosząc go, by dobrze traktował jego jedyne dziecko. Obiecali sobie wzajemnie, że będą do siebie pisać, a może nawet odwiedzać się, jeśli Najwyższy pozwoli.
Wyruszyliśmy w drogę większą karawaną niż poprzednio – oprócz Tobiasza, Sary, Azariasza i mnie, towarzyszyło nam kilku służących Raguela, prowadzących objuczone osły z posagiem Sary. Były tam ubrania, naczynia, meble, a także żywy inwentarz – owce, kozy i bydło. Raguel był hojnym człowiekiem i kochającym ojcem, który chciał zapewnić córce dostatek w nowym domu.
Droga do Niniwy zajęła nam kilkanaście dni. Im bliżej byliśmy celu, tym bardziej Tobiasz wydawał się podekscytowany i niespokojny jednocześnie. Z jednej strony nie mógł się doczekać, by zobaczyć rodziców, z drugiej – martwił się, jak przyjmą Sarę i czy rzeczywiście uda się przywrócić wzrok jego ojcu.
– A co, jeśli to nie zadziała? – pytał pewnego wieczoru, gdy siedzieliśmy przy ognisku, jakieś dwa dni drogi od Niniwy. – Co, jeśli żółć ryby nie uleczy mojego ojca?
– Będzie miał ciebie, swoją żonę i swoją rodzinę – odpowiedział Azariasz. – Czy to nie jest wystarczające błogosławieństwo?
– Oczywiście, że jest – zgodził się Tobiasz. – Ale tak bardzo chciałbym, żeby znów widział. Żeby mógł zobaczyć Sarę, żeby mógł ujrzeć niebo i ziemię, i wszystko, co stworzył Najwyższy.
– I zobaczy – zapewnił go Azariasz. – Ufaj, Tobiaszu. Czy wszystko, co ci przepowiedziałem do tej pory, nie spełniło się?
To był argument, z którym trudno było dyskutować. Rzeczywiście, wszystko, co przepowiedział Azariasz, spełniło się dokładnie tak, jak mówił – od ryby w Tygrysie, przez pokonanie demona Asmodeusza, aż po szczęśliwe odzyskanie depozytu od Gabaela.
Gdy byliśmy już blisko Niniwy, Azariasz zaproponował, byśmy z Tobiaszem wyprzedzili resztę karawany.
– Anna, matka twoja, liczy dni i nie znajduje spokoju, dopóki nie wrócisz – powiedział. – A Tobit, ojciec twój, nie może już doczekać się twojego powrotu.
Tobiasz zawahał się, nie chcąc zostawiać Sary.
– Nie martw się o swoją żonę – zapewnił go Azariasz. – Ja i Eliab będziemy jej strzec, a służący Raguela są wierni i oddani. Dogonimy cię w domu twoich rodziców, gdy tylko dotrzemy do miasta.
Sara sama nalegała, by Tobiasz pospieszył się do rodziców.
– Idź, mój mężu – powiedziała. – Twoi rodzice czekają. Ja dołączę do ciebie wkrótce i razem przywrócisz wzrok twojemu ojcu.
Tak więc Tobiasz, zabrawszy żółć ryby, wyruszył naprzód, biegnąc niemal przez większość drogi, tak bardzo pragnął zobaczyć swoich rodziców. My podążaliśmy za nim w spokojniejszym tempie, prowadząc karawanę z dobytkiem.
Następnego dnia dotarliśmy na przedmieścia Niniwy. Azariasz wydawał się dokładnie wiedzieć, gdzie mieszkają rodzice Tobiasza, choć, o ile wiedziałem, nigdy wcześniej tam nie był. Prowadził nas pewnymi krokami przez labirynt uliczek, aż dotarliśmy do skromnego domu na obrzeżach dzielnicy hebrajskiej.
Przed domem stał Tobiasz, machając do nas energicznie, a obok niego starszy mężczyzna, którego natychmiast rozpoznałem jako Tobita. Ale nie był to już ślepy starzec, którego widziałem przed naszym wyjazdem. Jego oczy były jasne i bystrze, a na twarzy malowała się radość, gdy spoglądał na nadchodzącą karawanę.
– Przejrzał! – wykrzyknął Tobiasz, biegnąc nam naprzeciw. – Mój ojciec widzi! Żółć ryby zadziałała dokładnie tak, jak powiedział Azariasz!
Sara zeskoczyła z osła i pobiegła do męża, a ten objął ją i okręcił dookoła, śmiejąc się z radości. Tobit podszedł do nas wolniejszym krokiem, jego oczy były wilgotne od łez wzruszenia.
– Błogosławiony niech będzie Bóg – powiedział, wyciągając ręce do Sary. – Błogosławiony niech będzie Jego święte i chwalebne imię na wieki! Witaj w naszym domu, córko. Od teraz jesteś także moją córką, a nie tylko żoną mojego syna.
Sara uklękła przed nim, a on położył dłonie na jej głowie, błogosławiąc ją. Potem spojrzał na mnie i Azariasza.
– A oto nasi dobroczyńcy – powiedział. – Eliab, syn Gamaliela, i Azariasz, syn Ananiasza Wielkiego. Bez was nie odzyskałbym ani syna, ani wzroku, ani srebra zdeponowanego u Gabaela. Jakże mam wam dziękować?
– Nie dziękuj nam – odpowiedział szybko Azariasz. – Dziękuj Bogu, który nas posłał, by ci pomóc.
Tobit spojrzał na niego z większą uwagą.
– Tak, to Bóg cię posłał – powiedział powoli. – Teraz to widzę wyraźnie, nie tylko oczami, ale i sercem. – Odwrócił się do Tobiasza. – Synu, daj godną zapłatę temu człowiekowi, który ci towarzyszył, i dodaj coś do jego zapłaty!
Tobiasz, wyraźnie poruszony, zwrócił się do Azariasza:
– Ojcze, nie będzie to niesprawiedliwe, jeśli dam mu połowę tego, co przyniosłem. Przyprowadził mnie zdrowym, moją żonę uleczył, pieniądze przyniósł ze mną, a mnie uzdrowił. Ile mam mu dać jako zapłatę?
Azariasz uśmiechnął się łagodnie.
– Nie bój się, chłopcze! Biedni byliśmy, lecz będziemy mieli wielkie bogactwa, jeśli będziemy się bali Boga i unikali każdego grzechu, i czynili dobrze.
Ale Tobit nalegał:
– Powiedz mi, przyjacielu, co ci się należy? Nawet połowa tego, co przynieśliście, nie jest wystarczającą zapłatą za twoją pomoc.
Wtedy Azariasz odezwał się słowami, które na zawsze pozostaną w mojej pamięci:
– Dobrze, powiem wam całą prawdę i nic nie ukryję przed wami. Już wam powiedziałem, że dobrze jest zachować tajemnicę królewską, a cenną – wyjawić dzieła Boże. Gdy modliłeś się, ty i Sara, ja zanosiłem wasze modlitwy przed Najświętszego. Podobnie, gdy grzebałeś umarłych. A gdy nie wahałeś się wstać i opuścić swego posiłku, i iść pogrzebać umarłego, byłem posłany, aby cię wypróbować. Jednocześnie posłał mnie Bóg, aby uzdrowić ciebie i twoją synową, Sarę. Ja jestem Rafał, jeden z siedmiu aniołów, którzy stoją w pogotowiu i wchodzą przed majestat Pański.
Na te słowa wszyscy zadrżeliśmy ze strachu i padliśmy na twarz, przerażeni, że stoimy w obliczu anioła Bożego.
– Nie bójcie się – powiedział łagodnie Rafał. – Pokój wam! Błogosławcie Boga na wieki! Gdy byłem z wami, byłem nie z mojej łaski, lecz z woli Boga. Jego błogosławcie przez wszystkie dni i Jemu śpiewajcie hymn!
Patrzyliśmy na niego w oszołomieniu. Nagle wiele rzeczy stało się jasnych – jego tajemnicza wiedza, jego pewność co do przyszłych wydarzeń, jego znajomość lekarstwa na ślepotę i sposób na odpędzenie demona. Nie był zwykłym przewodnikiem, ale posłańcem samego Boga, aniołem posłanym, by nam pomóc.
– Widzieliście, że nie jadłem nic, lecz było to tylko widzenie. A teraz błogosławcie Pana na ziemi i dziękujcie Bogu! Oto idę do Tego, który mnie posłał. Zapiszcie wszystko, co się wam przydarzyło!
I gdy to powiedział, zniknął z naszych oczu. Wstaliśmy, ale nie mogliśmy go już zobaczyć. Przez całą godzinę leżeliśmy na twarzach, błogosławiąc Boga, zdumieni i wdzięczni za cud, którego byliśmy świadkami.
Rozdział 7: Świadectwo
Pozostałem w domu Tobita jeszcze przez kilka dni, uczestnicząc w radości tej rodziny, która doznała tak wielu łask od Najwyższego. Tobit, teraz w pełni zdrowy i widzący, nie przestawał chwalić Boga za Jego miłosierdzie. Anna, matka Tobiasza, zaakceptowała Sarę jak własną córkę, a młode małżeństwo promieniało szczęściem.
Wielu przychodziło do ich domu, słysząc o cudach, które się wydarzyły – o odzyskanym wzroku Tobita, o pokonaniu demona, który zabijał mężów Sary, o bezpiecznym powrocie z niebezpiecznej podróży. A największym zdumieniem napawała wszystkich wieść, że towarzyszył nam w tej podróży nie kto inny, jak sam anioł Rafał, jeden z siedmiu, którzy stoją przed obliczem Najwyższego.
Tobit spisał całą historię, od początku swojej ślepoty, przez podróż Tobiasza z Azariaszem, który okazał się być aniołem Rafałem, aż do cudownego uzdrowienia i szczęśliwego zakończenia. Spisał też pieśń pochwalną na cześć Boga, pełną wdzięczności za Jego miłosierdzie i opiekę nad ludem Izraela, nawet na wygnaniu.
Ja również postanowiłem spisać swoje świadectwo, aby przetrwało dla przyszłych pokoleń jako dowód, że Bóg nie opuszcza tych, którzy w Niego wierzą, i że posyła swoich aniołów, by strzegli dróg sprawiedliwych.
Gdy nadszedł czas mojego odjazdu, Tobit chciał mi dać część srebra odzyskanego od Gabaela, jako wyraz wdzięczności za moje towarzystwo i pomoc. Odmówiłem, mówiąc, że to nie ja byłem prawdziwym pomocnikiem, lecz anioł Rafał, a ja byłem jedynie świadkiem.
– Byłeś więcej niż świadkiem, Eliabie – powiedział Tobit, kładąc dłoń na moim ramieniu. – Byłeś przyjacielem mojego syna w podróży, towarzyszem w radości i smutku. To również jest darem od Najwyższego, za który jesteśmy wdzięczni.
Zgodziłem się w końcu przyjąć niewielki dar, bardziej jako pamiątkę niż zapłatę, i obiecałem, że będę utrzymywał kontakt z rodziną Tobita.
Przed wyjazdem odwiedziłem grób starego Tobita, który zmarł w wieku stu dwunastu lat, dziesięć lat po wydarzeniach, które opisałem. Zgodnie z jego ostatnią wolą, został pochowany obok swojej żony Anny, która odeszła dwa lata przed nim. Tobiasz i Sara, wraz z siedmioma synami, których dał im Najwyższy, przenieśli się do Ekbatany, do domu Raguela, gdzie żyli szczęśliwie, opiekując się rodzicami Sary w ich starości.
Stoję teraz nad ich grobem i wspominam wszystko, co przeżyliśmy razem. Czasami trudno mi uwierzyć, że towarzyszyłem aniołowi w jego misji, że byłem świadkiem tak wielkich cudów. Ale wiem, że to prawda, bo zmieniło to moje życie na zawsze.
Od tamtej podróży patrzę na świat innymi oczami. Widzę rękę Bożą we wszystkim, co się dzieje, nawet w cierpieniu i próbach. Wiem, że Bóg wysłuchuje modlitw sprawiedliwych i posyła im pomoc, nawet jeśli nie zawsze jest ona tak widoczna jak anioł Rafał.
Wiem też, że czasem Bóg posyła nas, zwykłych ludzi, jako swoich posłańców, byśmy pomogli innym w ich potrzebie. Może nie jesteśmy aniołami, ale możemy być narzędziami w ręku Najwyższego, jeśli tylko jesteśmy na to otwarci.
Ta historia, którą spisałem, niech będzie świadectwem dla wszystkich, którzy ją przeczytają, że Bóg nie opuszcza swojego ludu, nawet na wygnaniu, nawet w nieszczęściu. Że posyła swoich aniołów, by strzegli nas na wszystkich naszych drogach. I że czasem ci aniołowie przychodzą do nas w ludzkiej postaci, jako nieznajomi towarzysze podróży, którzy prowadzą nas ku nieznanemu, ale błogosławionemu przeznaczeniu.
A gdy spotkacie na swojej drodze kogoś, kto wydaje się być kimś więcej niż zwykłym towarzyszem podróży, kogoś, kto zna rzeczy, których nie powinien znać, i mówi o Bogu z niezwykłą pewnością – bądźcie uważni. Być może stoicie w obecności anioła, jak ja stałem w obecności Rafała, nie wiedząc o tym, dopóki nie objawił swojej prawdziwej natury.
I zawsze pamiętajcie słowa, które Rafał wypowiedział do nas na pożegnanie: „Dobrze jest zachować tajemnicę królewską, a cenną – wyjawić dzieła Boże.”
To ja, Eliab, syn Gamaliela z pokolenia Neftalego, spisałem to świadectwo ku chwale Najwyższego i jako pamiątkę Jego miłosierdzia dla wszystkich pokoleń, które nadejdą.
KONIEC