– korespondencja uczennicy Jezusa po zmartwychwstaniu
Do Tadeusza w Edessie,
Napisane w Jerozolimie, trzeciego dnia po Święcie Pięćdziesiątnicy
Drogi Tadeuszu,
Piszę do Ciebie z Jerozolimy, gdzie pozostaję jeszcze z innymi uczniami po cudownych wydarzeniach Pięćdziesiątnicy. Mam nadzieję, że ta wiadomość znajdzie Cię w dobrym zdrowiu w dalekim mieście Edessa, gdzie, jak słyszałam, głosisz Dobrą Nowinę królowi Abgarowi.
Nawet nie wiem, od czego zacząć. Wszystko, co przeżyliśmy w ostatnich tygodniach, wydaje się jak sen – najpierw ciemność i rozpacz po Jego ukrzyżowaniu, potem niewiarygodna radość spotkania Go przy grobie, a teraz zstąpienie Ducha, które przemieniło nas wszystkich.
Chcę Ci opowiedzieć o poranku, kiedy Go zobaczyłam, bo wiem, że nigdy jeszcze nie słyszałeś tej historii z moich ust. Wstałam przed świtem, niezdolna do snu. Smutek ciążył mi tak bardzo, że z trudem oddychałam. Wzięłam olejki i maści, które przygotowałyśmy z innymi kobietami, i poszłam do ogrodu, gdzie złożono Jego ciało. Chciałam przynajmniej oddać Mu ostatnią przysługę – namaścić Jego ciało, jak nakazuje zwyczaj.
Kiedy zobaczyłam odwalony kamień, moje serce zamarło. Pomyślałam, że wrogowie nawet po śmierci nie dali Mu spokoju. Pobiegłam do Piotra i Jana, krzycząc, że zabrali ciało Pana. Oni też pobiegli do grobu, zajrzeli do środka i odeszli zmieszani. Ale ja zostałam, płacząc. Nie mogłam odejść. Nie mogłam pogodzić się z myślą, że nawet Jego martwego ciała nie będę mogła już zobaczyć.
I wtedy, Tadeuszu, zobaczyłam Go – najpierw myślałam, że to ogrodnik. Zapytał, dlaczego płaczę. A kiedy wymówił moje imię – „Mario” – poznałam Go natychmiast. Jego głos. Ten sam głos, który kiedyś wypędził z mojego ciała siedem demonów. Ten sam głos, który nauczał nas o Królestwie. Ten sam głos, który na krzyżu wołał do Ojca.
Rzuciłam się do Jego stóp, chcąc Go dotknąć, upewnić się, że to naprawdę On, że to nie złudzenie zrodzone z rozpaczy. Ale powstrzymał mnie, mówiąc: „Nie zatrzymuj Mnie, bo jeszcze nie wstąpiłem do Ojca”. Nie zrozumiałam wtedy tych słów, ale teraz, po Zesłaniu Ducha, zaczynam pojmować ich znaczenie. Jego zmartwychwstałe ciało było realne, ale jednocześnie inne – przemienione, należące już do innego porządku rzeczywistości.
Polecił mi, abym poszła do braci i powiedziała im, że wstępuje do swojego Ojca i naszego Ojca, do swojego Boga i naszego Boga. Pobiegłam do nich z tą wiadomością, ale nie wszyscy mi uwierzyli. Niektórzy myśleli, że rozpacz zaćmiła mój umysł. Dopiero kiedy On sam stanął pośród nich, uwierzyli.
A teraz, Tadeuszu, chcę Ci powiedzieć coś, co noszę w sercu od tamtego poranka. Wielu nazywa mnie „apostołką apostołów”, bo byłam pierwszą, która zobaczyła zmartwychwstałego Pana i zaniosła tę wieść innym. Ale ja wiem, że to nie był przypadek ani zaszczyt, na który zasłużyłam. To był Jego dar dla mnie – dla mnie, która kiedyś była opętana, zagubiona, pozbawiona nadziei. To było jak drugie narodziny, drugie uwolnienie. Pierwszy raz uwolnił mnie od demonów, które mnie dręczyły, a drugi raz – od demona rozpaczy po Jego śmierci.
Duch, którego teraz otrzymaliśmy, przynosi mi to samo poczucie wolności i nadziei. Słyszałeś zapewne od innych, co się stało w dzień Pięćdziesiątnicy. Siedzieliśmy razem w Wieczerniku, gdy nagle usłyszeliśmy szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru. Nad naszymi głowami pojawiły się języki ognia, a my zaczęliśmy mówić różnymi językami, wysławiając Boga. Ludzie z różnych krajów, którzy przybyli na święto do Jerozolimy, słyszeli nas mówiących w ich własnych językach. Piotr przemówił do tłumu z taką mocą, jakiej nigdy u niego nie widziałam. Trzy tysiące ludzi przyjęło chrzest tego dnia!
Od tamtej chwili gromadzimy się codziennie na modlitwie i łamaniu chleba. Wspominamy Jego słowa i czyny. Dzielimy się wszystkim, co posiadamy. I widzimy, jak Duch działa przez nas – chorzy odzyskują zdrowie, opętani są uwalniani, a ludzie o zatwardziałych sercach otwierają się na Bożą miłość.
Ale nie myśl, Tadeuszu, że wszystko jest łatwe. Przywódcy świątyni patrzą na nas z nieufnością. Niektórzy z faryzeuszy, jak Saul z Tarsu, prześladują wyznawców Drogi. Słyszałam, że w innych miastach też zaczynają się trudności. Ale to nas nie powstrzyma. Jak mógłby powstrzymać nas strach przed śmiercią, gdy wiemy, że śmierć została zwyciężona?
Piszę również, by Ci powiedzieć, że wkrótce opuszczę Jerozolimę. Czuję, że moje miejsce jest teraz gdzie indziej. Może w Efezie, może w Egipcie – jeszcze nie wiem dokładnie. Duch poprowadzi mnie tam, gdzie powinnam iść. Będę głosić Dobrą Nowinę o zmartwychwstałym Panu, szczególnie wśród kobiet, które, jak ja kiedyś, żyją w ciemności i bez nadziei.
Proszę, módl się za mnie, jak ja modlę się za Ciebie. I pamiętaj, że choć dzielą nas setki mil, jesteśmy zjednoczeni w Jego miłości.
Twoja siostra w Chrystusie, Maria z Magdali
Do Joanny, żony Chuzy,
Napisane w Efezie, w dziesiątym roku po Zmartwychwstaniu
Najdroższa Joanno,
Ileż radości sprawiła mi Twoja wiadomość! Po tylu latach rozłąki, słyszeć, że masz się dobrze i nadal służysz Panu w Jerozolimie, to jak balsam dla mojego serca. Często wspominam nasze wspólne podróże z Nim po Galilei, gdy wraz z Zuzanną i innymi kobietami wspierałyśmy Jego misję.
Pytasz, jak wygląda moje życie w Efezie. To duże, tętniące życiem miasto, pełne świątyń pogańskich i handlarzy. Centrum kultu bogini Artemidy, której ogromna świątynia przyciąga pielgrzymów z całego świata. Ale nawet tutaj, pośród bałwochwalstwa i zepsucia, Dobra Nowina znajduje podatny grunt. Mamy już sporą wspólnotę wierzących, spotykającą się w domach. Przeważnie są to niewolnicy, biedni rzemieślnicy i kobiety, ale jest też kilku zamożnych kupców i nawet jedna kapłanka Artemidy, która porzuciła swój urząd, by iść za Chrystusem.
Pytasz także o Jana, umiłowanego ucznia. Tak, jest tutaj ze mną. Mimo swojego młodego wieku, jest teraz dla naszej wspólnoty jak ojciec. Jego łagodność i głębia duchowa przypominają mi tak bardzo Mistrza. Często wieczorami siadamy razem i wspominamy dni spędzone z Nim w Galilei i Judei. Jan zapisuje te wspomnienia – mówi, że chce, aby przyszłe pokolenia mogły poznać prawdę o tym, kim był Jezus, nie tylko przez Jego czyny, ale przede wszystkim przez Jego słowa i miłość, którą nam okazywał.
Najbardziej poruszające są dla mnie te chwile, gdy Jan opowiada o ostatniej wieczerzy, kiedy spoczywał na piersi Pana. Mówi o rzeczach, których nie słyszeli inni – o winnym krzewie i latoroślach, o miłości, która jest największym przykazaniem, o Duchu Pocieszycielu, który miał przyjść. Kiedy słucham tych słów, czuję, jakbym znów słyszała Jego głos.
Wspominasz w swoim liście o sporach, które toczą się w Jerozolimie między wyznawcami Drogi. Słyszałam o tym również od innych. Mówią, że Jakub, brat Pański, nalega na ścisłe przestrzeganie Prawa Mojżeszowego, podczas gdy Paweł, ten sam, który kiedyś nas prześladował, a teraz jest apostołem, głosi wolność od Prawa przez wiarę w Chrystusa. Te spory dotarły także do Efezu. Niektórzy bracia z Judei przybyli tutaj, nauczając, że poganie muszą poddać się obrzezaniu i przestrzegać wszystkich przepisów Tory, aby być zbawieni.
Co ja o tym myślę? Joanno, znałaś mnie zawsze jako osobę bezpośrednią, więc powiem Ci wprost – myślę, że obaj, Jakub i Paweł, mają częściowo rację, a częściowo się mylą. Jakub słusznie przypomina, że wiara bez uczynków jest martwa. Ale Paweł ma rację, mówiąc, że to nie przez przestrzeganie Prawa jesteśmy zbawieni, lecz przez łaskę.
Pamiętam, jak On sam podchodził do Prawa – z szacunkiem, ale nie z niewolniczym przywiązaniem do litery. Łamał szabat, uzdrawiając chorych, dotykał trędowatych i nieczystych, jadał z celnikami i grzesznikami. Ale jednocześnie mówił, że nie przyszedł znieść Prawa, lecz je wypełnić. Jego Prawo było Prawem miłości – miłości Boga i bliźniego.
Myślę, że gdyby był teraz z nami (choć w pewnym sensie jest, przez swojego Ducha), powiedziałby nam to samo, co mówił za życia: „Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali”. Nie po tym, czy przestrzegamy wszystkich przepisów rytualnych, nie po tym, czy jesteśmy obrzezani czy nie, ale po tym, czy miłujemy się wzajemnie.
Teraz chcę opowiedzieć Ci o czymś, co bardzo mnie niepokoi. Zaczynają krążyć różne plotki i fałszywe opowieści o mnie i o moich relacjach z Panem. Niektórzy twierdzą, że byłam nierządnicą, inni, że byłam Jego tajemną małżonką. Obie te historie są nieprawdziwe i krzywdzące. Ty wiesz, kim byłam – kobietą, z której wypędził siedem demonów, kobietą, której przywrócił godność i człowieczeństwo. Byłam Jego uczennicą, tak jak Ty i inne kobiety, które za Nim chodziły. Kochałam Go – tak, całym sercem, ale nie w sposób, o jakim szepczą ci oszczercy.
Co więcej, niektórzy zaczynają pomijać moje świadectwo o zmartwychwstaniu, jakby nigdy nie miało miejsca. W opowieściach, które krążą, to Piotr lub Jan są pierwszymi, którzy Go zobaczyli. Nie chcę, by brzmiało to jak zazdrość – nie zależy mi na własnej chwale. Ale zależy mi na prawdzie. A prawdą jest, że to mnie, kobiecie, Pan objawił się najpierw po swoim zmartwychwstaniu. To było Jego przesłanie – że w Jego Królestwie nie ma już „mężczyzny ani kobiety”, jak pisze Paweł, ale wszyscy jesteśmy jedno w Chrystusie.
Martwię się, Joanno, że w miarę jak Kościół będzie rósł, rola kobiet będzie umniejszana. Już widzę tego oznaki. Na zgromadzeniach niektórzy bracia nie pozwalają kobietom nauczać, powołując się na tradycję. Ale czy nie nauczał nas sam Pan? Czy nie siedzieliśmy u Jego stóp, jak Maria, siostra Łazarza, wbrew tradycyjnym rolom?
Dlatego proszę Cię, droga przyjaciółko, abyś zachowała i przekazała prawdę o tym, co widziałyśmy i słyszałyśmy. Zapisuj te rzeczy, jak robi to Jan. Opowiadaj młodszym kobietom, aby wiedziały, że i one są powołane do świadczenia o Chrystusie, nie mniej niż mężczyźni.
Przekaż moje pozdrowienia Zuzannie i innym siostrom w Jerozolimie. Powiedz im, że noszę je w swoim sercu i modlę się za nie codziennie. I módl się za mnie, bo czuję, że nadchodzą trudne czasy. Cesarz Neron nie patrzy przychylnie na wyznawców Drogi. Już słyszymy o prześladowaniach w Rzymie. Boję się, że wkrótce dotrą i tutaj.
Ale nie traćmy nadziei. On zwyciężył świat, a my w Nim.
Z miłością, Maria Magdalena
Do Martyny, młodej uczennicy,
Napisane w Efezie, w siedemnastym roku po Zmartwychwstaniu
Droga Martyno,
Twój list przyniósł mi wiele radości. Widzę, jak rośniesz w wierze i mądrości, mimo swojego młodego wieku. Twoje pytania świadczą o głębokim pragnieniu poznania prawdy, a to zawsze cieszyło serce naszego Pana.
Pytasz mnie, jakim człowiekiem był Jezus – nie tylko jako nauczyciel czy uzdrowiciel, ale w codziennym życiu, w małych gestach i słowach, których nie zapisano w opowieściach krążących po wspólnotach. Chcesz poznać Go tak, jak ja Go znałam.
To trudne zadanie, Martyno. Jak opisać słońce komuś, kto widział tylko jego odbicie w wodzie? Jak mówić o muzyce komuś, kto nigdy jej nie słyszał? Ale spróbuję, dla ciebie.
Jezus był… pełen sprzeczności, które w Nim stawały się jednością. Był jednocześnie najpoważniejszy i najbardziej radosny z ludzi, jakich znałam. Potrafił płakać nad Jerozolimą jednego dnia i śmiać się z dziećmi następnego. Był surowy wobec hipokryzji faryzeuszy, a jednocześnie nieskończenie cierpliwy wobec słabości swoich uczniów.
Pamiętam, jak jadł – z apetytem, bez wybredności. Przyjmował to, co Mu podawano, z wdzięcznością. Lubił chleb maczany w oliwie, świeże ryby z jeziora, daktyle. Kiedy jadł u kogoś w domu, zawsze rozmawiał z gospodarzami, interesował się ich życiem, ich troskami. Nigdy nie czuł się zbyt ważny czy święty, by dzielić posiłek z prostymi ludźmi.
Jego ręce – często o nich myślę. Były mocne, spracowane, ręce cieśli. Ale kiedy dotykał chorych, stawały się delikatne jak u matki dotykającej noworodka. Widziałam, jak tymi rękami mieszał ślinę z ziemią, by nałożyć ją na oczy ślepca; jak podnosił córkę Jaira z martwych; jak łamał chleb podczas ostatniej wieczerzy.
Śmiał się często – tego nie ujawniają opowieści, które krążą o Nim. Myślę, że ludzie wolą wyobrażać sobie Mesjasza jako poważnego, majestatycznego. Ale On miał w sobie radość, która czasem wybuchała śmiechem. Śmiał się z dowcipów Piotra (a Piotr, mimo swojej porywczości, miał dar rozweselania innych). Śmiał się, gdy dzieci w swojej niewinności mówiły coś szczególnie mądrego lub zabawnego. Śmiał się z ptaków kłócących się o okruszyny, z owieczki uganiającej się za motylem.
Płakał też – nie tylko nad grobem Łazarza czy nad losem Jerozolimy. Płakał, gdy widział ludzkie cierpienie, które tak bardzo chciał uśmierzyć. Płakał nad światem, który odrzucał miłość Boga. Ale nigdy nie płakał nad sobą, nawet gdy wiedział, co Go czeka.
Miał ulubione miejsca – wzgórze z widokiem na Jezioro Galilejskie, gdzie często się modlił; dziedziniec domu Łazarza w Betanii, gdzie odpoczywał w cieniu figowca; cichy zakątek świątyni, gdzie obserwował ludzi wrzucających ofiary do skarbony.
Lubił opowieści i przypowieści – to pewnie wiesz. Ale czy wiesz, że zanim zaczął sam je opowiadać, lubił słuchać opowieści innych? Prosił starców w wioskach, by mówili o dawnych czasach. Słuchał opowieści kupców o dalekich krajach. A potem wplatał te historie w swoje nauki, nadając im nowe znaczenie.
Był cierpliwy w nauczaniu, ale nie pobłażliwy. Kiedy uczniowie nie rozumieli, tłumaczył jeszcze raz, jeszcze prościej. Ale gdy trwali w swoim uporze lub egoizmie, potrafił być stanowczy. Pamiętam, jak skarcił Piotra, nazywając go szatanem, gdy ten próbował odwieść Go od drogi krzyża. Albo jak ustawił Jakuba i Jana, gdy kłócili się o miejsca w Królestwie.
A co najważniejsze, Martyno – On patrzył na ludzi inaczej niż ktokolwiek, kogo znałam. Patrzył, jakby widział nie tylko to, kim jesteś teraz, ale kim możesz się stać. Jakby widział najlepszą wersję ciebie, ukrytą pod warstwami lęku, bólu, grzechu. I to spojrzenie… to spojrzenie zmieniało ludzi. Zmieniło mnie.
Pytasz też, jak wyglądały dni po Jego śmierci, a przed zmartwychwstaniem. To były najciemniejsze chwile mojego życia. Czułam się, jakby cały świat się zawalił. Jakby światło zgasło, a ja znalazłam się w ciemności głębszej niż wtedy, gdy byłam opętana. Pamiętam, jak siedzieliśmy z innymi uczniami w zamkniętym domu, bojąc się, że przyjdą też po nas. Płakaliśmy, modliliśmy się, wspominaliśmy Jego słowa, szukając w nich jakiejś wskazówki, jakiejś nadziei. Ale rozpacz była silniejsza.
A potem był poranek trzeciego dnia. Ale o tym już Ci pisałam wcześniej.
Pytasz również o moje życie teraz, po tylu latach od tamtych wydarzeń. Jestem stara, Martyno. Moje włosy są całkiem siwe, moje ręce drżą, gdy piszę te słowa. Ale moje serce wciąż płonie tą samą miłością do Niego i do wszystkich, którzy Go szukają.
Mieszkam teraz w małym domku na obrzeżach Efezu, na zboczu wzgórza, z widokiem na morze. Jan odwiedza mnie regularnie, tak jak Ty i inne młode kobiety ze wspólnoty. Modlę się, czytam Pisma, opowiadam o Nim wszystkim, którzy chcą słuchać. Czasem czuję, jakby był tuż obok mnie, jak wtedy w ogrodzie, gdy wymówił moje imię.
Prześladowania, o których pisałam w poprzednich listach, nasiliły się. Wielu naszych braci i sióstr zginęło za wiarę. Jan został zesłany na wyspę Patmos po tym, jak cudem przeżył próbę wrzucenia go do kotła z wrzącym olejem. Ale nawet tam, w odosobnieniu, otrzymuje objawienia od Pana i zapisuje je.
Ja sama nie wiem, ile czasu mi jeszcze pozostało. Ale jestem spokojna. Wiem, że gdy zamknę oczy w tym świecie, otworzę je w Jego obecności. I wtedy zobaczę Go znowu, tak jak w ten pierwszy poranek zmartwychwstania – ale tym razem już na zawsze.
Martyno, gdy mnie już nie będzie, pamiętaj o tym, czego Cię uczyłam. Przekazuj te prawdy innym młodym kobietom. Niech historia o tym, jak Zmartwychwstały najpierw objawił się kobiecie, nigdy nie zostanie zapomniana. Niech wszystkie kobiety wiedzą, że w oczach Boga są równie cenne jak mężczyźni, równie zdolne do służby i świadectwa.
I pamiętaj zawsze, że On żyje. Nie jako odległe wspomnienie, nie jako postać z opowieści, ale jako żywy Pan, który jest z nami przez swojego Ducha, aż do skończenia świata.
Z matczyną miłością, Maria Magdalena
Do Jana Apostoła,
Napisane w Efezie, w przeddzień śmierci
Najdroższy Janie,
Czuję, że mój czas na tej ziemi dobiega końca. Duch mówi mi, że wkrótce dołączę do Pana i tych, którzy już odeszli – do Piotra, Jakuba, Andrzeja i wielu innych, którzy złożyli świadectwo krwi.
Dlatego piszę te słowa, które będą moim ostatnim świadectwem. Tobie je powierzam, umiłowany uczniu Pana, byś zachował je i przekazał tym, którzy przyjdą po nas.
Gdy patrzę wstecz na swoje życie, widzę drogę, która zaprowadziła mnie od ciemności do światła, od niewoli do wolności, od rozpaczy do nadziei. Wszystko to dzięki Niemu – Jezusowi z Nazaretu, którego oczy widziały mnie taką, jaką naprawdę byłam, którego słowa uwolniły mnie od demonów, którego miłość przywróciła mi godność.
Byłam pierwszą, która zobaczyła Go po zmartwychwstaniu. Ten zaszczyt, którego nie byłam godna, będzie zawsze największym skarbem mojego życia. Dlaczego wybrał mnie? Tego nie wiem. Może dlatego, że potrzebowałam Go najbardziej. Może dlatego, że moja miłość, mimo wszystkich moich słabości, była szczera. A może dlatego, że chciał pokazać, iż w Jego Królestwie ostatni będą pierwszymi, a odrzuceni staną się wybranymi.
Nie wiem, co przyniosą przyszłe lata dla Kościoła. Widzę już, jak niektórzy próbują zafałszować Jego nauki, dodając własne wymagania lub odejmując trudne prawdy. Widzę, jak inni zaczynają tworzyć hierarchie i struktury władzy, dalekie od wspólnoty równych, jaką On ustanowił. Widzę, jak jeszcze inni chcą zamknąć Go w sztywnych formułach i dogmatach, zapominając o wolności, którą nam przyniósł.
Ale widzę też, Janie, światło, które nie gaśnie – światło Ducha, który prowadzi wiernych do pełni prawdy. Widzę miłość, która przekracza granice narodów, klas i płci. Widzę wspólnoty gromadzące się wokół stołu Pańskiego, by łamać chleb i wspominać Jego ofiarę.
Dziękuję Ci, Janie, za Twoją przyjaźń przez te wszystkie lata. Za to, że mimo początkowych wątpliwości, zaakceptowałeś moje świadectwo o zmartwychwstaniu. Za to, że broniłeś mojego miejsca wśród apostołów, gdy inni chcieli mnie usunąć w cień. Za to, że zapisujesz swoje wspomnienia o Nim, aby przyszłe pokolenia mogły Go poznać tak, jak my Go znaliśmy.
Wiem, że Twoja Ewangelia będzie inna niż opowieści Mateusza, Marka czy Łukasza. Głębsza, bardziej duchowa, sięgająca do istoty tego, kim był Jezus. I cieszę się z tego. Bo On był zbyt wielki, zbyt złożony, by jedna opowieść mogła Go w pełni opisać. Potrzeba wielu głosów, wielu perspektyw, by ukazać choć cząstkę Jego chwały.
Mam do Ciebie jedną prośbę. Gdy będziesz pisał o poranku zmartwychwstania, nie pomijaj mojej roli. Nie dla mojej chwały – bo czymże jest moja chwała wobec Jego chwały? – ale dla dobra wszystkich kobiet, które przyjdą po mnie. By wiedziały, że i one są powołane do głoszenia Dobrej Nowiny. By wiedziały, że i one mogą stanąć przed Panem jako równe mężczyznom, jako godne Jego objawienia.
Za kilka dni, może godzin, zobaczę Go znowu. Nie przez zasłonę wiary, ale twarzą w twarz. Nie w ogrodzie wczesnym rankiem, ale w wiecznym blasku Jego chwały. I wtedy usłyszę znowu, jak wymawia moje imię – „Mario” – tym głosem, który kiedyś przywrócił mnie do życia.
Do tego czasu, trzymaj mocno wiarę, umiłowany uczniu. I pamiętaj słowa, które On sam wypowiedział podczas ostatniej wieczerzy: „Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali.”
Twoja siostra w Chrystusie, teraz i na wieki, Maria Magdalena
Dodane później ręką Jana Apostoła
Siostra nasza Maria z Magdali odeszła do Pana nazajutrz po napisaniu tego listu. Zasnęła spokojnie o świcie, z uśmiechem na ustach, jakby już widziała Tego, którego umiłowała. Pochowaliśmy ją na wzgórzu za Efezem, skąd widać morze, które tak kochała.
Jej świadectwo zachowuję, jak prosiła, dla przyszłych pokoleń. I dodaję od siebie: Zaprawdę, zaprawdę, kobieta ta była apostołką apostołów, pierwszym świadkiem zmartwychwstania, umiłowaną uczennicą Pana.
Niech jej wiara, odwaga i miłość będą wzorem dla wszystkich, którzy przyjdą po nas, aż do dnia, gdy On powróci w chwale.
Jan, uczeń Jezusa, spisane w Efezie, w dwudziestym roku po Wniebowstąpieniu Pana
Do Sary, przełożonej wspólnoty w Aleksandrii,
Napisane w Efezie, w czternastym roku po Zmartwychwstaniu
Droga Siostro Saro,
Piszę do Ciebie w odpowiedzi na Twój list, w którym pytasz o nauki Pana dotyczące kobiet i ich miejsca w Kościele. Rozumiem Twoje zaniepokojenie i trudności, z jakimi borykasz się w Aleksandrii, gdzie niektórzy bracia, powołując się na tradycję, chcą ograniczyć rolę kobiet we wspólnocie.
Przede wszystkim chcę Ci powiedzieć, że Pan nigdy nie czynił różnicy między kobietami a mężczyznami, gdy chodziło o godność, wartość i możliwość służenia Bogu. Wręcz przeciwnie – często przeciwstawiał się zwyczajom swojego czasu, okazując kobietom szacunek i zrozumienie, których nie doświadczały w społeczeństwie.
Pamiętam, jak rozmawiał z Samarytanką przy studni Jakuba – On, żydowski nauczyciel, rozmawiał z kobietą z pogardzanego ludu, w dodatku z kobietą o wątpliwej reputacji. Nie tylko rozmawiał, ale objawił jej tajemnice Królestwa, wyznał, że jest Mesjaszem, czego w tym czasie nie mówił otwarcie nawet swoim uczniom. A ona poszła i głosiła Dobrą Nowinę w swoim mieście, stając się pierwszą ewangelistką wśród Samarytan.
Pamiętam też Marię, siostrę Łazarza, która siadała u Jego stóp jak uczeń u stóp rabina – coś niewyobrażalnego w ówczesnej kulturze. Gdy Marta próbowała ją odciągnąć do tradycyjnych kobiecych obowiązków, Jezus stanął w jej obronie, mówiąc, że „wybrała najlepszą cząstkę, która nie będzie jej odebrana”.
A gdy faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę przyłapaną na cudzołóstwie, nie tylko uratował ją przed ukamienowaniem, ale i przywrócił jej godność, pokazując hipokryzję jej oskarżycieli. Nie potępił jej, lecz dał szansę nowego życia, mówiąc: „Idź i nie grzesz więcej”.
Wiele kobiet towarzyszyło Mu w Jego wędrówkach po Galilei i Judei – ja, Ty, Joanna, Zuzanna i wiele innych. Wspierałyśmy Go z naszych własnych zasobów, ale nie byłyśmy tylko sponsorkami Jego misji. Byłyśmy Jego uczniami, słuchałyśmy Jego nauk, byłyśmy świadkami Jego cudów, a później świadkami Jego śmierci i zmartwychwstania.
I właśnie to ostatnie wydarzenie, zmartwychwstanie, jest kluczowe dla zrozumienia, jak Pan postrzega rolę kobiet. To nie Piotrowi, nie Janowi, nie Jakubowi objawił się najpierw po swoim zwycięstwie nad śmiercią. Wybrał mnie – kobietę, w dodatku kobietę, z której niegdyś wypędził siedem demonów. Powierzył mi misję zaniesienia Dobrej Nowiny apostołom. Uczyni mnie „apostołką apostołów”.
Dlaczego to zrobił? Myślę, że chciał od początku pokazać, że w Jego Kościele nie ma już „mężczyzny ani kobiety”, jak później napisze Paweł w liście do Galatów. Że wszyscy jesteśmy równi przed Bogiem i równie zdolni do służby i świadectwa.
Dlatego, droga Saro, nie pozwól, by tradycje ludzkie przesłoniły Ci prawdę o Jezusie i Jego stosunku do kobiet. Gdy bracia w Aleksandrii mówią, że kobieta nie może nauczać, przypomnij im o Samarytance. Gdy mówią, że miejsce kobiety jest przy domowym ognisku, a nie w zgromadzeniu, przypomnij im o Marii siedzącej u stóp Jezusa. A gdy twierdzą, że kobieta nie może być apostołem czy świadkiem zmartwychwstania, przypomnij im o mnie – Marii z Magdali, której Pan powierzył najważniejsze przesłanie w historii.
Nie oznacza to, że mamy lekceważyć tradycję czy porządek we wspólnocie. Pan szanował Zakon i Proroków, ale pokazywał ich głębsze znaczenie. Podobnie my, szanując tradycje, musimy patrzeć na ich ducha, a nie tylko literę.
Pytasz też, jak postępować w praktyce, gdy pojawią się spory i konflikty. Moja rada jest taka: najpierw szukaj pokoju i pojednania. Jak mówi Pan, „Błogosławieni pokój czyniący”. Staraj się zrozumieć obawy i wątpliwości braci, którzy sprzeciwiają się aktywnej roli kobiet. Często wynikają one z lęku przed zmianą, przed nieznanym, a nie ze złej woli.
Jednocześnie stój twardo przy prawdzie Ewangelii. Nie pozwól, by ktokolwiek umniejszał twoje powołanie czy powołanie innych kobiet w imię tradycji. Pan powołał nas wszystkich – mężczyzn i kobiety – do głoszenia Dobrej Nowiny, do służenia wspólnocie, do budowania Jego Królestwa.
W praktyce oznacza to, że kobiety w Twojej wspólnocie powinny mieć możliwość nauczania, prorokowania, służenia darami Ducha, tak jak mężczyźni. Nie chodzi tu o władzę czy dominację – Pan wielokrotnie mówił, że w Jego Królestwie ten, kto chce być pierwszy, ma być sługą wszystkich. Chodzi o możliwość pełnego wykorzystania darów, które Duch Święty daje wszystkim wierzącym, bez względu na płeć.
Oczywiście, w różnych wspólnotach może to wyglądać różnie, w zależności od miejscowej kultury i tradycji. W Jerozolimie, gdzie wpływ judaizmu jest silniejszy, kobiety mogą mieć mniej widoczne role niż w Efezie czy Aleksandrii. Ważne jest, by nie powodować niepotrzebnych zgorszeń czy podziałów, ale jednocześnie nie rezygnować z podstawowej prawdy o równości wszystkich wierzących przed Bogiem.
Jestem przekonana, droga Saro, że z mądrością i miłością znajdziesz właściwą drogę dla swojej wspólnoty. Pamiętaj, że nie jesteś sama – Pan jest z Tobą, a Jego Duch będzie Cię prowadził.
Przesyłam Ci również kopię mojego świadectwa o spotkaniu ze Zmartwychwstałym, które spisałam. Możesz je odczytać na zgromadzeniu, aby wierni znali prawdę prosto od osoby, która pierwsza ujrzała Pana po Jego zwycięstwie nad śmiercią.
Niech Pan będzie z Tobą i umacnia Cię w Twojej posłudze.
Z miłością w Chrystusie, Maria Magdalena
Do Łukasza, lekarza i ewangelisty,
Napisane w Efezie, w szesnastym roku po Zmartwychwstaniu
Szanowny Łukaszu,
Otrzymałam Twój list, w którym informujesz mnie o pracy nad spisaniem opowieści o życiu, śmierci i zmartwychwstaniu naszego Pana Jezusa Chrystusa. Cieszę się, że podejmujesz to ważne zadanie, aby przyszłe pokolenia mogły poznać prawdę o Tym, który przyniósł nam zbawienie.
Piszesz, że zbierasz świadectwa od naocznych świadków i chciałbyś usłyszeć moją relację, szczególnie dotyczącą poranka zmartwychwstania. Z radością dzielę się tym, co widziałam i słyszałam, wiedząc, że szukasz prawdy i chcesz ją wiernie przekazać.
Pamiętam ten poranek, jakby to było wczoraj, choć minęło już tyle lat. Pierwszy dzień tygodnia, jeszcze przed świtem. Ciemność nocy zaczynała ustępować, ale słońce jeszcze nie wzeszło. Wraz z innymi kobietami – Joanną, żoną Chuzy, Marią, matką Jakuba, i kilkoma innymi – szłyśmy do grobu, niosąc wonności, które przygotowałyśmy. Smutek ściskał nasze serca, bo szłyśmy namaścić ciało Tego, którego kochałyśmy, a który został ukrzyżowany jak przestępca.
Martwiłyśmy się, jak odsuniemy kamień od wejścia do grobu – był duży i ciężki. Ale gdy dotarłyśmy na miejsce, zobaczyłyśmy, że kamień jest już odsunięty. Zaniepokojone weszłyśmy do środka, ale nie znalazłyśmy ciała Pana. Stałyśmy tam zdezorientowane, nie wiedząc, co myśleć.
Nagle pojawiło się przy nas dwóch mężczyzn w lśniących szatach. Przestraszyłyśmy się i pochyliłyśmy twarze ku ziemi. Oni zaś rzekli do nas: „Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tutaj; zmartwychwstał. Przypomnijcie sobie, jak wam mówił, będąc jeszcze w Galilei: Syn Człowieczy musi być wydany w ręce grzeszników i ukrzyżowany, a trzeciego dnia zmartwychwstać”.
I wtedy przypomniałyśmy sobie Jego słowa. Wróciłyśmy od grobu i opowiedziałyśmy o wszystkim Jedenastu i pozostałym. Ale oni nie uwierzyli nam, uznając nasze słowa za czcze wymysły.
To była moja pierwsza wizyta przy grobie, Łukaszu. Ale nie ostatnia. Bo choć wróciłam z innymi kobietami, moje serce nie dawało mi spokoju. Musiałam wrócić, sama, by upewnić się, że to wszystko nie jest snem, złudzeniem.
I tak, gdy inni poszli do domu, ja wróciłam do ogrodu. Stałam przed pustym grobem, płacząc. Łzy zalewały mi oczy. W pewnym momencie pochyliłam się i zajrzałam do wnętrza grobu. Zobaczyłam dwóch aniołów w białych szatach, siedzących tam, gdzie leżało ciało Jezusa – jednego w miejscu głowy, drugiego w miejscu nóg.
Zapytali mnie: „Kobieto, czemu płaczesz?”. Odpowiedziałam: „Zabrano Pana mego i nie wiem, gdzie Go położono”. Gdy to powiedziałam, odwróciłam się i zobaczyłam mężczyznę stojącego za mną. Myślałam, że to ogrodnik. Zapytał mnie tak samo: „Kobieto, czemu płaczesz? Kogo szukasz?”.
Myśląc, że to on mógł zabrać ciało, powiedziałam: „Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go zabiorę”. I wtedy On wymówił moje imię: „Mario!”.
Ten głos, Łukaszu… Ten głos poznałabym wśród tysięcy. To był Jego głos. Głos Jezusa. Odwróciłam się gwałtownie i zawołałam po hebrajsku: „Rabbuni!” (co znaczy: Nauczycielu).
Chciałam Go objąć, dotknąć, upewnić się, że to naprawdę On, że żyje. Ale powstrzymał mnie, mówiąc: „Nie zatrzymuj Mnie, jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca. Natomiast udaj się do moich braci i powiedz im: «Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego oraz do Boga mego i Boga waszego»”.
Pobiegłam więc do uczniów i oznajmiłam im: „Widziałam Pana!” I przekazałam im to, co mi powiedział.
Taka jest moja relacja, Łukaszu, szczera i prawdziwa, choć wiem, że inni opowiadają to nieco inaczej. Apostołowie czasem pomijają fakt, że to ja pierwsza zobaczyłam zmartwychwstałego Pana. Może dlatego, że jestem kobietą, a świadectwo kobiety nie ma takiej wagi w naszej kulturze. Ale ja wiem, co widziałam i słyszałam. I wiem, dlaczego Pan objawił się najpierw mnie – aby pokazać, że w Jego Królestwie nie ma już „mężczyzny ani kobiety”, jak pisze Paweł, ale wszyscy jesteśmy jedno w Chrystusie.
Piszesz, że rozmawiałeś też z apostołami – z Piotrem, Janem i innymi. Ich świadectwa są cenne i ważne. Ale proszę Cię, Łukaszu, nie pomijaj roli kobiet w historii, którą spisujesz. To my byłyśmy przy krzyżu, gdy większość apostołów uciekła ze strachu. To my przygotowałyśmy Jego ciało do pogrzebu. To my przyszłyśmy pierwsze do grobu w poranek zmartwychwstania. I to mnie – Marii z Magdali – Pan objawił się jako pierwszej.
Wiem, że jako lekarz cenisz dokładność i prawdę. Dlatego ufam, że Twoja opowieść będzie wierna temu, co się wydarzyło, nawet jeśli niektóre fakty są niewygodne lub niezgodne z oczekiwaniami.
Pytasz też o moje życie przed spotkaniem Jezusa. Nie lubię wracać do tamtych czasów, ale rozumiem, że ta informacja może być ważna dla Twojej opowieści. Pochodzę z Magdali, małego miasteczka nad Jeziorem Galilejskim. Byłam opętana przez siedem demonów – to była ciemność, której nie potrafię opisać słowami. Życie w niewoli, w cierpieniu, w poczuciu, że nie należę do siebie. Jezus uwolnił mnie od tych demonów, przywrócił mi godność i człowieczeństwo. Od tamtej pory podążałam za Nim, słuchałam Jego nauk, wspierałam Jego misję.
Nie, nie byłam nierządnicą, jak niektórzy błędnie myślą, myląc mnie z anonimową grzesznicą, która obmyła stopy Jezusa łzami. To nieporozumienie, które niestety coraz częściej się pojawia. Proszę Cię, Łukaszu, abyś rozróżnił te dwie historie w swojej Ewangelii, aby przyszłe pokolenia znały prawdę.
Jestem gotowa odpowiedzieć na dalsze Twoje pytania, jeśli zajdzie taka potrzeba. Modlę się, aby Duch Święty prowadził Cię w tej ważnej pracy i aby Twoja Ewangelia była światłem dla tych, którzy będą ją czytać w przyszłości.
Z szacunkiem i braterską miłością w Chrystusie, Maria Magdalena