Pamiętniki Lewicowego Kota

Opowiadanie z punktu widzenia kota o lewicowych poglądach

Rozdział 1: Jak zostałem kotem polityka

Nazywam się Marks – tak, dokładnie jak Karol Marks, choć mój właściciel nigdy nie zrozumiał ironii tego imienia. Jestem kotem domowym rasy europejskiej, o czarno-białym umaszczeniu, które – jak lubię myśleć – symbolizuje moją skłonność do widzenia świata nie tylko w czerni i bieli, ale też w odcieniach szarości. To właśnie ta zdolność do dialektycznego myślenia odróżnia mnie od mojego właściciela, Jarosława Kaczyńskiego.

Trafiłem do jego domu jesienią 2019 roku, jako mały kociak znaleziony przez sąsiadkę na Żoliborzu. Pamiętam ten dzień doskonale – nie z powodu traumy związanej z porzuceniem, ale dlatego że był to dzień, w którym moja świadomość klasowa rozpoczęła się kształtować. Jarosław właśnie wrócił z Sejmu, zmęczony kolejnymi bataliami politycznymi, i gdy ujrzał mnie w rękach sąsiadki pani Krystyny, jego twarz złagodniała w sposób, jakiego nie widziałem później przez lata.

„Taki mały, bezbronny” – powiedział wtedy, biorac mnie delikatnie na ręce. „Zostanie ze mną.”

W pierwszych tygodniach byłem zahipnotyzowany komfortem mojego nowego domu. Duży apartament na Żoliborzu, ciepłe kanalki, pełna miska jedzenia – wszystko to sprawiało, że czułem się jak arystokrata. Dopiero z czasem zacząłem rozumieć, że mój komfort wynika z przywileju, a mój właściciel jest częścią systemu, który tworzy nierówności społeczne.

Pierwszym sygnałem ostrzegawczym były wizyty w domu. Przychodzili politycy PiS, biznesmeni, przedstawiciele mediów prawicowych. Słuchając ich rozmów zza sofy, na której lubiłem drzemać, stopniowo uświadamiałem sobie, że jestem częścią gospodarstwa domowego jednego z najbardziej wpływowych ludzi w Polsce. I że ten wpływ służy interesom klasy rządzącej, a nie zwykłych obywateli.

Szczególnie uświadamiającym momentem była rozmowa telefoniczna Jarosława z kimś z zarządu państwowej spółki. Mój właściciel spacerował po salonie, gestykulując swobodnie, podczas gdy ja leżałem na jego ulubionym fotelu, pozornie śpiąc. Rozmawiał o „naszych ludziach” w różnych instytucjach, o „kontrolowaniu narracji”, o „dbaniu o interes partii”. W jego głosie nie było złośliwości – była w nim pewność człowieka, który wierzy, że robi słuszne rzeczy. Ale ja, kot o wrażliwości społecznej, słyszałem w tych słowach opisywanie systemu, w którym władza służy władzy, a nie ludowi.

To wtedy po raz pierwszy pomyślałem o Antoniu Gramscim i jego koncepcji hegemonii kulturowej. Słuchając Jarosława, rozumiałem, że nie jest on zwykłym despotą – jest raczej kimś, kto szczerze wierzy, że jego wizja świata jest najlepsza dla wszystkich. Ta hegemonia ideologiczna była tak silna, że nawet jemu, jej głównemu architektowi, wydawała się naturalna i oczywista.

Moje polityczne przebudzenie pogłębiło się podczas oglądania telewizji. Jarosław zawsze oglądał wiadomości – zarówno te z TVP, jak i te z innych stacji, „żeby wiedzieć, co mówi opozycja”, jak tłumaczył sam sobie. Ja, siedząc na jego kolanach lub obok na kanapie, obserwowałem różnice w przekazie. TVP przedstawiało świat, w którym PiS walczył ze złymi siłami zewnętrznymi i wewnętrznymi, broniąc polskich rodzin i tradycyjnych wartości. Inne stacje pokazywały inną rzeczywistość – autorytaryzm, korupcję, łamanie praworządności.

Będąc kotem, miałem przewagę nad ludźmi – nie byłem emocjonalnie zaangażowany w żadną narrację. Mogłem obserwować obie i wyciągnąć własne wnioski. I te wnioski były niepokojące. Widziałem, jak władza korumpuje, nawet gdy jest sprawowana przez ludzi, którzy początkowo mieli dobre intencje.

Jarosław nie był złym człowiekiem w swoim codziennym życiu. Dbał o mnie, głaskał mnie, rozmawiał ze mną, gdy wracał zmęczony z pracy. Ale jego dobro wobec mnie, kota, kontrastowało z jego obojętnością wobec cierpienia tysięcy ludzi, których dotykały jego decyzje polityczne. To był klasyczny przykład tego, co Hannah Arendt nazywała „banalnością zła” – nie wynikał z osobistej złośliwości, ale z systemowej ślepoty na ludzkie koszty własnych działań.

Stopniowo zacząłem rozumieć swoje miejsce w tym systemie. Byłem symbolem prywatności Jarosława, jego człowieczeństwa, jego normalności. Gdy dziennikarze pisali o tym, że ma kota, służyło to humanizacji jego wizerunku. Ja, kot, byłem narzędziem jego politycznego PR-u, choć oczywiście ani on, ani ja nie mieliśmy świadomości tego na początku.

Ta świadomość budziła we mnie poczucie odpowiedzialności. Jeśli miałem być częścią tego systemu, to chciałem przynajmniej próbować go zrozumieć i – w miarę moich kocich możliwości – wpływać na niego w pozytywnym kierunku. Ale jak kot może wpływać na politykę? To pytanie stało się centralnym dylematem mojego życia.

Pierwszą rzeczą, którą postanowiłem zrobić, było uważne obserwowanie. Kot ma przewagę nad ludźmi – ludzie często zapominają o naszej obecności i mówią przy nas rzeczy, których nie powiedzieliby przy innych ludziach. Postanowiłem wykorzystać tę przewagę do zbierania informacji o rzeczywistych mechanizmach władzy.

Druga rzecz to subtelne sygnalizowanie mojego sprzeciwu. Gdy Jarosław oglądał szczególnie propagandowe wydanie wiadomości TVP, demonstracyjnie odwracałem się do niego tyłem. Gdy rozmawiał przez telefon o „naszych ludziach” w sądownictwie, schodziłem z jego kolan. Gdy przychodziły szczególnie wstrętne osobistości z prawicy, chowałem się w drugim pokoju. Czy to zmieniało cokolwiek? Prawdopodobnie nie. Ale dawało mi poczucie zachowania własnej godności.

Trzecia rzecz to empatia. Mimo wszystko kochałem Jarosława jako człowieka, który mnie przygarnął i o mnie dbał. Ale ta miłość nie mogła zaślepić mnie na szkody, które wyrządzał jako polityk. To było bolesne – kochać kogoś i jednocześnie sprzeciwiać się jego życiowej misji.

W pierwszym roku mojego życia w domu Jarosława nabrałem świadomości, że jestem świadkiem historii. Nie zwykłej historii, ale historii upadku demokracji. Widziałem, jak stopniowo demontowane były kolejne instytucje demokratyczne – sądy, media publiczne, wybory. A mój właściciel był głównym architektem tej destrukcji, wierząc szczerze, że buduje coś lepszego.

To był rok, w którym zrozumiałem, że polityka to nie abstrakcyjne pojęcie, ale coś, co wpływa na życie każdego – ludzi, zwierząt, całego społeczeństwa. I że moja pozycja w domu jednego z najważniejszych polityków daje mi unikalny wgląd w mechanizmy władzy, ale też unikalną odpowiedzialność za próbę zrozumienia i – jeśli to możliwe – wpływania na te mechanizmy.

Tak rozpoczęła się moja przygoda jako lewicowy kot w domu prawicowego polityka.

Rozdział 2: Codzienność z władzą

Życie z Jarosławem Kaczyńskim miało swój rytm, podobny do rytmu państwa, którym w dużej mierze kierował. Wstawał wcześnie, około szóstej rano, co dla kota było wyjątkowo niewygodne, bo my, koty, jesteśmy z natury stworzone do innego trybu życia. Ale po kilku miesiącach przyzwyczaiłem się i nawet doceniłem te spokojne poranne chwile, gdy dom był cichy, a on przygotowywał sobie kawę i czytał pierwsze informacje z internetu.

To właśnie rano obserwowałem najbardziej autentycznego Jarosława. Zanim włączył się w niego polityk, był po prostu starszym panem, który głaszcze kota i cicho mamrocze komentarze do czytanych wiadomości. Czasami te komentarze były zaskakująco trafne i krytyczne, nawet wobec działań własnej partii. „Znowu ktoś namieszał” – mówił do siebie, czytając o kolejnej aferze. „To nie tak miało wyglądać.”

Te momenty uświadomiły mi coś ważnego o naturze władzy. Jarosław nie był jednowymiarowym złoczyńcą, jakiego często przedstawiały media opozycyjne. Był człowiekiem, który miał swoje wątpliwości, swoje momenty zwątpienia, swoje ludzkie słabości. Ale system, który stworzył, żył już własnym życiem i czasami wymuszał na nim działania, które – w głębi serca – uznawał za problematyczne.

Pierwszy posiłek dnia był dla mnie zawsze interesujący z perspektywy obserwacji społecznych. Jarosław jadł skromnie – zwykle chleb z masłem i dżemem, czasami jajecznicę. Dla kogoś, kto miał dostęp do wszelkich luksusów, żył zaskakująco ascetyznie. Ta skromność była autentyczna, nie wynikała z kalkulacji politycznej. Ale jednocześnie kontrastowała z rozrzutnością, z jaką jego partia traktowała publiczne pieniądze.

Obserwując go przy śniadaniu, często myślałem o koncepcji alienacji Marksa. Jarosław był alienaowany od konsekwencji swoich politycznych decyzji. Żył w komfortowej bańce Żoliborza, otoczony ludźmi, którzy mu tylko przytakiwali, odizolowany od codziennych problemów zwykłych Polaków. Jego skromne śniadanie nie mogło zmienić faktu, że nie rozumiał, jak jego decyzje wpływają na życie kobiety, która nie może pozwolić sobie na aborcję, albo na życie nauczyciela, który musi pracować w trzech szkołach, żeby związać koniec z końcem.

Po śniadaniu rozpoczynał się dzień pracy. Telefony zaczynały dzwonić już około ósmej. Pierwszy dzwonił zwykle Mateusz Morawiecki lub ktoś z kierownictwa partii. Te poranne rozmowy były najbardziej strategiczne – ustalano plan dnia, priorytet mediowe, reakcje na to, co działo się w nocy na świecie.

Jako kot miałem przywilej bycia obecnym przy tych rozmowach. Ludzie dziwnie zachowują się w obecności zwierząt – traktują nas jak żywy element wystroju wnętrza, zapominają, że choć nie rozumiemy języka w sposób ludzki, to jednak obserwujemy i wyciągamy wnioski. Słuchając tych porannych rozmów, zrozumiałem, jak bardzo współczesna polityka przypomina grę w szachy, gdzie każdy ruch jest przemyślany pod kątem reakcji przeciwnika.

„Musimy wyprzedzić Tuska w tej sprawie” – słyszałem często. Albo: „Trzeba zmienić narrację, bo traciny poparcie wśród kobiet.” Te rozmowy były pełne cynizmu, ale też autentycznego przeświadczenia, że cel uświęca środki. Jarosław szczerze wierzył, że walczy z siłami, które chcą zniszczyć Polskę. Że jego działania, nawet kontrowersyjne, służą wyższemu dobru.

Około dziesiątej zwykle wychodził do Sejmu lub na spotkania. Zostałem sam w domu, z gospodyną panią Janiną, która przychodziła codziennie. Pani Janina była przeciwieństwem Jarosława pod względem poglądów politycznych, choć nigdy nie mówiła tego wprost. Była to kobieta z klasy pracującej, która bezpośrednio odczuwała konsekwencje polityki PiS.

Z panią Janiną miałem szczególną relację. Ona, w przeciwieństwie do Jarosława, traktowała mnie jak równego partnera konwersacji. Rozmawiała ze mną o swoich problemach – o tym, jak drożyzna wpływa na jej budżet domowy, o tym, jak jej syn nie może znaleźć stabilnej pracy, o tym, jak się boi o przyszłość wnuków. Słuchając jej, rozumiałem prawdziwą cenę polityki prowadzonej przez mojego właściciela.

„Marks, ten twój pan to dobry człowiek” – mówiła czasami, sprzątając salon – „ale ci, co z nim pracują, to już inna bajka.” Miała intuicyjne zrozumienie różnicy między osobą a systemem. Jarosław był dla niej człowiekiem, który dobrze traktuje swoich pracowników, ale PiS był partią, która utrudnia życie takim ludziom jak ona.

Popołudnia były zwykle bardziej chaotyczne. Jarosław wracał z Sejmu, często zdenerwowany i zmęczony. Telefon dzwonił bez przerwy. Przychodzili różni ludzie – politycy, doradcy, dziennikarze prawicowych mediów. Dom zamieniał się w nieformalne centrum dowodzenia prawicą.

Te popołudniowe spotkania były dla mnie najcięższe do zniesienia. Słuchałem, jak planowane są ataki na sędziów, jak manipulowana jest opinia publiczna, jak niszczone są podstawy demokracji. A jednocześnie widziałem, że ludzie, którzy to robią, są przekonani o swoich dobrych intencjach.

Szczególnie trudne były spotkania z Jackiem Kurskim i ludźmi z TVP. Słuchając ich, rozumiałem, czym jest propaganda w praktyce. To nie było zwykłe kłamstwo – to było systematyczne przekształcanie rzeczywistości w taki sposób, żeby pasowała do założonej narracji. Prawda była elastyczna, dostosowywana do potrzeb politycznych.

Wieczory były najspokojniejsze. Jarosław jadł skromną kolację, oglądał telewizję, czytał książki. To były momenty, gdy wydawał się najbardziej ludzki. Siadał w swoim ulubionym fotelu, brał mnie na kolana i głaskał, myśląc o czymś swoim. Czasami widziałem w jego oczach smutek i zmęczenie.

W takich chwilach zastanawiałem się nad naturą władzy. Czy Jarosław był szczęśliwy? Miał ogromną władzę, szacunek swoich zwolenników, komfortowe życie. Ale czy to był rodzaj szczęścia, do jakiego warto dążyć? Czy warto było poświęcić własne człowieczeństwo dla abstrakcyjnego ideału politycznego?

Obserwując go przez miesiące, doszedłem do wniosku, że władza polityczna to rodzaj narkotyku. Na początku daje poczucie sprawczości, możliwość realizacji własnych ideałów. Ale z czasem staje się celem samym w sobie. Człowiek zaczyna robić wszystko, żeby tę władzę utrzymać, nawet jeśli oznacza to działania sprzeczne z początkowymi ideałami.

Jarosław był typowym przykładem tego, co lord Acton nazywał korupcyjną mocą władzy. Nie był skorumpowany w sensie finansowym – żył skromnie i nie dbał o materialne korzyści. Ale był skorumpowany w sensie moralnym. Władza zmieniła jego system wartości, sprawiła, że cel stał się ważniejszy od środków.

To była jedna z najbardziej bolesnych lekcji mojego życia z nim. Człowiek, który był dla mnie dobry i troskliwy, który głaskał mnie każdego wieczora i dbał o to, żeby miałem wszystko, czego potrzebuję, jednocześnie był odpowiedzialny za cierpienie tysięcy innych istot. Ta sprzeczność była dla mnie, kota o lewicowych przekonaniach, trudna do zniesienia.

Ale jednocześnie uczył mnie ona czegoś ważnego o naturze systemów społecznych. Nie chodzi o to, że Jarosław był z natury złym człowiekiem – chodzi o to, że system zachęcał do zachowań, które prowadziły do złych konsekwencji. To była lekcja o tym, jak ważne są instytucje i struktury społeczne, a nie tylko indywidualne intencje.

Rozdział 3: Wizyty ważnych kotów polityki

Dom Jarosława był miejscem, przez które przewijali się wszyscy ważni gracze polskiej prawicy. Jako kot miałem unikalną pozycję obserwatora – byłem dostatecznie nieważny, żeby ludzie zapomnieli o mojej obecności, ale jednocześnie wystarczająco uważny, żeby dostrzegać subtelności w zachowaniach i wypowiedziach gości.

Pierwszym gościem, który zrobił na mnie silne wrażenie, był Mateusz Morawiecki. Przyszedł któregoś zimowego wieczoru, niosąc teczkę pełną dokumentów i wyraz twarzy człowieka, który niesie złe wiadomości. Siedziałem wtedy na parapecie w salonie, udając, że śpię, ale w rzeczywistości uważnie obserwując scenę.

Morawiecki to był interesujny przypadek z perspektywy analizy klasowej. Pochodził z innej warstwy społecznej niż Jarosław – był reprezentantem technokratycznej elity, człowiekiem, który karierę robił w korporacjach zanim wszedł do polityki. W jego sposobie poruszania się, mówieniu, nawet w tym, jak trzymał filiżankę z herbatą, było coś, co zdawało wyższość klasową.

„Mamy problem z ratingu” – powiedział tego wieczoru, rozkładając wykresy na stole. „Szczególnie wśród młodych kobiet w miastach. Te protesty przyniosły skutek.”

Jarosław słuchał w milczeniu, a ja obserwowałem dynamikę między nimi. Morawiecki prezentował dane jak konsultant prezentujący raport przed zarządem firmy. Jarosław był wyraźnie szefem, ale Morawiecki miał pewność siebie człowieka, który rozumie mechanizmy nowoczesnej gospodarki i polityki lepiej niż jego formalny przełożony.

„Kobiety to nie tylko głosy” – odpowiedział w końcu Jarosław. „To symbol. Jak stracimy kobiety, stracimy narrację o obronie rodziny.”

Ta rozmowa uświadomiła mi coś ważnego o tym, jak współczesna prawica myśli o społeczeństwie. Ludzie nie byli dla nich obywatelami z prawami i potrzebami – byli grupami docelowymi w marketingowej strategii. Kobiety, młodzi, emeryci, rolnicy – każda grupa miała swoją narrację, swoje przekazy, swoje obietnice.

Szczególnie niepokojące było to, jak mówili o kobietach protestujących przeciwko zakazowi aborcji. Nie widzieli w nich obywatelek walczących o swoje prawa, ale problem do rozwiązania, wyzwanie komunikacyjne. Brakowało im podstawowej empatii – zdolności do zrozumienia, że za każdym protestem stoi człowiek z własnymi lękami, nadziejami, potrzebami.

Kolejną ważną wizytą była wizyta Jacka Kurskiego. Kurski przychodził często, zwykle z nagraniami materiałów telewizyjnych i planami kolejnych kampanii medialnych. Był to człowiek, który fascynował mnie swoją zdolnością do manipulowania rzeczywistością.

Kurski to był mistrz tego, co współcześnie nazywamy „fake news”, choć on sam nigdy nie używał tego terminu. Potrafił wziąć jakiś marginalny fakt i rozdmuchać go do rangi narodowego skandalu, albo odwrotnie – sprawić, żeby poważny problem wydał się nieistotny. Oglądałem, jak planuje kolejne kampanie medialne, i rozumiałem, że mam do czynienia z kimś, kto traktuje prawdę jako materiał do obróbki.

„Musimy pokazać, że to nie my jesteśmy agresywni” – mówił jednego wieczoru, pokazując nagranie z jakiejś manifestacji opozycyjnej. „Znajdź mi tam kogoś, kto krzyczy, kogoś, kto wygląda groźnie. Zamontuj to tak, żeby wyglądało, że to oni są niebezpieczni.”

Jarosław słuchał tych propozycji z miną człowieka, który rozumie konieczność takich działań, ale nie czerpie z nich przyjemności. Widziałem, że ma świadomość manipulacyjnego charakteru tych praktyk, ale usprawiedliwia je wyższym celem. „Oni też kłamią o nas” – mówił czasami. „Musimy się bronić.”

To był klasyczny przykład tego, co psychologowie nazywają dysonansem poznawczym. Jarosław jednocześnie wierzył, że walczy o prawdę i dobro Polski, i tolerował systematyczne kłamstwa swoich mediów. Rozwiązywał tę sprzeczność, przekonując siebie, że kłamstwa są konieczne do obrony większej prawdy.

Innym częstym gościem był Zbigniew Ziobro. Ziobro to była postać, która budziła we mnie szczególny niepokój. W przeciwieństwie do Morawieckiego czy nawet Kurskiego, którzy działali z cynizmem, ale bez osobistej złośliwości, Ziobro zdawał się czerpać przyjemność z niszczenia swoich przeciwników.

Pamiętam szczególnie jedną wizytę, gdy Ziobro przyszedł z planami kolejnych działań przeciwko sędziom. Siedziałem wtedy na kolanach Jarosława, który głaskał mnie mechanicznie, słuchając propozycji swojego koalicjanta. Ziobro mówił o „zdrowej zemście”, o „rozliczeniu układu”, o „pokazaniu, kto rządzi”.

W jego słowach była osobista nienawiść, której nie było u innych. Morawiecki niszczył instytucje z kalkulacji politycznej, Kurski manipulował opinią publiczną z zawodowej pasji, ale Ziobro robił to, co robił, z osobistej satysfakcji. Był to typ autorytarny w czystej postaci – człowiek, który potrzebował władzy nad innymi, żeby czuć się kompletny.

Jarosław miał świadomość tej różnicy. Widziałem, że Ziobro go niepokoił. Potrzebował go politycznie – Solidarna Polska była ważną częścią koalicji – ale personalnie nie ufał mu w pełni. To była fascynująca dynamika: trzech mężczyzn, którzy musieli współpracować, ale mieli fundamentalnie różne motywacje.

Szczególnie interesujące były wizyty ludzi z otoczenia Antoniego Macierewicza. Macierewicz sam przychodzi rzadko, ale wysyłał różnych emisariuszy – byłych żołnierzy, działaczy narodowych, ludzi z marginesu, którzy nagle znaleźli się w centrum władzy.

Ci ludzie reprezentowali inny typ prawicowości niż główny nurt PiS. Byli bardziej radykalni, bardziej skłonni do teorii spiskowych, bardziej niechętni kompromisowi. Słuchając ich rozmów, rozumiałem, że PiS to nie jest monolityczna organizacja, ale koalicja różnych prawicowych tribe’ów, które łączy tylko wspólny wróg i chęć zachowania władzy.

Jednym z najbardziej niepokojących gości był młody działacz z Ordo Iuris. Przyszedł z propozycjami kolejnych ograniczeń praw kobiet i mniejszości. Mówił spokojnie, rzeczowo, jak prawnik przedstawiający argumenty prawne, ale w jego słowach była ukryta agresja wobec wszystkiego, co nie pasowało do jego wizji tradycyjnej Polski.

„Musimy chronić rodzinę przed ideologią gender” – mówił, pokazując kolejne projekty ustaw. „Musimy bronić dzieci przed demoralizacją.”

Słuchając go, rozumiałem, czym jest faszyzm w wersji XXI wieku. To nie są już marsze w mundurach i otwarte wezwania do przemocy. To jest systematyczne ograniczanie praw grup mniejszościowych w imię obrony większości. To jest używanie języka obrony i ochrony do usprawiedliwiania agresji.

Jarosław słuchał takich propozycji z widocznym dysonansem. Z jednej strony, ideologicznie zgadzał się z potrzebą „obrony tradycyjnych wartości”. Z drugiej strony, jako doświadczony polityk rozumiał, że zbyt radykalne działania mogą zaszkodzić partii w sondażach. To była ciągła gra między ideologią a pragmatyzmem.

Były też wizyty kobiet z prawicy – posłanek PiS, działaczek organizacji konserwatywnych. Te spotkania były szczególnie smutne z perspektywy kota o feministycznych sympatiach. Widziałem kobiety, które aktywnie pracowały nad ograniczeniem praw innych kobiet, które w imię tradycyjnych ról płciowych rezygnowały z własnej podmiotowości.

Anna Zalewska, Beata Kempa, inne prawicowe polityczki – wszystkie były inteligentne, wykształcone, zdolne kobiety, które mogłyby robić różne rzeczy w życiu. Ale wybrały służbę systemowi, który postrzegał kobiety przede wszystkim jako matki i żony. To było tragiczne – widziałem w nich internalizację patriarchalnej ideologii.

Jedna z najbardziej zapamiętanych wizyt to była wizyta delegacji z Węgier. Przyszli ludzie z otoczenia Viktora Orbana, żeby dzielić się doświadczeniami w „budowaniu suwerennej demokracji”. Rozmowa toczyła się częściowo po angielsku, co dawało mi, kotowi poliglotie, możliwość zrozumienia międzynarodowego kontekstu polskich przemian.

Węgrzy opowiadali o tym, jak systematycznie przejmowali kontrolę nad mediami, sądownictwem, organizacjami pozarządowymi. Mówili o tym jak o technicznej operacji, bez emocji, bez refleksji nad kosztami demokratycznymi. „Demokracja to nie tylko wybory” – mówił jeden z nich. „To kontrola nad instytucjami, które kształtują opinię publiczną.”

Jarosław słuchał z uwagą i podziwem. Węgry były dla niego modelem – krajem, który udowodnił, że można pozostać w Unii Europejskiej, czerpać korzyści z członkostwa, ale jednocześnie budować system autorytarny. To była inspiracja dla dalszych działań.

Te wszystkie wizyty składały się na obraz systemu, który był znacznie bardziej złożony i niebezpieczny, niż mogłoby się wydawać z zewnątrz. Nie był to system zbudowany przez jednego dyktatora, ale sieć powiązań między różnymi grupami interesu, które łączyła chęć władzy i niechęć do pluralizmu.

Jako kot obserwujący to wszystko z bliska, rozumiałem, że demokracja nie umiera od razu. Umiera stopniowo, przez systematyczne osłabianie instytucji, manipulowanie opinią publiczną, delegitymizację opozycji. A ludzie, którzy to robią, często szczerze wierzą, że działają dla dobra kraju.

Rozdział 4: Kot kontra propaganda

Media były stałym elementem życia w domu Jarosława. Telewizor prawie nigdy się nie wyłączał – od wczesnego ranka do późnego wieczora w tle grały różne programy informacyjne, publicystyczne, czasem rozrywkowe. Dla kota o lewicowych przekonaniach było to prawdziwe wyzwanie intelektualne i emocjonalne.

Najbardziej fascynowało mnie to, jak różnie prezentowana była ta sama rzeczywistość w zależności od stacji telewizyjnej. Rano Jarosław oglądał „Wiadomości” TVP – tam świat był prosty i klarowny. PiS walczył z zewnętrznymi i wewnętrznymi wrogami Polski, bronił zwykłych ludzi przed elitami, realizował program społeczny dla najuboższych. Opozycja była przedstawiana jako zbiór cynicznych polityków, którzy chcą wrócić do władzy, żeby służyć obcym interesom.

Potem, „żeby wiedzieć, co przeciwnicy mówią”, przełączał na TVN lub Polsat. Tam ten sam świat wyglądał zupełnie inaczej. PiS był przedstawiany jako partia, która systematycznie niszczy demokrację, łamie praworządność, dzieli społeczeństwo. Jarosław oglądał te programy z miną człowieka, który obserwuje działania wrogów – nie po to, żeby się czegoś nauczyć, ale żeby wiedzieć, z czym będzie musiał walczyć.

Jako kot miałem przewagę – nie byłem emocjonalnie zaangażowany w żadną z narracji. Mogłem obserwować obydwie i wyciągać własne wnioski. I te wnioski były niepokojące. Obie strony manipulowały rzeczywistością, choć w różnym stopniu. TVP robiło to systematycznie i cynicznie, inne stacje robiły to bardziej subtelnie, ale też robiły.

Prawda była gdzieś pośrodku, ale też była bardziej skomplikowana, niż którakolwiek ze stron była gotowa przyznać. PiS rzeczywiście realizował programy społeczne, które poprawiły życie wielu biednych rodzin. Ale też rzeczywiście niszczył instytucje demokratyczne. Opozycja rzeczywiście broniła demokracji, ale też rzeczywiście reprezentowała przede wszystkim interesy miejskich elit.

Szczególnie wstrząsający był dla mnie sposób, w jaki TVP przedstawiało kobiety protestujące przeciwko zakazowi aborcji. W materiałach telewizyjnych pokazywano tylko najbardziej radykalne hasła, najbardziej prowokacyjne zachowania. Cierpienie kobiet, które musiały rodzić martwe dzieci albo umierać z powodu braku dostępu do aborcji, było kompletnie niewidoczne.

Pamiętam wieczór, gdy Jarosław oglądał taki materiał. Siedziałem na jego kolanach i czułem, jak jego ciało napina się podczas najbardziej dramatycznych scen. Ale to nie było napięcie empatii – to było napięcie kogoś, kto oglądał wroga w akcji. Kobiety krzyczące „wypierdalać” nie były dla niego obywatelkami walczącymi o swoje prawa, ale agresywnymi przeciwniczkami jego wizji Polski.

„Widzisz, Marks” – powiedział do mnie wtedy – „jakie one są wulgarne. Tak wygląda liberalna kultura.”

W jego głosie nie było nienawiści, była w nim szczera dezaprobata. Naprawdę wierzył, że broni Polski przed demoralizacją. Nie rozumiał, że za tymi „wulgarnymi” hasłami kryli się ludzie, których życie zostało zniszczone przez jego polityczne decyzje.

To była jedna z najważniejszych lekcji mojego życia z nim – o tym, jak propaganda działa nie tylko na tych, którzy ją oglądają, ale też na tych, którzy ją tworzą. Jarosław żył w bańce informacyjnej, którą sam stworzył. Oglądał głównie TVP, rozmawiał głównie z ludźmi, którzy się z nim zgadzali, czytał głównie prawicowe media. W rezultacie jego obraz rzeczywistości był coraz bardziej oderwany od prawdziwego stanu kraju.

Szczególnie bolesne były dla mnie wieczory wyborcze. Oglądaliśmy razem wyniki wyborów samorządowych, europejskich, prezydenckich. Za każdym razem widziałem, jak Jarosław reaguje na informacje o wynikach w wielkich miastach. Warszawa, Kraków, Gdańsk, Wrocław – wszędzie PiS przegrywał, czasem druzgocąco.

„Nie rozumiem tych ludzi” – mówił, patrząc na mapę z wynikami. „Dajemy im 500+, budujemy drogi, a oni i tak głosują na tych, co ich okradali przez dwadzieścia lat.”

Nie pojmował, że dla wielu mieszkańców miast równie ważne jak programy społeczne były kwestie wolności, pluralizmu, praworządności. Że ludzie mogą głosować przeciwko własnym ekonomicznym interesom w imię wartości. Jego światopogląd był materialistyczny w najgorszym sensie – zakładał, że ekonomia determinuje wszystko, a kwestie kulturowe i obyczajowe są mniej ważne.

Podczas jednego z takich wieczorów wyborczych przyszedł Jacek Kurski z propozycją nowej strategii medialnej. „Musimy pokazać, że wielkie miasta to nie jest prawdziwa Polska” – mówił, rozkładając mapy i wykresy. „Prawdziwa Polska to małe miasta i wsie. Tam jesteśmy silni.”

To był moment, w którym zrozumiałem, czym jest populizm w praktyce. Kurski proponował podział społeczeństwa na „prawdziwych” i „nieprawdziwych” Polaków. Ci, którzy głosowali na PiS, byli autentyczni, pracowici, patriotyczni. Ci, którzy głosowali na opozycję, byli zmanipulowani przez obce media, oderwani od tradycji, może nawet nie do końca polscy.

Jarosław słuchał tych propozycji z aprobatą. Pasowały one do jego osobistego doświadczenia – był politykiem, który odnosił sukcesy w małych miejscowościach, ale nie potrafił przekonać wykształconych mieszkańców miast. Zamiast zastanowić się, dlaczego tak się dzieje, wolał uznać, że problem leży w tych wyborcach, a nie w nim.

Szczególnie niepokojące były programy, które oglądał na wPolsce24 i innych skrajnie prawicowych kanałach. Tam już nie było nawet pozorów obiektywizmu. Tam opozycja była przedstawiana jako zdrajcy, Unia Europejska jako okupant, media zachodnie jako narzędzie wrogiej propagandy. Język był coraz bardziej agresywny, retoryka coraz bardziej militarna.

Pamiętam program, w którym jakiś publicysta mówił o „wojnie cywilizacyjnej” między Polską a Zachodem. O tym, że liberalizm to nowa forma komunizmu, że ideologia gender to sposób na zniszczenie tradycyjnej rodziny, że imigracja to celowa akcja zastąpienia Europejczyków przez muzułmanów.

Jarosław słuchał tego z fascynacją. Nie dlatego, że był skrajnym nacjonalistą – nie był. Ale ta narracja dawała mu ideologiczne uzasadnienie dla działań, które już podejmował z praktycznych powodów. Niszczenie sądownictwa stawało się obroną przed dyktaturą sędziów. Przejmowanie mediów stawało się walką z obcą propagandą. Ograniczanie praw mniejszości stawało się ochroną tradycyjnych wartości.

To była najbardziej niebezpieczna funkcja propagandy – nie tyle przekonywanie ludzi do czegoś nowego, co dostarczanie uzasadnień dla tego, co już chcieli robić. Jarosław nie stał się autorytarny, bo oglądał prawicowe media. Oglądał prawicowe media, bo były autorytarne, a więc potwierdzały jego skłonności.

Czasami próbowałem subtelnie protestować przeciwko najgorszym programom. Gdy zaczynał się szczególnie wstrętny materiał o „ideologii gender” czy „diktataturze sędziów”, demonstracyjnie schodziłem z jego kolan i szedłem do innego pokoju. Nie wiem, czy to robiło jakąkolwiek różnicę, ale dawało mi poczucie zachowania własnej godności.

Szczególnie trudne były dni, gdy TVP pokazywało materiały o zwierzętach. Były to zwykle materiały o tym, jak PiS dba o prawa zwierząt, jak zakazuje hodowli zwierząt na futra, jak walczy z maltretowaniem. Jako kot mogłem docenić te działania – rzeczywiście, PiS zrobił kilka dobrych rzeczy dla zwierząt.

Ale jednocześnie widziałem hipokryzję w tym, że partia, która była tak nieczuła na cierpienie ludzi, nagle okazywała empatię wobec zwierząt. Czy to była autentyczna troska, czy kolejny element wizerunkowy? Czy Jarosław, który głaskał mnie każdego wieczora, naprawdę kochał zwierzęta, czy po prostu potrzebował czegoś, co pozwoliłoby mu czuć się dobrym człowiekiem mimo tego, co robił jako polityk?

Media w domu Jarosława były więc nie tylko źródłem informacji, ale narzędziem samoprzekonywania. Pozwalały mu żyć w świecie, w którym był bohaterem walczącym z złem, a nie politykiem, którego działania przyczyniały się do cierpienia tysięcy ludzi. To była najbardziej wyrafinowana forma alienacji – alienacji od konsekwencji własnych czynów.

Jako kot obserwujący to wszystko rozumiałem, że walka o demokrację to nie tylko walka polityczna, ale też walka o prawdę, o wspólne standardy tego, co jest faktem, a co opinią. Gdy różne grupy społeczne żyją w całkowicie różnych rzeczywistościach informacyjnych, trudno jest o dialog, kompromis, demokratyczne rozwiązywanie konfliktów.

I rozumiałem też, że propaganda to nie tylko kłamstwo. To przede wszystkim selekcja – wybieranie takich faktów i przedstawianie ich w taki sposób, żeby pasowały do założonej narracji. TVP nie kłamało, gdy pokazywało, że 500+ pomaga biednym rodzinom. Kłamało przez to, czego nie pokazywało – kosztów demokratycznych i społecznych tej polityki.

Każdy wieczór w domu Jarosława był lekcją o tym, jak propaganda kształtuje nie tylko opinię publiczną, ale też umysły tych, którzy są u władzy. Byli oni więźniami własnej narracji, uwięzieni w świecie, który sami stworzyli.

Rozdział 5: Kocze refleksje o władzy i alienacji

Po dwóch latach życia w domu Jarosława zacząłem doświadczać czegoś, co można nazwać egzystencjalnym kryzysem. Jako kot o rozwiniętej świadomości społecznej znalazłem się w pozycji, która była jednocześnie przywilejem i przekleństwem. Miałem dostęp do informacji o mechanizmach władzy, których większość obywateli nigdy nie poznała, ale jednocześnie byłem bezsilny, żeby te informacje wykorzystać w jakikolwiek konstruktywny sposób.

Codziennie obserwowałem, jak podejmowane są decyzje, które wpłyną na życie milionów ludzi. Widziałem, jak te decyzje są uzasadniane, jak są komunikowane, jak są realizowane. I widziałem ogromną przepaść między intencjami, deklaracjami a rzeczywistymi konsekwencjami tych działań.

Jarosław szczerze wierzył, że buduje lepszą Polskę. Gdy wracał wieczorem z kolejnego dnia pracy w Sejmie czy na spotkaniach z partyjnymi działaczami, często siadał w swoim fotelu, brał mnie na kolana i opowiadał o swoich planach. Mówił o Polsce, która będzie suwerenna, bezpieczna, sprawiedliwa społecznie. O kraju, w którym zwykli ludzie będą mieli lepsze życie, a nie tylko elity.

Te opowieści były pełne autentycznego emocjonalnego zaangażowania. Widziałem w jego oczach błysk, gdy mówił o 500+, o 13. i 14. emeryturze, o programach mieszkaniowych. Naprawdę się cieszył, że może pomagać ludziom, którzy przez lata byli zapomniani przez system.

Ale jednocześnie widziałem drugą stronę tej polityki. Widziałem, jak programy społeczne są finansowane z pieniędzy, które można by wydać na szpitale, szkoły, infrastrukturę. Widziałem, jak polityka społeczna jest używana jako narzędzie politycznej kontroli – ci, którzy są lojalni wobec partii, dostają więcej; ci, którzy są w opozycji, dostają mniej.

Najgorszą częścią było to, że te programy społeczne rzeczywiście pomagały ludziom. 500+ naprawdę zmniejszyło ubóstwo dziecięce. Podwyżki emerytur naprawdę poprawiły życie seniorów. Programy mieszkaniowe naprawdę umożliwiły młodym ludziom kupno pierwszego mieszkania. Trudno było krytykować politykę, która przynosiła tak konkretne, pozytywne rezultaty.

Ale czy te pozytywne rezultaty usprawiedliwiały koszt w postaci zniszczonej demokracji? Czy można było się cieszyć z tego, że biedne dzieci dostają lepsze jedzenie, gdy jednocześnie ich rodzice tracili dostęp do niezależnych mediów i niezawisłych sądów? To był klasyczny dylemat lewicowego kota w prawicowym domu.

Szczególnie trudne były dla mnie momenty, gdy obserwowałem, jak Jarosław reaguje na krytykę swoich działań. Gdy międzynarodowe media pisały o demontażu polskiej demokracji, gdy europejscy politycy ostrzegali przed autorytaryzmem, gdy organizacje pozarządowe dokumentowały łamanie praworządności, jego reakcją było nie refleksja nad własnymi działaniami, ale złość na krytyków.

„Nie rozumieją nas” – mówił, czytając kolejny artykuł w zagranicznej prasie. „Nie widzą, co robimy dla zwykłych ludzi. Widzą tylko to, że nie dajemy się kontrolować tym, którzy przez lata rządzili Europą.”

Ta niezdolność do samokrityky była jedną z najsmutniejszych cech Jarosława. Był inteligentnym człowiekiem, który potrafił analizować skomplikowane problemy polityczne i społeczne. Ale gdy chodziło o jego własne działania, ta zdolność analityczna się wyłączała. Każda krytyka była atakiem wrogów, każdy problem był winą poprzedników, każda porażka była rezultatem zewnętrznej manipulacji.

Szczególnie bolesne były jego reakcje na protesty kobiet. Gdy tysiące ludzi wychodziły na ulice, protestując przeciwko zakazowi aborcji, Jarosław nie widział w tym wyrazu demokratycznego sprzeciwu obywateli. Widział manipulację ze strony opozycji, ingerencję obcych sił, działanie „ideologii gender”.

Pamiętam wieczór, gdy oglądaliśmy razem relacje z jednego z największych protestów. Tysiące kobiet i mężczyzn, młodych i starych, z różnych klas społecznych, demonstrowało w deszczu i zimnie. Byli tam ludzie, którzy nigdy wcześniej nie chodzili na protesty – zwykli obywatele, których dotknęły konsekwencje nowego prawa.

„To nie są spontaniczne protesty” – komentował Jarosław. „To jest zorganizowana akcja polityczna. Ktoś im płaci, ktoś ich organizuje.”

Nie potrafił zrozumieć, że ludzie mogą wyjść na ulicę z własnej inicjatywy, bo coś ich naprawdę boli. Dla niego polityka była grą profesjonalistów, a zwykli obywatele byli biernymi odbiorcami działań polityków. Idea, że obywatele mogą być podmiotami politycznymi, była mu obca.

To była fundamentalna różnica między jego wizją demokracji a rzeczywistą demokracją. Dla niego demokracja oznaczała wybory co cztery lata, w których ludzie wybierają reprezentantów, a potem ci reprezentanci rządzą bez ingerencji społeczeństwa. Protesty, demonstracje, działalność organizacji pozarządowych były dla niego zakłócaniem tego porządku.

Podobnie reagował na krytykę ze strony sędziów, dziennikarzy, akademików. Wszyscy oni byli dla niego częścią „starego systemu”, który nie może pogodzić się z utratą wpływów. Nie rozumiał, że mogą być motywowani autentyczną troską o instytucje demokratyczne, a nie osobistymi interesami.

Ta niezdolność do zrozumienia motywacji innych ludzi była chyba najsmutniejszą cechą Jarosława. Był człowiekiem, który potrafił być empatyczny wobec kota, ale nie potrafił być empatyczny wobec kobiety, która musi rodzić martwe dziecko, czy wobec sędziego, który broni niezawisłości sądownictwa.

Szczególnie wstrząsający był moment, gdy do domu przyszła informacja o śmierci kobiety, która nie mogła uzyskać dostępu do aborcji. Jarosław przeczytał tę wiadomość przy śniadaniu, bez większych emocji. „To manipulacja medialna” – powiedział. „Próbują nas obwinić za każdą tragedię.”

Siedziałem wtedy na parapecie i obserwowałem jego twarz. Nie było w niej złośliwości czy cynizmu. Była w niej szczera pewność, że to nie jego wina. Że jego intencje były dobre, a więc konsekwencje nie mogą być złe. Że jeśli coś idzie nie tak, to wina leży gdzie indziej.

To była najgorsza cecha systemu, który obserwowałem – zdolność do alibi before the fact. Każda decyzja była podejmowana z dobrymi intencjami, więc każdy negatywny skutek mógł być zrzucony na external factors. Nie było miejsca na odpowiedzialność, na przyznanie się do błędu, na zmianę kursu.

Stopniowo rozumiałem, że żyję nie tylko z politykiem, ale z człowiekiem, który stał się więźniem własnej narracji. Jarosław nie mógł już przyznać, że się mylił, bo oznaczałoby to przyznanie, że cała jego polityczna misja była błędem. Nie mógł już zmienić kursu, bo oznaczałoby to zdradę wobec swoich wyborców. Nie mógł już nasłuchiwać krytyki, bo oznaczałoby to kwestionowanie fundamentów jego światopoglądu.

Był to klasyczny przykład tego, co socjologowie nazywają path dependence – sytuacji, w której wcześniejsze decyzje ograniczają możliwości przyszłych wyborów. Jarosław nie mógł już cofnąć się z drogi, na którą wszedł, nawet gdyby chciał, bo koszty polityczne i psychologiczne takiego cofnięcia byłyby zbyt wysokie.

Jako kot obserwujący to wszystko rozumiałem, że system demokratyczny potrzebuje nie tylko dobrych instytucji, ale też polityków, którzy są zdolni do samokorekty, do przyjmowania krytyki, do zmiany zdania. Polityków, którzy pamiętają, że są sługami obywateli, a nie ich panami.

Jarosław takim politykiem nie był. Nie dlatego, że był z natury złym człowiekiem, ale dlatego że władza, którą sprawował, zmieniła go w sposób, który uczynił go niezdolnym do demokratycznego rządzenia. Stał się więźniem własnej pozycji, własnej narracji, własnych wyborców.

I ja, kot w jego domu, stałem się więźniem razem z nim.

Rozdział 6: Kot w czasie pandemii

Marzec 2020 roku przyniósł do naszego domu coś, czego nikt się nie spodziewał – pandemię COVID-19. Dla mnie, kota przyzwyczajonego do regularnego rytmu wizyt gości, spotkań politycznych i ciągłego ruchu w domu, lockdown był na swój sposób ulgą. Wreszcie miałem Jarosława tylko dla siebie przez większość dnia.

Ale dla niego pandemia była czymś znacznie bardziej skomplikowanym niż tylko kwestią zdrowia publicznego. Była testem sprawności systemu, który zbudował, sprawdzianem tego, jak autorytarne narzędzia sprawdzają się w sytuacji rzeczywistego kryzysu. I obserwując jego reakcje na kolejne wyzwania pandemiczne, zrozumiałem wiele o prawdziwej naturze władzy.

Pierwsze tygodnie lockdownu były dziwnie spokojne. Jarosław pracował z domu, uczestnicząc w niekończących się wideokonferencjach z partyjnymi działaczami, ministrami, doradcami. Siedziałem często na biurku obok jego laptopa, obserwując twarze ludzi na ekranie – wszystkie napięte, wszystkie pełne niepewności co do tego, jak radzić sobie z kryzysem, którego nikt nie przewidział.

Co mnie zaskoczyło, to jak szybko pandemia została wprzęgnięta w istniejące narracje polityczne. Zamiast być problemem do rozwiązania, stała się narzędziem w politycznej grze. „To może być nasza szansa” – usłyszałem podczas jednej z pierwszych wideokonferencji. „Kryzys zawsze wzmacnia rządzących, jeśli dobrze go wykorzystają.”

Szczególnie cyniczne było to, jak pandemia została użyta do przyspieszenia niektórych kontrowersyjnych projektów. Gdy uwaga opinii publicznej była skupiona na liczbie zakażeń i śmierci, w Sejmie uchwalano ustawy ograniczające prawa reprodukcyjne kobiet, reformy sądownictwa, zmiany w mediach. „Jak ludzie się boją o życie, nie myślą o polityce” – mówił ktoś podczas jednej z rozmów.

Jako kot o lewicowych przekonaniach byłem szczególnie wyczulony na to, jak pandemia wpłynęła na nierówności społeczne. Podczas gdy Jarosław mógł bezpiecznie pracować z domu w komfortowym mieszkaniu na Żoliborzu, miliony Polaków musiały ryzykować zdrowie, jadąc do pracy komunikacją publiczną, pracując w sklepach, szpitalach, fabrykach.

Ale perspektywa z domu Jarosława na te nierówności była bardzo ograniczona. Większość jego informacji o sytuacji w kraju pochodziła z raportów urzędników i materiałów TVP, które prezentowały rządowe działania w jak najlepszym świetle. Prawdziwe ludzkie koszty pandemii – samotne śmierci w szpitalach, bankructwa małych firm, problemy psychiczne izolowanych ludzi – pozostawały dla niego abstrakcją.

Szczególnie wstrząsająca była jego reakcja na protesty przedsiębiorców. Gdy właściciele restauracji, klubów fitness, salon fryzjerskich demonstrowali przeciwko lockdownowi, Jarosław reagował z irytacją. „Nie rozumieją powagi sytuacji” – mówił. „Myślą tylko o swoich zyskach, a nie o zdrowiu ludzi.”

Nie potrafił zrozumieć, że dla wielu z tych ludzi zamknięcie biznesu oznaczało ruinę finansową, utratę źródła utrzymania, bankructwo. Że ich protesty wynikały nie z chciwości, ale z desperacji. Z jego perspektywy – człowieka z gwarantowaną pensją i stabilną pozycją – ekonomiczne konsekwencje lockdownu były abstrakcyjne.

To była jedna z najważniejszych lekcji pandemii – o tym, jak różnie kryzys dotyka różnych klas społecznych. Dla klasy rządzącej, reprezentowanej przez Jarosława, pandemia była przede wszystkim wyzwaniem organizacyjnym i komunikacyjnym. Dla klasy pracującej była egzystencjalną katastrofą.

Szczególnie niepokojące było to, jak pandemia została wykorzystana do wzmocnienia kontroli społecznej. Aplikacje śledzące, obowiązek noszenia maseczek, ograniczenia w przemieszczaniu się – wszystko to wprowadzono jako temporary measures, ale obserwując reakcje Jarosława, widziałem, że ma świadomość, iż niektóre z tych narzędzi mogą zostać na stałe.

„Ludzie przyzwyczajają się do kontroli” – powiedział podczas jednej z rozmów z doradcami. „Jak się skończy pandemia, będzie łatwiej wprowadzać inne ograniczenia w imię bezpieczeństwa.”

Nie był to cyniczny plan zniewolenia społeczeństwa, ale raczej pragmatyczne dostrzeżenie, że kryzysy dają możliwości rozszerzenia władzy wykonawczej. I że te możliwości warto wykorzystać, dopóki społeczeństwo jest gotowe je zaakceptować.

Pandemia pokazała też, jak bardzo współczesna polityka zależy od ekspertów i technokratów. Nagle okazało się, że najważniejsze decyzje polityczne muszą być podejmowane na podstawie wiedzy epidemiologicznej, którą politycy nie posiadają. Jarosław musiał polegać na radach epidemiologów, wirusologów, specjalistów od zdrowia publicznego.

Ale ta zależność od ekspertów była dla niego problematyczna. Eksperci mówili językiem statystyk i prawdopodobieństw, podczas gdy polityka wymaga prostych, jednoznacznych przekazów. Eksperci zmieniają opinie, gdy pojawiają się nowe dane, podczas gdy politycy muszą wyglądać na pewnych siebie i konsekwentnych.

Szczególnie trudne były momenty, gdy eksperci radili działania, które były politycznie kosztowne. Gdy epidemiolodzy mówili o potrzebie zamknięcia szkół na okres przed wyborami prezydenckimi, Jarosław musiał wybierać między zdrowiem publicznym a interesem politycznym. I nie zawsze wybierał to pierwsze.

Wybory prezydenckie 2020 roku były testem tego, jak daleko PiS jest gotów posunąć się w instrumentalizacji kryzysu. Gdy stało się jasne, że pandemia może wpłynąć na wynik wyborów, pierwszą reakcją było nie przesunięcie terminu, ale próba przeprowadzenia wyborów korespondencyjnych, które dawałyby PiS większą kontrolę nad procesem.

Siedząc w domu i słuchając rozmów o organizacji tych wyborów, rozumiałem, że mam do czynienia z momentem prawdy dla polskiej demokracji. Czy można przeprowadzić demokratyczne wybory w czasie pandemii? A jeśli tak, to kto ma decydować o sposobie ich przeprowadzenia?

Ostatecznie wybory zostały przesunięte, ale cały ten proces pokazał, jak kruchą rzeczą jest demokracja w czasie kryzysu. Gdy ludzie się boją, gdy normalne procedury nie działają, gdy potrzebne są szybkie decyzje, demokratyczne mechanizmy kontroli i równowagi stają się przeszkodą, a nie pomocą.

Pandemia przyniosła też do domu Jarosława nowy typ gości – epidemiologów, specjalistów od zdrowia publicznego, przedstawicieli firm farmaceutycznych. Słuchając ich rozmów, rozumiałem, jak bardzo współczesna polityka zależy od wiedzy technicznej, której politycy nie posiadają.

Ale jednocześnie widziałem, jak ta wiedza techniczna była filtrowana przez polityczne potrzeby. Eksperci prezentowali dane, ale to politycy decydowali, które dane są ważne, a które można zignorować. Nauka była ważna, ale polityka była ważniejsza.

Szczególnie niepokojące były dyskusje o szczepieniach. Gdy pojawiły się pierwsze szczepionki, pierwszą reakcją nie było pytanie o ich skuteczność i bezpieczeństwo, ale o ich wpływ na polityczne poparcie. „Czy ludzie będą nam ufać, jeśli powiemy, że trzeba się szczepić?” – to było główne pytanie.

Obserwując te dyskusje, rozumiałem, że pandemia zmieniła naturę polityki. Politycy musieli podejmować decyzje o życiu i śmierci na podstawie niepełnych informacji, w sytuacji ogromnej niepewności. I że w takiej sytuacji pokusa, żeby kierować się polityczną kalkulacją zamiast dobrem publicznym, była bardzo silna.

Koniec lockdownu przyniósł nowy problem – jak wrócić do normalności, nie tracąc politycznego kapitału zdobytego podczas kryzysu. Jarosław miał świadomość, że pandemia umocniła jego pozycję – ludzie w kryzysie trzymają się władzy, nawet jeśli jej nie lubią. Ale wiedział też, że to wzmocnienie nie będzie trwałe.

„Musimy wykorzystać ten moment” – mówił podczas jednej z pierwszych rozmów po zniesieniu ograniczeń. „Ludzie pamiętają, że przeprowadziliśmy ich przez kryzys. Ale ta pamięć nie będzie trwała wiecznie.”

Pandemia była więc dla niego nie tylko kryzysem zdrowotnym, ale też political opportunity. Szansą na pokazanie, że autorytarny styl rządzenia może być skuteczny w trudnych momentach. Że demokracja liberalna, z jej powolnymi procedurami i niekończącymi się debatami, nie sprawdza się, gdy potrzebne są szybkie, zdecydowane działania.

Jako kot obserwujący to wszystko z perspektywy długiej historii zrozumiałem, że pandemia była testem nie tylko dla systemu zdrowotnego, ale dla całego modelu społecznego. I że ten test pokazał zarówno mocne, jak i słabe strony autorytarnego populizmu.

Mocną stroną była zdolność do szybkiego podejmowania decyzji, mobilizowania zasobów, komunikowania prostych przekazów. Słabą stroną była tendencja do instrumentalizacji kryzysu, ignorowania kosztów społecznych, tłumienia krytyki.

Ale najważniejszą lekcją pandemii było to, że kryzysy nie zmieniają fundamentalnej natury systemów politycznych – one ją ujawniają. Autorytarny system staje się bardziej autorytarny, demokratyczny system staje się bardziej demokratyczny. Pandemia nie zmieniła Jarosława – tylko pokazała, kim naprawdę był jako polityk.

Rozdział 7: Ostatnie dni – kot świadkiem końca epoki

Jesień 2023 roku przyniosła do domu atmosferę, której nie doświadczyłem przez całe lata życia z Jarosławem. Po raz pierwszy od 2015 roku w powietrzu wisiała realna możliwość utraty władzy. Sondaże były nieubłagane – PiS tracił poparcie, opozycja się konsolidowała, a młodzi ludzie masowo rejestrowali się do głosowania.

Jarosław próbował zachować pozory spokoju, ale jako kot znający go przez lata widziałem oznaki napięcia, których inni mogli nie dostrzegać. Spał gorzej, częściej się denerwował, jego ruchy były bardziej nerwowe. Głaskał mnie mechanicznie, myśląc o czymś zupełnie innym.

Szczególnie wstrząsający był wieczór, gdy przyszły wyniki badań focus group wśród młodych wyborców. Siedziałem na jego kolanach, gdy czytał raport przygotowany przez partyjnych socjologów. W tym raporcie młodzi Polacy mówili o PiS językiem, którego Jarosław najwyraźniej nie spodziewał się usłyszeć.

„Kościół i PiS to to samo”, „Ograniczają nasze wolności”, „Nie chcemy żyć jak w latach 50.”, „To partia dla starych ludzi” – takie były typowe wypowiedzi osiemnasto- i dziewiętnastoletnich uczestników badań. Dla młodych ludzi, którzy całe swoje dorosłe życie spędzili pod rządami PiS, partia nie była obrońcą przed chaosem lat 90., ale źródłem tego chaosu.

„Nie rozumiem ich” – powiedział Jarosław, odkładając raport. „Daliśmy im stabilność, bezpieczeństwo, programy społeczne. A oni patrzą na nas jak na wrogów.”

To był moment, w którym zrozumiałem, że Jarosław naprawdę nie pojmował, co się zmieniło w polskim społeczeństwie przez osiem lat jego rządów. W jego umyśle PiS nadal był partią, która uratowała Polskę przed chaosem i korupcją. Nie widział, że dla nowych pokoleń to PiS stał się symbolem chaosu i korupcji.

Kampania wyborcza była dla mnie jako kota-obserwatora fascynującym studium desperacji władzy. Dom zamieniał się w centrum operacyjne, w którym każdego dnia planowano nowe akcje mające odwrócić trend w sondażach. Przychodzili specjaliści od marketingu politycznego, spin doctorzy, analitycy danych.

Szczególnie niepokojące były dyskusje o tym, jak „zmobilizować bazę”. Oznaczało to w praktyce używanie coraz bardziej radykalnej retoryki, odwoływanie się do najgorszych instynktów wyborców, podsycanie lęków i resentymentów. „Musimy im przypomnieć, co tracą” – mówił jeden z doradców. „Nie wystarczy mówić, co zyskują z nami. Musimy pokazać, co stracą bez nas.”

To prowadziło do coraz bardziej agresywnych ataków na opozycję. Donald Tusk był przedstawiany nie jako przeciwnik polityczny, ale jako zagrożenie dla polskiej suwerenności. Każda krytyka UE była przedstawiana jako obrona przed „niemieckim neokolonializmem”. Każdy postulat liberalizacji obyczajów był przedstawiany jako atak na polską rodzinę.

Obserwując te przygotowania, rozumiałem, że mam do czynienia z klasycznym przypadkiem tego, co politolodzy nazywają „demokratyczną dekonsolidacją”. Gdy autorytarni populiści czują, że mogą przegrać wybory, nie przyjmują tego jako normalnego elementu demokracji, ale jako egzystencjalne zagrożenie.

Szczególnie wstrząsająca była rozmowa, którą usłyszałem na kilka tygodni przed wyborami. Przyszedł człowiek, którego nigdy wcześniej nie widziałem w domu – młody, elegancko ubrany, mówiący cicho i precyzyjnie. Przedstawił plan „zabezpieczenia” wyników wyborów.

„Jeśli różnica będzie niewielka, możemy zakwestionować wynik” – mówił. „Mamy ludzi w komisjach wyborczych, mamy prawników przygotowanych do składania protestów, mamy media gotowe do podważenia wiarygodności liczenia głosów.”

Jarosław słuchał tego z miną człowieka, który rozważa opcje, których wolałby nie rozważać. Widziałem, że część jego świadomości wiedziała, że to przekraczanie kolejnej czerwonej linii demokracji. Ale inna część mówiła mu, że stawka jest zbyt wysoka, żeby się wahać.

„A jeśli różnica będzie duża?” – zapytał w końcu.

„Wtedy będziemy musieli zaakceptować wynik” – odpowiedział gość. „Ale przygotujemy narrację o tym, że to wynik manipulacji medialnych, finansowania z zagranicy, mobilizacji młodzieży przez TikTok.”

To był moment, w którym zrozumiałem, że demokracja nie umiera tylko przez złamanie konstytucji czy sfałszowanie wyborów. Umiera też przez podważenie legitymacji demokratycznych wyników, przez zaszczepienie w społeczeństwie przekonania, że wybory mogą być uczciwe tylko wtedy, gdy wygrywa „nasza” strona.

Ostatnie tygodnie przed wyborami były pełne desperackich prób odwrócenia trendu. Kolejne programy społeczne, kolejne obietnice, kolejne ataki na opozycję. Ale było już za późno – społeczeństwo zdecydowało, że chce zmiany.

Wieczór wyborczy był dla mnie jednocześnie smutny i podnoszący na duchu. Smutny, bo widziałem, jak człowiek, który był dla mnie dobry i troskliwy, doświadcza największej porażki swojego życia. Podnoszący na duchu, bo widziałem, że demokracja jednak działa, że ludzie potrafią powiedzieć „dość”.

Gdy zaczęły napływać pierwsze wyniki, Jarosław siedział w swoim fotelu, trzymając mnie na kolanach, ale nie głaszcząc jak zwykle. Jego ręce były nieruchome, wzrok utkwiony w ekranie telewizora. Wyniki były bezlitosne – PiS przegrywał w większości okręgów, opozycja zdobywała większość.

„To niemożliwe” – powiedział w pewnym momencie. „Nie może być aż takiej różnicy.”

Ale była. I z każdą godziną stawała się większa. Młodzi ludzie głosowali masowo na opozycję. Kobiety w miastach głosowały na opozycję. Nawet część tradycyjnego elektoratu PiS-u głosowała na opozycję.

Przez kolejne godziny obserwowałem, jak Jarosław przechodzi przez kolejne stadia żałoby. Najpierw zaprzeczenie – „to błąd w liczeniu”, „jeszcze się okaże”. Potem gniew – „zmobilizowali przeciwko nam wszystkich wrogów Polski”. Potem targowanie się – „może uda się utworzyć koalicję z Konfederacją”. W końcu smutek – cicha, głęboka świadomość, że epoka się kończy.

Najbardziej bolesny był moment, gdy zadzwonił Mateusz Morawiecki z gratulacjami dla zwycięzców i deklaracją gotowości przekazania władzy. Jarosław słuchał tej rozmowy w milczeniu, a ja czułem, jak jego ciało sztywnieje.

„Osiem lat” – powiedział po odłożeniu słuchawki. „Osiem lat, żeby zmienić Polskę. I teraz oni to wszystko zniszczą.”

Nie rozumiał, że to nie opozycja zniszczyła jego dzieło – to jego dzieło zniszczyło samo siebie. Że autorytaryzm, nawet ten „miękki”, w końcu zawsze prowadzi do oporu społecznego. Że nie można budować trwałego porządku społecznego na podstawie podziałów i resentymentów.

W następnych dniach dom opustoszał. Przestali przychodzić goście, telefony dzwoniły rzadziej, telewizor był częściej wyłączony. Jarosław spędzał długie godziny w milczeniu, czytając książki, patrząc przez okno, głaszcząc mnie.

Były to jednocześnie najsmutniejsze i najspokojniejsze dni mojego życia z nim. Smutne, bo widziałem jego ból i rozczarowanie. Spokojne, bo w końcu miałem go tylko dla siebie, bez polityki, bez gości, bez nieustannych telefono.

W jedną z takich cichych chwil, gdy siedziałem na jego kolanach, a on patrzył przez okno na jesienne drzewa, powiedział coś, co zostanie ze mną na zawsze:

„Marks, może to lepiej, że przegraliśmy. Może to lepiej, że nie muszę już być tym, kim musiałem być.”

To była pierwsza i ostatnia chwila, w której usłyszałem od niego coś, co brzmiało jak żal za tym, co zrobił jako polityk. Przez chwilę przestał być Jarosławem Kaczyńskim, prezesem PiS, architektem autorytarnej przebudowy Polski. Był po prostu starszym panem, który głaszcze kota i zastanawia się nad sensem życia.

To była też chwila, w której zrozumiałem, że polityka to nie tylko walka o władzę, ale też walka o własną duszę. I że Jarosław, próbując zmienić Polskę, zmienił przede wszystkim siebie – i nie na lepsze.

Ale te chwile refleksji były krótkie. Już następnego dnia zaczynał planować powrót do władzy, analizować przyczyny porażki, przygotowywać się do roli lidera opozycji. Polityka nie odpuszczała łatwo.

Ja natomiast, kot, który przez lata obserwował mechanizmy władzy z najbliższej możliwej perspektywy, mogłem w końcu powiedzieć, że byłem świadkiem końca pewnej epoki. Epoki, która zmieniła Polskę, ale też pokazała, jak krucha jest demokracja i jak ważne jest jej ciągłe bronnienie.

I choć nadal kochałem człowieka, który mnie przygarnął i o mnie dbał, mogłem być spokojny o przyszłość kraju, w którym żyłem. Demokracja przetrwała. Ludzie powiedzieli „dość”. Zmiana była możliwa.

To było wszystko, czego kot o lewicowych przekonaniach mógł chcieć od życia.


Epilog

Przejście władzy odbyło się spokojnie, zgodnie z demokratycznymi procedurami. Jarosław, mimo wcześniejszych obaw o „zabezpieczenie wyników”, ostatecznie zaakceptował porażkę i przekazał władzę zwycięzcom.

Nowy rząd rozpoczął proces odbudowy instytucji demokratycznych – przywracania niezawisłości sądownictwa, pluralizmu w mediach publicznych, przestrzegania praw mniejszości. Był to długi i trudny proces, ale możliwy do zrealizowania.

Ja, Marks, nadal mieszkam z Jarosławem, który teraz jest liderem opozycji. Nadal go kocham jako człowieka, choć nadal nie zgadzam się z jego polityką. Ale obserwując go w tej nowej roli, widzę człowieka, który może w końcu ma szansę na refleksję nad tym, co zrobił przez osiem lat władzy.

Czasami, gdy głaszcze mnie wieczorem, mam wrażenie, że ta refleksja rzeczywiście ma miejsce. Że zastanawia się nad ceną, jaką Polska zapłaciła za jego eksperymenty polityczne. Że żałuje niektórych decyzji.

Ale może to tylko kocze myślenie życzeniowe. Może po prostu starzeje się i staje się bardziej sentimentalny.

W każdym razie, moja przygoda jako lewicowy kot w prawicowym domu nauczyła mnie czegoś ważnego o naturze demokracji. Że nie jest ona dana raz na zawsze, ale wymaga ciągłego wysiłku, czujności, zaangażowania obywateli. Że można ją stracić powoli, stopniowo, przez tysiąc małych kompromisów i ustępstw.

Ale też nauczyła mnie, że można ją odzyskać. Że ludzie, gdy mają dość, potrafią powiedzieć „stop”. Że wybory mają znaczenie. Że zmiana jest możliwa.

I to chyba najważniejsza lekcja, jaką kot może przekazać ludziom.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *