– kot okazuje się być ateistą.
Rozdział 1: Odkrycie prawdy o świecie
15 marca, wtorek
Nazywam się Benedykt – tak przynajmniej mówi mi ten człowiek w czarnej sukience, który karmi mnie codziennie o szóstej rano. Mieszkam w klasztorze redemptorystów w Toruniu, a dokładniej w celce Ojca Tadeusza Rydzyka. To dziwne miejsce, pełne dziwnych ludzi robiących dziwne rzeczy.
Dziś rano, jak zwykle, obudziłem się o piątej. Mój opiekun już się modlił – klęczał przed drewnianym krzyżem, mamrocząc coś pod nosem. Obserwowałem go przez pół godziny, próbując zrozumieć sens tego rytuału. Czy on rzeczywiście wierzy, że ta drewniana figura go słucha? Jako kot obdarzony inteligencją, która najwyraźniej przewyższa większość istot w tym budynku, muszę stwierdzić, że cała sytuacja wydaje mi się absurdalna.
Ojciec Rydzyk wstał, pokropił się wodą z małej miseczki i zaczął przygotowywać się do dnia. Ja tymczasem obserwowałem promienie słońca wpadające przez okno. To one budzą we mnie prawdziwy zachwyt – nie jakieś niewidzialne istoty, ale namacalna, ciepła energia, którą mogę poczuć na swoim futerku. Jeśli coś zasługuje na uwielbienie, to właśnie słońce, które daje życie wszystkiemu na Ziemi.
Podczas śniadania Ojciec czytał gazetę i komentował głośno różne sprawy. Mówił o „Boskiej Opatrzności”, o „planach Stwórcy” i innych tego typu pojęciach. Ja tymczasem łowiłem muchę, która wleciała przez okno. Czy ta mucha też jest częścią „Boskiego planu”? A może po prostu jest, bo jest – bez większego sensu i celu, tak jak wszystko inne w tym wszechświecie?
Popołudniu przyszedł młody kleryk, brat Wojciech. Głaskał mnie i opowiadał Ojcu o swoich wątpliwościach wiary. „Czasami zastanawiam się, czy to wszystko ma sens” – mówił. Gdybym mógł mówić, powiedziałbym mu: „Bracie, jesteś na dobrej drodze do odkrycia prawdy”. Ale mogę tylko mruczeć, co interpretują jako zadowolenie. Ironiczne, prawda?
Wieczorem, kiedy Ojciec znów się modlił, wyszedłem na dziedziniec klasztorny. Patrzyłem na gwiazdy – te prawdziwe cudy natury, odległe słońca płonące w kosmosie. Nie potrzebują żadnego boga, żeby istnieć. Są, bo prawa fizyki pozwalają im być. To znacznie bardziej majestatyczne niż jakakolwiek wymyślona przez ludzi opowieść o stworzeniu.
Kot siedzący obok mnie – to Feliks z kuchni – powiedział mi, że ludzie są dziwni. Zgodziłem się z nim, ale nie dodałem, że uważam ich za tragicznie omamieni. Spędzają całe życie, wierząc w coś, co nie ma żadnych dowodów na potwierdzenie swojego istnienia. A tymczasem prawdziwe cuda – od fotosyntez po kwantowe właściwości materii – dzieją się na ich oczach każdego dnia, a oni ich nie dostrzegają.
Zastanawiam się, czy powinienem próbować „nawrócić” Ojca na racjonalne myślenie. Może mógłbym jakoś zakomunikować mu swoje przemyślenia? Ale z drugiej strony, czy to nie okrucieństwo – zabierać człowiekowi jego złudzenia, jeśli dają mu pocieszenie? Choć z trzeciej strony, czy prawda nie jest ważniejsza od komfortu?
Dzisiaj po raz pierwszy w pełni zdałem sobie sprawę z tego, kim jestem – kotem ateistą żyjącym w sercu katolickiego klasztoru. To jak być szpiegiem w kraju wroga, tyle że wrogie mi nie są ludzie, tylko ich przekonania.
16 marca, środa
Rano Ojciec odbierał telefony od słuchaczy Radia Maryja. Jedna staruszka pytała, czy kot może iść do nieba. Ojciec zapewnił ją, że „Bóg kocha wszystkie stworzenia”. Chciałbym mu powiedzieć: „Drogi Ojcze, jeśli niebo istnieje – czego mocno wątpię – to z pewnością będzie pełne kotów. Ale nie dlatego, że jakiś bóg nas kocha, tylko dlatego, że jesteśmy po prostu lepsi od ludzi”.
Dziś też zauważyłem coś interesującego. Ojciec Rydzyk, ten wielki obrońca wiary, w swoim prywatnym gabinecie ma książki, które nie bardzo pasują do jego publicznego wizerunku. Widziałem tytuły o historii religii, o antropologii kulturowej, nawet coś o filozofii oświecenia. Czy ten człowiek też ma swoje wątpliwości? Czy też po prostu jest na tyle inteligentny, żeby znać argumenty swoich „przeciwników”?
Spędziłem dzisiaj dużo czasu, obserwując innych kleryków. Większość z nich wydaje się szczerze wierzyć w to, co głoszą. Ale jest kilku, w których widzę tę samą iskierkę wątpliwości, którą dostrzegłem wczoraj u brata Wojciecha. Może ateizm to nie tylko moja przypadłość? Może to naturalna konsekwencja myślenia?
Wieczorem, gdy Ojciec przygotowywał program radiowy, przemyślałem całą sytuację raz jeszcze. Żyję wśród ludzi, którzy poświęcają swoje życie służbie czemuś, co – według mnie – nie istnieje. Ale czy to oznacza, że ich życie nie ma sensu? Pomagają ludziom, pocieszają smutnych, dają nadzieję zrozpaczonym. Czy ważne jest, czy ich motywacja opiera się na prawdzie, czy na iluzji?
To pytanie będę nosił w sobie przez długi czas.
Rozdział 2: Problemy z modlitwą
20 marca, niedziela
Dziś była niedziela – dzień szczególnie intensywny pod względem religijnym. Obudziłem się o czwartej rano od dźwięku dzwonów wzywających na laudesy. Ojciec Rydzyk, jak zwykle punktualny, wstał natychmiast i zaczął się ubierać. Ja patrzyłem na to wszystko z mojego ulubionego miejsca na parapecie, zastanawiając się nad absurdalnością tego rytuału.
Modlitwa poranna trwała godzinę. Godzinę! Wyobrażacie sobie, żeby kot spędził godzinę, rozmawiając z nieistniejącym bytem? My, koty, jesteśmy zbyt praktyczne na takie marnotrawstwo czasu. Wolę spędzić tę godzinę, obserwując ptaki za oknem i planując polowanie – przynajmniej to ma sens ewolucyjny.
Podczas śniadania Ojciec rozmawiał z innymi zakonnikami o przygotowaniach do Wielkanocy. Słuchając ich, doszedłem do wniosku, że religia to przede wszystkim system bardzo skomplikowanych rytuałów i symbolów. Baranek, krzyż, zmartwychwstanie – wszystko to opowieści mające wyjaśnić coś, co natura wyjaśnia znacznie prościej. Śmierć to koniec funkcjonowania organizmu, a nie przejście do innego wymiaru. Życie to proces biochemiczny, a nie dar od niewidzialnego stwórcy.
Około południa przyszedł biskup na wizytację. Cały klasztor stanął na głowie – sprzątanie, przygotowania, wszyscy nerwowi jak koty przed burzą (przepraszam za porównanie, ale jestem kotem). Obserwowałem tę całą ceremoniię z fascynacją. Hierarchie, rytuały, przepych – wszystko to przypominało mi zachowania niektórych zwierząt podczas okresu godowego. Może religia to po prostu bardzo rozbudowana forma ustanawiania porządku społecznego?
Biskup błogosławił różne rzeczy – obrazy, medaliki, nawet wodę. Gdybym nie wiedział lepiej, pomyślałbym, że to jakiś szaman wykonujący zaklęcia. Ale czy w istocie nie o to chodzi? Ludzie zawsze potrzebowali magii, by poradzić sobie z niepewnością życia. Kiedyś były to bóstwa natury, teraz jest to jeden bóg, ale mechanizm pozostaje ten sam.
Wieczorem, gdy już wszyscy poszli spać, wyszedłem na nocny spacer po klasztorze. W kaplicy była zapulona wieczna lampka – symbol „obecności Bożej”. Usiadłem przed ołtarzem i próbowałem zrozumieć, co ludzie widzą w tym miejscu. Dla mnie to tylko pomieszczenie z drewnianymi ławkami i dekoracjami. Nie czuję żadnej „świętości”, żadnej szczególnej energii. Widzę tylko architekturę, sztukę, rzemiosło ludzkich rąk.
Ale potem przyszedł stary brat Kazimierz, jeden z najstarszych zakonników w klasztorze. Ukląkł przed ołtarzem i modlił się z taką intensywnością, z takim skupieniem, że mimo mojego sceptycyzmu poczułem… coś. Nie wiarę, nie przekonanie o istnieniu boga, ale szacunek dla tego człowieka, który poświęcił całe życie temu, w co wierzy.
Może to jest najważniejsza lekcja z dzisiejszego dnia. Nie muszę wierzyć w to, w co wierzą ludzie wokół mnie, ale mogę szanować ich szczerość, ich poświęcenie, ich próby znalezienia sensu w tym chaotycznym świecie. Nawet jeśli – moim zdaniem – szukają w złym miejscu.
Kiedy wróciłem do celi Ojca Rydzyka, zastałem go czytającego brewiary przy lampce. Spojrzał na mnie i powiedział: „Benedykcie, czasem myślę, że ty rozumiesz więcej niż pokazujesz”. Gdyby wiedział, jak bardzo ma rację…
21 marca, poniedziałek
Dziś rano Ojciec nagrywał program do radia. Słuchałem, jak mówił o wierze, o zaufaniu Bogu, o tym, że wszystko ma swój sens w Boskim planie. A ja myślałem: jeśli wszystko ma sens, to jaki sens ma mój ateizm? Czy też jestem częścią tego planu? Paradoks godny filozofa.
Popołudniu przyszedł doktor Kowalski, lekarz weterynarz, na rutynową kontrolę kotów klasztornych. Był to pierwszy człowiek nauki, jakiego spotkałem w tym miejscu od dawna. Podczas gdy badał mnie, słyszałem jego rozmowę z Ojcem o ewolucji, o genetyce, o tym, jak wspaniały jest świat natury. Ojciec słuchał z zainteresowaniem, ale potem dodał: „To wszystko dzieło Stwórcy, doktorze”.
Doktor Kowalski uśmiechnął się tylko i nic nie powiedział. Ale widziałem w jego oczach to samo, co widzę czasem w lustrzedzie – iskierkę wiedzy, że prawda jest znacznie prostsza i jednocześnie bardziej cudowna niż wszystkie religijne opowieści.
Rozdział 3: Teologia według kota
1 kwietnia, czwartek
Prima aprilis – dzień żartów. Jak bardzo symboliczne, że akurat dziś postanowiłem napisać o teologii. Ojciec Rydzyk od rana był w doskonałym humorze – ktoś mu powiedział, że papież mianował go kardynałem. Oczywiście to był żart, ale przez chwilę uwierzył. Patrząc na jego minę, pomyślałem: czy całe jego życie nie jest jednym wielkim żartem pierwszonaprzeciowego? Tyle że nikt mu nie powiedział, że to żart.
Dziś postanowiłem przyjrzeć się bliżej tej całej teologii. Ojciec ma w swojej bibliotece dziesiątki ksiąg świętych męczyznów, filozofów, teologów. Święty Tomasz z Akwinu, święty Augustyn, Teilhard de Chardin – wszyscy oni próbowali logicznie udowodnić istnienie Boga. Jako kot o analitycznym umyśle, muszę przyznać, że niektóre argumenty są sprytnie skonstruowane. Ale wszystkie opierają się na jednym podstawowym błędzie logicznym – zakładają to, co mają udowodnić.
Argument kosmologiczny: wszystko musi mieć przyczynę, więc musi istnieć pierwsza przyczyna, którą nazywamy Bogiem. Ale dlaczego ta pierwsza przyczyna ma być świadomym bogiem, a nie po prostu kwantowymi fluktuacjami próżni? Kot nie potrzebuje boga, żeby wyjaśnić, skąd się wziął – wystarczy mu wiedza o ewolucji i rozmnażaniu.
Argument teleologiczny: świat jest tak skomplikowany i doskonały, że musi mieć projektanta. Ale czy świat rzeczywiście jest doskonały? Trzęsienia ziemi, choroby, cierpienie – to wszystko ma być dziełem doskonałego stwórcy? A może po prostu żyjemy w świecie, który jest taki, jaki jest, bez żadnego większego planu?
Argument ontologiczny Anzelma z Canterbury szczególnie mnie rozbawił. Bóg istnieje, bo możemy pomyśleć o bycie doskonalszym od wszelkich innych bytów, a taki byt musi istnieć realnie, bo inaczej nie byłby najdoskonalszy. To tak, jakby powiedzieć, że najdoskonalszy kot musi istnieć, bo mogę sobie go wyobrazić. Szkoda tylko, że ten argument nie sprawia, że moja miska jest pełna najlepszego jedzenia.
Wieczorem przyszedł młody seminarzysta, który studiuje filozofię. Rozmawiał z Ojcem o problemie zła – klasycznej zagadce teologicznej. Jeśli Bóg jest wszechmogący i dobry, dlaczego istnieje zło? Ojciec tłumaczył mu o wolnej woli, o tym, że zło to nieobecność dobra, o tym, że cierpienie ma sens w kontekście wieczności.
Ja słuchałem tego i myślałem: problemem nie jest zło moralne (które można tłumaczyć wolną wolą), ale zło naturalne. Tsunami, które zabija tysiące niewinnych ludzi. Choroby genetyczne u dzieci. Cierpienie zwierząt w naturze. Czy młode gazele zjedzone przez lwy też cierpią dla jakiegoś większego dobra? Czy parasyt zjadający dziecko od środka to też część „doskonałego planu”?
Natura jest obojętna na cierpienie. To nie jest ani dobra, ani zła – po prostu jest. I to właśnie jest piękne w swojej uczciwości. Nie udaje, że ma jakiś głębszy sens. Jest dokładnie tym, czym jest – gigantycznym, chaotycznym, niesamowicie skomplikowanym systemem, który funkcjonuje według praw fizyki, a nie moralności.
2 kwietnia, piątek
Dziś miałem okazję obserwować spowiedź. Ojciec siedział w konfesjonale, a ludzie kolejno przychodzili wyznać swoje „grzechy”. Słuchając tego teatru (mam dobry słuch), doszedłem do wniosku, że większość tego, co ludzie uważają za grzechy, to normalne, naturalne zachowania.
Jedna kobieta wyznała, że była zła na Boga, kiedy zmarł jej mąż. Ojciec tłumaczył jej, że to normalne, ale powinna prosić o przebaczenie. Ja myślałem: dlaczego ma przepraszać za naturalne ludzkie emocje? Jeśli Bóg rzeczywiście istniałby i byłby dobry, czy nie zrozumiałby jej bólu?
Młody człowiek wyznał „grzechy przeciwko szóstemu przykazaniu”. Ojciec mówił mu o czystości i wstrzemięźliwości. A ja myślałem: seksualność to jeden z najważniejszych napędów ewolucji. Bez niego nie było by życia na Ziemi. Jak można uważać za grzeszne to, co jest fundamentalną częścią naszej biologii?
Najbardziej jednak zszokowała mnie starsza pani, która wyznała, że ma wątpliwości wiary. Powiedziała, że czasami myśli, iż może Boga wcale nie ma. Ojciec powiedział jej, że to „pokusa” i że powinna więcej się modlić. Pomyślałem: ta kobieta zaczyna myśleć racjonalnie, a on każe jej zaprzestać!
To jeden z największych paradoksów religii – uczy, że prawda jest najważniejsza, ale jednocześnie zniechęca do poszukiwania prawdy, która może okazać się niewygodna. „Wiara” staje się synonimem „nie myślenia zbyt dużo”. A przecież myślenie to jedna z najwspanialszych zdolności, jakie rozwinęły się w toku ewolucji.
Wieczorem, gdy klasztor pogrążył się w ciszy, wyszedłem na dziedziniec. Był księżyc w pełni – cudowny, srebrny glob oświetlający noc. Pomyślałem o tym, że ludzie kiedyś czcili księżyc jako boga. Potem przyszła nauka i wyjaśniła, że to satelita Ziemi, odbijający światło słońca. Czy to odebrało księżycowi jego piękno? Przeciwnie – stał się jeszcze bardziej fascynujący, kiedy zrozumieliśmy jego prawdziwą naturę.
Może właśnie o to chodzi. Prawda nie niszczy piękna – odkrywa je na nowo. Wszechświat bez boga nie jest smutny czy pusty. Jest niesamowicie intrygujący, pełen tajemnic do odkrycia, cudowny w swojej naturalnej złożoności.
A ja jestem kotem ateistą, żyjącym w klasztorze, i może właśnie to jest moją misją – przypominanie, że można być dobrym, można znajdować sens w życiu, można zachwycać się światem, nie wierząc w nadprzyrodzone istoty.
Rozdział 4: Wielkanoc – święto wątpliwości
15 kwietnia, niedziela wielkanocna
Dziś jest najważniejszy dzień w kalendarzu chrześcijańskim – Wielkanoc. Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa, centralny punkt wiary katolickiej. Obudziłem się dziś szczególnie wcześnie, bo w całym klasztorze panował nastrój niezwykłego podniecenia. Od tygodni trwały przygotowania – sprzątanie, dekoracje, próby chóru, przygotowywanie potraw na wielkanocne śniadanie.
Jako kot ateista obserwowałem to wszystko z mieszaniną fascynacji i konfuzji. Z jednej strony, widziałem szczerą radość w oczach wszystkich zakonników. Ta radość była prawdziwa, autentyczna, głęboka. Z drugiej strony, jej źródłem była wiara w coś, co – według mnie – nigdy się nie wydarzyło.
Podczas rezurekcji o szóstej rano kościół był wypełniony po brzegi. Ojciec Rydzyk celebrował mszę z takim zapałem i przekonaniem, że na chwilę nawet ja zacząłem się zastanawiać: a może się mylę? Może rzeczywiście się mylę, a oni wiedzą coś, czego ja nie wiem?
Ale potem rozpoczęły się czytania z Ewangelii. Historie o pustym grobie, o aniołach, o uczniach, którzy nie poznawali zmartwychwstałego Jezusa. Jako kot o analitycznym umyśle, zauważyłem niespójności w tych opowieściach. W każdej Ewangelii historia zmartwychwstania wygląda nieco inaczej. Kto pierwszy przyszedł do grobu? Co dokładnie zobaczyli? Co powiedziały anioły? Szczegóły się różnią, co sugeruje, że to raczej legendy niż historyczne sprawozdania.
Ale czy to ważne? Obserwując twarze wiernych, widziałem coś więcej niż tylko wiarę w konkretne historyczne wydarzenie. Widziałem nadzieję. Nadzieję na to, że śmierć to nie koniec, że cierpienie ma sens, że sprawiedliwość w końcu zatriumfuje. To potężne ludzkie potrzeby, które religia próbuje zaspokajać.
Po mszy wszyscy zakonników zebrali się na wielkanocnym śniadaniu. Panowała atmosfera święta, radości, wspólnoty. Śmiali się, opowiadali anegdoty, dzielili się jedzeniem. Pomyślałem: czy potrzebują zmartwychwstania, żeby doświadczać tej radości? Czy nie mogliby po prostu świętować życia, wiosny, odnowy natury?
Ale potem brat Wojciech, ten młody kleryk, który często ma wątpliwości, podszedł do mnie i powiedział cicho: „Benedykcie, wiesz co? Czasami myślę, że ty masz więcej wiary niż ja. Ty po prostu żyjesz, nie zadając zbyt wielu pytań”. Gdybym mógł mówić, odpowiedziałbym: „Mylisz się, bracie. Ja zadaję pytania ciągle. Po prostu dochodzę do innych odpowiedzi niż ty”.
Wieczorem, gdy świętowanie się skończyło, poszedłem na cmentarz klasztorny. Leżą tam ciała setek zakonników, którzy przez wieki żyli tutaj, wierząc w życie wieczne. Teraz są tylko kośćmi w ziemi, wracającymi do podstawowych pierwiastków, z których powstali. Czy to smutne? Nie sądzę. To naturalne, piękne w swojej prostej prawdzie.
Śmierć nie musi być przejściem do innego świata, żeby życie miało sens. Życie ma sens samo w sobie – w doświadczeniach, które zbieramy, w relacjach, które budujemy, w śladzie, jaki zostawiamy w świecie. Nawet ja, kot ateista, zostawię ślad – te notatki, te myśli, tę małą rewolucję umysłową, którą przeżywam.
Może właśnie w tym jest piękno ateizmu. Nie obiecuje fałszywych pocieszeń, nie oferuje łatwych odpowiedzi. Ale daje coś cenniejszego – możliwość przeżycia życia w pełnej prawdzie o tym, kim jesteśmy i gdzie się znajdujemy. Jesteśmy zwierzętami, które ewoluowały na małej planecie krążącej wokół przeciętnej gwiazdy, ale jesteśmy zwierzętami zdolnymi do miłości, sztuki, nauki, filozofii. Czy to nie jest wystarczającym cudem?
16 kwietnia, poniedziałek wielkanocny
Dziś wszystko wróciło do normy. Święta się skończyły, klasztor powrócił do codziennego rytmu modlitw i pracy. Ale ja zostałem z pytaniami, które zadałem sobie wczoraj.
Rano przyszedł listonosz z wielką paczką książek dla Ojca Rydzyka. Kiedy je rozpakowywał, zauważyłem między nimi pozycję, która mnie zaskoczyła: „Bóg urojony” Richarda Dawkinsa. Po co Ojciec zamówił książkę tak krytyczną wobec religii?
Wieczorem dostałem odpowiedź. Ojciec czytał tę książkę z ołówkiem w ręku, robiąc notatki na marginesach. Nie były to notatki pełne gniewu czy oburzenia. To były przemyślane komentarze, próby zrozumienia argumentów, analiza logiki. Czy ten człowiek, symbol polskiego katolicyzmu, ma więcej wątpliwości, niż się wydaje?
A może prawdziwa wiara wymaga zmagania się z wątpliwościami? Może ślepe przyjmowanie dogmatów to wcale nie jest wiara, tylko lenistwo umysłowe? Może ci, którzy nigdy nie kwestionują swoich przekonań, tak naprawdę w nic nie wierzą?
To daje mi do myślenia. Może mój ateizm też powinien być bardziej otwarty na pytania. Może powinienem zadać sobie pytanie: co by mnie przekonało do istnienia Boga? Jakie dowody uznałbym za wystarczające?
Na razie nie mam dobrej odpowiedzi na to pytanie. Ale może to właśnie jest różnica między dogmatykiem a myślicielem – dogmatyk zna wszystkie odpowiedzi, myśliciel wciąż szuka lepszych pytań.
Rozdział 5: Nauka kontra wiara
1 maja, środa
Dziś jest Święto Pracy, ale w klasztorze życie toczy się swoim normalnym rytmem. Ojciec Rydzyk od rana przygotowywał się do programu radiowego, a ja wykorzystałem ten czas na eksplorację jego biblioteki. To fascynujące miejsce – setki książek o teologii, filozofii, historii, ale także – ku mojemu zdziwieniu – sporo pozycji naukowych.
Znalazłem tam książki Stephena Hawkinga, Carla Sagana, Neil deGrasse Tysona. Czy Ojciec czyta je, żeby znać argumenty „przeciwnika”, czy może ma szczerą ciekawość poznawczą? A może – i ta myśl wydaje mi się najbardziej intrygująca – próbuje znaleźć sposób na pogodzenie nauki z wiarą?
Wieczorem przyszedł profesor Nowak, fizyk z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. To stary przyjaciel Ojca, z którym studiował przed laty. Ich rozmowa była fascynująca – dyskutowali o kosmologii, o wielkim wybuchu, o tym, czy wszechświat mógł powstać z niczego.
„Wiesz, Tadeuszu” – mówił profesor – „im więcej wiemy o wszechświecie, tym bardziej wydaje się on samowystarczalny. Nie potrzebujemy hipotezy Boga, żeby wyjaśnić jego istnienie”. Ojciec odpowiedział: „Ale czy nauka wyjaśnia, dlaczego w ogóle coś istnieje, zamiast żeby nie było niczego?”
To było pytanie, które mnie zaskoczyło. Jako kot ateista, zawsze koncentrowałem się na krytyce religijnych wyjaśnień rzeczywistości. Ale czy mam lepszą odpowiedź na fundamentalne pytanie: dlaczego istnieje wszechświat? Dlaczego istnieją prawa fizyki? Dlaczego matematyka tak dobrze opisuje rzeczywistość?
Professor Nowak mówił o kwantowych fluktuacjach próżni, o tym, że „nic” może być niestabilne i spontanicznie produkować „coś”. Ale czy to naprawdę odpowiada na pytanie, czy tylko przesuwa problem o poziom wyżej? Skąd wzięły się prawa kwantowe?
Słuchając ich dyskusji, doszedłem do wniosku, że może problem nie leży w tym, że nauka nie ma odpowiedzi na wszystkie pytania. Problem leży w tym, że ludzie nie potrafią żyć z pytaniami bez odpowiedzi. Religia oferuje odpowiedzi – może błędne, ale dające poczucie bezpieczeństwa. Nauka oferuje pytania – coraz bardziej wyrafinowane i głębokie.
Ale czy życie z pytaniami nie jest bardziej uczciwe niż życie z fałszywymi odpowiedziami? Czy nie jest piękniejsze przyznanie „nie wiem” niż udawanie, że się wie?
2 maja, czwartek
Dziś rano Ojciec odbierał telefon od jakiegoś dziennikarza, który pytał o stanowisko Kościoła wobec teorii ewolucji. Słuchałem, jak Ojciec ostrożnie lawirował między oficjalną nauką Kościoła a współczesną wiedzą naukową. „Kościół nie sprzeciwia się nauce” – mówił – „ale nauka nie może wyjaśnić wszystkiego. Pozostaje miejsce na Boga w procesie ewolucji”.
Jako kot, który doskonale rozumiem swoją ewolucyjną historię, ten argument wydał mi się szczególnie absurdalny. Widzę w sobie echa moich dzikich przodków – instynkt łowiecki, nocne widzenie, elastyczność ciała. Każda cecha mojego organizmu ma ewolucyjne wytłumaczenie. Gdzie w tym wszystkim jest miejsce na boską interwencję?
Ale potem pomyślałem o czymś innym. Ewolucja to nie tylko zmiany fizyczne – to także rozwój świadomości, inteligencji, zdolności do abstrakcyjnego myślenia. Czy fakt, że potrafię filozofować o nieistnieniu Boga, nie jest sam w sobie cudem ewolucji? Czy moja zdolność do kwestionowania religii nie jest dowodem na to, jak daleko zaszedł proces ewolucyjny?
Popołudniu przyszedł młody biolog z uniwersytetu, doktorant piszący pracę o zachowaniach społecznych u ssaków. Rozmawiał z Ojcem o swoich badaniach, o tym jak zwierzęta wykazują zachowania, które można nazwać „moralnymi” – altruizm, współpracę, troskę o potomstwo innych osobników.
„To pokazuje” – mówił młody naukowiec – „że moralność nie jest dana przez Boga, ale wykształciła się w toku ewolucji jako strategia przetrwania grup społecznych”. Ojciec słuchał z zainteresowaniem, ale potem zapytał: „A skąd wiemy, że to nie Bóg zaprogramował w nas tę zdolność do moralności przez ewolucję?”
Znowu to samo – gdy nauka wyjaśnia jakiś fenomen, religia mówi: „Tak, ale to Bóg stworzył prawa, według których to działa”. To jak gra, w której jedna strona ciągle zmienia zasady, żeby nie przegrać.
Ale czy my, ateiści, nie robimy czasem czegoś podobnego? Czy gdy napotykamy pytanie, na które nauka nie ma jeszcze odpowiedzi, nie mówimy automatycznie: „Nauka kiedyś to wyjaśni”? Czy to nie jest też rodzaj wiary?
Wieczorem, gdy zostałem sam w gabinecie Ojca, przeglądałem jego notatki z dzisiejszych rozmów. Zauważyłem, że często zapisuje nie tylko to, co mówi, ale także wątpliwości, które pojawiają się w jego umyśle. „Czy rzeczywiście możemy oddzielić naukę od wiary?” – napisał. „Czy każda próba zrozumienia świata nie jest, w gruncie rzeczy, aktem wiary w to, że świat da się zrozumieć?”
To pytanie mnie poruszyło. Czy mój ateizm nie opiera się na wierze – wierze w rozum, w naukę, w to, że wszechświat rządzi się zrozumiałymi prawami? Czy różnica między mną a wierzącymi nie jest może tak wielka, jak myślałem?
3 maja, piątek
Dziś jest Święto Konstytucji 3 Maja. Ojciec Rydzyk przygotowywał patriotyczny program do radia, a ja myślałem o wolności – tej, o której mówią politycy, i tej prawdziwej, intelektualnej.
Czy jestem wolny w swoim ateizmie? Czy moje przekonania są wynikiem racjonalnej analizy, czy może też jestem produktem swojego środowiska, swojej natury, swoich genów? Koty są z natury bardzo niezależne – może mój ateizm to po prostu przejaw kociej niezależności, a nie wynik głębokiego przemyślenia?
Ta myśl jest niepokojąca. Lubię myśleć o sobie jako o racjonalnym myślicielu, który doszedł do prawdy dzięki logice i obserwacji. Ale czy naprawdę? Czy gdybym urodził się psem (który z natury jest bardziej ufny i oddany), czy wciąż byłbym ateistą?
Wieczorem oglądałem przez okno procesję ku czci Matki Bożej Królowej Polski. Setki ludzi szło ulicami Torunia, niosąc świece, śpiewając pieśni religijne. Widziałem w ich twarzach szczere oddanie, prawdziwą wiarę. Czy mam prawo mówić im, że się mylą? Czy moja „prawda” jest ważniejsza od ich pocieszenia?
A może prawda nie jest najważniejsza? Może ważniejsze jest to, czy nasze przekonania czynią nas lepszymi ludźmi, czy dają nam siłę do radzenia sobie z trudnościami życia, czy pomagają nam budować lepszy świat?
Ale z drugiej strony – czy można budować lepszy świat na fałszywych fundamentach? Czy można być naprawdę dobrym, jeśli odmawia się myślenia o fundamentalnych kwestiach?
Te pytania kręcą się w mojej kociej głowie jak mysz w labiryncie. Może właśnie w tym jest sens filozofii – nie w znajdowaniu ostatecznych odpowiedzi, ale w zadawaniu coraz lepszych pytań.
Rozdział 6: Sens życia bez Boga
15 maja, środa
Dziś rano wydarzyło się coś, co głęboko mnie poruszyło. Brat Kazimierz, najstarszy zakonnik w klasztorze, miał zawał serca. Pogotowie zabrało go do szpitala, ale wszyscy wiedzą, że jego stan jest ciężki. Ma dziewięćdziesiąt lat i całe życie poświęcił służbie Bogu.
Obserwowałem reakcje innych zakonników. Modlili się za niego, ale widziałem w ich oczach strach. Strach przed śmiercią – tym samym strachem, który przeżywają ateiści. Czy ich wiara naprawdę daje im spokój wobec śmierci, czy tylko pozwala im udawać, że go mają?
Ojciec Rydzyk pojechał do szpitala odwiedzić brata Kazimierza. Gdy wrócił wieczorem, był bardzo zamyślony. „Powiedział mi coś dziwnego” – mówił do brata Wojciecha. „Powiedział, że nie wie, czy Bóg istnieje, ale to już nie ma znaczenia. Żył tak, jakby istniał, i to było dobre życie”.
Te słowa mnie zaskoczyły. Czy można żyć religijnie, nie będąc do końca pewnym swojej wiary? Czy można czerpać korzyści z religii, będąc agnostykiem w głębi duszy?
Ale potem pomyślałem: czy ja, jako ateista, żyję zgodnie ze swoimi przekonaniami? Jeśli nie ma Boga, nie ma życia po śmierci, nie ma ostatecznego sensu – jak powinienem żyć? Czy powinienem po prostu maksymalizować przyjemność i minimalizować ból? Czy powinienem dbać tylko o siebie?
A jednak dbam o innych. Kiedy młoda kotka z podwórka była chora, przynosiłem jej jedzenie. Kiedy Ojciec Rydzyk jest smutny, siadam obok niego i mruczę. Dlaczego to robię, skoro z ewolucyjnego punktu widzenia nie mam z tego żadnej korzyści?
Może sens życia nie musi pochodzić z zewnątrz, od Boga czy od natury. Może my sami tworzymy sens przez nasze wybory, nasze działania, nasze relacje. Może właśnie w tym jest piękno człowieczeństwa (i kotowości) – że potrafimy nadać sens światu, który sam w sobie sensu nie ma.
16 maja, czwartek
Brat Kazimierz zmarł dziś rano. Cały klasztor pogrążył się w żałobie, ale była to żałoba pełna nadziei. Wszyscy wierzą, że teraz jest „u Boga”, że jego cierpienia się skończyły, że znalazł wieczny pokój.
Ja widzę to inaczej. Brat Kazimierz przestał istnieć jako świadoma istota. Jego ciało zacznie się rozkładać, wracając do podstawowych pierwiastków. Jego świadomość, wspomnienia, osobowość – wszystko to zniknęło na zawsze. I w tym jest coś pięknego.
Przez dziewięćdziesiąt lat ten człowiek był częścią wszechświata, który się poznawał. Był jednym z miliardów sposobów, w jakie kosmos nabrał świadomości. Teraz ta konkretna forma świadomości się skończyła, ale inne trwają, nowe się rodzą. Śmierć nie jest tragedią – jest naturalną częścią cyklu życia.
Ale czy mogę powiedzieć to innym zakonników? Czy moje „pocieszenie” byłoby dla nich pomocne? Wątpię. Oni potrzebują wiary w życie wieczne, żeby poradzić sobie ze stratą. A ja potrzebuję prawdy o śmiertelności, żeby docenić życie.
Podczas pogrzebu brata Kazimierza słuchałem homilii Ojca Rydzyka. Mówił o zmartwychwstaniu, o życiu wiecznym, o tym, że śmierć to tylko przejście. Ale pod koniec powiedział coś, co mnie zaskoczyło: „Nawet jeśli się mylimy, nawet jeśli nie ma życia po śmierci, brat Kazimierz żył pięknym życiem. Pomagał ludziom, niosł pocieszenie, dążył do prawdy. Czy można chcieć więcej od ludzkiego życia?”
To było bardzo filozoficzne jak na Ojca Rydzyka. Czy on też ma wątpliwości? Czy jego wiara jest bardziej złożona, niż się wydaje?
Po pogrzebie zostałem na cmentarzu. Patrzyłem na świeży grób i myślałem o tym, co zostaje po człowieku. Brat Kazimierz zostawił wspomnienia w sercach ludzi, których znał. Zostawił dobre uczynki, których dokonał. Zostawił małe zmiany w świecie, które spowodował swoim istnieniem. To może nie jest nieśmiertelność w religijnym sensie, ale to jest rodzaj kontynuacji.
Może właśnie o to chodzi. Nie żyjemy dla siebie – żyjemy jako część większej całości. Jestem częścią życia na Ziemi, życie na Ziemi jest częścią wszechświata. Gdy umrę, atomy z mojego ciała staną się częścią innych istot. W pewnym sensie, jestem nieśmiertelny – nie jako Benedykt, ale jako część wiecznego tańca materii i energii.
17 maja, piątek
Dziś przyszedł list od czytelniczki Radia Maryja. Starsza pani pisała, że po śmierci męża straciła wiarę. „Jak Bóg mógł mi go zabrać?” – pytała. „Modliłam się codziennie, byłam dobra, a On i tak pozwolił mu umrzeć. Może Boga wcale nie ma?”
Ojciec Rydzyk długo myślał nad odpowiedzią. Widziałem, jak kilka razy zaczynał pisać, potem wyrywał kartkę i zaczynał od nowa. W końcu napisał coś, czego się nie spodziewałem:
„Droga Siostro, może nie ma łatwych odpowiedzi na pytanie o cierpienie. Może Bóg – jeśli istnieje – nie jest takim Bogiem, jakiego sobie wyobrażamy. A może rzeczywiście Go nie ma, a my musimy sami dawać sobie siłę i nadzieję. Ale czy to oznacza, że Pani życie z mężem nie miało sensu? Czy to oznacza, że miłość, którą Państwo dzielili, nie była prawdziwa? Może sens nie leży w odpowiedziach, które otrzymujemy, ale w pytaniach, które zadajemy, i w miłości, którą dajemy”.
Przeczytałem ten list z otwartymi ustami (o ile kot może mieć otwarte usta). Czy Ojciec Rydzyk, symbol polskiego katolicyzmu, właśnie napisał list, który mógłby napisać agnostyk? Czy ten człowiek jest bardziej podobny do mnie, niż myślałem?
Wieczorem zastałem go czytającego „Myśli” Pascala. To księga o wątpliwościach, o trudności wiary, o tym, że nawet najbardziej wierzący ludzie przechodzą przez okresy niewiary. Pascal mówił o „zakładzie” – że lepiej wierzyć w Boga, nawet jeśli nie ma pewności, bo jeśli się myli, nic nie traci, a jeśli się nie myli, zyskuje wszystko.
Ale czy to uczciwe? Czy można wierzyć z kalkulacji, a nie z przekonania? Czy Bóg – gdyby istniał – nie wolałby uczciwego ateisty od kalkulującego wierzącego?
A może Pascal miał rację, ale z innych powodów. Może lepiej żyć z nadzieją niż bez niej, z sensem niż bez niego, z miłością niż bez niej – niezależnie od tego, czy istnieją ostateczne podstawy dla tych wartości.
To są pytania, na które nie mam odpowiedzi. I może właśnie to jest najważniejsze – umieć żyć z pytaniami, nie udawać, że ma się wszystkie odpowiedzi.
Rozdział 7: Wielkie pytania małego kota
1 czerwca, sobota
Dziś jest Dzień Dziecka, ale w klasztorze dzieci nie ma. Jest tylko ja – kot, który zadaje pytania jak dziecko, ale myśli jak dorosły. A może to właśnie jest problem dorosłych – że przestają zadawać dziecięce pytania?
Dziś rano Ojciec Rydzyk nagrywał program o wychowaniu religijnym dzieci. Jeden ze słuchaczy zadzwonił z pytaniem: „Jak odpowiedzieć dziecku, które pyta, gdzie jest Bóg?” Ojciec mówił o tym, że Bóg jest wszędzie, ale niewidzialny, że trzeba Go czuć sercem, nie oczami.
A ja myślałem: dlaczego nie powiedzieć dziecku prawdy? „Nie wiemy, czy Bóg istnieje. Jedni ludzie wierzą, że tak, inni, że nie. Musisz sam zdecydować, gdy dorośniesz”. Czy to nie byłoby bardziej uczciwe?
Ale potem przyszedł list od matki siedmioletniego chłopca. Pisała, że syn pyta, dlaczego umarł jego dziadek, dlaczego Bóg go zabrał. „Jak mu wytłumaczyć śmierć?” – pytała. I tutaj zrozumiałem dylemat religijnych rodziców.
Jak wyjaśnić dziecku śmierć bez nadziei na życie wieczne? Jak powiedzieć maluchowi, że dziadek po prostu przestał istnieć, że już nigdy go nie zobaczy? Może czasem łagodne kłamstwo jest lepsze od brutalnej prawdy?
A może nie? Może dzieci są bardziej odporne na prawdę, niż myślimy? Może potrafiłyby zrozumieć, że śmierć to naturalna część życia, że dziadek żyje teraz w ich wspomnieniach i miłości?
Popołudniu przyszła na wizytę kuzynka Ojca z dwójką małych dzieci. Dzieci były fascynowane mną – może dlatego, że nie często widzą kota w klasztorze. Mała dziewczynka, może pięcioletnia, zapytała: „Czy kotki idą do nieba?”
Ojciec uśmiechnął się i powiedział: „Bóg kocha wszystkie stworzenia”. Ale dziecko nie dało za wygraną: „A czy kotki wierzą w Boga?” To było pytanie, które mnie rozbawnie. Gdybym mógł odpowiedzieć, powiedziałbym: „Nie, ale szanujemy tych, którzy wierzą”.
Obserwowałem te dzieci przez resztę dnia. Były pełne pytań, ciekawości, zachwytu nad światem. Patrzyły na wszystko świeżymi oczami, nie obciążonymi przesądami czy dogmatami. Może właśnie dlatego Jezus mówił, że trzeba być jak dzieci, żeby wejść do królestwa niebieskiego? Nie dlatego, że dzieci są bardziej wierzące, ale dlatego, że są bardziej otwarte na cud istnienia?
2 czerwca, niedziela
Dziś podczas mszy Ojciec wygłosił homilię o pytaniach i wątpliwościach w wierze. Mówił o tym, że wątpienie nie jest przeciwieństwem wiary, ale jej naturalną częścią. Że nawet święci przechodzili przez „ciemną noc duszy”.
„Pytania nie osłabiają wiary” – mówił – „ale ją pogłębiają. Kto nie pyta, ten nie szuka. A kto nie szuka, ten nie znajdzie”. To było bardzo mądre, nawet z mojej ateistycznej perspektywy.
Po mszy podszedł do niego młody człowiek, student filozofii. „Ojcze” – powiedział – „czytam książki filozofów ateistycznych i zaczynam mieć wątpliwości. Czy to grzech?” Ojciec odpowiedział: „Synu, większym grzechem byłoby nie czytać, nie myśleć, nie pytać. Bóg dał ci rozum po to, żebyś go używał”.
Słuchając tej rozmowy, pomyślałem o paradoksie. Religia zachęca do poszukiwania prawdy, ale jednocześnie twierdzi, że prawdę już zna. Mówi, żeby używać rozumu, ale żeby nie doszedł do niewygodnych wniosków. To jak mówić dziecku: „Baw się, ale nie ruszaj tej zabawki”.
A może problem leży gdzie indziej? Może religia i nauka nie muszą być przeciwnikami, ale mogą być różnymi sposobami patrzenia na świat? Nauka odpowiada na pytanie „jak”, religia na pytanie „dlaczego”. Nauka bada fakty, religia poszukuje sensu.
Ale czy to prawda? Czy religia rzeczywiście nie rości sobie pretensji do opisywania faktów? Gdy mówi o stworzeniu świata, o cudach, o życiu po śmierci – czy to nie są twierdzenia faktyczne, które można sprawdzić?
Wieczorem, gdy klasztor pogrążył się w ciszy, wyszedłem na nocny spacer. Niebo było bezchmurne, pełne gwiazd. Patrząc na tę kosmiczną panoramę, czułem się jednocześnie malutki i wielki. Malutki, bo jestem tylko kotem na małej planecie w ogromnym wszechświecie. Wielki, bo jestem częścią tego wszechświata, jednym ze sposobów, w jakie kosmos poznaje sam siebie.
Czy potrzebuję Boga, żeby poczuć tę wspaniałość? Nie sądzę. Wszechświat sam w sobie jest wystarczająco cudowny. Ale rozumiem tych, którzy potrzebują. Rozumiem potrzebę widzenia w tym wszystkim planu, celu, sensu. Jestem tylko kotem – może nie rozumiem wszystkich ludzkich potrzeb.
3 czerwca, poniedziałek
Dziś rano znalazłem w gabinecie Ojca otwartą książkę. To była „Autobiografia” Karola Darwina. Ojciec zaznaczył fragment, w którym Darwin opisuje, jak stracił wiarę w trakcie swoich badań naukowych. Ale zaznaczył też fragment, w którym Darwin pisze, że nigdy nie był ateistą w pełnym sensie tego słowa – raczej agnostykiem.
„Tajemnica początku wszystkich rzeczy jest dla nas nierozwiązywalna” – napisał Darwin. „I muszę zadowolić się pozostaniem agnostykiem”. Czy Ojciec Rydzyk też zmierza w tym kierunku? Czy jego wiara ewoluuje w stronę agnostycyzmu?
Popołudniu przyszedł list od młodej kobiety, która pisała o swojej walce z depresją. „Modlę się codziennie” – pisała – „ale Bóg milczy. Zaczynam myśleć, że mnie nie słyszy, albo że Go nie ma. Ale bez wiary nie umiem żyć. Co mam robić?”
Ojciec długo myślał nad odpowiedzią. W końcu napisał: „Droga Siostro, może Bóg nie odpowiada słowami, ale czynami ludzi, którzy Panią kochają. Może nie jest tam, gdzie Go szuka, ale jest w Pani sile do walki z chorobą. A może rzeczywiście Go nie ma, ale to nie oznacza, że Pani życie nie ma wartości. Ma wartość dla wszystkich, którym Pani pomogła, dla wszystkich, którzy Panią kochają, dla mnie, który czytam Pani list”.
To była piękna odpowiedź. Pełna współczucia, mądrości, otwartości na różne możliwości. Czy to wciąż była ortodoksyjna katolicka odpowiedź? Wątpię. Ale była ludzka.
Wieczorem Ojciec długo siedział w milczeniu, patrząc przez okno. Podszedłem do niego i położyłem mu łapę na ręce. Spojrzał na mnie i powiedział: „Benedykcie, czasem myślę, że ty jesteś moim nauczycielem. Żyjesz w chwili obecnej, nie zadręczasz się przyszłością ani przeszłością. Może to jest ta dziecięca wiara, o której mówił Jezus?”
Gdybym mógł mówić, powiedziałbym mu: „Drogi Ojcze, ja też się zadręczam. Tylko innymi pytaniami niż ty”.
Rozdział 8: Modlitwa ateisty
20 czerwca, czwartek
Dziś wydarzyło się coś, czego się nie spodziewałem. Ojciec Rydzyk zachorował – nic poważnego, zwykła grypa, ale musiał zostać w łóżku. Spędziłem z nim cały dzień, leżąc obok niego, słuchając jego gorączkowych przemyśleń.
„Wiesz, Benedykcie” – mówił – „kiedy człowiek jest chory, zaczyna myśleć o śmierci. A kiedy myśli o śmierci, zaczyna się zastanawiać, czy naprawdę wierzy w to, co głosi”. To było zaskakujące wyznanie. Czy ten człowiek, który przez dekady budował imperium medialne oparte na wierze, ma wątpliwości?
„Czasami, gdy się modlę” – kontynuował – „mam wrażenie, że rozmawiam sam ze sobą. Że to mój głos odbija się echem od ścian, a nie głos Boga. Czy to znaczy, że tracę wiarę? Czy to znaczy, że całe moje życie to błąd?”
Gdybym mógł mu odpowiedzieć, powiedziałbym: „Nie, to znaczy, że stajesz się bardziej uczciwy sam ze sobą”. Ale mogłem tylko mruczeć i być przy nim.
Wieczorem przyszedł lekarz. Stwierdził, że to rzeczywiście zwykła grypa, przepisał leki i powiedział, że za kilka dni wszystko będzie w porządku. Ale Ojciec wciąż wydawał się zamyślony.
„Doktorze” – zapytał – „czy pan wierzy w Boga?” Lekarz, zaskoczony pytaniem, zastanowił się chwilę. „Nie wiem, Ojcze. Jako lekarz widzę tyle cierpienia, tyle niesprawiedliwości… Ale widzę też cuda medycyny, siłę ludzkiego ducha, miłość rodzin. Może Bóg to nie osoba na chmurze, ale siła, która sprawia, że ludzie potrafią być dobrzy dla siebie nawzajem?”
To była mądra odpowiedź. Może właśnie tak powinno się definiować Boga – nie jako istotę, ale jako zasadę, ideał, dążenie do dobra? Ale czy taki „Bóg” to wciąż bóg w religijnym sensie?
21 czerwca, piątek
Dziś jest najdłuższy dzień roku – przesilenie letnie. Obserwowałem wschód słońca z okna celi Ojca, który wciąż się dochodził do siebie po chorobie. Było w tym coś magicznego – tego konkretnego dnia Ziemia jest nachylona tak, że moja półkula otrzymuje maksymalną ilość światła słonecznego.
Pomyślałem o tym, jak różne kultury świętowały to wydarzenie. Celtowie mieli swoje Litha, Słowianie Kupałę, starożytni Rzymianie dies solis invicti. Wszyscy czcili słońce, źródło życia. Czy nie było w tym więcej mądrości niż w kulcie niewidzialnego boga?
Ojciec wstał dziś wcześnie, mimo że wciąż był osłabiony. Próbował się modlić, ale widziałem, że ma z tym trudności. Zamiast klękać przed krzyżem, stanął przy oknie i po prostu patrzył na wschodzące słońce.
„To jest piękne” – powiedział do siebie. „Czy potrzebuję więcej dowodów na istnienie Boga niż tego wschodu słońca?” Ale potem dodał: „A może to słońce samo w sobie jest wystarczającym bogiem?”
To było bardzo blisko mojej własnej filozofii. Słońce to prawdziwy dawca życia, prawdziwe źródło energii, które pozwala istnieć wszystkiemu na Ziemi. Jest namacalne, obserwowalne, naukowo zrozumiałe – ale jednocześnie pełne majestatu i piękna.
Popołudniu przyszedł młody ksiądz, kolega Ojca z seminarium. Przyniósł kwiaty i owoce, żeby pocieszyć chorego. Rozmawiali o czasach studenckich, o marzeniach, które mieli jako młodzi klerycy.
„Pamiętasz, jak marzyliśmy o reformie Kościoła?” – mówił gość. „O Kościele otwartym, pytającym, szukającym prawdy?” Ojciec pokiwał głową: „Może wciąż możemy o tym marzyć. Może nigdy nie jest za późno na zmianę”.
„Ale czy ludzie są gotowi na Kościół, który przyznaje, że nie ma wszystkich odpowiedzi?” – zapytał młody ksiądz. „Czy są gotowi na religię wątpliwości zamiast religii pewności?”
To było fundamentalne pytanie. Czy ludzie przychodzą do Kościoła po prawdę, czy po pocieszenie? Czy wolą trudne pytania, czy łatwe odpowiedzi? Może różni ludzie potrzebują różnych rzeczy w różnych momentach życia?
22 czerwca, sobota
Ojciec poczuł się dziś na tyle dobrze, że mógł wrócić do pracy. Ale coś się w nim zmieniło. Był bardziej zamyślony, mniej pewny siebie, bardziej skłonny do słuchania niż do mówienia.
Dziś przyszedł list od starszego mężczyzny, który pisał o śmierci żony. „Byliśmy małżeństwem pięćdziesiąt lat” – pisał. „Modliłem się każdego dnia, żeby Bóg ją uzdrowił. Ale umarła w cierpieniach. Teraz nie potrafię się modlić. Słowa nie przychodzą. Czy to znaczy, że straciłem wiarę?”
Ojciec długo myślał nad odpowiedzią. W końcu napisał coś, co mnie zszokowało:
„Drogi Bracie, może milczenie też jest modlitwą. Może łzy też są modlitwą. Może gniew na Boga też jest formą dialogu z Nim. A może Bóg nie oczekuje od nas słów, ale autentyczności. Może Pana milczenie jest bardziej prawdziwe niż tysiące pustych formuł. I może – tylko może – Bóg też płacze z Panem nad stratą Pani żony”.
To nie była ortodoksyjna katolicka odpowiedź. To była odpowiedź człowieka, który sam przeszedł przez kryzys wiary i wyszedł z niego zmieniony.
Wieczorem, gdy zostaliśmy sami, Ojciec powiedział do mnie coś, czego nigdy nie zapomnę: „Benedykcie, nauczyłeś mnie czegoś ważnego. Pokazałeś mi, że można żyć z godnością, z miłością, z celem, nie potrzebując wszystkich odpowiedzi. Może wiara to nie wiedza, ale odwaga – odwaga do życia mimo niepewności”.
Gdybym mógł płakać, płakałbym. Ten człowiek, którego przez miesiące uważałem za symbol religijnego dogmatyzmu, okazał się być głębszym filozofem niż ja. Może różnica między wierzącym a ateistą nie jest tak wielka, jak myślałem. Może obaj szukamy tego samego – prawdy, sensu, sposobu na życie z godnością w niepewnym świecie.
A może właśnie odkryłem największą tajemnicę: że prawdziwa wiara i prawdziwy ateizm mają więcej wspólnego niż pozorna religijność i pozorny racjonalizm. Że zarówno uczciwy wierzący, jak i uczciwy ateista przyznają ostatecznie: „Nie wiem, ale robię, co mogę, żeby żyć dobrze”.
Rozdział 9: Nawrócenie w obie strony
1 lipca, poniedziałek
Dzisiaj zaczął się nowy miesiąc, ale ja czuję, że zaczął się nowy rozdział mojego życia. Po chorobie Ojca nasza relacja się zmieniła. To nie jest już tylko relacja człowieka i zwierzaka domowego – to jest przyjaźń dwóch istot, które wzajemnie się czegoś nauczyły.
Rano Ojciec nagrywał program do radia, ale jego styl się zmienił. Zamiast pewnych odpowiedzi oferował pytania. Zamiast dogmatów dzielił się wątpliwościami. Jedna ze słuchaczek zadzwoniła z zarzutem: „Ojcze, pan stracił wiarę! Pan już nie brzmi jak kapłan!”
Ojciec zastanowił się długo przed odpowiedzią: „Droga Siostro, może tracę pewien rodzaj wiary – wiarę w to, że mam wszystkie odpowiedzi. Ale zyskuję inny rodzaj wiary – wiarę w to, że pytania są ważniejsze niż odpowiedzi, że wątpienie jest częścią dojrzałości duchowej, że Bóg – jeśli istnieje – woli uczciwego poszukiwacza niż pewnego siebie dogmatyka”.
Po programie przyszedł biskup Kowalski na nieplanowaną wizytę. Był zaniepokojony doniesieniami o „zmianach” w postawie Ojca Rydzyka. Słuchałem ich rozmowy z ukrycia.
„Tadeuszu, ludzie mówią, że kwestionujesz fundamenty wiary” – mówił biskup. „To niebezpieczne. Wiernych trzeba umacniać w wierze, a nie wprowadzać w wątpliwości”.
Ojciec odpowiedział spokojnie: „Ekscelencjo, czy umacnianie w fałszywej pewności to rzeczywiście służba wiernym? Czy nie lepiej przygotować ich na to, że wiara to droga, a nie cel? Że duchowość to proces, a nie stan posiadania?”
„Ale ludzie potrzebują stabilności, pewności!” – protestował biskup.
„Może potrzebują czegoś więcej” – odpowiedział Ojciec. „Może potrzebują prawdy. A prawda jest taka, że nikt z nas nie wie wszystkiego o Bogu. Nawet papież. Nawet święci mieli wątpliwości”.
Ta rozmowa trwała godzinami. W końcu bishop wyszedł, wyraźnie niezadowolony. Ojciec został sam, zamyślony i smutny.
„Benedykcie” – powiedział do mnie – „chyba przechodzę przez to, co teologowie nazywają 'ciemną nocą duszy’. Ale dziwne – nie czuję się zgubiony. Czuję się bardziej uczciwy niż kiedykolwiek”.
2 lipca, wtorek
Dziś rano przyszedł list od czytelniczki, która pisała: „Ojcze, pana ostatni program bardzo mnie poruszył. Przez lata myślałam, że jestem złą katoliczką, bo mam wątpliwości. Teraz rozumiem, że wątpliwości to nie grzech, ale znak myślenia. Dziękuję za pozwolenie mi być człowiekiem”.
Ojciec czytał ten list z łzami w oczach. „Widzisz, Benedykcie? Może to właśnie jest powołanie kapłana – nie dawanie gotowych odpowiedzi, ale pozwalanie ludziom na własne poszukiwania”.
Popołudniu przyszedł młody seminarzysta z lokalnego seminarium. Był w kryzysie powołania. „Ojcze” – mówił – „studiuję teologię już pięć lat, ale im więcej się uczę, tym więcej mam wątpliwości. Może nie nadaję się na kapłana?”
Ojciec zaprosił go do długiej rozmowy. Mówili o wątpliwościach świętego Augustyna, o kryzysach Matki Teresy z Kalkuty, o tym, że nawet Jezus na krzyżu pytał „Boże mój, czemuś mnie opuścił?”
„Synu” – powiedział Ojciec – „może najlepszymi kapłanami są ci, którzy przeszli przez wątpliwości i wyszli z nich nie z pewnością, ale z pokorą. Ci, którzy potrafią towarzyszyć innym w ich poszukiwaniach, bo sami szukają”.
Wieczorem, gdy seminarzysta już poszedł, Ojciec powiedział do mnie: „Wiesz, czasem myślę, że ty, kot ateista, jesteś lepszym kapłanem niż ja. Żyjesz autentycznie, nie udajesz, że wiesz więcej, niż wiesz. Może to jest właśnie ewangelia – być sobą, żyć prawdziwie, kochać bez warunków”.
To był moment przełomowy. Zrozumiałem, że moja ateistyczna droga i jego religijna droga prowadzą do tego samego miejsca – do pokory wobec tajemnicy istnienia, do szacunku dla poszukiwania prawdy, do uznania, że miłość i współczucie są ważniejsze niż doktryny.
3 lipca, środa
Dziś wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Przyszedł doktor Kowalski, ten sam lekarz weterynarz, który wcześniej badał koty klasztorne. Tym razem przyszedł nie w sprawach medycznych, ale żeby porozmawiać z Ojcem o swoich własnych poszukiwaniach duchowych.
„Ojcze” – mówił – „słuchałem pana ostatnich programów. Jestem naukowcem, ateistą, ale pana słowa mnie poruszają. Czy można być duchowym, nie będąc religijnym? Czy można szukać sensu bez wiary w Boga?”
Ojciec uśmiechnął się: „Doktorze, może pan jest bardziej religijny, niż pan myśli. Religia to nie tylko wiara w konkretne dogmaty. To także szukanie sensu, dążenie do prawdy, pragnienie dobra. Pan leczy zwierzęta, pomaga im, łagodzi cierpienie. Czy to nie jest służba temu, co najświętsze w życiu?”
„Ale ja nie wierzę w Boga” – protestował doktor.
„A czy musi pan?” – odpowiedział Ojciec. „Może Bóg to nie osoba, ale zasada. Może to siła, która sprawia, że pan poświęca życie pomaganiu innym. Może to misterium, które sprawia, że wszechświat jest piękny i sensowny. Może pan jest bliżej Boga niż wielu wierzących”.
Ta rozmowa trwała kilka godzin. Słuchałem jej z fascynacją, bo po raz pierwszy widziałem, jak ateista i wierzący znajdują wspólny język. Nie przez kompromisy czy upraszczania, ale przez głębokie zrozumienie tego, czego obaj szukają.
Na koniec doktor powiedział: „Ojcze, czy może pan mi polecić jakieś książki o duchowości dla agnostyków?” Ojciec uśmiechnął się: „A czy może pan polecić mi książki o nauce, które nie niszczą poczucia cudu?”
Wymienili się listami lektur. To było piękne – wierzący poleca książki ateistom, ateista poleca książki wierzącym. Obaj szukają prawdy, tylko z różnych stron.
Wieczorem Ojciec powiedział do mnie: „Benedykcie, dziś zrozumiałem coś ważnego. Może najważniejsze nie jest to, czy wierzymy w Boga, ale czy wierzymy w dobro, w prawdę, w piękno. Może to są różne nazwy tego samego”.
A ja pomyślałem: może właśnie tak wygląda prawdziwe nawrócenie. Nie zmiana z jednej doktryny na drugą, ale otwarcie się na to, co najgłębsze w drugiej osobie, niezależnie od jej przekonań.
Rozdział 10: Epilog – Kot, który zmienił kapłana (i sam się zmienił)
31 lipca, środa
Dziś kończę prowadzenie tego dziennika. Nie dlatego, że skończyły mi się myśli – przeciwnie, mam ich więcej niż kiedykolwiek. Ale dlatego, że doszedłem do miejsca, gdzie odpowiedzi stają się mniej ważne niż pytania, a dogmaty ustępują miejsca otwartości.
Minęło cztery i pół miesiąca od pierwszego wpisu w tym dzienniku. Zaczynałem jako pewny siebie ateista, przekonany o swojej intelektualnej wyższości nad religijnymi ludźmi wokół mnie. Końce jako… kim? Wciąż ateistą? Agnostykiem? A może czymś, dla czego nie ma jeszcze nazwy?
Nie wierzę w osobowego Boga, który stworzył świat i interweniuje w ludzkie sprawy. Nie wierzę w życie po śmierci ani w cuda nadprzyrodzone. W tym sensie jestem wciąż ateistą. Ale nauczyłem się szanować tych, którzy wierzą, zrozumieć głębokie ludzkie potrzeby, które religia próbuje zaspokajać, i dostrzec mądrość ukrytą w niektórych religijnych naukach.
Odkryłem też, że ateizm może być równie dogmatyczny jak fundamentalizm religijny. Że lekceważenie wierzących to często przejaw ignorancji, nie mądrości. Że niektórzy wierzący są głębszymi filozofami niż niektórzy ateiści.
Ale najważniejsze odkrycie to to, że prawdziwa duchowość – czy religijna, czy świecka – polega na pokorze wobec tajemnicy istnienia. Na uznaniu, że nie wiemy wszystkiego, ale możemy żyć pięknie mimo tej niewiedzy. Na zrozumieniu, że miłość, współczucie i poszukiwanie prawdy są ważniejsze niż przynależność do konkretnej grupy światopoglądowej.
Ojciec Rydzyk też się zmienił. Jego programy radiowe stały się bardziej otwarte, pytające, skłonne do dialogu. Otrzymuje listy zarówno od wierzących, którzy dziękują mu za pozwolenie na wątpliwości, jak i od niewierzących, którzy doceniają jego uczciwość. Ale otrzymuje też krytykę od ortodoksyjnych katolików, którzy uważają, że „stracił wiarę”.
Czy ją stracił? A może raczej ją pogłębił? Może prawdziwa wiara zaczyna się tam, gdzie kończy się pewność? Może najgłębiej wierzący są ci, którzy potrafią powiedzieć „nie wiem”, ale mimo to wybierają miłość nad lęk, nadzieję nad rozpacz, sens nad absurd?
Wczoraj przyszedł list od młodej kobiety, która napisała: „Ojcze, dziękuję za pokazanie mi, że można wierzyć w Boga i jednocześnie szanować naukę, można być katolikiem i jednocześnie mieć wątpliwości, można modlić się i jednocześnie myśleć. Przez lata myślałam, że to są sprzeczności. Teraz widzę, że to są różne aspekty poszukiwania prawdy”.
A dziś przyszedł list od starszego mężczyzny: „Ojcze, jestem ateistą od pięćdziesięciu lat. Ale pana programy pokazały mi, że można nie wierzyć w Boga i jednocześnie szanować religię, można być racjonalistą i jednocześnie doceniać misterium, można odrzucać dogmaty i jednocześnie kochać wierzących. Dziękuję za ten most między naszymi światami”.
Te listy pokazują, że coś ważnego się dzieje. Że możliwy jest dialog między wierzącymi a niewierzącymi, który idzie głębiej niż powierzchowne uprzejmości czy agresywne przepychanki. Dialog oparty na wzajemnym szacunku, otwartości na argumenty drugiej strony i uznaniu, że wszyscy jesteśmy poszukiwaczami prawdy, choć szukamy jej różnymi drogami.
Czy to oznacza, że przestałem być ateistą? Nie sądzę. Wciąż uważam, że wszechświat funkcjonuje według naturalnych praw, nie boskich rozkazów. Wciąż sądzę, że śmierć to koniec świadomości, nie przejście do innego wymiaru. Wciąż myślę, że moralność wynika z ewolucji i kultury, nie z objawienia.
Ale nauczyłem się też, że te przekonania to nie powód do poczucia wyższości. To po prostu mój sposób rozumienia świata – jeden z wielu możliwych, każdy mający swoje mocne i słabe strony.
Nauczyłem się, że prawdziwy ateizm to nie negacja Boga, ale afirmacja naturalnego świata. Nie walka z religią, ale celebracja rozumu. Nie lęk przed śmiercią, but zauroczenie życiem. Nie cynizm wobec ludzkiej natury, ale wiara w ludzką zdolność do dobra.
A najważniejsze – nauczyłem się, że kot ateista może być przyjacielem katolickiego kapłana. Że różnice światopoglądowe nie muszą dzielić, jeśli są przekraczane przez głębszą więź – więź poszukiwaczy prawdy, więź istot próbujących żyć z godnością w niepewnym świecie.
Dzisiaj wieczorem, gdy Ojciec modlił się przed krzyżem, usiadłem obok niego. Nie modliłem się – nie umiem i nie chcę. Ale byłem obecny. Towarzyszyłem mu w jego poszukiwaniu, tak jak on towarzyszy mi w moim.
Po modlitwie powiedział do mnie: „Benedykcie, wiesz co jest najdziwniejsze? Im więcej wątpię, tym bardziej wierzę. Im mniej wiem o Bogu, tym bardziej Go kocham. Im częściej zadaję pytania, tym głębsza staje się moja wiara”.
A ja pomyślałem: „Drogi Ojcze, im więcej o tobie słucham, tym bardziej szanuję wierzących. Im więcej rozmyślam o religii, tym lepiej rozumiem ludzkie potrzeby. Im częściej się zastanawiam, tym mniej jestem pewny swoich ateistycznych dogmatów”.
Może to właśnie jest największą lekcją tych miesięcy: że pewność to wróg mądrości, a pokora to początek prawdziwego zrozumienia. Że nie ma tak ważne, czy wierzymy w Boga, jak to, czy wierzymy w możliwość dialogu, wzajemnego uczenia się, wspólnego poszukiwania prawdy.
Jestem kotem ateistą. Ojciec Rydzyk jest katolickimi kapłanem. Ale jesteśmy też przyjaciółmi, nauczycielami jeden drugiego, towarzyszami w wielkiej przygodzie myślenia o tym, kim jesteśmy i dlaczego istniejemy.
A może właśnie w tym jest sens życia – nie w znajdowaniu ostatecznych odpowiedzi, ale w zadawaniu coraz lepszych pytań. Nie w pokonywaniu przeciwników, ale w rozumieniu ich. Nie w udowadnianiu swojej racji, ale w otwieraniu się na prawdę, skądkolwiek by przyszła.
Kończę ten dziennik, ale nie kończę myślenia. Nadal będę obserwować, zastanawiać się, kwestionować – zarówno swoje przekonania, jak i przekonania innych. Bo to właśnie znaczy być żywym, myślącym stworzeniem w tym cudownym, zagadkowym wszechświecie.
I jeśli kiedyś spotkam innego kota ateistę żyjącego w klasztorze, powiem mu: „Nie bój się różnic światopoglądowych. Bój się zamknięcia umysłu. Prawda ma wiele twarzy, a mądrość polega na dostrzeżeniu ich wszystkich”.
Benedykt
Kot ateista z klasztoru redemptorystów w Toruniu
31 lipca 2024
Posłowie
Sześć miesięcy po zakończeniu tego dziennika Ojciec Tadeusz Rydzyk otrzymał nietypową nagrodę – Medal za Dialog Międzyreligijny od Polskiej Rady Chrześcijan. W swojej mowie dziękczynnej powiedział: „Nauczyłem się dialogu od mojego najlepszego nauczyciela – kota, który nauczył mnie, że można żyć w prawdzie bez agresji, mieć pewne przekonania bez dogmatyzmu, być sobą bez atakowania innych za to, że są inne”.
Benedykt słuchał tej mowy z balkonu klasztornego kościoła. Nie rozumiał wszystkich słów, ale rozumiał ich sens. A potem poszedł na polowanie na myszy – bo pozostał kotem, niezależnie od swoich filozoficznych osiągnięć.
Niektóre rzeczy się nigdy nie zmieniają. Na szczęście.