Pamiętnik Winogrodnika z Kany

– relacja z wesela, na którym Jezus przemienił wodę w wino


1 dzień miesiąca Nisan, rok 3791 (trzy lata przed weselem)

Zapisuję te słowa przy świetle oliwnej lampy, choć ręce mam zmęczone całodzienną pracą w winnicy. Ojciec przekazał mi dziś oficjalnie pieczę nad naszymi zbiorami. „Eleazar” – powiedział – „masz już trzydzieści lat, twoje wino z ostatnich dwóch sezonów było lepsze niż moje. Czas, byś to ty został winogrodnikiem Aszera”.

To wielki zaszczyt, ale i odpowiedzialność. Nasza rodzina dostarcza wino na wszystkie ważniejsze uroczystości w Kanie od trzech pokoleń. Ludzie mówią, że poznają nasze wino od pierwszego łyku – ciemne, słodkie, z delikatną nutą cedru. Nie każdy potrafi docenić te subtelności, ale ci, którzy się znają, wiedzą, że wino z winnicy Aszera nie ma sobie równych w całej Galilei.

Szkoda tylko, że Sara tego nie dożyła. Minęło pięć lat, odkąd zabrała ją gorączka, a ja wciąż budzę się w nocy, szukając jej obok siebie. Czasem myślę, że nigdy się nie pogodzę z jej stratą.

Ale nie powinienem zaczynać tego pamiętnika od smutnych myśli. To nowy rozdział. Już teraz przygotowuję się do jesiennych zbiorów. Jeśli pogoda dopisze, będzie to wyjątkowy rocznik.


15 dzień miesiąca Tiszri, rok 3793 (rok przed weselem)

Dziś zakończyliśmy zbiory. Wszyscy mówią, że to będzie wyjątkowy rocznik – suche lato, późne deszcze, idealne warunki. Naczynie próbne fermentuje już w piwnicy, a jego aromat napełnia całe pomieszczenie. Za kilka miesięcy będzie gotowe do pierwszej próby.

Nathan, syn Ezdrasza, złożył dziś zamówienie na wino weselne. Za rok poślubia córkę Szymona z Kany, młodą Rebekę. Nie znam jej osobiście, ale słyszałem, że to piękna i pobożna dziewczyna. Nathan chce sześć dzbanów mojego najlepszego wina – to duże zamówienie, nawet jak na wesele. Najwyraźniej zaprosił połowę Galilei!

Wstępnie wyceniłem je na trzy denary za dzban, ale jako że znałem jego ojca, zszedłem do dwóch i pół. I tak zarobię na tym dobrze. Myślę o tym, by przeznaczyć część zysku na nowe prasy winne – te stare ojca są już mocno zużyte.

Nathan wspomniał też, że powinien zaprosić nowego nauczyciela, który podobno ma pojawić się w naszych stronach. Jakiś krewny Rebeki, o imieniu Jeszua czy Jezus, syn cieśli z Nazaretu, ale podobno mądry jak rabin. Mówi, że jego nauki przyciągają tłumy. Jeśli faktycznie przybędzie na wesele ze swoimi uczniami, Nathan będzie potrzebował jeszcze więcej wina. Zasugerowałem dodatkowy dzban, ale odłożymy decyzję na później.


7 dzień miesiąca Szewat, rok 3794 (2 miesiące przed weselem)

Dziś odwiedziłem Nathana, by omówić ostateczną ilość wina na wesele. Ślub za dwa miesiące, muszę dopilnować, by wszystko było doskonałe. Przygotowałem próbkę z ubiegłorocznych zbiorów – jest wyśmienite, dokładnie takie, jak przewidywałem. Nathan spróbował i od razu zgodził się na pierwotną cenę trzech denarów za dzban. To dobry znak.

Nathan jest coraz bardziej zdenerwowany zbliżającym się ślubem. Opowiadał mi, że rodzina Rebeki stała się bardzo wymagająca w kwestii przygotowań. Lista gości wciąż rośnie. Teraz zamawia siedem dzbanów wina, nie sześć. Wspomniany nauczyciel z Nazaretu rzeczywiście ma się pojawić, podobno wraz z matką i grupą uczniów.

„To cały zastęp ludzi, Eleazarze!” – narzekał Nathan. „Skąd mam wiedzieć, ile wina będzie potrzebne?”.

Uspokajałem go, że siedem dzbanów moich największych naczyń to ilość wystarczająca nawet na trzydniowe wesele dla siedemdziesięciu osób. Ale w duchu martwiłem się. Słyszałem, że uczniowie tego Jezusa potrafią być bardzo… entuzjastyczni. A Galilejczycy znani są z zamiłowania do dobrego wina.

Jutro rozpoczynam przygotowanie dzbanów. Każdy musi zostać dokładnie umyty, wysmołowany od środka i sprawdzony pod kątem pęknięć. Nie mogę sobie pozwolić na utratę ani kropli tego wina – to może być najlepszy rocznik, jaki kiedykolwiek wyprodukowałem.


2 dzień miesiąca Adar, rok 3794 (3 tygodnie przed weselem)

Kana huczy od plotek o tym nauczycielu z Nazaretu. Podobno uzdrowił paralityka w Kafarnaum i córkę jednego z celników. Mówią, że jego nauki różnią się od wszystkiego, co dotąd słyszano. Jedni twierdzą, że to prorok, inni, że zwodziciel. Saduceusze go lekceważą, faryzeusze podobno się go obawiają.

Jestem ciekaw, czy rzeczywiście pojawi się na weselu Nathana. Z tego co słyszałem, jego matka, Maria, jest krewną rodziny panny młodej. Podobno to skromna kobieta, choć otaczają ją dziwne pogłoski o niezwykłych okolicznościach narodzin jej syna.

Wino jest już rozlane do dzbanów i dojrzewa w piwnicy. Jestem z niego dumny – głębokie, rubinowe, o zapachu dojrzałych owoców z nutą przypraw. Będzie idealne na wesele.

Nathan zapłacił już zaliczkę. Zauważyłem, że wydaje się bardziej zdenerwowany niż podekscytowany. Małżeństwo to wielka zmiana, a presja ze strony rodziny panny młodej nie pomaga. Próbowałem go pocieszyć, mówiąc, że gdy goście skosztują mojego wina, wszystkie troski pójdą w niepamięć. Roześmiał się, ale widziałem, że śmiech nie sięga jego oczu.

Czy ja byłem taki przed ślubem z Sarą? Nie pamiętam strachu, tylko niecierpliwość. Może dlatego, że nasza miłość była tak oczywista, tak naturalna jak oddychanie. Do dziś czuję jej brak przy każdym oddechu.


23 dzień miesiąca Adar, rok 3794 (dzień przed weselem)

Jutro wielki dzień Nathana. Dziś dostarczyłem wino – siedem opieczętowanych dzbanów, każdy mieszczący niemal siedemdziesiąt litrów. Razem z pomocnikami ustawiliśmy je w chłodnej komnacie domu Szymona, gdzie odbędzie się uczta.

Wszystko wygląda imponująco – dom udekorowany kwiatami i kolorowymi tkaninami, zapachy potraw już unoszą się z kuchni, służba biega we wszystkie strony. Szymon ewidentnie chce zaimponować gościom. Jak na człowieka o średniej zamożności, jest to uczta iście królewska.

Spotkałem też Rebekę, pannę młodą. Jest młodsza, niż myślałem – ledwo szesnastoletnia, ale o łagodnym spojrzeniu i delikatnym uśmiechu. Gdy zobaczyła Nathana wchodzącego na dziedziniec, jej twarz rozjaśniła się. To dobry znak – nie wszystkie małżeństwa zaczynają się od miłości.

Szymon poprosił mnie, bym został na weselu nie tylko jako gość, ale i jako nadzorca wina. Mam dopilnować, by serwowano je we właściwej kolejności i temperaturze, by nikt nie oszukiwał przy rozcieńczaniu, by każdy gość otrzymał należną mu porcję.

Zgodziłem się, choć nie jest to łatwe zadanie. Na weselach wino często płynie zbyt obficie, a ludzie stają się… mniej uprzejmi, gdy Dionizos (jak mówią Grecy) zawładnie ich umysłami. Ale dodatkowe denary za nadzór się przydadzą, a poza tym – jestem ciekaw tego nauczyciela z Nazaretu.

Jutro musi być doskonałe. Sprawdziłem każdy dzban trzykrotnie. Wino jest idealnie dojrzałe i klarowne. Moje najlepsze dzieło.


24 dzień miesiąca Adar, rok 3794 (dzień wesela)

Piszę te słowa późną nocą, choć trzęsą mi się ręce i wciąż nie mogę uwierzyć w to, co widziałem. Jak opisać cud? Jak ubrać w słowa coś, co przeczy wszystkiemu, co wiem o świecie?

Wesele zaczęło się zwyczajnie. Nathan i Rebeka, oboje w odświętnych szatach, stanęli pod baldachimem. Rabin odczytał błogosławieństwa, Nathan rozbił kielich, wszyscy krzyknęli „Mazel tov!”. Potem zaczęła się uczta.

Jezus z Nazaretu przybył z matką i kilkoma uczniami. Nie wyróżniał się szczególnie z tłumu – mężczyzna koło trzydziestki, o spokojnym spojrzeniu, ubrany skromnie, ale schludnie. Nie nosił oznak rabinackiej godności, nie otaczał się przepychem, nie przemawiał do zebranych. Siedział przy stole, rozmawiał, śmiał się. Zwyczajny człowiek.

A jednak… było w nim coś, co przyciągało wzrok. Sposób, w jaki słuchał, jakby słyszał nie tylko słowa, ale i myśli. Sposób, w jaki patrzył, jakby widział człowieka na wskroś, do samej duszy. Zauważyłem, że ludzie przy jego stole wydawali się bardziej ożywieni, bardziej obecni.

Uczta trwała, wino lało się strumieniami. Moi pomocnicy opróżniali dzban za dzbanem. Kazałem im serwować od najlepszego, zgodnie ze zwyczajem. Goście byli zachwyceni, wielu podchodziło, by mi pogratulować.

A potem, koło wieczora, stało się to, czego tak się obawiałem. Efraim, mój główny pomocnik, podszedł do mnie blady jak ściana.

„Eleazarze, kończy się wino” – szepnął. „Zostało ledwie na jeden krąg pucharów”.

To niemożliwe, pomyślałem. Siedem dzbanów na jeden dzień weselny? Nawet przy stu gościach powinno wystarczyć. Sprawdziłem sam – rzeczywiście, sześć dzbanów pustych, siódmy na wykończeniu.

„Najważniejsi goście już wypili za dużo, by zauważyć różnicę” – zauważył Efraim. „Możemy rozcieńczyć to, co zostało, wodą w proporcji jeden do trzech…”.

Pokręciłem głową. Nigdy w życiu nie zszargałbym tak swojej reputacji. Ale co robić? Wesele miało trwać jeszcze co najmniej dzień. Brak wina to katastrofa, hańba dla rodziny pana młodego, złamanie podstawowych zasad gościnności.

Byłem w trakcie gorączkowych rozważań, gdy podeszła do mnie kobieta – Maria, matka Jezusa. Musiała zauważyć nasze zamieszanie.

„Skończyło się wino, prawda?” – zapytała cicho.

Potwierdziłem.

Nie wyglądała na zmartwioną. Pokiwała głową, jakby podejmowała jakąś wewnętrzną decyzję, po czym oddaliła się w kierunku syna. Widziałem, jak nachyla się do niego i coś mówi. Jezus spojrzał na nią z lekkim zmarszczeniem brwi. Usłyszałem tylko fragment jego odpowiedzi: „Czyż to moja lub twoja sprawa, niewiasto? Jeszcze nie nadeszła moja godzina”.

Maria jednak nie wydawała się zniechęcona. Powiedziała coś do niego jeszcze, a potem podeszła do służących, wskazując w moją stronę.

„Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” – usłyszałem jej słowa.

Jezus wstał od stołu i podszedł do mnie. Z bliska jego spojrzenie było jeszcze bardziej niezwykłe – przenikliwe, a jednocześnie pełne… czego? Łagodności? Rozbawienia? Trudno to opisać.

„Gdzie trzymacie stągwie na wodę do rytualnych obmyć?” – zapytał.

Wskazałem na sześć kamiennych stągwi stojących przy wejściu na dziedziniec. Ogromne naczynia, każde mieszczące dwie lub trzy miary – jeszcze więcej niż moje winne dzbany.

„Napełnijcie je wodą” – polecił służącym.

Spojrzałem na niego zdumiony. Po co napełniać stągwie do obmyć? Potrzebowaliśmy wina, nie wody! Ale służący, zachęceni przez Marię, zaczęli nosić wodę ze studni i napełniać stągwie.

Gdy skończyli, Jezus powiedział: „Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu”.

Jeden ze służących z wahaniem zaczerpnął czerpak z pierwszej stągwi. Zajrzałem mu przez ramię.

To nie była woda.

Było to wino – ciemne, rubinowe, lśniące w świetle lamp jak płynny granat. Z czerpaka unosił się aromat tak intensywny, tak bogaty, że poczułem zawrót głowy. Rozpoznałem nuty dojrzałych owoców – ale nie tylko winogron, także granatów, fig, morw. Dało się wyczuć cedr, cynamon, odrobinę miodu, a pod spodem tę niewysłowioną głębię, którą daje tylko bardzo stare, doskonałe wino.

Jestem winiarzem od dwudziestu lat. Znam każdy szczep winny rosnący w Galilei, Judei i Samarii. Rozpoznaję rocznik i miejsce pochodzenia po jednym łyku. I przysięgam na grób mojego ojca – to nie było wino, które mogłaby wydać ziemia. Żadna winnica, żaden winogrodnik, żaden rocznik.

Służący zaniósł czerpak staroście weselnemu, który skosztował, a potem zawołał Nathana.

„Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino” – powiedział głośno, rozbawiony – „a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory!”.

Nathan wyglądał na zdezorientowanego, ale uśmiechnął się i ukłonił, przyjmując niezasłużone pochwały. Wino zaczęto rozlewać gościom, którzy wydawali się zachwyceni. Nikt, poza mną, służącymi i matką Jezusa, nie wiedział, co naprawdę zaszło.

Jezus wrócił spokojnie do swojego stołu i kontynuował rozmowę, jakby nic się nie stało. Jakby nie zamienił właśnie sześciuset litrów wody w najwspanialsze wino, jakie kiedykolwiek skosztowałem.

Cud. Nie ma innego słowa. Byłem tam, widziałem stągwie napełniane wodą. Widziałem tę samą wodę zamienioną w wino w mgnieniu oka, bez słowa, bez gestu, bez niczego poza, być może, myślą tego niezwykłego człowieka.

Gdy uczta się kończyła, podszedłem do niego i zapytałem cicho: „Rabbi, jak to zrobiłeś?”.

Spojrzał na mnie z uśmiechem, w którym było coś z tęsknoty. „Czy woda pamięta, że była kiedyś winem? Czy wino pamięta, że było kiedyś wodą? Wszystko, co istnieje, Eleazarze, było najpierw myślą Boga. Ja tylko przypomniałem wodzie jej prawdziwą naturę”.

Nie rozumiałem wtedy jego słów. Nie jestem pewien, czy rozumiem je teraz. Ale wiem jedno – dziś widziałem coś, co zmienia wszystko. Ten człowiek, Jezus z Nazaretu, nie jest zwykłym nauczycielem. Jest kimś więcej. Kimś znacznie więcej.


25 dzień miesiąca Adar, rok 3794 (dzień po weselu)

Wesele Nathana i Rebeki zakończyło się dziś po południu, a ja wróciłem do domu z głową pełną myśli. Wino, które stworzył Jezus, wciąż jest na moim języku – nie tylko jego smak, ale i jego… obecność? Nie umiem tego opisać. Piliśmy nie tylko wino, ale samą esencję wina, czystą radość zamkniętą w płynie.

Zachowałem małą flaszę, ukrytą w fałdach szaty. Nie dla siebie – choć przyznaję, że kusiło mnie, by zatrzymać ten cud dla własnej przyjemności. Ale to wino nie należy do mnie. Chcę je zanieść do synagogi, pokazać rabinowi Ezdraszowi. On jest uczonym w Piśmie, może zrozumie, co to wszystko znaczy.

Bo ja nie rozumiem. Byłem świadkiem cudu, a jednak, poza początkowym szokiem, czuję przede wszystkim… spokój. Jakby to, co zobaczyłem, nie przeczyło porządkowi świata, ale go potwierdzało. Jakby woda zamieniona w wino była czymś najbardziej naturalnym, najbardziej oczywistym, co mogło się wydarzyć.

Pytanie, które nie daje mi spokoju: kim jest ten człowiek? Jezus, syn cieśli z Nazaretu, który zamienia wodę w wino myślą lub słowem. Który mówi o Bogu jak o kimś, kogo zna osobiście. Którego uczniowie patrzą na niego z miłością i oddaniem, jakbym nigdy nie widział.

Nathan nie wie, co się naprawdę wydarzyło. Myśli, że to ja, przebiegły winogrodnik, ukryłem gdzieś dodatkowe dzbany na czarną godzinę. Pozwoliłem mu w to wierzyć. Jak wyjaśnić cud komuś, kto go nie widział na własne oczy?

Za to służący, ci, którzy napełniali stągwie wodą i czerpali z nich wino – ich twarze były jak lustro mojego własnego zdumienia. Jeden z nich, młody chłopak, szeptał gorączkowo coś o Eliaszu i prorokach. Inny twierdził, że Mesjasz właśnie przybył. Starszy mężczyzna przestrzegał przed pochopnymi sądami – „Poczekajmy i zobaczmy, co będzie dalej,” powiedział.

Ja też chcę zobaczyć, co będzie dalej. Ten cud – pierwszy, którego byłem świadkiem, ale na pewno nie ostatni, jak podejrzewam – to dopiero początek.

Moje wino podobno jest najlepsze w Galilei. Ale po tym, co widziałem, jak mogę dalej być dumny z mojego rzemiosła? Prawdziwy Winogrodnik właśnie objawił swoją moc. I czuję, że wszyscy, cała Judea, cały Izrael, wkrótce skosztujemy wina z Jego winnicy.


7 dzień miesiąca Nisan, rok 3794 (dwa tygodnie po weselu)

Jezus odszedł z Kany. Słyszałem, że udał się do Kafarnaum, a potem, z racji zbliżającej się Paschy, do Jerozolimy. Podążyła za nim grupa uczniów – nie tylko tych, którzy byli z nim na weselu, ale i kilku nowych, w tym młody rybak, którego uzdrowił z gorączki.

Rabinowi Ezdraszowi pokazałem wino. Długo je badał, wąchał, smakował. W końcu potrząsnął głową.

„To niemożliwe, Eleazarze,” powiedział. „Wino potrzebuje czasu, by dojrzeć. Potrzebuje winogron, drożdży, fermentacji. To, co opisujesz, przeczy naturze.”

„Widziałem to na własne oczy, rabbi,” upierałem się. „Woda stała się winem w jednej chwili.”

„A czy pomyślałeś o sztuczce? Może ten… nauczyciel podstawił wcześniej przygotowane wino? Może to iluzja, by zdobyć zwolenników?”

Ezdarsz to dobry człowiek, uczciwy i pobożny. Ale jest też ostrożny. Zbyt ostrożny, by uwierzyć w cuda, dopóki nie zobaczy ich na własne oczy. Nie mogę go za to winić – sam bym pewnie nie uwierzył, gdybym nie był tam, gdybym nie widział.

Z drugiej strony, coraz więcej ludzi w Kanie i okolicy mówi o Jezusie. Plotki rozchodzą się szybko. Jedni twierdzą, że to prorok, inni, że to zwodziciel lub nawet czarownik. Faryzeusze podobno są zaniepokojeni – ten człowiek nie studiował u żadnego z uznanych mistrzów, a jednak naucza z mocą i autorytetem.

Co do mnie – nie wiem, kim jest Jezus z Nazaretu. Ale wiem, co widziałem. I nie mogę przestać o tym myśleć.


30 dzień miesiąca Nisan, rok 3794 (miesiąc po weselu)

Wróciłem dziś z Jerozolimy, gdzie świętowałem Paschę. Miasto pełne było plotek o Jezusie, który podobno wywołał zamieszanie w świątyni, przewracając stoły handlarzy i wypędzając sprzedawców gołębi.

„Nie czyńcie domu mego Ojca domem handlu!” – miał krzyczeć, wymachując zrobionym naprędce biczem ze sznurów.

Kapłani i faryzeusze są wściekli, ale lud… lud zdaje się go kochać. Widziałem, jak nauczał na dziedzińcu świątyni. Tłum otaczał go ciasnym kręgiem, ludzie wspinali się na palce, by go zobaczyć i usłyszeć. Jego słowa były jak woda – czyste, orzeźwiające, czasem uderzające jak fala. Mówił o królestwie Bożym, które jest blisko, o nowym początku, o przemianie serc.

Przypomniałem sobie wodę zamienioną w wino. Czy nie o tym właśnie mówił? O przemianie? O tym, że to, co zwykłe, może stać się niezwykłym? Że to, co wydaje się niemożliwe, jest możliwe dla Boga?

Gdy skończył nauczać, próbowałem się do niego przedostać, ale tłum był zbyt gęsty. Zauważyłem tylko, jak spogląda w moją stronę i lekko kiwa głową, jakby mnie rozpoznał. Jakby pamiętał winogrodnika, który pytał go o cud na weselu w Kanie.

A może mi się tylko wydawało. W końcu, kim jestem? Zwykłym winiarzem z małego miasteczka w Galilei. Dlaczego miałby mnie zapamiętać?

Ale od tamtego wesela czuję się inaczej, jakbym ja sam został przemieniony. Pracuję w winnicy jak zawsze, przygotowuję nowe sadzonki, dbam o dojrzewające wino. Ale myślę o tym inaczej. Każde winogrono, każda kropla soku, każda beczka fermentującego wina – wszystko to jest dla mnie teraz częścią większego cudu. Cudu stworzenia, cudu przemiany.

Być może to właśnie jest prawdziwa magia tego, co zrobił Jezus w Kanie. Nie sam fakt zamiany wody w wino, ale przemiana, która zachodzi w sercach tych, którzy byli tego świadkami.


15 dzień miesiąca Ijar, rok 3794 (siedem tygodni po weselu)

Nathan i Rebeka odwiedzili mnie dziś w winnicy. Są szczęśliwi, rozpromieniowani miłością, jakby wciąż trwało ich wesele. Przynieśli mi w prezencie malutką flaszkę – jedną z niewielu, które zachowali, napełnioną winem z cudu.

„Wszyscy mówią, że twoje wino było najlepsze, jakie kiedykolwiek pili,” powiedział Nathan z uśmiechem. „Ale my wiemy lepiej, prawda?”

Opowiedział mi, że niedawno, gdy przebywał w interesach w Kafarnaum, widział Jezusa nauczającego na brzegu jeziora. Tłumy były tak wielkie, że musiał wejść do łodzi i stamtąd przemawiać.

„On jest inny, Eleazarze,” powiedział Nathan cicho. „Nie jak uczeni w Piśmie, nie jak faryzeusze. On mówi jak ktoś, kto ma władzę. I to nie tylko słowa – widziałem, jak uzdrowił trędowatego jednym dotknięciem ręki. Trędowatego!”

Słuchałem, kiwając głową. Tych historii będzie więcej, czuję to. Cuda w Kanie były tylko początkiem, pierwszą kroplą wina z nowej, niebiańskiej winnicy.

„Co o nim myślisz?” zapytała Rebeka, patrząc na mnie uważnie.

Zastanowiłem się długo, szukając właściwych słów.

„Myślę, że jest jak wino,” powiedziałem w końcu. „Zmienia tych, którzy go przyjmują. Rozgrzewa serca, otwiera umysły. I jak najlepsze wino, pozostawia długi posmak – smak, który każe wracać po więcej.”

Rebeka uśmiechnęła się z aprobatą.

„Moja matka mówi, że to on jest tym, na którego czekamy. Mesjaszem.”

Mesjasz. To słowo wisiało między nami, ciężkie od nadziei i oczekiwań. Czy to możliwe? Czy ten skromny nauczyciel z Nazaretu, syn cieśli, jest Pomazańcem, obiecanym Dawidowym królem, który wyzwoli Izraela?

Nie wiem. Ale pamiętam wino, które stworzył – nie z winogron, nie z moszczu, ale z czystej wody. Wino tak doskonałe, że żaden ziemski winogrodnik nie mógłby go stworzyć.

I jeśli ten sam człowiek może zmienić Izraela tak, jak zmienił wodę w wino – to może rzeczywiście jest tym, na którego czekamy. Może rzeczywiście przyszedł, by wszystko uczynić nowym.


1 dzień miesiąca Tiszri, rok 3798 (cztery lata później)

Cztery lata minęły od wesela w Kanie. Cztery lata, podczas których imię Jezusa z Nazaretu było na ustach całej Judei i Galilei. Słyszałem o Nim wszędzie – na targowiskach, w synagogach, przy studniach, gdzie zbierają się kobiety.

Mówią, że uciszył burzę na Jeziorze Galilejskim jednym słowem. Że nakarmił pięć tysięcy ludzi pięcioma chlebami i dwiema rybami. Że przywrócił wzrok niewidomemu od urodzenia, że wskrzesił córkę Jaira, że chodzi po wodzie jak po lądzie.

Niektóre z tych historii mogą być przesadzone – tak zawsze jest z opowieściami, które przechodzą z ust do ust. Ale ja wiem, że ten człowiek potrafi czynić cuda. Widziałem na własne oczy, jak woda stała się winem.

Moje życie toczy się zwykłym rytmem. Uprawiam winnicę, produkuję wino, sprzedaję je na targu i dostaczam na wesela. Ale nic już nie jest takie samo. Każdy dzban, który napełniam, przypomina mi o stągwiach z Kany. Każde winne grono, które zrywam, mówi mi o winnicy Bożej, o której często opowiada Jezus w swoich przypowieściach.

Mówią, że zmierza do Jerozolimy na Paschę. Że tym razem będzie inaczej. Że Jego uczniowie przygotowują się na wielkie objawienie Królestwa. Że wreszcie pokaże swoją moc i wyzwoli Izraela spod jarzma Rzymu.

Inni mówią coś przeciwnego – że arcykapłani i starsi ludu szukają sposobu, by Go zgładzić. Że Jego nauki są zbyt wywrotowe, Jego wpływ na lud zbyt wielki. Że zagraża porządkowi, który utrzymuje kruchą równowagę między nami a Rzymem.

Nie wiem, komu wierzyć. Wiem tylko, że muszę Go zobaczyć jeszcze raz. Muszę usłyszeć Jego nauki, muszę zrozumieć, kim naprawdę jest człowiek, który zamienił wodę w wino w Kanie Galilejskiej.

Jutro wyruszam do Jerozolimy. Zostawiam winnicę pod opieką Efraima – wyrósł na dobrego pomocnika przez te lata. Zabiorę ze sobą flaszkę wina z cudu, którą zachowałem na tę właśnie okazję. Może uda mi się spotkać z Jezusem, może pozwoli mi zadać to jedno pytanie, które nie daje mi spokoju od czterech lat: „Kim jesteś, Rabbi?”.


9 dzień miesiąca Nisan, rok 3798 (pięć dni przed Paschą)

Jerozolima jest przepełniona pielgrzymami, ale całe miasto mówi tylko o jednym – o wjeździe Jezusa. Wczoraj wjechał do miasta na osiołku, a tłumy witały Go jak króla, rzucając na drogę płaszcze i gałązki palmowe, krzycząc: „Hosanna Synowi Dawida! Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie!”.

Stałem w tym tłumie, próbując dostrzec Jego twarz. Czy to ten sam człowiek, którego spotkałem na weselu w Kanie? Wydawał się jednocześnie taki sam i inny – jakby dojrzał, jakby ciężar, który niesie, stał się bardziej widoczny. Ale Jego oczy – te same oczy, które patrzyły na mnie, gdy pytałem go o cud z winem – nadal przenikały do duszy.

Faryzeusze i arcykapłani są wściekli. Ten triumfalny wjazd, te okrzyki, to wszystko ma mesjanistyczny wydźwięk, który może sprowokować Rzymian. A dzisiaj, jak słyszałem, Jezus znów wywołał zamieszanie w świątyni, przewracając stoły bankierów i wypędzając handlarzy, tak jak cztery lata temu.

„Mój dom ma być domem modlitwy,” słyszałem, jak wołał, „a wy uczyniliście z niego jaskinię zbójców!”.

Nigdy nie widziałem takiej odwagi. Taka bezpośrednia konfrontacja z władzami świątynnymi to niemal samobójstwo. A jednak nikt nie ośmielił się Go zatrzymać. Było w Nim coś – jakaś moc, jakiś autorytet – co sprawiało, że nawet strażnicy świątynni cofali się przed Nim.

Jutro będę próbował zbliżyć się do Niego, gdy będzie nauczał w świątyni. Muszę usłyszeć Jego słowa z pierwszej ręki, nie przez opowieści innych.


10 dzień miesiąca Nisan, rok 3798 (cztery dni przed Paschą)

Dziś udało mi się posłuchać nauk Jezusa w świątyni. Tłum był ogromny, ale znalazłem miejsce, z którego mogłem Go widzieć i słyszeć. Nauczał przez cały dzień, opowiadając przypowieści, odpowiadając na pytania, czasem wdając się w ostre dysputy z faryzeuszami i saduceuszami.

Mówił rzeczy, które jednocześnie brzmiały znajomo – cytaty z Tory, proroków – i całkowicie nowe. Mówił o Królestwie Bożym, ale nie jako o politycznym zrywie, który obali Rzym, lecz jako o przemianie serc, o nowym sposobie życia.

„Kochaj Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem,” mówił. „To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Kochaj swego bliźniego jak siebie samego.”

Takie proste słowa, a jednak tak trudne do wypełnienia.

Widziałem, jak faryzeusze próbowali Go złapać w pułapkę, zadając podchwytliwe pytania o podatki dla Cezara czy o zmartwychwstanie. Za każdym razem odpowiadał w sposób, który zdumiewał wszystkich – mądrze, głęboko, czasem z nutą ironii, która sprawiała, że Jego przeciwnicy odchodzili zawstydzeni.

Pod koniec dnia przekazał uczniom flaszkę z winem z cudu. Nie wiem, czy mnie pamiętał, ale gdy podawałem mu naczynie, nasze oczy spotkały się na moment. I znów poczułem to, co cztery lata temu w Kanie – jakby patrzył prosto w moją duszę, widząc wszystko, co ukrywam nawet przed samym sobą.

„To wino z Kany,” powiedziałem cicho. „Zachowałem je… dla Ciebie.”

Uśmiechnął się lekko, ze smutkiem, który wydawał się nie pasować do chwały, jaką otaczał Go tłum.

„Nadchodzi czas nowego wina, Eleazarze,” odpowiedział równie cicho. „Wina, które będzie przelane za wielu.”

Nie rozumiałem wtedy Jego słów. Teraz, gdy piszę te słowa wieczorem, wciąż nie jestem pewien, co miał na myśli. Ale czuję niepokój, jakby zbliżało się coś strasznego.


14 dzień miesiąca Nisan, rok 3798 (dzień Paschy, po ukrzyżowaniu)

Piszę te słowa z sercem ciężkim jak kamień. Jezus z Nazaretu nie żyje. Został ukrzyżowany dzisiaj na wzgórzu Golgoty, jak pospolity przestępca, między dwoma złoczyńcami.

Wszystko wydarzyło się tak szybko. Wczoraj wieczorem został aresztowany w Ogrodzie Getsemani. Dziś rano stanął przed Sanhedrynem, potem przed Piłatem, potem przed Herodem, znów przed Piłatem. Oskarżenia o bluźnierstwo, o podburzanie ludu, o nazywanie się królem…

Tłum, ten sam tłum, który kilka dni temu witał Go okrzykami „Hosanna!”, dziś krzyczał „Ukrzyżuj Go!”. Jak to możliwe? Jak mogli się tak szybko odwrócić?

Byłem tam, na Golgocie. Nie mogłem się powstrzymać – musiałem zobaczyć, musiałem być świadkiem. Stałem w tłumie, wśród niewiast, które Go opłakiwały, wśród Jego uczniów, którzy patrzyli z oddali, zbyt przerażeni, by podejść bliżej.

Jego matka była tam, Maria, ta sama, która poprosiła Go o pomoc, gdy zabrakło wina na weselu. Stała pod krzyżem, podtrzymywana przez młodego mężczyznę, którego Jezus, jak słyszałem, szczególnie miłował.

„Niewiasto, oto syn twój,” powiedział Jezus do swojej matki, wskazując na ucznia. „Oto matka twoja,” powiedział do ucznia.

Nawet w chwili śmierci myślał o innych, troszczył się o tych, których zostawiał.

A potem zawołał głośno: „Wykonało się!” i oddał ducha.

W tym momencie ziemia zatrzęsła się, niebo pociemniało, choć była dopiero godzina dziewiąta (trzecia po południu). Zasłona świątyni, jak mi potem powiedziano, rozdarła się na dwoje, od góry do dołu.

Setnik rzymski, który nadzorował egzekucję, patrzył na to wszystko z rosnącym przerażeniem. I usłyszałem, jak mówi: „Prawdziwie, ten człowiek był Synem Bożym”.

Syn Boży. Czy to możliwe? Czy człowiek, który zamienił wodę w wino na weselu w Kanie, który nauczał o miłości i przebaczeniu, który uzdrawiał chorych i przywracał wzrok niewidomym, był naprawdę Synem Bożym?

Jeśli tak, to dlaczego umarł? Dlaczego pozwolił się ukrzyżować? Dlaczego nie użył swojej mocy, by się uwolnić, by pokonać swoich wrogów?

Nie rozumiem. Czuję się, jakbym znowu stał przy stągwiach w Kanie, patrząc, jak woda staje się winem, nie rozumiejąc, jak to możliwe.

Ale teraz to nie woda stała się winem. To nadzieja zamieniła się w rozpacz.


16 dzień miesiąca Nisan, rok 3798 (dwa dni po ukrzyżowaniu)

Trudno mi zebrać myśli, trudno znaleźć słowa, by opisać to, co się dzieje. Miasto huczy od plotek, jednych bardziej niewiarygodnych od drugich.

Grób Jezusa jest pusty. Ciało zniknęło. Strażnicy, którzy mieli pilnować grobu, opowiadają o trzęsieniu ziemi, o aniele, który odwalił kamień. Kobiety, które poszły namaścić ciało, twierdzą, że widziały Go żywego. Niektórzy uczniowie podobno też Go spotkali.

Zmartwychwstał? Czy to możliwe?

Cztery lata temu widziałem, jak woda staje się winem. Widziałem cud na własne oczy. Ale to… to wykracza poza wszystko, co potrafię pojąć.

A jednak… czy śmierć nie jest jak woda? Czysta, przejrzysta, pozbawiona smaku i koloru życia? A czy życie nie jest jak wino – bogate, złożone, pełne smaku i aromatu?

Czy Ten, który zamienił wodę w wino, nie mógłby zamienić śmierci w życie?

Chodziłem dziś po mieście, szukając uczniów Jezusa, próbując dowiedzieć się prawdy. Są przestraszeni, ukrywają się, bojąc się, że spotka ich ten sam los, co ich Mistrza. Ale w ich oczach widzę coś więcej niż strach. Widzę… nadzieję? Zdumienie? Radość, która przebija się przez żałobę?

Jeden z nich, Tomasz, jest sceptyczny. „Jeśli nie zobaczę na Jego rękach śladów gwoździ i nie włożę palca w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki do Jego boku, nie uwierzę,” powiedział, gdy inni opowiadali o spotkaniach ze zmartwychwstałym.

Rozumiem go. Ja też chciałbym zobaczyć, dotknąć, przekonać się na własne oczy. Ale czy nie widziałem już wystarczająco wiele, by uwierzyć? Czy cud w Kanie nie był zapowiedzią czegoś większego?

Czekam. Patrzę. Słucham. I czuję, jak ziarno wiary, zasiane cztery lata temu, kiełkuje w moim sercu.


25 dzień miesiąca Nisan, rok 3798 (dziesięć dni po zmartwychwstaniu)

Dziś spotkałem Tomasza, tego samego, który wątpił w zmartwychwstanie. Wydawał się całkowicie odmieniony – z człowieka pełnego wątpliwości stał się płomiennym wyznawcą.

„Widziałem Go,” powiedział mi, a jego oczy błyszczały. „Pokazał mi swoje rany. Pozwolił mi dotknąć swojego boku. To On, Eleazarze. On żyje!”

Opowiedział mi, jak Jezus pojawił się wśród uczniów, choć drzwi były zamknięte. Jak pokazał im swoje rany, jak jadł z nimi, rozmawiał, wyjaśniał Pisma.

„On jest Panem i Bogiem moim,” powiedział Tomasz, cytując własne słowa, które wypowiedział, gdy ujrzał zmartwychwstałego Jezusa.

Pan i Bóg.

Ten sam człowiek, który był na weselu w Kanie, który zamienił wodę w wino, aby radość nowożeńców nie została zmącona – ten sam człowiek jest Panem i Bogiem?

A jednak… czy ktokolwiek poza Bogiem mógłby czynić to wszystko? Zamieniać wodę w wino, uzdrawiać chorych, wskrzeszać umarłych? Czy ktokolwiek poza Bogiem mógłby sam powstać z martwych?

„Co teraz?” zapytałem Tomasza. „Co będziecie robić?”

„Czekamy,” odpowiedział. „Mistrz polecił nam zostać w Jerozolimie, aż otrzymamy moc z wysoka. Potem mamy iść na cały świat i głosić dobrą nowinę.”

Dobrą nowinę. Tak, to jest dobra nowina – że śmierć nie jest końcem. Że Ten, który zamienił wodę w wino, może zamienić nasz smutek w radość, naszą rozpacz w nadzieję, naszą śmierć w życie.

Wracam do Kany jutro. Do mojej winnicy, do mojego życia. Ale już nic nie będzie takie samo. Bo teraz wiem, że prawdziwym Winiarzem jest On – Jezus, Pan i Bóg, który z wody czyni wino, a ze śmierci życie.


28 dzień miesiąca Ijar, rok 3798 (pięćdziesiąt dni po zmartwychwstaniu)

Słyszałem o tym, co stało się w Jerozolimie w dzień Pięćdziesiątnicy. O wietrze i ogniu, o uczniach mówiących obcymi językami, o trzech tysiącach ludzi przyjmujących chrzest w jeden dzień.

Nie byłem tam, ale Tomasz przysłał mi wiadomość. „To się zaczęło,” napisał. „Królestwo się rozprzestrzenia.”

Tutaj, w Kanie, też to widzę. Coraz więcej ludzi mówi o Jezusie, o Jego naukach, o Jego zmartwychwstaniu. Zbierają się w domach, łamią chleb, dzielą się winem, wspominając Jego słowa.

Nawet ja, prosty winogrodnik, opowiadam o tym, co widziałem. O wodzie, która stała się winem. O człowieku, który stał się Bogiem – a może raczej o Bogu, który stał się człowiekiem.

Nathan i Rebeka, ci sami, których wesele było świadkiem pierwszego cudu, są teraz wśród pierwszych wyznawców w Kanie. W ich domu zbiera się wspólnota wierzących. A wino, które podają podczas tych spotkań, nie jest już zwykłym winem – jest pamiątką, symbolem, sakramentem.

„To jest Krew moja,” miał powiedzieć Jezus podczas ostatniej wieczerzy, podając kielich swoim uczniom. „Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów.”

Teraz rozumiem, co miał na myśli, mówiąc o „nowym winie” tamtego dnia w świątyni. Jego krew, przelana na krzyżu, jest tym nowym winem – winem, które daje życie, które przemienia, które jednoczy nas z Bogiem.

I ja, który byłem świadkiem pierwszego cudu, pierwszej przemiany, jestem teraz świadkiem nowej przemiany – przemiany serc, przemiany wspólnoty, przemiany świata.

Woda staje się winem. Śmierć staje się życiem. A zwykły winogrodnik z Kany staje się apostołem nowej drogi.

To jest moje świadectwo. To jest moja wiara. To jest moje wino – dojrzałe, pełne, gotowe do dzielenia się z innymi.

Koniec Pamiętnika Eleazara, winogrodnika z Kany Galilejskiej

Ten wpis został opublikowany w kategorii Nowy Testament i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *