– opowieść kobiety, która wyłowiła Mojżesza z rzeki
List pierwszy
Pałac w Pi-Ramzes, sezon pory wylewu, rok dwudziesty panowania mego ojca, Wielkiego Faraona, Pana Górnego i Dolnego Egiptu
Droga Nefertari, przyjaciółko mego dzieciństwa,
Piszę do Ciebie z pałacu, choć wolałabym uciec od dworskich intryg i spędzić wieczór na rozmowie z Tobą w Twojej posiadłości w Tebach, tak jak za dawnych dni. Wiem, że list ten dotrze do Ciebie za wiele dni, płynąc w górę Nilu, ale potrzebuję powiernika, a Ty zawsze byłaś osobą, której ufałam najbardziej.
Dziś wydarzyło się coś niezwykłego, co zmieni, jak przeczuwam, całe moje życie. Wczesnym rankiem, gdy słońce ledwie musnęło taflę Nilu, wybrałam się nad rzekę ze służącymi. Znasz mnie – zawsze wolałam ciszę brzegu o świcie od zgiełku pałacu. Potrzebowałam tego szczególnie teraz, gdy ojciec ogłosił, że wydaje mnie za kapłana Ptaha, człowieka trzykrotnie starszego ode mnie, którego ledwie znam.
Gdy szłyśmy wzdłuż trzcinowych zarośli, usłyszałyśmy cichy płacz. Początkowo myślałyśmy, że to może szakal lub inny zwierzęcy dźwięk. Ale płacz narastał, wyraźnie ludzki, dziecięcy. Kazałam służącym przeszukać zarośla i wtedy go znalazłyśmy – malutki koszyk, starannie uszczelniony żywicą, unoszący się wśród trzcin. A w nim – niemowlę, chłopiec, może dwu-, trzymiesięczny.
Natychmiast zrozumiałam, co to znaczy. Musiało to być dziecko hebrajskie. Jak wiesz, mój ojciec rozkazał zabijać wszystkich hebrajskich chłopców. Ten rozkaz zawsze napełniał mnie odrazą, choć nigdy nie śmiałam tego głośno powiedzieć. Ta matka musiała być niezwykle odważna – zamiast patrzeć na śmierć swojego dziecka, powierzyła je rzece i woli bogów.
Moje służące były przerażone. „Księżniczko, to hebrajskie dziecko”, powiedziała Tia. „Jeśli je weźmiesz, faraon się dowie. To wbrew jego rozkazom”.
W tym momencie stała się rzecz nieoczekiwana. Spomiędzy trzcin wyszła młoda hebrajska dziewczyna. Zapytała, czy mogłaby znaleźć dla dziecka mamkę wśród hebrajskich kobiet. Było w niej coś szczególnego – odwaga wymieszana z desperacją. Wydawała się znajoma z dzieckiem, może była jego siostrą?
Zgodziłam się bez wahania. Nefertari, wiem, co myślisz – że to szaleństwo. Że narażam się na gniew ojca. Ale nie mogłam postąpić inaczej. Gdy spojrzałam w oczy tego dziecka, poczułam, że jest ono kimś wyjątkowym, że Ma’at, bogini prawdy i harmonii, sprowadziła mnie tu nieprzypadkowo.
Nazwałam go Mojżesz, co w naszym języku znaczy „wyciągnięty z wody”. Postanowiłam adoptować go jako własnego syna. Hebrajska kobieta – jak się później dowiedziałam, jego prawdziwa matka – będzie go karmić, dopóki nie podrośnie, a potem sprowadzę go do pałacu.
Wiem, co ryzykuję. Ale czuję, że to dziecko jest darem od bogów, przeznaczonym do wielkich rzeczy. Możesz myśleć, że uległam chwilowemu kaprysowi, ale coś głęboko we mnie mówi, że to decyzja, której nigdy nie pożałuję.
Będę pisać częściej, gdy mały podrośnie. Czy Ty, przyjaciółko, zrozumiesz mój wybór? Czy znów nazwiesz mnie „księżniczką o zbyt miękkim sercu”?
Z tęsknotą za Twoją mądrą radą, Bithia
List drugi
Pałac w Pi-Ramzes, sezon pory zasiewu, cztery lata później
Droga Nefertari,
Wybacz długie milczenie. Życie na dworze stało się jeszcze bardziej skomplikowane, a ja musiałam poruszać się ostrożnie, by chronić mojego małego Mojżesza. Dziękuję za wszystkie Twoje listy, które były dla mnie wsparciem w tych trudnych czasach.
Mojżesz ma już prawie pięć lat i jest najinteligentniejszym dzieckiem, jakie kiedykolwiek spotkałam. Uczę go czytania hieroglifów, a on chłonie wiedzę jak wyschła ziemia wodę podczas wylewu. Jest ciekawy wszystkiego, zadaje pytania, które wprawiają w zakłopotanie nawet najuczeńszych skrybów.
Mój ojciec, faraon, początkowo był wściekły, gdy dowiedział się, że przygarnęłam hebrajskie dziecko. Ale gdy wytłumaczyłam mu, że nie mogłam mieć własnych dzieci po zeszłorocznej chorobie, jego gniew nieco zelżał. Myślę, że widzi w Mojżeszu szansę na to, bym jednak zostawiła po sobie dziedzica, choćby przybranego. Mojemu mężowi, jak wiesz, nie zależy na dzieciach – bardziej zajmują go rytuały świątynne niż życie rodzinne.
Mojżesz jest teraz oficjalnie członkiem rodziny królewskiej, ale jego hebrajskie korzenie nie są tajemnicą. Niektórzy dworzanie patrzą na niego z pogardą, inni z ciekawością. On sam wydaje się tego nie zauważać, ale obawiam się, że przyjdzie czas, gdy będzie musiał zmierzyć się z prawdą o swoim pochodzeniu.
Jego prawdziwa matka, Jochebed, wciąż jest częścią jego życia, choć on nie zna prawdy. Zatrudniłam ją jako jego opiekunkę, by mogła być blisko syna. Widzę w jej oczach mieszaninę wdzięczności i bólu za każdym razem, gdy musi zwracać się do własnego dziecka jak do pańskiego syna. To rozdziera mi serce, ale wiem, że to jedyny sposób, by Mojżesz był bezpieczny.
Wczoraj wydarzyło się coś, co mnie zaniepokoiło. Mojżesz bawił się z synem jednego z urzędników, gdy nagle zapytał mnie: „Mamo, dlaczego inni chłopcy mówią, że nie jestem prawdziwym Egipcjaninem?”. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Powiedziałam mu, że jest moim synem i to wszystko, co się liczy. Ale widziałam, że ta odpowiedź go nie zadowoliła.
Boję się, Nefertari. Boję się, że nadchodzi dzień, gdy będę musiała powiedzieć mu prawdę. Że nie jest moim synem z krwi, że jego lud jest zniewolony przez moją rodzinę, że jego życie zostało ocalone wbrew rozkazom jego przyszywnego dziadka, faraona.
A najbardziej boję się, że gdy pozna prawdę, straci go na zawsze.
Z sercem pełnym niepokoju, Bithia
List trzeci
Pałac w Pi-Ramzes, sezon pory żniw, dziesięć lat później
Najdroższa Nefertari,
Wybacz moje drżące pismo. Piszę do Ciebie w stanie wielkiego wzburzenia. Mojżesz odkrył prawdę o swoim pochodzeniu, i to w najgorszy możliwy sposób.
Teraz ma piętnaście lat i wyrasta na wyjątkowego młodzieńca. Ojciec, mimo początkowych oporów, pokochał go jak własnego wnuka i wprowadza go w tajniki zarządzania państwem. Mojżesz uczy się u najlepszych nauczycieli w Egipcie – zna matematykę, astronomię, strategię wojenną. Ale zawsze było w nim coś, co odróżniało go od innych młodych egipskich arystokratów – głęboka wrażliwość na cierpienie i niesprawiedliwość.
Wczoraj wymknął się z pałacu, by zobaczyć, jak żyją zwykli ludzie. Robił to już wcześniej, mimo moich ostrzeżeń. Tym razem jednak dotarł aż do osiedla niewolników hebrajskich. Był świadkiem, jak egipski nadzorca biczuje hebrajskiego robotnika. Mojżesz wpadł w furię. Podbiegł do nadzorcy, krzycząc, by przestał. Doszło do szarpaniny. Inni Hebrajczycy zaczęli się zbierać wokół nich.
Jeden z nich, starszy mężczyzna, podszedł do Mojżesza i powiedział wprost: „Dlaczego książę Egiptu broni niewolnika? Czy dlatego, że sam jesteś jednym z nas? Czy wiesz, że twoja matka ukryła cię w koszyku i puściła z nurtem rzeki, by uchronić cię przed śmiercią? Że córka faraona uratowała cię i wychowała jak własnego syna?”.
Mojżesz zamarł. Spojrzał na starca, potem na nadzorcę, wreszcie na hebrajskich robotników. A potem uciekł.
Wrócił do pałacu bladzi i milczący. Gdy przyszłam do jego komnaty, zapytał tylko: „Czy to prawda?”. Nie mogłam kłamać, nie jemu, nie teraz. Potwierdziłam, opowiedziałam mu wszystko – o rozkazie mojego ojca, o koszyku na rzece, o jego prawdziwej matce, która była jego opiekunką przez pierwszych kilka lat.
Nie krzyczał, nie płakał. Po prostu siedział, wpatrując się w ścianę z hieroglifami opowiadającymi o wielkości Egiptu. W końcu powiedział: „Całe moje życie było kłamstwem”.
Próbowałam mu wytłumaczyć, że miłość, którą go darzyłam, nigdy nie była kłamstwem. Że dla mnie zawsze był i będzie synem. Ale widziałam w jego oczach, że coś się w nim załamało, że utracił grunt pod nogami.
Dziś rano jego pokój był pusty. Zostawił tylko krótką wiadomość: „Muszę znaleźć prawdę. Wybacz, matko”.
Nefertari, nie wiem, co robić. Ojciec jest wściekły, każe go szukać. Obawiam się, że jeśli Mojżesz zostanie znaleziony, czeka go kara za ucieczkę. A jeśli nie zostanie znaleziony… boję się pomyśleć, co czeka go samotnego w świecie, który nagle stał się dla niego obcy.
Modlę się do wszystkich bogów, by chronili go, gdziekolwiek jest.
Z sercem złamanym, Bithia
List czwarty
Pałac w Pi-Ramzes, sezon pory wylewu, dwa tygodnie później
Nefertari, przyjaciółko najdroższa,
Mojżesz wrócił, ale obawiam się, że wydarzenia przybrały tragiczny obrót.
Odnalazł on swoją prawdziwą rodzinę – matkę Jochebed, brata Aarona i siostrę Miriam (to ona była tą dziewczyną, która zaproponowała mi mamkę dla niemowlęcia). Spędził z nimi kilka dni, poznając swoje korzenie, uczęc się o Bogu Hebrajczyków.
Wczoraj poszedł znów do miejsca pracy niewolników. Zobaczył, jak ten sam nadzorca bije hebrajskiego robotnika – jak się okazało, jego własnego kuzyna. Wpadł w szał i… Nefertari, on zabił tego nadzorcę. Uderzył go tak mocno, że człowiek upadł i już się nie podniósł.
Mojżesz zakopał ciało w piasku, myśląc, że nikt tego nie widział. Ale byli świadkowie. Wieści szybko dotarły do pałacu. Mój ojciec, faraon, wpadł w furię. „Twój przygarnięty syn zabił Egipcjanina w obronie niewolnika!” – krzyczał. „To zdrada! To potwierdzenie, że nigdy nie był jednym z nas!”.
Wydał rozkaz aresztowania Mojżesza i postawienia go przed sądem. Kara za zabójstwo egipskiego urzędnika jest tylko jedna – śmierć.
Udało mi się potajemnie spotkać z Mojżeszem przed jego ucieczką. Był zagubiony, przerażony, pełen wyrzutów sumienia. „Nie chciałem go zabić” – powtarzał. „Chciałem tylko, żeby przestał. Nie potrafiłem znieść niesprawiedliwości”.
Dałam mu złoto i klejnoty, które miały mu pomóc w ucieczce. Powiedziałam, by uciekał na wschód, za granicę Egiptu, gdzie władza faraona nie sięga. Objęłam go po raz ostatni, wiedząc, że prawdopodobnie już nigdy go nie zobaczę.
„Przepraszam, że nie byłam matką, jakiej potrzebowałeś” – powiedziałam przez łzy.
„Byłaś jedyną matką, jaką znałem” – odpowiedział. „I mimo wszystko, kochałem cię. Nadal kocham”.
A potem zniknął w ciemnościach.
Dziś rano ojciec wysłał oddziały, by go ścigały, ale mam nadzieję, że Mojżesz jest już daleko. Pałac huczy od plotek, a ja czuję na sobie spojrzenia pełne oskarżenia. „To jej wina” – szepczą. „Wychowała hebrajskiego węża na łonie Egiptu”.
Może mają rację? Może popełniłam błąd tamtego poranka, wyciągając koszyk z rzeki? Ale nawet teraz, gdy wszystko się zawaliło, nie żałuję. Dałam mu życie, wykształcenie, miłość. Co zrobi z tymi darami, zależy już tylko od niego.
Wiem, że zapłacę wysoką cenę za moją rolę w jego ucieczce. Ojciec już zapowiedział, że zostanę odesłana z dworu do świątyni Izydy w odległej prowincji. Mój mąż kapłan, obawiając się gniewu faraona, już się ode mnie odwrócił.
Ale to nieważne. Mojżesz żyje i jest wolny. Coś mi mówi, że jego historia dopiero się zaczyna.
Być może jest to ostatni list, jaki do Ciebie piszę jako księżniczka dworu. Następny może nadejść już ze świątyni, gdzie spędzę resztę moich dni w odosobnieniu.
Z miłością i wdzięcznością za Twoją przyjaźń, Bithia
List piąty
Świątynia Izydy w Bubastis, czterdzieści lat później
Najdroższa Nefertari,
Nie wiem, czy ten list Cię zastanie. Tyle lat minęło, a ja, stara kobieta, wciąż trzymam się życia, służąc jako kapłanka Izydy. Mój ojciec, Wielki Faraon, dawno odszedł do krainy zachodu, a wraz z nim wielu z tych, którzy pamiętali skandal sprzed dekad.
Ale ja wciąż pamiętam. I wciąż myślę o nim, o moim synu, którego los zabrał mi dwa razy – raz gdy poznał prawdę o swoim pochodzeniu, drugi raz gdy musiał uciekać z Egiptu.
Przez te wszystkie lata nie miałam o nim żadnych wieści. Czasem docierały do mnie plotki o hebrajskim księciu, który żyje wśród Midianitów, który poślubił córkę ich kapłana i pasie owce na pustyni. Ale nie wiedziałam, czy to o nim mowa, czy tylko o wymyślonych historiach, które ludzie lubią snuć o zaginionych książętach.
Aż do teraz.
Wczoraj do świątyni przybył posłaniec od obecnego faraona, mojego bratanka. Przyniósł wiadomości, które wywróciły mój świat do góry nogami.
Mojżesz wrócił do Egiptu.
Ale nie jako skruszony wygnaniec, nie jako człowiek szukający przebaczenia. Wrócił jako prorok Boga Hebrajczyków, żądający uwolnienia swojego ludu.
Podobno stanął przed faraonem z laską, która zamieniła się w węża. Mówią, że grozi plagami, jeśli jego żądania nie zostaną spełnione. Że już zamienił wody Nilu w krew, sprowadził żaby i robactwo na ziemię egipską.
Faraon jest wściekły. Wojownicy go szukają. Kapłani próbują przeciwdziałać jego czarom. Ale coś mi mówi, że to daremne.
Nefertari, pamiętasz, jak często mówiłam, że w oczach tego dziecka widziałam coś wyjątkowego? Teraz wiem, co to było. To nie było zwykłe dziecko, które wyłowiłam z rzeki. To był człowiek przeznaczony do wielkich rzeczy, prowadzony ręką boga potężniejszego niż wszyscy nasi bogowie.
Niektórzy w pałacu przeklinają moje imię, mówiąc, że to ja sprowadziłam tę katastrofę na Egipt, ratując hebrajskie dziecko. Ale czy można obwiniać strumień za to, że płynie do morza? Czy można obwiniać gwiazdę za to, że świeci? Czuję, że byłam jedynie narzędziem w rękach siły większej niż ja sama.
Mimo wszystkich nieszczęść, jakie spadły na mnie i na Egipt, nie żałuję tego poranka nad rzeką. Nie żałuję miłości, którą dałam temu dziecku. Nawet jeśli teraz stoi po drugiej stronie, nawet jeśli jego Bóg walczy przeciwko bogom mojego ludu.
Jestem już stara i być może nie zobaczę końca tej historii. Ale czuję, że będzie ona opowiadana przez pokolenia, długo po tym, jak ja i Ty, i wszyscy, których znamy, zamienimy się w pył.
Jeśli żyjesz jeszcze, przyjaciółko, napisz do mnie. A jeśli już dołączyłaś do naszych przodków w krainie zachodu, wiedz, że wkrótce się spotkamy.
Z miłością do końca, Bithia
List szósty
Świątynia Izydy w Bubastis, trzy miesiące później
Do rąk Nefertari lub jej potomków,
Piszę ten list, choć nie wiem, czy ktokolwiek go przeczyta. Egipt pogrążony jest w chaosie. Plagi, o których pisałam, były dopiero początkiem. Przyszły kolejne – grad, szarańcza, ciemność tak gęsta, że można jej było dotknąć. A wreszcie najstraszliwsza z nich – śmierć wszystkich pierworodnych Egipcjan.
Tylko domy Hebrajczyków zostały oszczędzone – te, które oznaczyły swoje drzwi krwią baranka. Płacz rozlegał się tej nocy po całym Egipcie, od pałacu faraona po najmniejszą wioskę. Nie było domu, w którym nie opłakiwano by kogoś.
Faraon w końcu się załamał. Pozwolił Hebrajczykom odejść, wraz z ich trzodami i dobytkiem. Poprowadził ich Mojżesz – mój syn, a jednocześnie ktoś zupełnie mi obcy – ku pustyni i Morzu Sitowia.
Ale gdy tylko wyszli, faraon zmienił zdanie. Wysłał za nimi rydwany, najlepszych wojowników. Myślał, że złapie ich przy morzu, że nie będą mieli dokąd uciec.
To, co stało się potem, trudno mi opisać, bo sama ledwie w to wierzę, choć słyszałam relacje z wielu źródeł.
Morze się rozstąpiło. Bóg Mojżesza stworzył suchą drogę przez wodę. Hebrajczycy przeszli na drugi brzeg, a gdy Egipcjanie ruszyli za nimi, wody wróciły na swoje miejsce, pochłaniając całą armię, wszystkie rydwany, wszystkich wojowników.
Egipt jest w żałobie. Straciliśmy nie tylko pierworodnych, ale też armię, kwiat naszego rycerstwa. Faraon zamknął się w swoich komnatach i podobno nikt nie może do niego dotrzeć.
A ja? Co czuję ja, kobieta, która wychowała człowieka, który to wszystko spowodował?
Smutek, oczywiście. Za moim ludem, za cierpieniem, które spadło na Egipt.
Ale też… dumę. Tak, dumę z Mojżesza. Z chłopca, którego kochałam, który wyrósł na człowieka o tak wielkiej sile ducha i wierze, że mógł przeciwstawić się największemu imperium świata. Który wyprowadził swój lud z niewoli ku wolności.
Nie jestem już księżniczką Egiptu. Nie jestem już nawet szanowaną kapłanką – zbyt wielu kojarzy mnie z „hebrajskim przeklętym księciem”. Jestem starą kobietą, która dożywa swoich dni w cieniu świątyni, opuszczona przez wszystkich.
Ale dziś, gdy piszę te słowa przy świetle olejnej lampy, czuję dziwny spokój. Jakbym zawsze wiedziała, że tak się to skończy. Że dziecko w koszyku, które wyłowiłam z Nilu, było przeznaczone do rzeczy większych niż wszystko, co mogłam sobie wyobrazić.
Mówią, że Hebrajczycy idą do ziemi obiecanej im przez ich Boga. Ziemi mlekiem i miodem płynącej. Że w przyszłości utworzą tam swoje królestwo.
Mówią też, że niosą ze sobą Arkę, w której przechowują tablice z przykazaniami, które Mojżesz otrzymał od swego Boga na górze Synaj.
Chciałabym zobaczyć Mojżesza jeszcze raz przed śmiercią. Spojrzeć w jego oczy – te same oczy, które patrzyły na mnie z koszyka wśród trzcin. Powiedzieć mu, że mimo wszystko, co się stało, jestem z niego dumna.
Ale wiem, że to niemożliwe. Nasze drogi rozeszły się na zawsze. On poszedł swoją ścieżką, ja swoją. A jednak czuję, że w jakiś sposób jesteśmy na zawsze połączeni – nie krwią, ale czymś silniejszym. Przeznaczeniem? Opatrznością? Wolą bogów, jego czy moich?
To już nie ma znaczenia. Słońce zachodzi nad Egiptem, który nie jest już tym samym krajem, jakim był przed powrotem Mojżesza. A ja czuję, że mój czas też dobiega końca.
Jeśli kiedyś, w przyszłości, ktoś odnajdzie te listy, niech wie, że opowieść o Mojżeszu nie zaczęła się od płonącego krzewu na pustyni czy od plag egipskich. Zaczęła się od czegoś prostszego, bardziej ludzkiego – od matki, która postanowiła uratować swoje dziecko, powierzając je rzece, i od kobiety, która znalazła to dziecko i postanowiła je kochać jak własne.
Resztę dopisali już bogowie.
[Tu kończą się listy Bithii, córki faraona, przybranej matki Mojżesza. Zostały odnalezione w alabastrowej skrzyni podczas wykopalisk w ruinach świątyni Izydy w Bubastis przez ekspedycję archeologiczną w 1923 roku. Autentyczność listów pozostaje przedmiotem debaty wśród historyków, ale niezależnie od ich pochodzenia, stanowią fascynujący wgląd w jedną z najbardziej znanych historii starożytnego świata, widzianą z perspektywy postaci, o której Biblia wspomina zaledwie kilkoma słowami.]