Kronika Pasterza z Betlejem

– relacja zwykłego pasterza, który był świadkiem narodzin Jezusa

Kronika Pasterza z Betlejem

Przedmowa

Ja, Elazar ben Jakub, pasterz z okolic Betlejem, będąc już starcem i czując, że niewiele mi zostało dni na tej ziemi, postanowiłem spisać to, czego byłem świadkiem wiele lat temu. Nie jestem uczonym ani skrybą, a moja ręka niepewnie kreśli te znaki, ale opowieść, którą chcę przekazać, jest zbyt ważna, by pozwolić jej odejść wraz ze mną.

Mój wnuk, Joel, który nauczył się czytać i pisać od pewnego greckiego kupca, pomaga mi przelewać moje wspomnienia na papirus. Czynię to nie dla własnej chwały, lecz by świadectwo o tym, co widziały moje oczy i słyszały moje uszy, przetrwało dla tych, którzy przyjdą po nas.

Okolice Betlejem, miesiąc Kislew, rok 3761 od stworzenia świata

Byłem młodym człowiekiem, ledwie dziewiętnastoletnim, gdy to się stało. Pamiętam dokładnie tę noc, choć minęło już tyle lat. Pracowałem wówczas jako pasterz, pilnując trzód należących do świątyni w Jerozolimie. Nie były to zwykłe owce – strzegliśmy stad przeznaczonych na ofiary w świątyni. Zwierzęta te musiały być bez skazy, dlatego nasza praca wymagała szczególnej uwagi i troski.

Tamtej zimy pogoda była łagodniejsza niż zwykle. Mimo to noce były chłodne, zmuszając nas do rozpalania ognisk na pastwiskach. Spaliśmy na zmianę, by zawsze ktoś czuwał nad stadem, gotowy odstraszyć wilki czy złodziei.

Betlejem było wówczas bardziej zatłoczone niż kiedykolwiek. Wszędzie wokół kręcili się ludzie przybyli na spis ludności zarządzony przez Rzymian. Cezar August, jak słyszeliśmy, chciał policzyć swych poddanych, by lepiej ściągać podatki. Każdy musiał udać się do miasta swoich przodków, a ponieważ Betlejem było miastem Dawida, zgromadziło się tam wielu potomków jego rodu.

My, pasterze, nie przejmowaliśmy się zbytnio tym spisem. Żyliśmy na uboczu społeczeństwa, pogardzani przez uczonych w Piśmie i faryzeuszy za naszą nieznajomość Prawa i niemożność uczestniczenia w świątynnych rytuałach oczyszczenia. Ironia losu – strzegliśmy owiec przeznaczonych dla świątyni, a sami byliśmy uważani za nieczystych, by do niej wejść.

Noc, która zmieniła wszystko

Była to noc jak każda inna. Pełniliśmy wartę z moim wujem Reubenem i dwoma starszymi pasterzami, Nathanem i Ezrą. Rozpaliliśmy ognisko, owinęliśmy się w płaszcze i przygotowaliśmy na długie czuwanie. Owce były spokojne, niebo czyste, usiane gwiazdami jaśniejszymi niż zwykle.

Pamiętam, że spojrzałem w kierunku Betlejem i zobaczyłem jedną wyjątkowo jasną gwiazdę, której nigdy wcześniej nie widziałem. Wskazałem ją Nathanowi, który znał niebo jak własną dłoń.

„To dziwne”, powiedział. „Ta gwiazda nie powinna tam być”.

Rozmawialiśmy o niej przez chwilę, ale wkrótce wróciliśmy do naszych zwykłych tematów – cen wełny, problemów z wilkami, ostatnich zarządzeń rzymskiego namiestnika.

I wtedy to się stało.

Najpierw było światło – nie takie jak od ogniska czy pochodni, ale jaśniejsze niż słońce w południe, choć nie oślepiające. Światło, które zdawało się wypełniać cały świat, a jednocześnie skupiać się wokół nas. Owce, zwykle płochliwe, nie uciekły, lecz stały nieruchomo, jakby zaczarowane.

A potem zobaczyliśmy go – istotę, której nie potrafię właściwie opisać. Miał postać ludzką, lecz był otoczony chwałą tak intensywną, że nie mogliśmy patrzeć wprost na niego. Wiedzieliśmy od razu, że to nie człowiek, lecz anioł Pański.

Padliśmy na twarz, przerażeni. W naszej tradycji wierzono, że ujrzenie anioła oznacza śmierć. Drżeliśmy, oczekując końca.

Ale anioł przemówił głosem, który brzmiał jak dźwięk wielu wód, a jednocześnie był łagodny i uspokajający: „Nie bójcie się! Zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu: dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan. A to będzie znakiem dla was: znajdziecie Niemowlę owinięte w pieluszki i leżące w żłobie”.

Zanim zdążyliśmy pojąć znaczenie tych słów, niebo wypełniło się niezliczoną liczbą podobnych istot, świetlistych i pięknych ponad wszelki opis. Śpiewali – jeśli można tak nazwać dźwięki, które wydawali – hymn chwały: „Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom Jego upodobania”.

Trwało to może chwilę, może wieczność – trudno powiedzieć. A potem zniknęli, pozostawiając nas w ciemności, która zdawała się teraz głębsza niż kiedykolwiek.

Przez długi czas nikt z nas nie mógł przemówić. Siedzieliśmy, patrząc na siebie nawzajem, niepewni, czy to, co widzieliśmy, było rzeczywistością, czy może wszyscy mieliśmy to samo senne widzenie.

W końcu Ezra, najstarszy z nas, przerwał ciszę.

„Chodźmy do Betlejem i zobaczmy, co się tam zdarzyło i o czym nam Pan oznajmił”.

Droga do Betlejem

Nie zastanawialiśmy się długo. Zostawiliśmy owce – coś, czego nigdy wcześniej nie zrobiliśmy, bo to oznaczało pewną karę, może nawet utratę pracy – i ruszyliśmy w stronę Betlejem. Nie było to daleko, może godzina drogi, ale tej nocy zdawało się, że dotarliśmy tam w mgnieniu oka.

Miasto było ciche, większość przybyszów już spała. Przeszliśmy wąskimi uliczkami, zastanawiając się, gdzie szukać. Anioł mówił o żłobie – to wskazywało na stajnię lub grotę używaną jako schronienie dla zwierząt. Takich miejsc było w Betlejem wiele, zwłaszcza teraz, gdy wszystkie gospody były przepełnione z powodu spisu.

Nathan, który znał miasto najlepiej, poprowadził nas do dzielnicy, gdzie znajdowały się najuboższe gospody. Za jedną z nich była grota używana jako stajnia.

I tam ich znaleźliśmy.

Święta Rodzina

Przed wejściem do groty zatrzymaliśmy się, nagle niepewni. Kim byliśmy, by niepokoić tych ludzi w środku nocy? Co im powiemy? Że anioły wysłały nas, by zobaczyć ich dziecko? Kto by uwierzył w taką historię?

Ale coś nas popychało do przodu. Weszliśmy, jeden za drugim, schylając głowy pod niskim wejściem.

Wnętrze było oświetlone małą lampką oliwną. W kącie stał żłób, taki, z którego zwierzęta jedzą siano. A w nim, owinięte w tkaniny, leżało niemowlę. Obok siedziała młoda kobieta, prawie dziewczyna jeszcze, patrząca na dziecko z wyrazem zmęczenia i niewypowiedzianej radości. Nieco dalej stał starszy mężczyzna o surowej, ale dobrotliwej twarzy.

Zatrzymaliśmy się, nie wiedząc, co powiedzieć. W końcu Reuben, mój wuj, wyszedł naprzód i opowiedział o aniele, o światłości, o słowach, które usłyszeliśmy.

Kobieta – Maria, jak się później dowiedzieliśmy – nie wydawała się zdziwiona naszą historią. Uśmiechnęła się tylko, jakby potwierdzając, że wszystko, co mówiliśmy, było prawdą. Mężczyzna, Józef, przyglądał się nam uważnie, ale bez nieufności.

Zapytali, czy chcemy zobaczyć dziecko. Podeszliśmy bliżej, jeden po drugim, i spojrzeliśmy na niemowlę w żłobie.

Trudno mi opisać, co czułem w tamtej chwili. Było to zwyczajne dziecko – małe, bezbronne, jak wszystkie nowonarodzone dzieci. A jednak było w nim coś, co sprawiało, że chciało się uklęknąć. Nie świetlistość jak u aniołów, nie majestat jak u królów, ale… obecność. Jakby patrząc na to maleństwo, patrzyło się jednocześnie na coś nieskończenie większego.

Ezra, stary, twardy pasterz, który nigdy nie okazywał emocji, uklęknął i zapłakał. My poszliśmy w jego ślady, nie rozumiejąc w pełni, dlaczego to robimy, ale czując, że to właściwe.

Rozmowa ze Świętą Rodziną

Zostaliśmy tam dłużej, niż zamierzaliśmy. Maria opowiedziała nam swoją historię – o aniele, który nawiedził ją w Nazarecie, o jej zaślubinach z Józefem, o ich podróży do Betlejem na spis. O tym, jak nie znaleźli miejsca w gospodzie i musieli schronić się w tej stajni, gdzie urodziło się dziecko.

Józef z początku był bardziej powściągliwy, ale w końcu i on otworzył się przed nami. Opowiedział o swoich wątpliwościach, gdy dowiedział się o ciąży Marii, o aniele, który przyszedł do niego we śnie, o jego decyzji, by przyjąć Marię i jej dziecko.

Dziecko nazwali Jeszua – Jezus, co znaczy „Bóg zbawia”. Anioł powiedział im, że będzie on wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, że posiądzie tron Dawida i będzie królował nad domem Jakuba na wieki, a jego panowaniu nie będzie końca.

Słuchając ich, czuliśmy, jak nasza wiara miesza się z niedowierzaniem. Czy to możliwe, by Mesjasz, którego cały Izrael oczekiwał od pokoleń, przyszedł na świat w takiej nędzy? By narodził się w stajni, zamiast w pałacu? By jego narodzinom towarzyszyli prości pasterze, a nie kapłani i uczeni w Piśmie?

A jednak wszystko wskazywało na to, że tak właśnie miało być. Anioł nazwał go Mesjaszem, Panem. Maria i Józef potwierdzili te słowa. A my, patrząc na to dziecko, czuliśmy, że jesteśmy świadkami czegoś, co zmieni bieg historii.

Powrót do codzienności

Gdy pierwsze promienie słońca zaczęły rozjaśniać niebo, przypomnieliśmy sobie o naszych obowiązkach. Musieliśmy wrócić do owiec, które zostawiliśmy bez opieki.

Przed odejściem jeszcze raz spojrzeliśmy na dziecko. Maria pozwoliła nam je dotknąć, pobłogosławić. Józef obiecał, że będą w Betlejem jeszcze przez jakiś czas, zanim wrócą do Nazaretu.

Wychodziliśmy stamtąd inni niż przyszliśmy. Jakby ciężar, który nieświadomie nosiliśmy całe życie, został z nas zdjęty. Szliśmy przez miasto, opowiadając każdemu, kogo spotkaliśmy, o tym, co widzieliśmy i słyszeliśmy. Niektórzy nam wierzyli, inni patrzyli na nas jak na szaleńców albo pijanych. Ale nie dbaliśmy o to.

Gdy dotarliśmy do naszych stad, ze zdumieniem odkryliśmy, że owce są całe i zdrowe, jakby strzeżone przez niewidzialnych opiekunów podczas naszej nieobecności.

Późniejsze wydarzenia

W ciągu następnych dni wielokrotnie wracaliśmy do groty, by odwiedzić Marię, Józefa i małego Jezusa. Za każdym razem przynosiliśmy im skromne dary – świeże mleko, ser, chleb, czasem kawałek mięsa. Józef był cieślą i planował znaleźć pracę w Betlejem, zanim wrócą do Nazaretu.

Około osiem dni po narodzinach zabrali dziecko do świątyni w Jerozolimie, by dokonać obrzezania i ofiarować je Panu, zgodnie z Prawem Mojżeszowym. Gdy wrócili, opowiedzieli nam o starcu imieniem Symeon i prorokini Annie, którzy rozpoznali w Jezusie obiecanego Mesjasza.

Kilka tygodni później przybyli do Betlejem niezwykli goście – mędrcy ze Wschodu, prowadzeni przez tę samą gwiazdę, którą zauważyliśmy w noc narodzin. Przywieźli cenne dary: złoto, kadzidło i mirrę. Ich przybycie wywołało poruszenie w całym mieście.

Niedługo potem Święta Rodzina nagle zniknęła. Dowiedzieliśmy się później, że uciekli do Egiptu, ostrzeżeni przez anioła przed gniewem króla Heroda, który rozkazał zabić wszystkie dzieci poniżej dwóch lat w Betlejem i okolicach, w nadziei, że wśród nich będzie Mesjasz, o którym mówili mędrcy.

Byliśmy wstrząśnięci tą rzezią. Niektórzy z nas stracili synów, wnuków, bratanków. Zadawaliśmy sobie pytanie, dlaczego Bóg pozwolił na takie okrucieństwo. Dlaczego ocalił swojego Syna, a pozwolił umrzeć innym niewinnym dzieciom?

Nie mieliśmy odpowiedzi. Mamy je dopiero teraz, po latach, widząc, jak wypełnia się plan Boży.

Refleksje po latach

Wiele lat minęło od tamtej nocy. Herod umarł, jego synowie podzielili królestwo. Rzymianie zacieśnili swoją kontrolę nad Judeą. A my, pasterze, którzy byli świadkami cudu, rozeszliśmy się w różne strony.

Niektórzy z nas próbowali śledzić losy Jezusa. Wiedzieliśmy, że wrócił z Egiptu po śmierci Heroda i zamieszkał z rodzicami w Nazarecie. Od czasu do czasu docierały do nas wieści o niezwykłym dziecku, a potem młodzieńcu, który zadziwiał uczonych w Piśmie swoją mądrością.

A teraz, po trzydziestu latach, słyszymy o nauczycielu z Nazaretu, który głosi nadejście Królestwa Bożego, uzdrawia chorych, wypędza demony i gromadzi wokół siebie uczniów. Mówią, że to ten sam Jezus, syn Marii i Józefa. Ten sam, którego widzieliśmy jako niemowlę w żłobie.

Niektórzy z moich towarzyszy tamtej nocy już nie żyją. Ezra zmarł dziesięć lat temu, Nathan piętnaście. Reuben jeszcze żyje, ale jest już bardzo słaby. Ja sam czuję, że mój czas też się kończy.

Ale zanim odejdę, chcę zostawić to świadectwo. By ci, którzy przyjdą po nas, wiedzieli, że byliśmy tam. Że widzieliśmy anioły. Że trzymaliśmy w ramionach Mesjasza, gdy był jeszcze niemowlęciem. Że byliśmy pierwszymi, obok Marii i Józefa, którzy oddali mu cześć.

I by wiedzieli, że Bóg wybiera to, co w oczach świata głupie, aby zawstydzić mędrców, i to, co słabe, aby zawstydzić mocnych. Bo jeśli prości pasterze, tacy jak my, mogli być świadkami początku największej historii wszech czasów, to naprawdę nikt nie jest zbyt mały czy nieważny w oczach Boga.

Epilog: Moje ostatnie życzenie

Spisuję te wspomnienia na prośbę mojego wnuka Joela, który jest jednym z uczniów Jezusa. Spotkał go nad Jeziorem Galilejskim i od razu uwierzył, że to Mesjasz. Joel mówi, że Jezus pamięta o pasterzach, którzy przyszli zobaczyć go w noc narodzin. Że kiedyś wspomniał o tym swoim uczniom, mówiąc, że pierwsi będą ostatnimi, a ostatni pierwszymi.

Jestem już stary i wiem, że nie dożyję, by zobaczyć, jak wypełni się posłannictwo Jezusa. Ale wierzę, że ten, którego widziałem jako bezbronne dziecko w żłobie, jest rzeczywiście Mesjaszem, Synem Bożym, Zbawicielem Izraela.

Moim ostatnim życzeniem jest, by ta historia została zachowana i przekazana dalej. By ci, którzy będą żyć setki czy tysiące lat po nas, wiedzieli, że pierwsza noc pierwszego roku nowej ery rozpoczęła się od światła anielskiego i pieśni chwały rozbrzmiewającej nad wzgórzami Betlejem.

A gdy to światło dotarło do prostych pasterzy, zmienili się na zawsze.

Elazar ben Jakub, pasterz z Betlejem

Ten wpis został opublikowany w kategorii Nowy Testament. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *