Dziennik Siostry Łazarza

– świadectwo wskrzeszenia brata

Dzień pierwszy miesiąca Nisan, rok 3791*

Piszę przy migotliwym świetle oliwnej lampy, gdy księżyc wspina się powoli na nocne niebo nad Betanią. Dom pogrążony jest w niepokojącej ciszy, przerywanej jedynie ciężkim oddechem mojego brata. Łazarz znów dostał wysokiej gorączki. Jego czoło płonie pod moimi dłońmi jak rozżarzony kamień z pieca, a skóra nabrała niepokojącej bladości, która kontrastuje z rumieńcami choroby na jego policzkach.

Od tygodnia obserwujemy, jak siły stopniowo go opuszczają. Początkowo myślałyśmy z Martą, że to tylko przejściowa dolegliwość, jakich wiele przechodziliśmy podczas zmiany pór roku. Lecz z każdym dniem jego stan się pogarsza, a my stajemy się coraz bardziej bezradne wobec choroby, której natury nie rozumiemy.

Marta, jak zawsze praktyczna, zajęła się przygotowaniem naparów z ziół leczniczych, które przyniosły mu chwilową ulgę. Dziś wieczorem, po wypiciu naparu z mięty, rumianku i miodu, zasnął na kilka godzin, ale teraz znów drży pod grubymi wełnianymi kocami, mamrocząc niezrozumiałe słowa w gorączce.

Po długiej naradzie podjęłyśmy decyzję. O świcie wyślemy posłańca do Nauczyciela. Łazarz jest Jego umiłowanym przyjacielem, a my wielokrotnie gościłyśmy Go w naszym domu. Jeśli ktokolwiek może pomóc, to On. Widziałam cuda, których dokonywał w Jerozolimie – jak przywracał wzrok niewidomym od urodzenia, jak sprawiał, że sparaliżowani wstawali i chodzili, jak dotyk Jego dłoni uzdrawiał trędowatych. Eliezer, syn naszego sąsiada, zgodzi się zanieść wiadomość. Nauczyciel przebywa obecnie za Jordanem, ale posłaniec powinien dotrzeć do Niego w ciągu dwóch dni.

Zapisuję te słowa, aby zachować świadectwo tego, co się dzieje. Czuję, że nadchodzą dni, które na zawsze zmienią nasze życie.

Dzień drugi miesiąca Nisan

Łazarz przespał większą część dnia. Eliezer wyruszył o świcie z naszą wiadomością do Nauczyciela. Dałyśmy mu najszybszego osła i zapasy na drogę. Marta przygotowała prosty posiłek dla naszego brata – wywar z soczewicy i chleb namoczony w oliwie – ale zjadł zaledwie kilka kęsów. Jego apetyt zanika z każdym dniem, co napełnia mnie rosnącym niepokojem.

Dziś odwiedził nas rabin z miejscowej synagogi. Przyniósł słowa pocieszenia i modlił się nad Łazarzem, recytując psalmy uzdrowienia. Po jego wyjściu Łazarz wydawał się spokojniejszy, choć nie jestem pewna, czy to zasługa modlitw, czy też po prostu chwilowe ustąpienie gorączki.

Większość dnia spędziłam przy łożu brata, zmieniając wilgotne płótna na jego czole i opowiadając mu historie z naszego dzieciństwa. Czasami, gdy wydawało się, że jest przytomny, wspominałam nauki Jezusa, które tak bardzo poruszały jego serce. Pamiętam jak Łazarz był zafascynowany, gdy Nauczyciel mówił o Królestwie Bożym, które jest pośród nas, o ziarnku gorczycy, które wyrasta na potężne drzewo, o Ojcu, który kocha swoje dzieci miłością przekraczającą ludzkie pojmowanie.

Marta, jak zawsze, znajduje ukojenie w działaniu. Sprząta dom, gotuje, przyjmuje sąsiadów, którzy przychodzą pytać o zdrowie Łazarza. Jestem jej wdzięczna, choć czasem nie rozumiem, jak może zajmować się codziennymi sprawami, gdy nasz brat walczy o życie. Ale taka już jest – silna, praktyczna, zawsze podejmująca się obowiązków z niestrudzoną energią. Ja nie potrafię odejść od łoża Łazarza na dłużej niż kilka chwil. Boję się, że gdy opuszczę jego pokój, coś się wydarzy… że gdy wrócę, już go nie zastanę.

Modlę się, by Nauczyciel przybył szybko.

Dzień trzeci miesiąca Nisan

Łazarz jest coraz słabszy. Z trudem przyjmuje wodę, którą podajemy mu łyżeczką, a jego skóra nabrała niepokojącego szarawego odcienia. Jego oddech stał się płytki i nierówny.

Marta przygotowała kąpiel z ziół, która miała obniżyć gorączkę. We dwie przeniosłyśmy go do balii z wodą. Był tak lekki, tak kruchy w naszych ramionach… Pamiętam, jak jeszcze kilka miesięcy temu pomagał sąsiadom przy zbiorach oliwek, jak dźwigał ciężkie kosze pełne owoców. Teraz jego ciało jest wychudzone, a mięśnie, które kiedyś były silne od pracy w polu, zanikły pod wpływem choroby.

Podczas kąpieli Łazarz otworzył oczy. Spojrzał na mnie z taką jasnością, że przez chwilę pomyślałam, że wraca do zdrowia. Wyszeptał: „Czy On przybył?”. Musiałam potrząsnąć głową. Nauczyciel wciąż nie nadchodzi.

Eliezer wrócił po południu. Przyniósł wiadomość od Jezusa, która wprawiła nas w osłupienie: „Ta choroba nie zmierza ku śmierci, ale ku chwale Bożej, aby dzięki niej Syn Boży został otoczony chwałą”.

Nauczyciel nie przybędzie natychmiast, jak miałyśmy nadzieję. Eliezer powiedział, że gdy przekazał naszą wiadomość, Jezus pozostał jeszcze dwa dni w miejscu, gdzie przebywał. Dwa dni! Każda godzina wydaje się wiecznością, gdy patrzę na gasnącego brata.

Słowa Nauczyciela powinny przynieść pocieszenie. „Ta choroba nie zmierza ku śmierci” – czy to oznacza, że Łazarz wyzdrowieje? Ale lęk ściska moje serce, gdy patrzę na jego wynędzniałą twarz. Jak choroba, która tak wyniszcza ciało, może nie zmierzać ku śmierci?

A jednak… pamiętam inne słowa Nauczyciela, które często powtarzał: „Wierzcie”. Czy potrafię uwierzyć wbrew temu, co widzą moje oczy? Czy potrafię zaufać Jego słowom, gdy wszystko wskazuje na to, że mój brat umiera?

Sąsiedzi przychodzą z pomocą. Przynoszą jedzenie, zioła, oferują swoje towarzystwo. Marta przyjmuje ich wszystkich z godnością, dziękuje za wsparcie, organizuje dom tak, by choroba brata nie zakłóciła jego funkcjonowania. Ja nie potrafię tak jak ona. Siedzę przy Łazarzu, trzymając jego gorącą dłoń, obserwując każdy oddech, każde drgnienie powiek. Czuwam, jakby moja obecność mogła go zatrzymać po tej stronie życia.

Wieczorem, gdy Łazarz na chwilę się przebudził, poprosił mnie, bym namaściła mu stopy. To prosty gest, który zawsze przynosił mu ulgę. Użyłam drogocennego olejku nardowego, tego samego, którym namaściłam stopy Nauczyciela, gdy ostatni raz gościł w naszym domu. Zapach wypełnił izbę, intensywny i słodki, przywodząc wspomnienia tamtego wieczoru. Pamiętam, jak Judasz oburzał się na „marnotrawstwo”, a Nauczyciel bronił mojego gestu, mówiąc, że to przygotowanie na dzień Jego pogrzebu. Teraz te same słowa brzmią złowieszczo, gdy namaszczam stopy mojego brata.

Dzień czwarty miesiąca Nisan

Łazarz walczy. Jego ciało jest rozpalone, jakby płonęło od wewnątrz, a oddech stał się świszczący i bolesny. Przez większość dnia majaczył, wypowiadając niezrozumiałe słowa. Czasami wzywał naszych rodziców, którzy odeszli wiele lat temu. Czy widzi ich już po drugiej stronie?

Rabin przychodził ponownie, tym razem z członkami minjanu – dziesięcioma mężczyznami z synagogi. Modlili się wokół łoża Łazarza, recytując Szema, wyznanie wiary naszego ludu. Ich głosy, zjednoczone w modlitwie, przynosiły pocieszenie, choć nie zdołały odpędzić cienia śmierci, który zawisł nad naszym domem.

Marta przygotowała wszystko na wypadek najgorszego. Widziałam, jak odkładała płótna pogrzebowe, jak przygotowywała mirrę i aloes do namaszczenia ciała. Jej praktyczność czasem mnie przeraża, ale wiem, że to jej sposób radzenia sobie z bólem – zajmować się tym, co konieczne, nie pozwalając emocjom przejąć kontroli.

Łazarz, nasz jedyny brat, nasza ostoja po śmierci rodziców, gaśnie na naszych oczach. A Nauczyciel wciąż nie nadchodzi.

Dzień piąty miesiąca Nisan

Wczoraj, o zmierzchu, gdy ostatnie promienie słońca wpadały przez okiennice, oświetlając łoże Łazarza miękkim, złotym światłem, wydarzyło się coś niezwykłego. Mój brat, który przez większość dnia leżał nieprzytomny, nagle otworzył oczy. Jego spojrzenie było jasne i przenikliwe, zupełnie wolne od mgły gorączki, która zasnuwała je w ostatnich dniach.

Spojrzał na mnie, na Martę, która właśnie weszła do izby z misą świeżej wody. Uśmiechnął się – jego pierwszy uśmiech od wielu dni. Uścisnął moją dłoń z zadziwiającą siłą i powiedział: „Nie płaczcie, siostry. Idę do miejsca, które Nauczyciel nam obiecał. Do domu naszego Ojca, gdzie jest mieszkań wiele.”

Marta upadła na kolana przy jego łożu, chwytając jego drugą dłoń. Łzy płynęły po jej twarzy – pierwszy raz widziałam, by moja silna siostra płakała od początku choroby Łazarza.

„Nie odchodź,” błagała. „Nauczyciel niedługo przybędzie. On cię uzdrowi, jak uzdrowił wielu innych.”

Łazarz potrząsnął głową, wciąż z tym samym spokojnym uśmiechem. „Jego wola jest ponad wszystkim,” wyszeptał. „Jeśli wola Boża jest taka, bym odszedł, przyjmuję ją z pokojem.”

Potem zwrócił się do mnie i dodał: „Mario, pamiętaj Jego słowa. On jest drogą, prawdą i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przez Niego. Wierzcie w Niego, a zobaczycie chwałę Bożą.”

To były jego ostatnie słowa. Wkrótce zapadł w głęboki, spokojny sen. Przez całą noc czuwałyśmy przy nim, trzymając jego dłonie, wsłuchując się w jego oddech, który stawał się coraz słabszy.

Przed świtem jego oddech stał się nierówny i rzężący. Wiedziałyśmy, że to koniec. Marta trzymała go za rękę, recytując psalmy. Ja klęczałam przy jego wezgłowiu, gładząc jego wilgotne od potu włosy. Wraz z pierwszymi promieniami słońca, które rozświetliły niebo nad Betanią, oddech Łazarza ustał zupełnie. Mój brat odszedł.

Dom wypełnił się płaczem. Marta zawiadomiła sąsiadów, którzy przekazali wieść o śmierci Łazarza dalej. Wkrótce przybyli profesjonalni żałobnicy – ich rozdzierające zawodzenie mieszało się z prawdziwym płaczem przyjaciół i sąsiadów, którzy kochali naszego brata.

A ja siedziałam przy jego ciele, trzymając jego dłoń, która stygła w moich dłoniach, nie mogąc uwierzyć, że już go nie ma. Gdzie jest Nauczyciel? Dlaczego nie przyszedł, gdy był tak bardzo potrzebny? Gdyby tu był, Łazarz by żył – jestem tego pewna. Jego dotyk, Jego słowo wystarczyłyby, by wyrwać brata z objęć śmierci.

Ale Nauczyciel jest daleko, a mój brat odszedł do krainy cieni. Czy naprawdę jest tam miejsce, które Jezus obiecał? Czy Łazarz widzi teraz chwałę Bożą, o której mówił?

Dzień szósty miesiąca Nisan

Zgodnie z naszym zwyczajem, należało jak najszybciej przygotować ciało do pochówku. Marta zarządziła wszystko z typową dla siebie skutecznością, choć widziałam, jak jej ręce drżą, gdy wydawała polecenia.

Przy pomocy kobiet z sąsiedztwa obmyłyśmy ciało Łazarza letnią wodą z olejkami. Jego skóra była zimna i dziwnie sztywna pod naszymi dłońmi. Wraz z każdym gestem, każdym rytuałem, docierało do mnie, że to naprawdę koniec – mój brat, mój opiekun, człowiek, który był ostoją naszej rodziny, nigdy więcej nie otworzy oczu, nie uśmiechnie się, nie wypowie naszych imion.

Owinęłyśmy ciało Łazarza w lniane płótna nasączone mirą, aloesem i innymi wonnościami, które miały opóźnić rozkład ciała i zamaskować jego zapach. Niektóre z tych wonności były drogocenne – dar od naszych sąsiadów i przyjaciół, którzy w ten sposób okazywali szacunek zmarłemu.

O zachodzie słońca, gdy zakończyły się przygotowania, mężczyźni z wioski pomogli nam przenieść ciało do grobu wykutego w skale za Betanią. Nasza rodzina posiadała tam niewielką komnatę grobową, gdzie spoczywali już nasi rodzice. Teraz dołączył do nich najmłodszy z rodziny.

Idąc w procesji pogrzebowej, słuchając lamentów żałobników i dźwięków fletów żałobnych, czułam się, jakbym śniła koszmarny sen. Jak to możliwe, że jeszcze kilka dni temu siedzieliśmy razem przy posiłku, rozmawiając o naukach Jezusa, a teraz odprowadzam mojego brata do grobu?

Gdy złożono ciało Łazarza w komorze grobowej, zatoczono ciężki kamień przed wejście. Każdy odgłos kamienia sunącego po skale rozdzierał moje serce na strzępy. Mój brat, mój jedyny brat…

Wróciłyśmy do domu, który teraz wydawał się pusty i obcy bez jego obecności. Zgodnie z tradycją, przez siedem dni będziemy siedzieć sziwę – okres intensywnej żałoby, podczas którego nie wolno nam pracować, myć się, namaszczać olejkami, studiować Tory ani wypełniać innych przykazań. Teraz siedzę na niskim stołku, z rozdartą szatą, przyjmując kondolencje od tych, którzy przychodzą nas pocieszyć.

Marta przyjmuje wyrazy współczucia z kamienną twarzą. Jest silniejsza ode mnie. Zawsze taka była. Ja nie potrafię powstrzymać łez, które płyną nieprzerwanie, jakby miały wypełnić pustkę, która pozostała po Łazarzu.

Dzień ósmy miesiąca Nisan

Trzeci dzień żałoby. Dom wciąż pełen jest gości – krewnych, przyjaciół, sąsiadów. Przychodzą, przynoszą jedzenie, siedzą z nami, dzielą nasz ból. To pocieszające, ale jednocześnie wyczerpujące. Czasem pragnę tylko ciszy, samotności, przestrzeni do przeżywania mojego żalu.

Judejczycy z Jerozolimy również przybyli, by nas pocieszyć. Niektórzy z nich to ważne osobistości – uczeni w Piśmie, członkowie Sanhedrynu. Łazarz miał wielu przyjaciół, był szanowany w całej okolicy za swoją mądrość i dobroć.

Rabini recytują fragmenty Psalmów i Księgi Hioba, które mówią o bólu straty i nadziei na Boże pocieszenie. Ich słowa są piękne, ale wydają się tak odległe od mojego cierpienia. Żadne słowa nie mogą wypełnić pustki, która pozostała po moim bracie.

Niektórzy goście szepczą między sobą, wymieniając spojrzenia, które mają być dyskretne, ale które doskonale widzę. Mówią o Nauczycielu, o tym, że nie przybył, choć był przyjacielem Łazarza. „Czy Ten, który otworzył oczy niewidomemu, nie mógł sprawić, by Łazarz nie umarł?” – to pytanie wisi w powietrzu, niewypowiedziane, ale obecne w każdym spojrzeniu.

Te same pytania dręczą moje serce. Nauczyciel wciąż nie przybył. Czy zapomniał o nas w naszym cierpieniu? Czy Jego miłość do Łazarza była mniejsza, niż sądziliśmy? Myśli te natychmiast budzą we mnie poczucie winy. Jak mogę wątpić w Tego, który przyniósł nam tak wiele światła, tak wiele nadziei?

A jednak… gdyby przybył wcześniej, Łazarz mógłby żyć.

Dzień dziesiąty miesiąca Nisan

Piąty dzień żałoby. Żałobnicy wciąż przychodzą, choć już nie tak licznie jak w pierwszych dniach. Nasza sąsiadka, Rebeka, przyniosła świeżo upieczony chleb i opowiedziała nam o cudzie, którego była świadkiem w Jerozolimie podczas ostatniego święta. Mówiła o paralityku, którego Jezus uzdrowił przy sadzawce Betesda – człowieku, który cierpiał przez trzydzieści osiem lat, a po jednym słowie Nauczyciela wstał i chodził.

Jej opowieść sprawiła, że moje serce znów wypełniło się goryczą. Dlaczego inni dostąpili łaski uzdrowienia, a mój brat – przyjaciel Jezusa – musiał umrzeć? Czy nie kocha nas tak, jak myśleliśmy?

Dziś rano Marta poderwała się nagle i wybiegła z domu. Nie rozumiałam, co się stało, dopóki nie wróciła, z twarzą rozjaśnioną nadzieją.

„Nauczyciel jest już blisko Betanii,” powiedziała zdyszana. „Idzie tu z uczniami.”

Przychodzi teraz, gdy Łazarz leży już cztery dni w grobie? Co może zmienić Jego obecność? Smutek i gorycz, które narastały we mnie przez te dni, sprawiły, że nie miałam siły wstać i wyjść Mu na spotkanie, jak uczyniła to Marta. Pozostałam w domu, otoczona żałobnikami, pogrążona w żałobie.

Dzień jedenasty miesiąca Nisan

Nie wiem, jak opisać to, co się wydarzyło. Drżą mi dłonie, gdy próbuję uchwycić słowami cud, którego byłam świadkiem. Jak opisać coś, co wykracza poza wszelkie ludzkie doświadczenie, co zaprzecza prawom natury i śmierci?

Wczoraj, gdy Marta wyszła na spotkanie Nauczyciela, ja pozostałam w domu, zbyt przygnębiona, by się ruszyć. Przyjmowałam kondolencje od kolejnych gości, czując, jak z każdą godziną mój smutek twardnieje w rodzaj wewnętrznego kamienia, który wypełniał moje ciało ciężarem nie do udźwignięcia.

Marta wróciła po jakimś czasie. Jej twarz, tak spokojna przez te wszystkie dni, teraz była ożywiona, oczy błyszczały w sposób, którego nie widziałam od dawna. Podeszła do mnie, pochyliła się i wyszeptała mi do ucha: „Nauczyciel przybył i woła cię.”

Coś w jej głosie – nuta nadziei, której nie potrafiłam nazwać – sprawiło, że zerwałam się z miejsca. Wyszłam z domu tak szybko, że nie zdążyłam narzucić na siebie szala. Żałobnicy, widząc mój pośpiech, pomyśleli, że idę do grobu płakać, i ruszyli za mną.

Znalazłam Nauczyciela tam, gdzie spotkała Go Marta, na skraju wioski. Stał otoczony uczniami, zmęczony podróżą, z twarzą naznaczoną smutkiem. Gdy mnie zobaczył, Jego oczy napełniły się łzami.

Upadłam do Jego stóp, nie dbając o to, co pomyślą inni. Żal, który tłumiłam przez te dni, wybuchł ze mnie jak rzeka przełamująca tamę.

„Panie,” łkałam, „gdybyś tu był, mój brat by nie umarł.”

Jezus patrzył na mnie z takim współczuciem, z takim bólem, jakby moje cierpienie było Jego własnym. Potem spojrzał na płaczących żałobników, którzy przyszli za mną, i zapytał: „Gdzie go położyliście?”

„Panie,” odpowiedziałam, „chodź i zobacz.”

Zaprowadziliśmy Go do grobu – jaskini z kamieniem zatoczonym przed wejście. Tłum żałobników szedł za nami, szeptając między sobą, zastanawiając się, co zamierza uczynić Nauczyciel.

Jezus stanął przed grobem i zapłakał. Jego łzy spadały cicho, jedna po drugiej, jak perły na zakurzoną drogę. Nigdy wcześniej nie widziałam, by Nauczyciel płakał, i widok ten wstrząsnął mną do głębi. Syn Boży płacze nad grobem mojego brata…

Ktoś z tłumu powiedział: „Patrzcie, jak go miłował.” Inni pytali z goryczą: „Czy Ten, który otworzył oczy niewidomemu, nie mógł sprawić, by i ten nie umarł?”

Nauczyciel, wciąż ze łzami na twarzy, zwrócił się do stojących obok: „Odsuńcie kamień.”

Marta, zawsze praktyczna, zaprotestowała: „Panie, już cuchnie. Leży bowiem od czterech dni w grobie.”

Spojrzał na nią z powagą i odpowiedział: „Czyż nie powiedziałem ci, że jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą?”

Te słowa przypomniały mi wiadomość, którą przekazał nam Eliezer: „Ta choroba nie zmierza ku śmierci, ale ku chwale Bożej, aby dzięki niej Syn Boży został otoczony chwałą.” Czy to możliwe, że Nauczyciel wiedział od początku, co się wydarzy? Że pozwolił Łazarzowi umrzeć, by móc objawić coś większego?

Kilku mężczyzn podeszło do grobu i z wysiłkiem odsunęło kamień. Zapach rozkładającego się ciała uderzył w nas, przyprawiając o mdłości. Cztery dni w grobie, w ciepłym klimacie Judei, zrobiły swoje.

Nauczyciel podniósł oczy ku niebu i modlił się głośno: „Ojcze, dziękuję Ci, że Mnie wysłuchałeś. Ja wiedziałem, że zawsze Mnie wysłuchujesz, ale powiedziałem to ze względu na otaczający Mnie tłum, aby uwierzyli, żeś Ty Mnie posłał.”

Potem zawołał donośnym głosem, który zdawał się wypełniać całą przestrzeń wokół nas: „Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!”

Nastała cisza tak głęboka, że słyszałam bicie własnego serca. Wszyscy zamarli, wpatrując się w ciemny otwór grobowca. Czy naprawdę oczekiwaliśmy, że coś się wydarzy? Czy wierzyliśmy, że martwy może usłyszeć głos Nauczyciela?

A potem – o Adonai, chwała Twojemu imieniu na wieki! – z ciemności grobu wyłoniła się postać owinięta w całun. Mój brat, związany opaskami na rękach i nogach, z twarzą owiniętą chustą, stał w wejściu do grobowca. Żywy.

Tłum zamarł w niedowierzaniu. Niektórzy upadli na kolana, inni uciekli w przerażeniu. A ja? Ja stałam jak sparaliżowana, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Mój brat, który był martwy, stał przede mną, próbując zrobić krok, choć krępowały go pogrzebowe opaski.

Nauczyciel rzekł spokojnie: „Rozwiążcie go i pozwólcie mu chodzić.”

Jak we śnie podeszłam do Łazarza, razem z innymi, którzy odważyli się zbliżyć. Drżącymi dłońmi zaczęłam rozwiązywać opaski, które krępowały jego ciało. Gdy odsłoniłam jego twarz, zobaczyłam te same oczy, które zamknęły się w naszym domu cztery dni temu – teraz szeroko otwarte, pełne zdumienia i radości.

„Mario,” wyszeptał, a jego głos, choć słaby, był tym samym głosem, który znałam przez całe życie. „Mario, widziałem…”

Nie dokończył. Zalałam się łzami, obejmując go tak mocno, że obawiałam się, iż mogę zrobić mu krzywdę. Ale jego ciało było ciepłe, pełne życia, a nie kruche jak w chorobie. Poczułam, jak jego ręce obejmują mnie w odpowiedzi, silne jak dawniej.

Czy istnieją słowa, które mogłyby opisać ten moment? Jak opisać radość tak wielką, że sprawia ból? Jak wyrazić wdzięczność za dar tak niemożliwy do pojęcia? Mój brat, który był martwy, żyje. Jego ciało, które zaczęło już ulegać rozkładowi, jest znów ciepłe i pełne życia.

Spojrzałam na Nauczyciela, który stał nieco z boku, obserwując nasze łzy szczęścia i niedowierzania. W Jego oczach dostrzegłam miłość tak głęboką, tak niepojętą, że ugięły się pode mną kolana. To był moment objawienia – zrozumiałam wtedy coś, czego wcześniej nie pojmowałam w pełni, mimo wszystkich Jego nauk. On naprawdę ma władzę nad śmiercią. On naprawdę jest Tym, za którego się podaje – Synem Bożym, Mesjaszem, który przyszedł, by przynieść życie.

Wśród tłumu rozlegały się okrzyki zdumienia, płacz, śmiech, modlitwy. Niektórzy padali na ziemię, wyznając wiarę w Nauczyciela. Inni stali jak skamieniali, nie mogąc pojąć tego, co zobaczyli. A jeszcze inni – zauważyłam to kątem oka – oddalili się pośpiesznie, z twarzami pełnymi niepokoju.

Pomogliśmy Łazarzowi wrócić do domu. Szedł o własnych siłach, choć wciąż był osłabiony. Jego ciało, które jeszcze przed chwilą było martwe, teraz pulsowało życiem. To było niemożliwe do pojęcia, a jednak prawdziwe – cud tak wielki, że zaparł dech wszystkim, którzy go widzieli.

Dzień dwunasty miesiąca Nisan

Nasz dom znów wypełnił się ludźmi – tym razem nie żałobnikami, lecz zdumionymi świadkami cudu i tymi, którzy usłyszeli wieść i przyszli zobaczyć Łazarza na własne oczy. Przybywają z Jerozolimy, z Betfage, z okolicznych wiosek. Każdego dnia nowi goście pukają do naszych drzwi, by ujrzeć człowieka, którego Jezus wskrzesił z martwych.

Łazarz siedzi wśród nich, przyjmując gości z pokorą i spokojem, który mnie zadziwia. Nie ma w nim cienia dumy czy wyniosłości z powodu tego, czego doświadczył. Jest raczej jakby onieśmielony uwagą, którą mu poświęcają. Gdy pytają go o to, co widział po drugiej stronie, odpowiada powściągliwie. Mówi o świetle, o pokoju, o poczuciu bycia kochanym, ale nie wdaje się w szczegóły. Czasem wydaje mi się, że nie znajduje słów, by opisać swoje doświadczenie, innym razem mam wrażenie, że chroni coś, co jest zbyt święte, by dzielić się tym z ciekawskimi.

Jego spojrzenie jest teraz inne – jakby patrzył dalej i głębiej niż kiedykolwiek wcześniej. Jest w nim mądrość, której wcześniej nie dostrzegałam, spokój, który nie jest z tego świata. Czasem przyłapuję go na tym, że siedzi na dziedzińcu, wpatrując się w niebo, z wyrazem tęsknoty na twarzy. Czy żałuje, że wrócił? Czy tęskni za tym, co zobaczył po drugiej stronie?

Nie śmiem pytać. Jestem zbyt wdzięczna, że go odzyskałam, by zastanawiać się, czy on sam jest wdzięczny za powrót do życia.

Nauczyciel pozostał z nami przez kilka godzin po cudzie, ale potem odszedł z uczniami do Efraim, miasteczka położonego niedaleko pustyni. Pożegnał się z nami ciepło, błogosławiąc nasz dom. Wciąż widzę Jego oczy, gdy patrzył na Łazarza – pełne miłości, ale też jakby smutku, którego nie rozumiałam.

Zanim odszedł, Łazarz poprosił o chwilę rozmowy na osobności. Nie wiem, o czym mówili, ale gdy mój brat wrócił, jego twarz była spokojna, choć oczy błyszczały od łez.

Wczoraj doszły do nas niepokojące wieści. Podobno arcykapłani i faryzeusze zwołali Wysoką Radę. Świadkowie cudu zanieśli wieść do Jerozolimy, a przywódcy religijni są zaniepokojeni tym, co się stało. Jeden z naszych przyjaciół, który ma znajomości wśród członków Sanhedrynu, ostrzegł nas, że Rada obawia się rosnącej popularności Jezusa. „Jeżeli Go tak pozostawimy,” mieli powiedzieć, „to wszyscy uwierzą w Niego, i przyjdą Rzymianie, i zniszczą nasze miejsce święte i naród.”

Kajfasz, najwyższy kapłan w tym roku, miał powiedzieć: „Lepiej jest dla was, gdy jeden człowiek umrze za lud, niż miałby zginąć cały naród.” Od tego dnia – jak powiedział nasz przyjaciel – postanowili zabić Jezusa.

Ta wiadomość napełniła mnie przerażeniem. Czy cud, który przyniósł nam tyle radości, ma stać się przyczyną śmierci Nauczyciela? Czy nasze szczęście ma być okupione Jego cierpieniem?

Gdy podzieliłam się tymi obawami z Łazarzem, potrząsnął głową ze smutnym uśmiechem. „On wie, co Go czeka,” powiedział cicho. „Wiedział od początku. I przyjmuje to z miłością.”

Nie rozumiem tych słów, ale ufam, że mój brat, który zajrzał poza zasłonę śmierci, widzi więcej niż ja.

Dzisiaj dotarła do nas kolejna niepokojąca wiadomość. Podobno członkowie Wysokiej Rady planują zabić również Łazarza, bo z jego powodu wielu Judejczyków odchodziło do Jezusa i wierzyło w Niego. Żywy Łazarz jest świadectwem mocy Nauczyciela – świadectwem, które trudno podważyć. Łatwiej byłoby, gdyby zniknął.

Marta jest przerażona. Proponuje, byśmy opuścili Betanię, ukryli się na jakiś czas. Może w Galilei, gdzie Jezus ma wielu zwolenników, bylibyśmy bezpieczniejsi? Ale Łazarz odmawia ucieczki. „Zostanę tutaj,” mówi stanowczo. „Moje życie zostało mi dane powtórnie nie po to, bym uciekał ze strachu. Jestem żywym świadectwem mocy Nauczyciela i nie zaprę się tego, nawet jeśli miałbym znów umrzeć.”

Jego postawa napełnia mnie zarówno dumą, jak i lękiem. Czy tak wygląda chwała Boża, o której mówił Nauczyciel? Życie pośród śmiertelnego zagrożenia? A jednak, gdy patrzę na mojego brata, który powrócił z krainy umarłych, wiem, że już nic nie będzie takie jak dawniej. Śmierć została pokonana na naszych oczach. Czymże jest wobec tego strach przed ludźmi?

Wierzę teraz w to, co powiedział Nauczyciel przed wskrzeszeniem Łazarza: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki.” W tych słowach jest obietnica, która wykracza poza życie doczesne, poza strach przed śmiercią i bólem.

Dzień czternasty miesiąca Nisan

Przygotowujemy się do święta Paschy. Za kilka dni Jerozolima zapełni się pielgrzymami z całej Judei i diaspory. Ulice będą tętnić życiem, świątynia rozbrzmiewać modlitwami. To czas radości, wspominania wyzwolenia naszego ludu z niewoli egipskiej.

Ale w tym roku święto ma dla nas szczególne znaczenie. Cud wskrzeszenia Łazarza nadał nowe znaczenie słowom o wyzwoleniu, o przejściu ze śmierci do życia. Mój brat jest żywym znakiem mocy Bożej, która pokonuje nawet śmierć.

Nauczyciel przysłał wiadomość, że zamierza spędzić święto w Jerozolimie i chciałby najpierw zatrzymać się u nas w Betanii. Ta wieść napełniła nas radością, ale też niepokojem. Wiemy, że arcykapłani i faryzeusze czyhają na Jego życie. Czy bezpiecznie jest dla Niego przybywać tak blisko Jerozolimy?

A jednak – cóż może Mu zaszkodzić Ten, który ma moc nad śmiercią? Przygotowujemy dom na Jego przyjęcie. Tym razem to ja zajęłam się praktycznymi sprawami, pozwalając Marcie odpocząć. Planuję ucztę na Jego cześć – chcę, by czuł się u nas jak w rodzinie, jak w domu. Łazarz pomaga mi w przygotowaniach, choć wciąż jest osłabiony po swoim niezwykłym doświadczeniu.

Zastanawiam się, co przyniosą nadchodzące dni. Czuję, że zbliża się coś przełomowego, coś, co na zawsze zmieni bieg historii. Nie wiem, czy powinnam się cieszyć, czy bać.

Jedno wiem na pewno – po tym, czego byłam świadkiem, moja wiara w Nauczyciela jest niewzruszona. On naprawdę jest Tym, za którego się podaje – Mesjaszem, Synem Bożym, który przyszedł, by przynieść życie wieczne. Wiem to nie tylko dlatego, że wskrzesił mojego brata, ale dlatego, że w Jego obecności sama czuję się bardziej żywa, bardziej prawdziwa, bliższa temu, kim mam być.

Nasz dom w Betanii stał się miejscem pielgrzymek. Ludzie przychodzą, by zobaczyć Łazarza, dotknąć człowieka, który powrócił z krainy zmarłych. Niektórzy przychodzą z ciekawości, inni z niedowierzaniem, jeszcze inni z gorącą wiarą.

Dla mnie i dla Marty cud wskrzeszenia naszego brata jest codziennym świadectwem prawdziwości słów Nauczyciela: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem.” Każdego ranka, gdy budzę się i widzę Łazarza krzątającego się po domu, czuję, jak wiara wypełnia moje serce.

Nie wiem, co przyniesie przyszłość. Czasy są niespokojne, napięcie między Jerozolimą a Rzymem rośnie, a Nauczyciel staje się coraz bardziej kontrowersyjną postacią. Ale jedno wiem na pewno – gdy patrzę na mojego brata, który powrócił z krainy umarłych na jedno słowo Jezusa, wiem, że nadzieja jest silniejsza niż śmierć, a miłość potężniejsza niż grób.

To jest moje świadectwo. To jest historia wskrzeszenia Łazarza, opowiedziana przez jego siostrę, Marię z Betanii. Zapisuję te słowa, aby wszyscy, którzy je przeczytają, uwierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i aby wierząc, mieli życie w imię Jego.


*Rok 3791 według kalendarza żydowskiego odpowiada rokowi 30-31 n.e.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Nowy Testament i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *