– osobiste refleksje umiłowanego ucznia podczas ostatniego spotkania z Mistrzem
Wigilia Paschy, Jerozolima, rok 30 po narodzeniu Pańskim
Moje dłonie drżą, gdy kreślę te słowa. Muszę zapisać wszystko, co wydarzyło się dziś wieczorem, choć serce moje przepełnione jest tak wieloma uczuciami, że trudno mi je uporządkować. To był dzień jak żaden inny. Dzień, który na zawsze pozostanie w mojej pamięci.
Od rana czułem niepokój. Mistrz wysłał Piotra i mnie, abyśmy przygotowali wieczerzę paschalną. „Idźcie do miasta,” powiedział, „a spotka was człowiek niosący dzban wody. Idźcie za nim i powiedzcie gospodarzowi domu: Nauczyciel pyta: gdzie jest sala, w której mógłbym spożyć Paschę z moimi uczniami?” Wszystko wydarzyło się dokładnie tak, jak przepowiedział. Ten człowiek, to miejsce – jakby całe miasto przygotowywało się na to spotkanie, które miało być… ostatnim.
Tak, przeczuwaliśmy, że coś się kończy. Od dawna Mistrz mówił o swojej śmierci, choć nie chcieliśmy tego słuchać ani przyjąć do wiadomości. Piotr nawet sprzeciwił się Mu kiedyś otwarcie, na co Jezus zareagował z niezwykłą stanowczością. Ale dziś… dziś było inaczej. Jakby każda chwila była nasycona znaczeniem, jakby każde słowo, każdy gest miały zostać zapamiętane na wieki.
Gdy nadszedł wieczór, zajęliśmy miejsca wokół stołu. Pamiętam dokładnie, gdzie kto siedział. Ja byłem po prawicy Mistrza, tak blisko, że mogłem oprzeć głowę na Jego piersi. Judasz siedział po lewej stronie. Piotr był naprzeciwko, zawsze gotów do działania i reakcji.
Na początku wieczerzy zdarzył się moment, który nas wszystkich wprawił w zdumienie. Jezus wstał od stołu, zdjął wierzchnią szatę, przepasał się prześcieradłem, nalał wody do miednicy i zaczął umywać nam nogi. Nam – swoim uczniom! To zadanie dla niewolników, nie dla Mesjasza, Syna Bożego! Piotr, jak zwykle impulsywny, zaprotestował: „Panie, Ty chcesz mi umyć nogi?” Jezus odpowiedział: „Tego, co Ja czynię, ty teraz nie rozumiesz, ale poznasz to później.” Piotr nie ustępował: „Nie, nigdy mi nie będziesz nóg umywał!” Wtedy Jezus powiedział coś, co złamało jego opór: „Jeśli cię nie umyję, nie będziesz miał udziału ze Mną.” I natychmiast Piotr zmienił ton: „Panie, nie tylko nogi, ale i ręce, i głowę!”
Patrzyłem na to wszystko z niedowierzaniem. Ten, który uciszał burze i wskrzeszał umarłych, klęczał teraz przed nami i wykonywał posługę niewolnika. Gdy dotknął moich stóp, spojrzałem w Jego oczy i zobaczyłem w nich coś, czego nie umiem opisać – nieskończoną miłość, głęboki smutek i absolutną determinację.
Gdy skończył, wyjaśnił nam sens tego gestu: „Czy rozumiecie, co wam uczyniłem? Wy Mnie nazywacie Nauczycielem i Panem, i dobrze mówicie, bo nim jestem. Jeśli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wy powinniście sobie nawzajem umywać nogi. Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem.”
To była lekcja pokory i służby, której nigdy nie zapomnę. Nagle zrozumiałem, że królestwo, o którym mówił, nie jest z tego świata. Nie chodzi w nim o władzę, zaszczyty czy dominację, ale o służbę, oddanie, miłość.
Wieczerza trwała. Jedliśmy, rozmawialiśmy, wspominaliśmy minione wydarzenia. I nagle Mistrz spoważniał jeszcze bardziej. „Zaprawdę, powiadam wam: jeden z was Mnie zdradzi.” Te słowa spadły na nas jak grom. Jeden z nas? Kto? I dlaczego? Spojrzeliśmy po sobie zmieszani, każdy zastanawiał się w sercu, czy to o nim mowa. Nie mogliśmy uwierzyć, że w naszym kręgu, wśród tych, którzy porzucili wszystko, aby iść za Nim, mógł znaleźć się zdrajca.
Piotr dał mi znak, abym zapytał Mistrza, kto to jest. Skłoniłem się więc do Jego piersi i szepnąłem: „Panie, kto to jest?” Jezus odpowiedział cicho: „To ten, któremu podam kawałek chleba umoczony w misie.” I zaraz umoczył kawałek, podał Judaszowi i powiedział: „Co masz czynić, czyń prędzej.” Nikt z obecnych nie zrozumiał, co to znaczy. Myśleliśmy, że ponieważ Judasz trzymał pieniądze, Jezus polecił mu kupić coś na święto albo dać coś ubogim. Judasz wziął kawałek i natychmiast wyszedł. A była noc.
Gdy drzwi zamknęły się za Judaszem, atmosfera przy stole uległa przemianie. Jakby jakiś ciężar został zdjęty, jakby konieczne było, aby zdrajca odszedł, zanim nastąpi to, co najważniejsze. Twarz Jezusa stała się jeszcze bardziej poważna, ale jednocześnie pełna miłości. Zaczął do nas mówić jak nigdy dotąd:
„Teraz został otoczony chwałą Syn Człowieczy, a Bóg został otoczony chwałą w Nim. Dzieci, jeszcze krótko jestem z wami. Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Po tym wszyscy poznają, że jesteście moimi uczniami, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali.”
Te słowa zapadły głęboko w moje serce. Przykazanie miłości… Tak proste, a jednocześnie tak trudne. Miłować się wzajemnie Jego miłością – bezwarunkową, ofiarną, gotową do poświęceń.
Piotr, zawsze pierwszy do działania, przerwał tę refleksję pytaniem: „Panie, dokąd idziesz?” Jezus odpowiedział: „Dokąd Ja idę, ty teraz za Mną pójść nie możesz, ale później pójdziesz.” Piotr nie ustępował: „Panie, dlaczego teraz nie mogę pójść za Tobą? Życie moje oddam za Ciebie!” Wtedy Jezus wypowiedział słowa, które musiały być dla Piotra jak cios: „Życie swoje oddasz za Mnie? Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Kogut nie zapieje, a ty trzy razy się Mnie wyprzesz.”
Widziałem ból na twarzy Piotra. Nie mógł uwierzyć, że mógłby zawieść swojego Mistrza. A jednak Jezus wiedział. Wiedział o zdradzie Judasza, wiedział o zaparciu się Piotra, wiedział o naszym lęku i ucieczce. Wiedział wszystko, a mimo to kochał nas bezwarunkowo.
Potem wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał i dał nam, mówiąc: „Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje.” Następnie wziął kielich, odmówił dziękczynienie i podał nam, mówiąc: „Pijcie z niego wszyscy, bo to jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów. To czyńcie na moją pamiątkę.”
W tym momencie poczułem, że uczestniczę w czymś, co przekracza zwykłe rozumienie. To nie była już tylko wieczerza paschalna, ale coś nowego – ustanowienie nowego przymierza, nowego sposobu obecności Boga wśród nas. Jezus dawał nam siebie – swoje Ciało i Krew – jako pokarm duszy, jako znak niekończącej się miłości, jako obietnicę wiecznej obecności.
A potem zaczął mówić o tym, co nadchodzi. O tym, że odchodzi, ale nie zostawia nas sierotami. O tym, że idzie przygotować nam miejsce w domu Ojca. O tym, że pośle nam Ducha Prawdy, który nas wszystkiego nauczy i przypomni nam wszystko, co On nam powiedział.
„Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się nie lęka. Słyszeliście, że wam powiedziałem: Odchodzę i przyjdę znów do was. Gdybyście Mnie miłowali, rozradowalibyście się, że idę do Ojca.”
Te słowa pocieszenia mieszały się z zapowiedziami cierpienia i rozstania. Nie rozumieliśmy wszystkiego, ale czuliśmy, że uczestniczymy w czymś przełomowym, w wydarzeniu, które zmieni bieg historii.
Jezus mówił dalej, a każde Jego słowo było jak perła, którą chciałem zachować w sercu na zawsze. Mówił o sobie jako o winnym krzewie, a o nas jako o latoroślach. Mówił o miłości Ojca i o tym, że nie jesteśmy już sługami, ale przyjaciółmi. Mówił o nienawiści świata i o prześladowaniach, które nadejdą. Mówił o Duchu Świętym, który przyjdzie, aby przekonać świat o grzechu, o sprawiedliwości i o sądzie.
A na koniec wzniósł oczy ku niebu i modlił się – najpierw za siebie, potem za nas, swoich uczniów, a wreszcie za wszystkich, którzy uwierzą w Niego przez nasze słowo. Ta modlitwa, tak intymna i potężna zarazem, odsłoniła głębię Jego relacji z Ojcem i Jego miłości do nas. Prosił o jedność, o miłość, o chwałę dla tych, których Ojciec Mu powierzył.
„Ojcze, chcę, aby także ci, których Mi dałeś, byli ze Mną tam, gdzie Ja jestem, aby widzieli chwałę moją.”
Po tej modlitwie wyszliśmy do Ogrodu Oliwnego, na wzgórze zwane Getsemani. Tam czekała Go noc cierpienia i walki wewnętrznej, którą stoczył sam, podczas gdy my, Jego najbliżsi, zasnęliśmy. Ale to już inna historia, którą zapiszę innym razem.
Teraz, gdy kreślę te słowa w samotności nocy, zdaję sobie sprawę, że byłem świadkiem czegoś wyjątkowego. Jezus, wiedząc, że nadchodzi Jego godzina, nie myślał o sobie, ale o nas. Nie skupiał się na czekającym Go cierpieniu, ale na tym, aby przygotować nas na rozstanie, aby dać nam narzędzia do zrozumienia tego, co miało nastąpić, aby zapewnić nas o swojej nieustającej miłości i obecności.
Jestem wdzięczny, że mogłem być tak blisko Niego w tych ostatnich chwilach, że mogłem oprzeć głowę na Jego piersi, że mogłem usłyszeć bicie Jego serca. To serce, które kocha każdego człowieka miłością bezgraniczną, które za kilka godzin przestanie bić na krzyżu, aby potem, po trzech dniach, znów ożyć w chwale zmartwychwstania.
Nie wiem, co przyniesie jutro. Czuję lęk, ale i nadzieję. Jezus powiedział: „W świecie doznacie ucisku, ale odwagi! Jam zwyciężył świat.” Trzymam się tej obietnicy, gdy noc staje się coraz głębsza, a przeczucie nadchodzącej tragedii coraz silniejsze.
Noc po ukrzyżowaniu, Jerozolima
Wszystko się skończyło. Mistrz nie żyje. Jego ciało spoczywa w grobie Józefa z Arymatei, owinięte w płótno, namaszczone wonnościami. A ja… ja nie wiem, jak żyć dalej.
Dzień, który zaczął się od ostatniej wieczerzy, zakończył się największą tragedią. Po modlitwie w Ogrójcu Jezus został pojmany. Judasz przyprowadził żołnierzy i pocałunkiem wskazał im Mistrza. Ten pocałunek… symbol największej zdrady.
Wszyscy uciekliśmy. Tak, ja też. Ja, który spoczywałem na Jego piersi, który słyszałem Jego najintymniejsze słowa, który byłem świadkiem Jego chwały na górze Przemienienia. Uciekłem, zostawiając Go samego w rękach oprawców.
Ale potem, nie wiem skąd wzięła się we mnie odwaga, wróciłem. Znałem arcykapłana, więc mogłem wejść na dziedziniec pałacu, gdzie odbywał się proces. Piotr poszedł za mną, ale został przy bramie. Potem wpuściłem go, a on… trzy razy wyparł się Mistrza, tak jak przepowiedział Jezus. Gdy kogut zapiał, Piotr spojrzał na Jezusa, a Jezus spojrzał na niego. Ten wzrok łamie serce. Piotr wyszedł i gorzko zapłakał.
Proces był farsą. Fałszywi świadkowie, kłamliwe zeznania, pogarda dla podstawowych zasad sprawiedliwości. A jednak Jezus stał spokojny, godny, milczący wobec oskarżeń. Tylko gdy arcykapłan zapytał Go wprost: „Czy Ty jesteś Mesjasz, Syn Błogosławionego?”, odpowiedział: „Ja jestem. I ujrzycie Syna Człowieczego, siedzącego po prawicy Wszechmocnego i nadchodzącego z obłokami niebieskimi.” To wyznanie uznano za bluźnierstwo. Wyrok był przesądzony.
Potem był Piłat, Herod, biczowanie, korona cierniowa, purpurowy płaszcz, szyderstwa żołnierzy. I wreszcie krzyż.
Poszedłem za Nim na Golgotę. Nie mogłem Go opuścić w tej ostatniej drodze. Towarzyszyły mi kobiety, które służyły Jezusowi od początku – Jego matka, Maria, moja matka Salome, Maria Magdalena i inne. Stałem pod krzyżem i patrzyłem, jak umiera.
W pewnym momencie spojrzał na swoją matkę, potem na mnie i powiedział: „Niewiasto, oto syn Twój. Oto matka twoja.” W tej najcięższej chwili myślał o innych, nie o sobie. Powierzył mi opiekę nad swoją matką, a jej dał nowego syna. Od tej godziny wziąłem ją do siebie.
Potem zapadła ciemność. Nie tylko na niebie, które pociemniało w południe, ale i w moim sercu. Jezus zawołał głośno: „Eli, Eli, lama sabachthani?”, co znaczy: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” Te słowa będą mnie prześladować do końca życia. Czy naprawdę czuł się opuszczony przez Ojca? On, który zawsze był z Nim w tak intymnej jedności?
Potem powiedział: „Pragnę.” Podano Mu na hizopie gąbkę nasączoną octem. Gdy ją przyjął, rzekł: „Wykonało się!” I skłoniwszy głowę, oddał ducha.
W tym momencie zasłona przybytku rozdarła się na dwoje, ziemia zadrżała, skały popękały. Setnik, który stał naprzeciw, widząc, jak oddał ducha, rzekł: „Prawdziwie, ten człowiek był Synem Bożym.”
Teraz nie wiem, co dalej. Czy to naprawdę koniec? Czy wszystko, w co wierzyliśmy, było iluzją? Czy te trzy lata, które spędziliśmy z Nim, ucząc się, modląc, wędrując, głosząc królestwo Boże, były na próżno?
A jednak… a jednak przypominam sobie Jego słowa z ostatniej wieczerzy: „Odchodzę i przyjdę znów do was.” I inne: „Zaprawdę, powiadam wam: Wy będziecie płakać i zawodzić, a świat się będzie weselił. Wy będziecie się smucić, ale smutek wasz zamieni się w radość.”
Czy to możliwe? Czy On naprawdę wróci, jak obiecał? Czy smutek, który teraz wypełnia moje serce, zamieni się w radość?
Jedna rzecz jest pewna – nawet jeśli to koniec, nawet jeśli nie wrócił, nawet jeśli wszystko było inaczej, niż myśleliśmy, to i tak nie żałuję ani chwili spędzonej z Nim. Bo nikt nigdy nie kochał tak jak On. Nikt nigdy nie żył tak jak On. I nikt nigdy nie umierał tak jak On – z miłości do wszystkich.
Wieczór pierwszego dnia po szabacie
Nie mogę uwierzyć w to, co się stało! A jednak to prawda! Jezus żyje! Widziałem Go na własne oczy, dotykałem Jego ran, jadłem z Nim kolację!
Wszystko zaczęło się dziś rano. Maria Magdalena przyszła do grobu przed świtem i zobaczyła, że kamień jest odsunięty od grobu. Przestraszona, pobiegła do mnie i do Piotra, wołając: „Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono!”
Natychmiast pobiegliśmy do grobu. Biegłem szybciej niż Piotr i pierwszy dotarłem na miejsce. Zajrzałem do wnętrza i zobaczyłem leżące płótna, ale nie wszedłem do środka. Piotr, który przybył za mną, wszedł do grobu. On również ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą w jednym miejscu. Wtedy wszedłem i ja. Zobaczyłem i uwierzyłem. Jeszcze nie rozumieliśmy bowiem Pisma, że On ma powstać z martwych.
Wróciliśmy do siebie, zdumieni i pełni niepewności. A Maria została przy grobie i płakała. Gdy tak płakała, nachyliła się do grobu i ujrzała dwóch aniołów w bieli, siedzących tam, gdzie leżało ciało Jezusa: jednego w miejscu głowy, drugiego w miejscu nóg. Oni zapytali: „Niewiasto, czemu płaczesz?” Odpowiedziała im: „Zabrano Pana mego i nie wiem, gdzie Go położono.”
Gdy to powiedziała, odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to On. Jezus rzekł do niej: „Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz?” Ona myśląc, że to ogrodnik, powiedziała do Niego: „Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go zabiorę.” Jezus rzekł do niej: „Mario!” A ona obróciwszy się, powiedziała do Niego po hebrajsku: „Rabbuni”, to znaczy: „Nauczycielu!” Jezus rzekł do niej: „Nie zatrzymuj Mnie, jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca. Natomiast udaj się do moich braci i powiedz im: 'Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego oraz do Boga mego i Boga waszego.'”
Maria Magdalena poszła i oznajmiła uczniom: „Widziałam Pana!”, i co jej powiedział.
Kiedy Maria opowiedziała nam o tym spotkaniu, byliśmy zdumieni, ale też pełni wątpliwości. Czy to możliwe? Czy to nie była tylko wizja spowodowana żałobą i tęsknotą?
Tego samego dnia dwaj uczniowie byli w drodze do wsi zwanej Emaus. Jezus przyłączył się do nich, ale oni Go nie poznali. Dopiero przy łamaniu chleba otworzyły się im oczy i rozpoznali Go, ale On zniknął im z oczu. Natychmiast wrócili do Jerozolimy i opowiedzieli nam, co się wydarzyło.
A wieczorem, gdy byliśmy zgromadzeni w wieczerniku, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami. Wtedy przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nas: „Pokój wam!” Po tych słowach pokazał nam ręce i bok. Uradowaliśmy się, widząc Pana. A On rzekł znowu: „Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam.” Po tych słowach tchnął na nas i powiedział: „Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane.”
Tomasz, jeden z nas, nie był z nami, kiedy przyszedł Jezus. Gdy więc powiedzieliśmy mu: „Widzieliśmy Pana!”, odpowiedział: „Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę.”
Po ośmiu dniach, byliśmy znowu w domu, a z nami Tomasz. Drzwi były zamknięte, a Jezus przyszedł, stanął pośrodku i rzekł: „Pokój wam!” Następnie powiedział do Tomasza: „Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym!” Tomasz odpowiedział Mu: „Pan mój i Bóg mój!” Jezus rzekł do niego: „Uwierzyłeś, bo Mnie ujrzałeś; błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli.”
Teraz już nie mam wątpliwości. Jezus naprawdę zmartwychwstał. Nie jest to duch, złudzenie czy wytwór naszej wyobraźni. To On sam, w ciele, choć w ciele przemienionym, uwielbionym, nie podlegającym już śmierci.
Jego słowa z ostatniej wieczerzy nabrały nowego znaczenia: „Odchodzę i przyjdę znów do was”. Odszedł przez śmierć, ale wrócił przez zmartwychwstanie. I znowu: „Wy będziecie się smucić, ale smutek wasz zamieni się w radość”. Tak, płakałem przy Jego grobie, ale teraz moje serce przepełnia radość, której nie da się wyrazić słowami.
Jezus żyje! I to zmienia wszystko. Jego nauka o królestwie Bożym, Jego przypowieści, Jego cuda – wszystko to nabiera nowego sensu w świetle pustego grobu. On naprawdę jest Mesjaszem, Synem Bożym, Panem życia i śmierci.
Obiecał, że będzie z nami zawsze, aż do skończenia świata. I teraz wiem, że tak będzie. Nie widzę Go już oczyma ciała, jak podczas tych czterdziestu dni po zmartwychwstaniu, kiedy ukazywał się nam wielokrotnie. Ale widzę Go oczyma wiary i czuję Jego obecność w moim sercu.
Nigdy nie zapomnę naszego ostatniego spotkania nad Jeziorem Tyberiadzkim. Po powrocie do Galilei niektórzy z nas wrócili do rybołówstwa. Pewnego ranka, gdy łowiliśmy ryby bez powodzenia, ktoś zawołał do nas z brzegu: „Dzieci, czy macie co na posiłek?” Odpowiedzieliśmy, że nie. On rzekł: „Zarzućcie sieć po prawej stronie łodzi, a znajdziecie.” Zarzuciliśmy więc i nie mogliśmy jej wyciągnąć z powodu mnóstwa ryb.
Wtedy powiedziałem do Piotra: „To jest Pan!” Piotr, usłyszawszy, że to Pan, przywdział szatę – był bowiem nagi – i rzucił się do jeziora. My dopłynęliśmy łódką, ciągnąc za sobą sieć z rybami.
A gdy zeszliśmy na ląd, ujrzeliśmy rozłożone ognisko, a na nim ułożoną rybę oraz chleb. Jezus rzekł do nas: „Przynieście jeszcze ryb, któreście teraz ułowili.” Piotr poszedł i wyciągnął na brzeg sieć pełną wielkich ryb w liczbie stu pięćdziesięciu trzech. A pomimo tak wielkiej ilości, sieć się nie rozerwała.
Jezus rzekł do nas: „Chodźcie, posilcie się!” Żaden z nas nie odważył się zapytać: „Kto Ty jesteś?”, bo wiedzieliśmy, że to Pan. Jezus przyszedł, wziął chleb i podał nam, podobnie i rybę. To już trzeci raz, jak Jezus ukazał się uczniom od chwili, gdy zmartwychwstał.
A gdy jedliśmy, Jezus zapytał Szymona Piotra: „Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?” Odpowiedział Mu: „Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham.” Rzekł do niego: „Paś baranki moje!” I znowu, po raz drugi, powiedział do niego: „Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie?” Odpowiedział Mu: „Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham.” Rzekł do niego: „Paś owce moje!” Powiedział mu po raz trzeci: „Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie?” Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: „Czy kochasz Mnie?” I rzekł do Niego: „Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham.” Rzekł do niego Jezus: „Paś owce moje!”
Trzykrotne pytanie o miłość, trzykrotne zapewnienie ze strony Piotra, trzykrotne powierzenie mu misji pasterskiej – to było jak zmazanie trzykrotnego zaparcia się w noc pojmania. Jezus nie wypominał Piotrowi jego upadku, ale dał mu szansę na nowy początek, na odnowienie relacji, na potwierdzenie miłości.
Potem Jezus zapowiedział Piotrowi, jaką śmiercią uwielbi Boga. A gdy Piotr zapytał o mnie, Jezus odpowiedział: „Jeśli chcę, aby pozostał, aż przyjdę, co tobie do tego? Ty pójdź za Mną!” Rozeszła się więc wśród braci wieść, że uczeń ów nie umrze. Ale Jezus nie powiedział, że nie umrze, lecz: „Jeśli Ja chcę, aby pozostał, aż przyjdę, co tobie do tego?”
To właśnie ja jestem tym uczniem, który świadczy o tych sprawach i który je opisał. A wiemy, że świadectwo jego jest prawdziwe.
Teraz, gdy zapisuję te wspomnienia, moja dusza jest przepełniona wdzięcznością. Byłem przy Nim od początku Jego działalności, byłem świadkiem Jego cudów, słuchałem Jego nauk, byłem przy Nim podczas ostatniej wieczerzy, stałem pod Jego krzyżem i widziałem Go zmartwychwstałego. To więcej, niż mógłbym kiedykolwiek marzyć.
Rok później, Efez
Minął już rok od tych wydarzeń. Jesteśmy rozproszeni, każdy z nas głosi Dobrą Nowinę tam, gdzie Duch go prowadzi. Ja przebywam w Efezie wraz z Maryją, matką Jezusa, którą wziąłem do siebie, jak polecił mi Mistrz z krzyża.
Często wracam myślami do naszego ostatniego spotkania z Jezusem na Górze Oliwnej. Zebrał nas wszystkich i powiedział: „Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata.”
Po tych słowach został na naszych oczach uniesiony do nieba i obłok zabrał Go sprzed naszych oczu. Gdy wpatrywaliśmy się w Niego, jak wstępował do nieba, stanęli przy nas dwaj mężowie w białych szatach i rzekli: „Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba.”
Wróciliśmy wtedy do Jerozolimy i trwaliśmy jednomyślnie na modlitwie w wieczerniku, oczekując spełnienia obietnicy – zesłania Ducha Świętego. A w dzień Pięćdziesiątnicy, gdy byliśmy wszyscy razem, nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, w którym przebywaliśmy. Ukazały się nam języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nas spoczął jeden. I wszyscy zostaliśmy napełnieni Duchem Świętym, i zaczęliśmy mówić obcymi językami, jak nam Duch pozwalał mówić.
Od tego momentu nasze życie zmieniło się całkowicie. Przestaliśmy się bać, zaczęliśmy otwarcie głosić zmartwychwstanie Jezusa. Piotr przemawiał z taką mocą, że w jednym dniu przyłączyło się do nas około trzech tysięcy dusz! Codziennie trwaliśmy jednomyślnie w świątyni, a łamiąc chleb po domach, spożywaliśmy posiłek w radości i prostocie serca, wielbiąc Boga i ciesząc się życzliwością całego ludu. A Pan przymnażał codziennie tych, którzy dostępowali zbawienia.
Ale przyszły też prześladowania. Szczepan został ukamienowany jako pierwszy męczennik. Jakub, brat mój, został ścięty przez Heroda Agryppę. Wielu z nas zostało uwięzionych, biczowanych, wygnanych. Ale nic nie mogło powstrzymać rozprzestrzeniania się Dobrej Nowiny. Wręcz przeciwnie – im bardziej nas prześladowali, tym bardziej rosła liczba wierzących.
A ja, gdy patrzę wstecz, na to ostatnie spotkanie z Mistrzem podczas wieczerzy paschalnej, widzę, jak wszystko, co wtedy powiedział, wypełnia się na naszych oczach. Mówił o nienawiści świata, o prześladowaniach, ale także o radości, która przewyższy wszelki smutek. Mówił o Duchu Świętym, który nas wszystkiego nauczy. Mówił o miłości, która jest istotą nowego przykazania. I mówił o jedności, o której prosił Ojca w swojej modlitwie: „aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili jedno w Nas, aby świat uwierzył, że Ty Mnie posłałeś.”
Ta jedność między nami, uczniami, jest teraz moim największym pragnieniem. Dlatego nieustannie powtarzam wszystkim: „Dzieci, miłujcie się wzajemnie.” To jest istotą nauczania Jezusa, istotą Jego życia i misji. Bóg jest miłością, a kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim.
Czasem tęsknię za tymi prostymi dniami w Galilei, gdy chodziliśmy z Jezusem od wioski do wioski, gdy słuchaliśmy Jego przypowieści, gdy byliśmy świadkami Jego cudów. Ale wiem, że to, co teraz przeżywamy, jest wypełnieniem Jego planu. On przygotował nas na to rozstanie, dał nam wszystko, czego potrzebujemy, aby kontynuować Jego dzieło. I obiecał, że wróci.
Tymczasem czuję Jego obecność każdego dnia. Gdy gromadzimy się na łamaniu chleba, gdy głoszę Jego słowo, gdy modlę się w ciszy, gdy patrzę w oczy człowieka cierpiącego – On jest tam, ze mną, z nami. Jak obiecał: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata.”
Wiele lat później, Patmos
Jestem już stary. Jako jedyny z apostołów dożyłem późnej starości. Wszystkich innych spotkała śmierć męczeńska – Piotra ukrzyżowano głową w dół w Rzymie, Pawła ścięto, mojego brata Jakuba zabito mieczem, Tomasza przebito włóczniami w Indiach, Bartłomieja obdarto ze skóry w Armenii… Tylko ja pozostałem, zgodnie ze słowami Jezusa do Piotra: „Jeśli chcę, aby pozostał, aż przyjdę, co tobie do tego?”
Teraz przebywam na wyspie Patmos, dokąd zostałem zesłany „z powodu słowa Bożego i świadectwa Jezusa”. Tu, w samotności i ciszy, wracam często myślami do ostatniego spotkania z Mistrzem podczas wieczerzy paschalnej. Te wspomnienia są tak żywe, jakby to było wczoraj. Widzę Jego twarz, słyszę Jego głos, czuję dotyk Jego dłoni.
A jednak z perspektywy tych lat rozumiem, że tamto spotkanie było jeszcze głębsze, niż mogłem wtedy pojąć. Każde słowo, każdy gest był nasycony znaczeniem, które dopiero z czasem odkrywam w pełni.
Jezus, wiedząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował. Ta miłość przejawiła się w każdym momencie wieczerzy – w umyciu nam nóg, w ustanowieniu Eucharystii, w długiej mowie pożegnalnej, w modlitwie arcykapłańskiej.
Często zastanawiam się, dlaczego wybrał właśnie mnie, abym był tak blisko Niego w tych ostatnich chwilach. Ja, najmłodszy z apostołów, niedoświadczony, porywczy (nie bez powodu wraz z bratem zostaliśmy nazwani „synami gromu”). A jednak to ja spoczywałem na Jego piersi podczas wieczerzy, to mnie powierzył swoją matkę z krzyża, to ja jako pierwszy z apostołów uwierzyłem w Jego zmartwychwstanie, gdy zobaczyłem pusty grób.
Może właśnie dlatego, że byłem młody i otwarty, mogłem lepiej zrozumieć Jego nauki o miłości? „Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga. Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością.”
To jest istota wszystkiego, czego nauczał nas Jezus podczas ostatniej wieczerzy i całej swojej działalności. Miłość. Miłość, która nie szuka swego, która wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość, która nigdy nie ustaje.
Podczas tej wieczerzy Jezus pokazał nam, czym jest prawdziwa miłość – służbą (gdy umywał nam nogi), ofiarą (gdy dawał nam swoje Ciało i Krew), przebaczeniem (gdy zapowiedział zdradę Judasza i zaparcie się Piotra, a mimo to nie odrzucił ich), wiernością (gdy modlił się za nas do Ojca).
A teraz, gdy jestem już bliski kresu mojej drogi, mogę powiedzieć, że całe moje życie było próbą odpowiedzi na tę miłość. Próbą naśladowania Jezusa w Jego służbie, ofierze, przebaczeniu i wierności. Nie zawsze mi się to udawało, ale On zawsze był cierpliwy, zawsze gotów podnieść mnie, gdy upadałem, zawsze gotów pokazać mi drogę, gdy się gubiłem.
Dziękuję Ci, Panie, że pozwoliłeś mi być tak blisko Ciebie w tych ostatnich godzinach przed Twoją męką. Dziękuję, że powierzyłeś mi swoją matkę. Dziękuję, że pokazałeś mi, czym jest prawdziwa miłość. Dziękuję, że dałeś mi tak długie życie, abym mógł głosić Twoją Ewangelię i pisać o tym, co widziałem i słyszałem, czego dotykały moje ręce, a co dotyczy Słowa Życia.
Teraz czekam na spotkanie z Tobą, twarzą w twarz. A gdy nastąpi ten dzień, wierzę, że znów będę mógł spocząć na Twojej piersi, jak podczas ostatniej wieczerzy, i usłyszeć bicie Twojego serca – serca, które kocha każdego człowieka miłością bezgraniczną i wieczną.
„Umiłowany, umiłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga.”
Epilog: Niebiańska uczta
Nadszedł wreszcie ten dzień. Stoję przed tronem Baranka, wśród niezliczonych rzesz zbawionych ze wszystkich narodów, plemion, ludów i języków. I widzę Go – Jezusa, mojego umiłowanego Mistrza, teraz w chwale, otoczonego światłością niedostępną.
A On podchodzi do mnie, uśmiecha się tak, jak pamiętam z dni w Galilei, i mówi: „Janie, umiłowany uczniu, witaj w domu Ojca. Przygotowałem ci miejsce, jak obiecałem podczas ostatniej wieczerzy.”
I prowadzi mnie do stołu, gdzie wszyscy apostołowie już siedzą – Piotr, Jakub, Andrzej, Filip, Bartłomiej, Mateusz, Tomasz, Jakub syn Alfeusza, Szymon Gorliwy, Juda Tadeusz, a nawet Maciej, który zajął miejsce Judasza. Wszyscy promienieją radością, wszyscy witają mnie jak brata, którego długo nie widzieli.
Jezus zajmuje centralne miejsce przy stole i zaprasza mnie, abym usiadł po Jego prawicy. „Teraz,” mówi, „spełnia się to, o czym mówiłem wam podczas ostatniej wieczerzy: 'Już nie będę pił z owocu winnego krzewu aż do tego dnia, kiedy pić go będę nowy w królestwie Bożym’.”
I podaje mi kielich, a ja piję z niego – nie wino zmieszane z wodą jak podczas paschalnej wieczerzy, ale najczystszy nektar, który napełnia mnie radością i światłem. I rozumiem, że to jest ta uczta, o której mówił, uczta królestwa, na którą zaprosił wszystkich, którzy uwierzyli w Niego.
A potem Jezus wstaje i przepasuje się prześcieradłem, jak wtedy, w wieczerniku. I podchodzi do każdego z nas, i myje nam nogi, mówiąc: „To jest mój przykład, abyście i wy tak czynili.” Ale teraz nie ma już w nas zdziwienia ani oporu jak u Piotra. Teraz rozumiemy, że to jest istota Jego królestwa – służba w miłości.
Po umyciu nóg Jezus znów zajmuje miejsce przy stole i mówi: „Oto wypełniło się wszystko, co przepowiedziałem wam podczas ostatniej wieczerzy. Odszedłem, aby przygotować wam miejsce, i wróciłem, aby was do siebie zabrać. Byliście smutni, ale wasz smutek zamienił się w radość. Świat was nienawidził, ale zwyciężyliście świat, bo Ja zwyciężyłem świat. Duch Święty był z wami, uczył was i prowadził do całej prawdy. A teraz jesteście tam, gdzie Ja jestem, abyście oglądali moją chwałę, którą dał Mi Ojciec.”
I wtedy zaczyna się uczta, która nie ma końca. Uczta miłości, radości, pokoju, światła. Uczta, na której nie ma już łez, bólu, strachu ani śmierci. Uczta, na której wszyscy są jedno, tak jak Ojciec i Syn są jedno.
A ja, Jan, umiłowany uczeń, siedzę po prawicy Mistrza, tak jak podczas ostatniej wieczerzy. Ale tym razem nie muszę pytać: „Panie, kto Cię zdradzi?” Bo teraz nie ma już zdrady, ani grzechu, ani ciemności. Jest tylko światło, miłość i prawda.
I znów, jak wtedy, skłaniam głowę na Jego piersi. I słyszę bicie Jego serca – serca, które kocha każdego człowieka miłością bezgraniczną i wieczną. Serca, które jest źródłem życia dla całego wszechświata. Serca, które jest domem dla wszystkich, którzy Go miłują.
I wiem, że to jest mój dom. Na zawsze.
„Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga. Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością.”
Oto cała Ewangelia w jednym zdaniu. Oto istota nauczania Jezusa podczas ostatniej wieczerzy. Oto wszystko, co chciałem przekazać w moich pismach. I oto wszystko, co ma znaczenie w wieczności.
Bo miłość nigdy nie ustaje.