– życie w luksusie i zaślepieniu
Dzień 1
Dziś rozpoczynam ten dziennik, choć prawdę mówiąc, nie wiem po co. Może z nudów? A może dlatego, że Zarządca twierdzi, iż zapisywanie myśli uszlachetnia człowieka? Cóż, jestem wystarczająco szlachetny z urodzenia, ale może warto zostawić jakiś ślad po sobie dla przyszłych pokoleń. W końcu mój majątek jest imponujący, a życie godne podziwu.
Dzisiejszy dzień rozpocząłem jak zwykle. Moi słudzy obudzili mnie o świcie, przynosząc ciepłą wodę różaną do obmycia twarzy. Następnie przyszedł osobisty fryzjer, by przystrzyc mi brodę i namaścić skronie olejkami z dalekich krain. Zapach cynamonu i mirry unosił się w powietrzu, gdy zakładałem szaty z najdelikatniejszego egipskiego lnu, purpurowe, oczywiście – kolor godny mojej pozycji.
Śniadanie spożyłem na tarasie, podziwiając moje rozległe winnice. Świeże figi, daktyle, miód i ciepłe placki – wszystko podane na złotych talerzach. Mój kucharz przeszedł samego siebie, przygotowując pieczonego ptaka z przyprawami, które kosztują tyle, ile zwykły człowiek zarabia przez miesiąc.
Później przyjąłem kilku kupców z Tyru. Przywieźli próbki nowych tkanin – jedwabie z krainy Serica, tak delikatne, że można je przeciągnąć przez pierścień. Zamówiłem kilka beli na nowe szaty i zasłony. Kosztowały fortunę, ale cóż to dla mnie? Pieniądze są po to, by je wydawać, a ja lubię otaczać się pięknymi rzeczami.
Wieczorem wydałem ucztę. Dwudziestu gości, same znamienite osobistości z miasta. Wino lało się strumieniami, muzyka brzmiała do późna. Tancerki z Egiptu zabawiały nas swoimi występami. Zauważyłem nowych strażników przy bramie – będę musiał zapytać Zarządcę, czy to konieczne. Ostatnio twierdzi, że w mieście rośnie liczba żebraków i złodziei. Nie chcę takich pod moimi drzwiami.
Ah, i jeszcze jedno. Znowu ten żebrak przy bramie. Podobno nazywa się Łazarz. Leży tam już od tygodni. Pokryty wrzodami, odpychający. Kazałem strażnikom odpędzać go dalej, ale podobno jest zbyt słaby, by się ruszyć. Cóż, to nie mój problem. Mam dość własnych spraw na głowie.
Dzień 7
Minął tydzień od rozpoczęcia tego dziennika. Przyznaję, że pisanie staje się pewnego rodzaju przyjemnością. To jak rozmowa z samym sobą – a któż może być lepszym słuchaczem niż ja sam?
Dziś rano odwiedził mnie lekarz. Nie żebym był chory – wręcz przeciwnie! Czuję się znakomicie. Ale człowiek w moim położeniu musi dbać o zdrowie. Lekarz zbadał mnie dokładnie, sprawdził puls, obejrzał język i oczy. Stwierdził, że jestem w doskonałej kondycji, choć zalecił mniej wina i więcej ruchu. Wyśmiałem go. Płacę mu nie po to, by mówił mi, czego mam nie robić! Niemniej, przepisał mi miksturę z ziół sprowadzanych z Arabii. Kosztowna rzecz, ale podobno przedłuża życie. A ja chcę żyć długo, bardzo długo.
Po południu odwiedziłem moje magazyny przy porcie. Zarządca przedstawił mi rachunki z ostatniego miesiąca. Jestem bogatszy o kolejne tysiące srebrników. Moje statki przywiozły kość słoniową z Afryki, przyprawy z Indii i złoto z Ofiru. Interesy idą świetnie. Muszę przyznać, że Zarządca dobrze wykonuje swoją pracę, choć czasem irytuje mnie jego gadanie o jałmużnie i pomocy biednym. To nie moja wina, że niektórzy ludzie są nieudacznikami. Ja ciężko pracowałem na swój majątek. No, może nie osobiście, ale mój ojciec i jego ojciec przed nim – na pewno. A ja mądrze zarządzam tym, co mi zostawili.
Wieczorem odwiedził mnie Sethos, mój przyjaciel z młodości. Też bogaty, ale nie tak jak ja. Zauważyłem, jak jego wzrok błądził po moim domu, podziwiając nowe meble z cedrowego drewna. Zaproponowałem mu partię kości. Przegrał ze mną sporą sumę, ale stać go na to. W końcu jesteśmy przyjaciółmi. Rozmawialiśmy też o polityce i o tym, jak utrzymać lud w ryzach. Czasy są niespokojne. Coraz więcej biedoty na ulicach, coraz więcej szemrania przeciw bogatym. Sethos twierdzi, że powinniśmy od czasu do czasu organizować rozdawnictwo chleba, by uspokoić nastroje. Może i ma rację, ale ja uważam, że lepiej zadbać o silniejszą straż miejską. Lud potrzebuje silnej ręki, nie jałmużny.
Przed snem kazałem zagrać na harfie. Muzyka uspokaja moje myśli. Jutro wielki dzień – przybywają kupcy z jedwabiem z dalekich krain wschodu.
Dzień 15
Dwa tygodnie pisania, a ja czuję, jakbym odkrył nową przyjemność. Może powinienem zatrudnić pisarza, który spisywałby moje wspomnienia? Byłaby to ciekawa lektura dla potomnych.
Dzisiejszy dzień rozpoczął się od nieprzyjemności. Obudziłem się z bólem głowy po wczorajszej uczcie. Zbyt wiele wina, zbyt wiele śmiechu, zbyt głośna muzyka. Ale było warto. Moi goście wychwalali moje jedzenie, wino i gościnność. Jestem znany w całym mieście z najlepszych uczt.
Po śniadaniu (którego prawie nie tknąłem z powodu braku apetytu) przyszedł do mnie Zarządca z problemem. Podobno ten żebrak, Łazarz, wciąż leży przy bramie. Teraz jest już tak słaby, że ledwo oddycha. Psy przychodzą i liżą jego rany. Ohyda! Kazałem natychmiast się go pozbyć. „Ale panie”, powiedział Zarządca, „ten człowiek umiera. Może powinniśmy wezwać lekarza? Albo chociaż dać mu trochę wody i chleba?”. Byłem wściekły. Czy on naprawdę sugeruje, że mam marnować jedzenie i czas lekarza na jakiegoś bezdomnego nędzarza? Odprawiłem go ostro, przypominając, kto tu rządzi.
By poprawić sobie humor, kazałem przygotować kąpiel z oślego mleka. Mówią, że Kleopatra w taki sposób dbała o swoją skórę. Po kąpieli pozwoliłem, by służący namaścili mnie drogimi olejkami. Zapach róży i kardamonu otulił mnie przyjemną wonią.
Popołudnie spędziłem na przeglądaniu nowych nabytków. Kupiłem przepiękny gobelin przedstawiający polowanie. Kosztował tyle, ile niewolnik kosztuje, ale jest wart każdego denara. Zawiesiłem go w głównej sali, gdzie każdy gość będzie mógł go podziwiać. Następnie przeglądałem klejnoty sprowadzone z ostatnią karawaną. Wybrałem dla siebie nowy sygnet z rubinem wielkości gołębiego jaja.
Pod wieczór odwiedziłem świątynię, by złożyć ofiarę. Nie jestem przesadnie religijny, ale trzeba zachować pozory i tradycję. Kapłan przyjął moją sowity dar z uśmiechem, zapewniając, że bogowie są ze mnie zadowoleni. Mam nadzieję! W końcu tyle im ofiarowuję.
Wracając do domu, musiałem przejść obok miejskiego szpitala dla ubogich. Nieprzyjemne miejsce, pełne jęków i smrodu. Przyspieszyłem kroku. Niektórzy twierdzą, że powinienem wspierać takie miejsca, ale po co? Choroba i bieda to nie mój problem.
Dziś odwiedził mnie również rabin. Podobno chciał porozmawiać o moich obowiązkach wobec wspólnoty. Nie miałem czasu ani ochoty na słuchanie kazań, więc dałem mu srebrnika i kazałem odejść. Wyglądał na rozczarowanego, ale co mnie to obchodzi? Płacę podatki świątynne zgodnie z prawem – czego więcej chcą?
Dzień 23
Dzisiaj miałem dziwny sen. Śniło mi się, że jestem żebrakiem, leżącym przy bramie bogatego domu. Byłem głodny, spragniony i pokryty ranami. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Obudziłem się przerażony, z bijącym sercem. Co za absurd! Ja – żebrakiem? Nonsens. Takie sny przychodzą, gdy je się zbyt ciężkie potrawy przed snem.
By odpędzić nieprzyjemne wspomnienie snu, urządziłem sobie wspaniały dzień. Najpierw długa kąpiel w basenie, potem masaż wykonany przez najlepszego masażystę w mieście, następnie fitting nowych szat. Purpura i karmazyn – kolory godne mojej pozycji.
Podczas obiadu podano mi najświeższe owoce morza, przywiezione specjalnie dla mnie z wybrzeża. Krewetki, ostrygi, ryby tak delikatne, że niemal rozpływają się w ustach. Do tego wino z mojej własnej winnicy – rocznik, którym szczycę się najbardziej.
Po południu odbyło się spotkanie z moimi dłużnikami. Kilku chłopów prosiło o odroczenie spłaty pożyczek z powodu słabych zbiorów. Oczywiście odmówiłem. Interesy to interesy. Jeśli nie mogą płacić, niech sprzedają ziemię. W końcu i tak do mnie trafi. Jeden z nich błagał na kolanach, mówiąc o głodujących dzieciach. Wzruszyłem ramionami. Powinien był myśleć o tym, zanim wziął pożyczkę.
Wieczorem przyjąłem u siebie wysokiego urzędnika rzymskiego. Ważne, by mieć takie kontakty. Wymieniliśmy się przysługami – ja jemu dałem hojny „prezent”, on mi obiecał przychylność przy następnym przetargu na dostawy dla garnizonu. Tak działa świat – pieniądz do pieniądza.
Przed snem przyszła wiadomość, że ten żebrak, Łazarz, zmarł przy mojej bramie. Wzruszyłem ramionami. Przynajmniej nie będzie już szpecił wejścia do mojej posiadłości. Zarządca pytał, czy może dać kilka monet na jego pochówek. Odmówiłem. Niech miasto się tym zajmie – od czego są podatki?
Dzień 30
Minął miesiąc mojego pisania. Przeglądam poprzednie wpisy i widzę, jak wiele zyskałem w tym czasie. Nowe kontrakty, nowe luksusy, nowe przyjemności. Życie jest dobre dla tych, którzy wiedzą, jak je wykorzystać.
Dziś rano obudziłem się z lekkim bólem w piersi. Nic wielkiego, ale na wszelki wypadek wezwałem lekarza. Przepisał mi jakieś zioła i zalecił więcej ruchu, mniej jedzenia. Typowe gadanie lekarzy. Czuję się dobrze, ból pewnie był tylko wynikiem zbyt obfitej kolacji.
Podczas przechadzki po ogrodzie spotkałem córkę mojego ogrodnika. Młoda, może szesnaście lat. Ładna dziewczyna. Kazałem jej przynieść mi wina do altany, gdzie odpoczywałem. Gdy przyszła, zatrzymałem ją dłużej. Rozmawialiśmy… a raczej ja mówiłem, a ona słuchała. Podobało mi się, jak na mnie patrzyła – z mieszaniną strachu i podziwu. Taki wzrok lubię najbardziej. Dałem jej bransoletkę, którą kiedyś kupiłem dla jednej z moich konkubin. Dziewczyna podziękowała, ale wydawała się przerażona. Cóż, niech się przyzwyczaja do mojej uwagi. Jest mi winna wdzięczność – jej ojciec pracuje dla mnie, je mój chleb.
Po południu odwiedziłem świątynię. Rabin nauczał o miłosierdziu i sprawiedliwości. Mówił, że łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego. Co za bzdury! Gdyby bogactwo było takie złe, dlaczego bogowie pozwalają niektórym się bogacić? To oczywiste, że jestem błogosławiony, skoro mam tyle dóbr.
Złożyłem hojną ofiarę do skarbony świątynnej, większą niż zwykle. Niech wszyscy widzą moją pobożność. Zauważyłem, jak ludzie szeptali, wskazując na mnie. Z pewnością podziwiali moją hojność. A jeśli nie – cóż, ich opinia nic dla mnie nie znaczy.
Wieczorem wydałem ucztę na cześć moich urodzin. Pięćdziesiąt lat! Wciąż czuję się młodo i silnie. Zaprosiłem najważniejszych ludzi w mieście. Jedzenie było wykwintne – pieczone jagnię, dzikie ptactwo, ryby w sosie miodowym, owoce sprowadzone z dalekich krain. Wino lało się strumieniami. Najęci muzycy grali do późna, a tancerki zabawiały gości zmysłowymi tańcami.
Jeden z gości, stary przyjaciel mojego ojca, wygłosił toast. Mówił o moim sukcesie, o moim bogactwie, o moim szczęściu. „Żyj wiecznie!” – zakończył, a wszyscy pili za moje zdrowie. Tak, chcę żyć wiecznie. Albo przynajmniej tak długo, jak to możliwe, otoczony luksusem i przyjemnościami.
Pod koniec uczty poczułem się zmęczony. Ten ból w piersi wrócił, silniejszy niż rano. Musiałem wcześniej udać się na spoczynek, pozostawiając gości pod opieką Zarządcy. To nic takiego, na pewno jutro będę się czuł lepiej.
Dzień 31
Nie mogę spać. Ból w piersi narasta. Lekarz przyszedł ponownie, ale jego mikstury nie pomagają. Mówi, że muszę odpocząć, że moje serce jest zmęczone. Zmęczone czym? Życiem w luksusie? Bzdura. Jutro będzie lepiej. Muszę tylko przespać tę noc.
Kazałem przynieść więcej świec do mojej komnaty. Boję się ciemności dziś w nocy. Nie wiem dlaczego. Nigdy wcześniej się jej nie bałem. Może to ten sen, który powrócił – znowu śniłem, że jestem żebrakiem. Ale tym razem było gorzej. Śniłem, że umieram w samotności, że nikt nie płacze po mojej śmierci.
Zarządca przyniósł mi wieści z miasta. Podobno odbył się pogrzeb tego żebraka, Łazarza. Co dziwne, podobno przyszło wielu ludzi. Śmiali się i płakali jednocześnie, mówiąc, że Łazarz był dobrym człowiekiem, że zawsze dzielił się tym, co miał, nawet gdy sam nie miał prawie nic. Że modlił się za innych, nawet za mnie. Za mnie! Co za bezczelność. Jakbym potrzebował modlitw żebraka.
Ból narasta. Trudno mi pisać. Może jutro będzie lepiej.
Dzień 32
Czuję się gorzej. Lekarz nie odstępuje mojego łoża. Przyniósł ze sobą jeszcze dwóch innych medyków. Naradzają się szeptem, myśląc, że nie słyszę. „Nie przeżyje nocy” – powiedział jeden z nich. Głupcy! Oczywiście, że przeżyję. Mam zbyt wiele do zrobienia, zbyt wiele do osiągnięcia. Zbył wiele przyjemności do zakosztowania.
Kazałem przywołać moje dzieci. Mają przyjść natychmiast, nawet jeśli są daleko. Chcę im przekazać mój majątek, powiedzieć im, jak mają nim zarządzać. Nie mogę pozwolić, by zmarnowali to, co zbudowałem.
Dziwne, ale myślę teraz o tym żebraku, Łazarzu. Dlaczego tyle osób go żegnało? Co takiego miał, czego ja nie mam? Był nikim, a ja jestem kimś. Bzdura, to gorączka tak mnie mąci.
Ból jest nie do zniesienia. Lekarz daje mi opium, by uśmierzyć cierpienie, ale pomaga tylko na chwilę. Czuję, jak życie ze mnie ucieka. Nie, to niemożliwe. Nie teraz. Jestem zbyt młody, zbyt bogaty, by umierać.
Kazałem przywołać rabina. Może jego modlitwy pomogą. A może Bóg wysłucha mnie, jeśli złożę jeszcze większą ofiarę? Mogę zbudować nową świątynię, ufundować przytułek dla sierot. Cokolwiek, byleby żyć.
Rabin przyszedł, ale jego słowa nie przynoszą mi ukojenia. Mówi o pokucie, o przebaczeniu. O co mu chodzi? Nie mam za co pokutować. Żyłem jak chciałem, używałem życia. Co w tym złego?
Jest mi zimno. Tak bardzo zimno, mimo że słudzy dokładają do ognia. Czuję, jak ciemność nadchodzi. Nie! Nie chcę umierać!
Dzień nieznany
Gdzie jestem? Co się stało? Pamiętam… pamiętam ból, a potem ciemność. A teraz? Teraz jest inaczej. Nie czuję już bólu, ale czuję… żar. Nieznośny żar, jakbym był w piecu. I pragnienie – tak straszliwe pragnienie, że myślałem, iż oszaleję.
Widzę… coś dziwnego. Jakby przepaść, ogromną przepaść, a po drugiej stronie… czy to możliwe? Widzę łono Abrahama, a na nim… czy to ten żebrak? Łazarz? Jak to możliwe? On powinien być w Szeolu, w otchłani, a nie w raju!
Nie mogłem się powstrzymać. Krzyknąłem głośno: „Ojcze Abrahamie, zmiłuj się nade mną i poślij Łazarza, aby koniec swego palca umoczył w wodzie i ochłodził mój język, bo strasznie cierpię w tym płomieniu”.
Ale Abraham odpowiedział: „Synu, wspomnij, że za życia otrzymałeś swoje dobra, a Łazarz przeciwnie, niedolę; teraz on tu doznaje pociechy, a ty męki cierpisz. A prócz tego między nami a wami zionie ogromna przepaść, tak że nikt, choćby chciał, stąd do was przejść nie może ani stamtąd do nas się przedostać”.
Zrozumiałem wtedy wszystko. Byłem ślepy. Przez całe życie byłem ślepy. Skupiony na sobie, na przyjemnościach, na bogactwie. Nigdy nie widziałem potrzebujących, nigdy nie pomagałem cierpiącym. A teraz jest za późno. Za późno na skruchę, za późno na miłosierdzie.
Błagałem Abrahama: „Proszę cię więc, ojcze, poślij go do domu mojego ojca! Mam bowiem pięciu braci: niech ich przestrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki!”
Ale Abraham odrzekł: „Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają!”
„Nie, ojcze Abrahamie – błagałem – lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą”.
Odpowiedział mi: „Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą”.
I wtedy zrozumiałem, że jest już za późno. Za późno dla mnie, ale może nie dla moich braci, nie dla moich dzieci. Gdybym mógł wrócić, gdybym mógł przestrzec innych…
Ale nie mogę. Jestem tu uwięziony, w tym miejscu męki, z dala od wody, od ochłody, od nadziei. I będę tu na zawsze, wspominając życie, które zmarnowałem na gromadzenie bogactw, zamiast gromadzić skarby w niebie.
Jakże byłem głupi! Myślałem, że drogocenne szaty, wspaniałe uczty, luksusowe sprzęty dadzą mi szczęście. A teraz? Teraz oddałbym wszystko za jedną kroplę wody. Za jeden gest miłosierdzia, którego sam nigdy nie okazałem.
Łazarz… Biedny Łazarz, którego odtrącałem, którym gardziłem. Teraz on jest pocieszony, a ja cierpię. Sprawiedliwość? Tak, to sprawiedliwość. Okrutna, ale sprawiedliwa.
Gdybym tylko mógł wrócić. Gdybym mógł przeżyć jeszcze raz swoje życie. Dałbym wszystko ubogim, pomagałbym potrzebującym, okazałbym miłosierdzie. Ale teraz… teraz jest już za późno.
Tu kończy się mój dziennik. Dziennik bogacza, który miał wszystko, a jednocześnie nie miał nic. Który widział tylko siebie, a nie dostrzegał innych. Który gromadził skarby na ziemi, zapominając o skarbach w niebie.
Jeśli ktokolwiek znajdzie ten dziennik, niech wyciągnie z niego naukę. Niech nie powtarza moich błędów. Niech kocha, niech pomaga, niech okazuje miłosierdzie. Bo życie jest krótkie, a wieczność – długa. Nieskończenie długa.