Zdrada Judasza widziana przez właściciela ogrodu Getsemani

I. Ogród

Mój ogród oliwny na zboczu Góry Oliwnej zawsze był miejscem szczególnym. Przejąłem go po ojcu, który dostał go od swojego ojca, a ten od swojego. Przez pokolenia rodzina nasza dbała o te drzewa, niektóre z nich pamiętają czasy króla Dawida – tak przynajmniej mawiał mój dziadek. Stare, powykręcane pnie o srebrzystych liściach, które w świetle księżyca zdają się być niemal białe.

Zawsze lubiłem to miejsce. Getsemani – tłocznie oliwek. Bo przecież to nie tylko ogród, ale też miejsce pracy. Tutaj oliwki, zebrane z drzew, przerabialiśmy na oliwę. Tłocznie wykute w skale, prasy z belek cedrowych – proste narzędzia, ale skuteczne. Zapach świeżo wytłoczonej oliwy mieszał się z zapachem ziemi, a w powietrzu unosił się kurz i pot pracujących przy zbiorach ludzi.

Ale wieczorami, gdy prace ustawały, ogród stawał się miejscem wytchnienia. Lubię tu przychodzić, siadać pod jednym ze starych drzew i patrzeć na Jerozolimę, której mury odcinają się wyraźnie na tle zachodzącego słońca. Wieczorami ogród nabiera innego charakteru – cienie stają się dłuższe, powietrze wypełnia się zapachem ziół i kwiatów, a wieczorny chłód przynosi ulgę po upalnym dniu.

W ciągu ostatnich kilku lat coraz częściej udostępniam mój ogród pewnej grupie ludzi. Ich przywódca, rabbi z Galilei, Jeszua – lub jak Go nazywają Grecy i Rzymianie, Jezus – upodobał sobie to miejsce. Kilkakrotnie pytał mnie, czy On i Jego uczniowie mogą tu przychodzić na modlitwę i odpoczynek. Oczywiście zgodziłem się. Jest coś w tym człowieku, co budzi szacunek. Mówi z mocą, której nie mają inni nauczyciele, a Jego spojrzenie… trudno to opisać, ale czujesz się, jakby widział cię na wskroś.

Czasem przysłuchuję się ich rozmowom. Nie specjalnie podsłuchuję, po prostu pracuję w ogrodzie, a oni rozmawiają. Mówią o królestwie Bożym, o miłości, przebaczeniu, o czasach ostatecznych. Rabbi Jeszua często używa przypowieści, historii o ziarnie, o siewcy, o winnicy. Widać, że zna się na rolnictwie, na naturze. Jego przypowieści są proste, ale głębokie. Myślę o nich często, pracując wśród moich drzew.

Znam też Jego uczniów, przynajmniej z widzenia. Jest Szymon, którego nazywają Piotrem – człowiek impulsywny, ale oddany swojemu Mistrzowi. Są bracia Jakub i Jan, których rabbi nazywa czasem „synami gromu”. Jest Mateusz, były celnik – dziwne towarzystwo jak na nauczyciela religijnego, ale Jeszua zdaje się nie przejmować konwenansami. I jest Judasz, ten, który trzyma pieniądze grupy. Cichy, obserwujący, zawsze nieco z boku. Nigdy nie wzbudzał mojego zaufania, choć nie potrafię powiedzieć dlaczego.

II. Napięcie wiosny

Tej wiosny czuć było napięcie w powietrzu. Święto Paschy zbliżało się wielkimi krokami, a Jerozolima wypełniała się pielgrzymami z całego kraju i diaspory. Rzymskie patrole częściej pokazywały się na ulicach, a kapłani w świątyni byli bardziej nerwowi niż zwykle.

Rabbi Jeszua i Jego uczniowie również przybyli do miasta. Słyszałem, że wjechał do Jerozolimy na osiołku, a ludzie witali Go jak króla, machając gałązkami palmowymi i wołając „Hosanna!”. To musiało zdenerwować władze – zarówno rzymskie, jak i żydowskie. Nikt nie lubi potencjalnych buntowników, zwłaszcza w czasie tak napiętym jak Pascha, gdy miasto jest pełne religijnych emocji.

Kilka dni temu widziałem Go w świątyni. Byłem tam, by złożyć ofiarę przed świętem. To, co zobaczyłem, wstrząsnęło mną. Rabbi z Galilei, zwykle tak spokojny i opanowany, wpadł w gniew. Wywrócił stoły wymieniających pieniądze, przepędził handlarzy zwierzętami ofiarnymi. „Uczyniliście z domu mego Ojca jaskinię zbójców!” – krzyczał. Nigdy wcześniej nie widziałem Go takim.

Od tego momentu atmosfera w mieście stała się jeszcze bardziej napięta. Słyszałem, jak ludzie szeptali między sobą, że arcykapłani szukają sposobu, by się Go pozbyć, ale boją się ludu, który uważa Go za proroka. Inni mówili, że jest Mesjaszem, tym, który wyzwoli Izraela spod jarzma rzymskiego.

A On? Przychodził do mojego ogrodu każdego wieczora wraz ze swoimi uczniami. Siadali pod starym drzewem oliwnym, tym największym, które rośnie w centrum ogrodu. Rozmawiali, modlili się. Czasem rabbi odchodził nieco na bok i modlił się samotnie. Widziałem, jak Jego twarz zmienia się w tych momentach – jakby niósł ciężar, którego nikt inny nie jest w stanie zobaczyć.

III. Ostatnia wieczerza

Dzisiaj jest czternasty dzień miesiąca Nisan, dzień przygotowania do Paschy. Od rana w całym mieście czuć zapach pieczonych baranków, dym z ofiar unosi się nad świątynią, a ulice wypełnia zapach ziół i przypraw. Wszyscy przygotowują się do wieczornej uczty.

Rabbi Jeszua i Jego uczniowie również. Rano przyszło do mnie dwóch z nich – Piotr i Jan. Pytali, czy mogą przyjść wieczorem do ogrodu. Oczywiście zgodziłem się, jak zawsze. Ale coś w ich zachowaniu było inne. Byli spięci, jakby niepewni, co przyniesie ten wieczór.

„Mistrz mówi, że to Jego ostatnia Pascha” – powiedział cicho Jan, gdy już mieli odchodzić. Nie wiedziałem, jak to rozumieć. Czy planuje opuścić Jerozolimę? Czy też… nie, nie chciałem nawet o tym myśleć.

Teraz jest już wieczór. Słońce zaszło, na niebie pojawił się księżyc w pełni, oświetlając srebrzystym blaskiem mój ogród. Siedzę na progu mojego małego domku na skraju posiadłości i czekam. Rabbi i Jego uczniowie powinni tu być lada moment, gdy skończą wieczerzę paschalną.

Widzę ich już z daleka. Idą powoli, grupa trzynastu mężczyzn. Ale… coś jest nie tak. Jest ich tylko dwunastu. Brakuje Judasza. Może się spóźni? A może ma jakieś inne sprawy do załatwienia?

IV. Modlitwa i zdrada

Weszli do ogrodu w milczeniu. Rabbi Jeszua wydawał się przygnębiony, Jego twarz była poważna, oczy smutne. Zatrzymali się przy wejściu, a On przemówił do uczniów:

„Usiądźcie tu, a Ja odejdę na bok i będę się modlił.”

Wziął ze sobą tylko trzech – Piotra, Jakuba i Jana – i poszli głębiej w ogród, gdzie drzewa są gęstsze, a cienie ciemniejsze. Pozostali uczniowie usiedli niedaleko wejścia. Wyglądali na zmęczonych, niektórzy ziewali. Dzień był długi, a wieczór ciepły – idealne warunki, by zasnąć pod gołym niebem.

Ja wróciłem do swojego domku, ale nie mogłem zasnąć. Coś mnie niepokoiło. Ta noc była inna niż wszystkie. Czułem to w powietrzu, w ciszy, która zdawała się być cięższa niż zwykle. W końcu postanowiłem wrócić do ogrodu, sprawdzić, czy wszystko w porządku.

Kiedy się zbliżałem, zobaczyłem, że uczniowie przy wejściu śpią. Przeszedłem obok nich cicho, kierując się w stronę, gdzie poszedł rabbi z trzema wybranymi. Ich też znalazłem śpiących. A rabbi? Klęczał kilkanaście kroków dalej, pochylony, jakby przygnieciony ciężarem nie do zniesienia. Słyszałem Jego słowa:

„Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich. Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie.”

Nie rozumiałem tych słów, ale czułem ich ciężar. Widziałem, jak cierpi, jak się zmaga. A potem… potem zobaczyłem coś, co mnie przeraziło. Pot spływający z Jego czoła na ziemię był czerwony jak krew. Cofnąłem się przerażony. Co się dzieje? Czy On umiera? Czy powinienem wezwać pomoc?

Zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, rabbi podniósł się z klęczek i podszedł do śpiących uczniów.

„Czemu śpicie?” – zapytał z wyrzutem w głosie. „Wstańcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie.”

Obudzili się, zawstydzeni. Rabbi spojrzał na nich ze smutkiem, a potem nagle obrócił się w stronę wejścia do ogrodu. Poszedłem za Jego wzrokiem i wtedy ich zobaczyłem.

Nadchodziła grupa ludzi z pochodniami i latarniami. Na przedzie szedł Judasz. Serce zabiło mi mocniej. Co on tu robi? I kim są ci ludzie? Rozpoznałem wśród nich sługi arcykapłana, była też straż świątynna, kilku żołnierzy rzymskich.

Judasz podszedł prosto do rabbiego. Uśmiechnął się, ale był to uśmiech, który nie sięgał oczu.

„Witaj, Rabbi” – powiedział i pocałował Go w policzek.

„Przyjacielu, po co przyszedłeś?” – zapytał cicho Jeszua. A potem dodał słowa, które zmroziły mi krew w żyłach: „Judaszu, pocałunkiem wydajesz Syna Człowieczego?”

W tym momencie wszystko stało się jasne. Judasz ich tutaj przyprowadził. Zdradził swojego Mistrza. Pokazał im, gdzie Go znaleźć, z dala od tłumów, które mogłyby Go bronić.

V. Aresztowanie

Wszystko działo się teraz bardzo szybko. Straż świątynna i żołnierze otoczyli rabbiego. Piotr, zawsze impulsywny, wyjął miecz – nie wiedziałem nawet, że go miał – i zamachnął się na sługę arcykapłana. Trafiłby go w głowę, gdyby ten się nie uchylił. Zamiast tego miecz odciął mu prawe ucho.

„Schowaj miecz do pochwy!” – rozkazał rabbi Jeszua. „Czy myślisz, że nie mógłbym poprosić Ojca, a postawiłby przy Mnie więcej niż dwanaście zastępów aniołów? Ale jak wtedy wypełniłyby się Pisma, które mówią, że tak się stać musi?”

Potem dotknął ucha rannego sługi i… ucho się zagoiło. Na moich oczach! Rana zniknęła, jakby nigdy jej nie było. Sługa dotknął swojego ucha z niedowierzaniem, ale nie miał czasu na zastanowienie, bo jego towarzysze już wiązali rabbiego.

„Wyszliście z mieczami i kijami jak na zbójcę” – powiedział Jeszua do tych, którzy Go pojmali. „Codziennie nauczałem w świątyni, a nie pojmaliście Mnie. Ale to jest wasza godzina i panowanie ciemności.”

Uczniowie patrzyli z przerażeniem, jak ich Mistrza prowadzą związanego. A potem… uciekli. Wszyscy. Zostawili Go samego w rękach wrogów. Tylko z daleka, w cieniu, widziałem dwie postacie podążające za grupą – chyba Piotr i Jan, ale nie byłem pewien.

Judasz stał nieruchomo, patrząc, jak wyprowadzają rabbiego z ogrodu. Na jego twarzy nie było triumfu, raczej… pustka. Jakby dopiero teraz zrozumiał, co zrobił.

Gdy wszyscy odeszli, podszedłem do niego.

„Dlaczego?” – zapytałem po prostu.

Spojrzał na mnie pustymi oczami. W świetle księżyca jego twarz wydawała się szara, postarzała.

„Chciałem Go zmusić, żeby się ujawnił” – powiedział cicho. „Żeby pokazał swoją moc. Żeby wreszcie ustanowił królestwo, o którym tyle mówił.”

„A trzydzieści srebrników?” – zapytałem, bo słyszałem już szepty o nagrodzie, którą zaoferowali mu arcykapłani.

Zacisnął dłoń na sakiewce, którą miał przy pasie. Brzęk metalu w ciszy ogrodu zabrzmiał wyjątkowo przeraźliwie.

„To miał być tylko dodatek” – powiedział, ale nie patrzyłem mi w oczy. „Myślałem… myślałem, że On się obroni. Że pokaże im wszystkim, kim naprawdę jest. Że wezwie anioły, jak mówił, że może to zrobić…”

Głos mu się załamał. Odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia z ogrodu. Jego sylwetka, zgarbiona i samotna, była ostatnią rzeczą, jaką widziałem tej nocy. Bo potem upadłem na kolana, tam gdzie jeszcze niedawno modlił się rabbi, i zacząłem płakać.

VI. Następnego dnia

Ranek zastał mnie wciąż w ogrodzie. Nie zmrużyłem oka przez całą noc. Siedziałem pod starym drzewem oliwnym, tym, pod którym tak często przesiadywał rabbi Jeszua, i myślałem o tym, co się stało.

Z miasta dochodziły odgłosy wrzawy. Ludzie przemieszczali się ulicami, krzyczeli, płakali. Coś się działo, coś ważnego. Ale ja nie miałem siły, by tam iść. Czułem się, jakby mój ogród, miejsce, które zawsze było dla mnie oazą spokoju, zostało splugawione. Zdrada, która się tu dokonała, zmieniła wszystko.

Przed południem przyszedł do mnie jeden z uczniów rabbiego – Jan. Był blady, oczy miał podkrążone od płaczu.

„Skazali Go na śmierć” – powiedział bez wstępu. „Piłat wydał wyrok. Ubiczowali Go, włożyli koronę z cierni na głowę. Teraz prowadzą Go na Golgotę, gdzie… gdzie Go ukrzyżują.”

Słowa te uderzyły mnie jak obuchem. Ukrzyżowanie? Najokrutniejsza z kar, zarezerwowana dla najgorszych przestępców? Dla Niego?

„A Judasz?” – zapytałem, choć sam nie wiem dlaczego.

Jan spojrzał na mnie ponuro.

„Poszedł do świątyni, chciał oddać pieniądze. Mówił, że zdradził niewinną krew. Ale oni go wyśmiali. Wyrzucił srebrniki na podłogę i wyszedł. Nikt nie wie, gdzie teraz jest.”

Kiwnąłem głową. Coś mi mówiło, że wkrótce się dowiemy. Człowiek z takim ciężarem na sumieniu…

Jan nie został długo. Powiedział, że idzie na Golgotę, że chce być przy swoim Mistrzu do końca. Poprosiłem, by pozdrowił rabbiego ode mnie, choć nie wiedziałem, czy będzie miał okazję, by to zrobić.

Gdy odszedł, znów zostałem sam w ogrodzie. Usiadłem pod tym samym drzewem, gdzie rabbi się modlił, gdzie pocił się krwawym potem, gdzie przyjął swoje przeznaczenie. Myślałem o Jego słowach: „Nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie.” Czy wiedział, co Go czeka? Czy przewidział zdradę Judasza?

Koło południa niebo nagle pociemniało, choć nie było chmur. Słońce straciło swój blask, jakby zakryła je niewidzialna zasłona. Ten dziwny mrok trwał przez trzy godziny. A potem poczułem, jak ziemia drży pod moimi stopami. Drzewa w ogrodzie zatrzęsły się, gałęzie zakołysały. Trzęsienie ziemi? W Jerozolimie?

Wiedziałem, że to nie przypadek. Wiedziałem, że to ma związek z tym, co dzieje się na Golgocie. Wiedziałem, że rabbi Jeszua właśnie umiera. A może już nie żyje.

Pod wieczór przyszła do mnie kolejna wiadomość. Judasz powiesił się. Znaleziono go na polu należącym do garncarza, tuż za murami miasta. Pole, które kupiono za trzydzieści srebrników – te same, które wyrzucił w świątyni.

Zdrajca i zdradzony – obaj nie żyją. Ale jakże różne były ich śmierci. Jeden umarł haniebnie, z własnej ręki, pokonany przez wyrzuty sumienia. Drugi umarł na krzyżu, ale z godnością, przebaczając swoim oprawcom.

VII. Epilog: Trzy dni później

Minęły trzy dni, a ja wciąż nie mogę dojść do siebie. Mój ogród stał się miejscem pielgrzymek – przychodzą tu uczniowie rabbiego, inni Jego wyznawcy. Siadają pod tym samym drzewem, gdzie On się modlił, płaczą, rozmawiają cicho. Nie mam serca ich wypędzać.

Ale dziś rano stało się coś dziwnego. Przybiegły do mnie kobiety – Maria Magdalena, Joanna, Maria, matka Jakuba, i inne – z niewiarygodną historią. Mówiły, że były przy grobie rabbiego, że znalazły kamień odwalony, a grób pusty. Że widziały anioły, które powiedziały im, że On żyje.

Nie wiedziałem, co o tym myśleć. Żal i smutek potrafią zaćmić umysł, sprawić, że widzi się to, co chce się zobaczyć. A jednak… było w ich oczach coś, co kazało mi się zastanowić. Nie strach, nie szaleństwo, ale radość – głęboka, autentyczna radość.

A potem, tuż przed zachodem słońca, gdy siedziałem sam w ogrodzie, poczułem czyjąś obecność. Odwróciłem się i zobaczyłem Go. Stał tam, uśmiechając się do mnie. Wyglądał inaczej – jaśniej, pełniej życia – ale to był On. Rabbi Jeszua.

„Pokój tobie” – powiedział po prostu.

Nie wiedziałem, co powiedzieć. Czy to duch? Czy mam zwidy? Czy to możliwe, żeby…

„Nie bój się” – dodał, jakby czytając w moich myślach. „To Ja jestem. Dotknij Mnie, jeśli chcesz.”

Wyciągnąłem drżącą rękę i dotknąłem Jego ramienia. Było ciepłe, solidne. Rzeczywiste.

„Jak to możliwe?” – wyszeptałem.

„Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych” – odpowiedział z uśmiechem. „Ale przyszedłem, by ci podziękować. Za twój ogród, za to, że pozwoliłeś Mi tu przychodzić, za to, że byłeś świadkiem.”

Kiwnąłem głową, nie mogąc wydobyć z siebie słowa.

„A co z… Judaszem?” – zapytałem w końcu.

Twarz rabbiego spoważniała.

„Judasz dokonał wyboru” – powiedział cicho. „Ale kto wie, co czeka go po drugiej stronie? Miłosierdzie Boże jest większe, niż ktokolwiek z nas może sobie wyobrazić.”

A potem odwrócił się i odszedł między drzewa mojego ogrodu. Nie pobiegłem za Nim. Wiedziałem, że nie muszę. Bo On zawsze tu będzie, w tym ogrodzie, gdzie się modlił, gdzie został zdradzony, gdzie przyjął swoje przeznaczenie.

A ja? Ja jestem tylko ogrodnikiem, właścicielem tłoczni oliwek. Ale jestem też świadkiem. Świadkiem zdrady i zmartwychwstania. Świadkiem końca, który okazał się początkiem.

I codziennie, gdy słońce zachodzi nad Jerozolimą, gdy cienie moich drzew oliwnych wydłużają się na ziemi, siadam pod tym samym drzewem i wspominam. Wspominam noc, gdy zdrada i miłość spotkały się w moim ogrodzie. Noc, która zmieniła wszystko.

I czuję, że nie jestem sam.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Zdrada Jezusa i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *