Zapiski Przewodnika Karawan z Jerycha

– obserwacje uzdrowienia niewidomego Bartymeusza

Dnia piętnastego miesiąca Nisan, roku trzeciego panowania Tyberiusza Cezara

Piszę te słowa przy świetle lampy oliwnej, w gospodzie „Pod Srebrnym Półksiężycem” w Jerychu, gdzie zatrzymaliśmy się na kilka dni przed dalszą drogą do Jerozolimy. Karawan prowadzę już przeszło dwadzieścia lat, przemierzając szlaki od Damaszku po Egipt, lecz to, co dziś widziałem, zasługuje na utrwalenie na papirusie. Być może kiedyś mój syn Ruben, który przejmie po mnie przewodnictwo karawan, albo jego dzieci, znajdą te zapiski i poznają historię niezwykłego wydarzenia, którego byłem świadkiem.

Nasza karawana liczy dwadzieścia siedem wielbłądów i czternaście osłów, przewożących kadzidło, przyprawy i tkaniny od kupców z Tyru i Sydonu. Jest z nami trzydziestu dwóch ludzi – kupcy, ich pomocnicy, strażnicy i ja, ich przewodnik. Podróżujemy do Jerozolimy na święto Paschy, które zaczyna się za kilka dni. Miasto będzie wówczas pełne pielgrzymów, a to oznacza dobry handel.

Dotarliśmy do Jerycha wczoraj po południu i zatrzymaliśmy się na odpoczynek. To ostatni dłuższy postój przed Jerozolimą. Tutaj karawany zazwyczaj uzupełniają zapasy wody przed trudną drogą przez pustynne wzgórza. Jerycho to stare, bogate miasto, położone wśród palm daktylowych i ogrodów balsamowych. Tutejszy balsam jest ceniony w całym świecie i stanowi źródło bogactwa miasta. Znam Jerycho dobrze – zatrzymuję się tu regularnie od lat.

Tego ranka dowiedziałem się od miejscowych, że w mieście przebywa nauczyciel z Galilei imieniem Jezus, o którym krążą różne opowieści. Niektórzy twierdzą, że jest prorokiem, inni, że uzdrowicielem, jeszcze inni, że buntownikiem przeciwko Rzymowi. Słyszałem o nim już wcześniej podczas moich podróży – mówiono, że przemienia wodę w wino, rozmnaża chleb dla głodnych, a nawet wskrzesza umarłych. Jako człowiek, który widział wiele świata, podchodzę do takich opowieści z rezerwą, choć nie odrzucam ich całkowicie. Zbyt wiele niezwykłości widziałem na swoich szlakach, by uznawać coś za niemożliwe tylko dlatego, że wykracza poza codzienne doświadczenie.

Nie planowałem szukać tego nauczyciela – mam swoje obowiązki i muszę dopilnować, by karawana była gotowa do wyruszenia jutrzejszego dnia. Jednak los zdecydował inaczej. Po południu musiałem udać się do zachodnich rogatek miasta, by omówić z miejscowym celnikiem kwestię opłat. I właśnie wtedy stałem się świadkiem wydarzenia, które skłoniło mnie do spisania tych słów.

Gdy załatwiwszy swoje sprawy, wracałem do gospody, zauważyłem zbiegowisko ludzi przy drodze prowadzącej z Jerycha do Jerozolimy. Słyszałem podniesione głosy i dostrzegłem, że ludzie skupiają się wokół jakiegoś człowieka idącego środkiem drogi. Za nim podążała spora grupa – może pięćdziesiąt, może więcej osób.

Zaciekawiony podszedłem bliżej. Człowiek w centrum uwagi był niepozorny – średniego wzrostu, o ciemnej brodzie i prostym, nieco zakurzonym odzieniu, jakie noszą galilejscy rzemieślnicy czy rybacy. Nic w jego wyglądzie nie wskazywało na kogoś niezwykłego. Jednak sposób, w jaki ludzie patrzyli na niego, jak wyciągali do niego ręce, jak matki podnosiły dzieci, by mogły go zobaczyć – to wszystko mówiło, że nie jest to zwykły podróżny.

„To Jezus z Nazaretu,” powiedział stojący obok mnie stary handlarz oliwą, którego znam z wcześniejszych wizyt w Jerychu. „Ten, który uzdrowił trędowatego w Kafarnaum i wypędził legion demonów z opętanego w krainie Gerazeńczyków.”

Przyglądałem się z zaciekawieniem. Jezus i towarzyszący mu ludzie kierowali się w stronę bramy zachodniej, zamierzając najwyraźniej opuścić miasto i ruszyć drogą wiodącą ku Jerozolimie. Nagle z tłumu gapiów dobiegł głośny krzyk:

„Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!”

Głos był tak przenikliwy i pełen desperacji, że wszyscy zwrócili głowy w jego kierunku. Ja również. Na skraju drogi, przy murze otaczającym miasto, siedział niewidomy żebrak. Poznałem go od razu – to Bartymeusz, syn Tymeusza, który od lat przesiaduje przy tej bramie, żebrząc od podróżnych.

Bartymeusz to znana postać w Jerychu. Ślepy od urodzenia, według niektórych, albo od wczesnego dzieciństwa, według innych. Całe życie spędził żebrząc. Znam go z moich regularnych wizyt w mieście – zawsze siada w tym samym miejscu, przy zachodniej bramie, gdzie podróżni wchodzą i wychodzą z miasta. Ma ciemną opaskę na oczach i wytarty, brązowy płaszcz. Obok siebie trzyma drewnianą miskę na jałmużnę. Czasami rzucam mu kilka drobnych monet, gdy przechodzę obok.

Teraz Bartymeusz krzyczał na całe gardło, powtarzając: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!”

Ludzie wokół niewidomego próbowali go uciszyć: „Bądź cicho!” „Nie przeszkadzaj nauczycielowi!” „Ma ważniejsze sprawy niż zajmowanie się żebrakami!”

Ale Bartymeusz jakby nic nie słyszał. Przeciwnie, krzyczał jeszcze głośniej: „SYNU DAWIDA, ULITUJ SIĘ NADE MNĄ!”

Wtedy Jezus przystanął. W tłumie zapadła cisza. Nauczyciel rozejrzał się, wyraźnie szukając źródła wołania. Potem powiedział coś do osób stojących najbliżej niego. Jeden z nich – młody mężczyzna o ciemnych, kręconych włosach – podszedł do Bartymeusza.

„Bądź dobrej myśli,” powiedział do niewidomego. „Wstań, woła cię.”

Nigdy nie zapomnę, co stało się w następnej chwili. Bartymeusz dosłownie zrzucił z siebie swój płaszcz – jedyne cenne mienie, jakie posiadał – i zerwał się na równe nogi. Dla niewidomego żebraka, który większość czasu spędza siedząc, był to akt niezwykłej sprawności. Ktoś z tłumu chwycił go za ramię i poprowadził w stronę Jezusa.

Stanąwszy przed nauczycielem, Bartymeusz drżał – widziałem to nawet z mojego miejsca. Jego twarz, zwykle skryta za ciemną przepaską, teraz była odsłonięta, ukazując zamknięte, zapadnięte powieki. Była to twarz człowieka, który wiele przecierpiał, ale teraz rozpromieniona jakąś dziką nadzieją.

„Co chcesz, abym ci uczynił?” zapytał Jezus. Jego głos był spokojny, ale doskonale słyszalny w ciszy, jaka zapadła wokół.

„Rabbuni, żebym przejrzał,” odpowiedział Bartymeusz bez wahania.

Jezus patrzył na niego przez chwilę. Stałem dość blisko, by widzieć jego twarz – było w niej coś, czego nie potrafię opisać. Jakieś głębokie współczucie, ale nie to litościwe, jakie często okazuje się żebrakom. To było coś innego – jakby rozumiał cierpienie Bartymeusza na poziomie, do którego nikt z nas nie miał dostępu.

„Idź,” powiedział Jezus, „twoja wiara cię uzdrowiła.”

I wtedy stało się coś, co trudno mi opisać, choć widziałem to na własne oczy. Bartymeusz, który jak wiem, był niewidomy przez wszystkie lata, odkąd przybywam do Jerycha, nagle otworzył oczy. Na jego twarzy pojawił się wyraz najpierw zdumienia, potem niedowierzania, a w końcu – czystej, niczym niezmąconej radości.

„Widzę!” krzyknął, a jego głos załamał się. „Na Boga Abrahama, widzę!”

Rozglądał się wokół jak nowo narodzone dziecko, chłonąc świat po raz pierwszy. Patrzył na swoje ręce, na twarze ludzi wokół, na niebo, na mury Jerycha. Potem znów spojrzał na Jezusa i padł przed nim na kolana, chwytając skraj jego szaty i całując ją w geście najgłębszej wdzięczności.

Tłum eksplodował okrzykami zdumienia. Ludzie przepychali się, by zobaczyć Bartymeusza, dotknąć go, zadać mu pytanie. Niektórzy krzyczeli: „Chwała Bogu Izraela!” Inni: „To musi być Mesjasz!” Jeszcze inni: „Takich cudów nie widziano od czasów Eliasza!”

Co do mnie, stałem jak wryty, niezdolny do poruszenia się. Widziałem wiele rzeczy na swoich szlakach – od Damaszku po Aleksandrię, od Tyru po pustynie Arabii. Widziałem sztuczki magów egipskich, szalbierstwa fałszywych uzdrowicieli, przedstawienia wędrownych iluzjonistów. Ale to było coś innego. Nie było tu żadnych przygotowań, żadnych ziół czy maści, żadnych długich modlitw czy rytuałów. Były tylko proste słowa i dotyk. I człowiek, który był niewidomy, nagle zaczął widzieć.

Co ciekawe, Jezus nie zatrzymał się, by przyjąć podziękowania czy pochwały. Gdy tylko upewnił się, że Bartymeusz rzeczywiście widzi, skinął głową swoim towarzyszom i ruszył dalej w kierunku bramy. Ludzie rozstępowali się przed nim, wielu szło za nim, w tym – ku mojemu zdumieniu – także Bartymeusz. Niewidomy żebrak, który od lat nie opuszczał swojego miejsca przy bramie, teraz podążał za Jezusem drogą ku Jerozolimie, jakby porzucenie wszystkiego, co znał, było najnaturalniejszą rzeczą na świecie.

Wróciłem do gospody w stanie dziwnego zamyślenia. Spotkało mnie już wiele dziwnych rzeczy na drogach, którymi prowadziłem karawany. Widziałem burze piaskowe, które pojawiały się znikąd i znikały równie nagle. Widziałem gwiazdy spadające z nieba. Widziałem karawany znikające bez śladu na pustyni. Ale nigdy nie widziałem, by niewidomy odzyskał wzrok.

Aron, kupiec z Tyru, z którym podróżuję, zapytał mnie, gdy usiadłem przy jego stole w gospodzie: „Co cię tak zastanawia, Josef? Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha.”

Opowiedziałem mu, co widziałem. Aron pokiwał głową.

„Słyszałem o tym nauczycielu,” powiedział. „Mówią, że w Galilei wskrzesił córkę Jaira, przełożonego synagogi. I że rozmnożył kilka chlebów i ryb, by nakarmić tysiące ludzi. Niektórzy twierdzą, że jest prorokiem jak Eliasz. Inni, że to Mesjasz, o którym mówią wasze pisma.”

„A ty co myślisz?” zapytałem.

Aron wzruszył ramionami. „Jestem fenickim kupcem, nie uczonym w Piśmie. Ale jeśli przywraca wzrok niewidomym, to z pewnością nie jest zwykłym człowiekiem.”

Gdy piszę te słowa, nadal nie wiem, co myśleć o Jezusie z Nazaretu. Kim jest ten człowiek, który samym słowem przywraca wzrok niewidomym? Czy jest prorokiem, jak Eliasz czy Izajasz? Czy jest Mesjaszem, którego oczekują moi rodacy? Czy może jest kimś więcej?

Jedno wiem na pewno – Bartymeusz widzi. Człowiek, który od lat żebrał przy zachodniej bramie Jerycha, teraz idzie drogą do Jerozolimy, widząc świat po raz pierwszy. To nie jest sztuczka ani złudzenie. To rzeczywistość, której byłem świadkiem. I jakakolwiek moc stoi za tym cudem, jest to moc, której nie sposób zignorować.

Jutro o świcie nasza karawana wyruszy w dalszą drogę do Jerozolimy. Kto wie, może znowu spotkam tam Jezusa z Nazaretu. A może nawet Bartymeusza, byłego żebraka, który odzyskał wzrok i poszedł za nauczycielem. Jeśli tak się stanie, dopiszę ciąg dalszy tej historii.

Dnia siedemnastego miesiąca Nisan

Jesteśmy już w Jerozolimie od wczoraj. Miasto jest zatłoczone pielgrzymami przybyłymi na święto Paschy. Kupcy z naszej karawany rozłożyli swoje towary na targowisku i handel idzie dobrze.

Dziś rano spotkałem Bartymeusza. Trudno było go rozpoznać – bez ciemnej przepaski na oczach, bez żebraczego płaszcza, z umytą twarzą i uczesanymi włosami wyglądał jak inny człowiek. Ale to był on – poznałem go po charakterystycznej bliźnie na policzku.

Stał na dziedzińcu świątyni, rozmawiając z grupą ludzi. Gdy mnie zobaczył, rozpoznał mnie natychmiast – mnie, którego twarzy nigdy wcześniej nie widział, ale którego głos musiał pamiętać z niezliczonych przejść przez bramę Jerycha. Podszedł do mnie z uśmiechem.

„Pokój tobie, przewodniku Josef,” powiedział.

„Pokój i tobie, Bartymeuszu,” odpowiedziałem, wciąż zdumiony widokiem jego otwartych oczu – były ciemnobrązowe, żywe i bystre. „Widzę, że dobrze ci się wiedzie.”

„Lepiej niż kiedykolwiek,” odparł. „Porzuciłem żebranie. Teraz podążam za Nauczycielem i opowiadam wszystkim o cudzie, którego dla mnie dokonał.”

„Gdzie jest teraz?” zapytałem, zaintrygowany.

Bartymeusz wskazał na wewnętrzny dziedziniec świątyni.

„Naucza tam. Wielu przychodzi go słuchać. Niektórzy wierzą, że jest Mesjaszem. Faryzeusze i uczeni w Piśmie są wściekli – zadają mu podchwytliwe pytania, starają się go przyłapać na błędzie. Ale on zawsze odpowiada mądrze, w sposób, który ich zawstydza.”

„A ty? Za kogo go uważasz?” zapytałem, ciekaw odpowiedzi człowieka, który doświadczył na sobie mocy Jezusa.

Bartymeusz spojrzał mi prosto w oczy.

„Wiesz, Josef, byłem niewidomy przez całe życie. Nie widziałem słońca, ani gwiazd, ani twarzy moich rodziców przed ich śmiercią. Żyłem w ciemności, żebrząc o jałmużnę, zdany na litość innych. Potem przyszedł On i jednym słowem rozświetlił moje życie. Jak mógłbym nie wierzyć, że jest tym, za kogo się podaje – Synem Bożym?”

Synek Bartymeusza, przynajmniej tak przypuszczam, podbiegł do nas, ciągnąc go za rękaw.

„Ojcze, Nauczyciel wychodzi,” powiedział podekscytowany.

Bartymeusz skinął głową, po czym zwrócił się do mnie: „Wybacz, Josef, muszę iść. Pokój z tobą.”

„I z tobą,” odpowiedziałem, patrząc, jak odchodzi – wyprostowany, pewny siebie, z jasnością w oczach, które jeszcze kilka dni temu były ślepe.

Stałem tam jeszcze chwilę, zastanawiając się, czy pójść zobaczyć Jezusa. Ale obowiązki wzywały – musiałem dopilnować rozładunku ostatnich towarów i rozliczyć się z kupcami.

Jednak słowa Bartymeusza nie dawały mi spokoju. „Jak mógłbym nie wierzyć, że jest tym, za kogo się podaje – Synem Bożym?”

Jako przewodnik karawan przemierzyłem wiele szlaków i widziałem wiele cudów natury – od gwiaździstego nieba pustyni po potężne wody Nilu. Widziałem też wiele dzieł ludzkich – od wiszących ogrodów Babilonu po piramidy Egiptu. Ale człowiek, który jednym słowem przywraca wzrok niewidomemu? To wykracza poza wszystko, co znam i rozumiem.

Nie wiem, kim naprawdę jest Jezus z Nazaretu. Ale wiem, że przywrócił wzrok Bartymeuszowi. I to nie tylko fizyczny wzrok, ale także – a może przede wszystkim – zdolność widzenia sensu, celu, nadziei. Zmienił żebraka w ucznia, człowieka na marginesie społeczeństwa w kogoś, kto teraz stoi wyprostowany i spogląda innym prosto w oczy.

Może to jest prawdziwy cud – nie sama fizyczna zmiana, ale przemiana całego człowieka, całego jego życia.

Jutro nasza karawana rusza w dalszą drogę – do Gazy, a stamtąd do Egiptu. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś spotkam Jezusa z Nazaretu lub Bartymeusza. Ale tej historii nigdy nie zapomnę. I jeśli kiedykolwiek mój syn Ruben przeczyta te zapiski, niech wie, że jego ojciec, Josef ben Eleazar, przewodnik karawan, widział na własne oczy, jak niewidomy przejrzał za sprawą słowa i dotyku człowieka z Nazaretu.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Nowy Testament. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *