Spotkanie odbywa się w małej kawiarni na obrzeżach Warszawy. Mężczyzna po czterdziestce, o zmęczonych oczach i przedwcześnie siwych włosach, siedzi naprzeciwko dziennikarza. Jego dłonie drżą lekko, gdy podnosi filiżankę kawy do ust.
DZIENNIKARZ: Dziękuję, że zgodził się Pan na to spotkanie. Wiem, że to nie jest łatwe po… wszystkich tych latach.
JUDASZ: (cicho, nie podnosząc wzroku) Dwadzieścia wieków. Dwadzieścia wieków noszenia tego brzemienia. Myśli Pan, że któraś noc przeszła bez tego snu? Bez widoku Jego twarzy, gdy zrozumiał?
DZIENNIKARZ: Czy mógłby Pan opowiedzieć od początku? Kim Pan jest dzisiaj?
JUDASZ: (gorzki śmiech) Kim jestem? Jestem najbardziej znienawidzonym człowiekiem w historii ludzkości. Moim imieniem nazywa się zdrajców. Matki straszą dzieci „Judaszem”. W każdym języku, w każdej kulturze – jestem synonimem zdrady. (pauza) Ale to nie odpowiada na Pańskie pytanie, prawda?
Dzisiaj… jestem nikim. Jestem cieniem, który wędruje przez wieki. Czasem jestem żebrakiem na ulicy, czasem sprzątaczem w szpitalu, czasem… (urrywa) Nieważne. Ważne jest to, że nigdy nie mogę umrzeć. To jest moja kara – wieczne życie z tym, co zrobiłem.
DZIENNIKARZ: Wieczne życie? Jak to możliwe?
JUDASZ: (patrzy w okno) Myśli Pan, że śmierć przez powieszenie to było moje zakończenie? To był dopiero początek. Pęknąłem, tak… ale nie umarłem. Obudziłem się następnego dnia z raną na szyi, która nigdy się nie zagoi. (dotyka szyi) Tutaj. Zawsze mnie boli, zawsze przypomina.
Próbowałem umrzeć setki razy. Tysiące. Rzucałem się z klifów, tonąłem w morzach, podpalałem się żywcem. Nic. Zawsze się budzę, zawsze z tą samą raną, zawsze z tymi samymi wspomnieniami.
DZIENNIKARZ: To brzmi jak przekleństwo.
JUDASZ: Bo to jest przekleństwo. Ale nie takie, jakie ludzie myślą. To nie Bóg mnie przeklął. To ja sam siebie przeklałem. Mojej winy, mojego żalu, mojej rozpaczy było tyle, że… (milczy długo) Wie Pan, czym jest prawdziwa rozpacz? To nie smutek. To nie żal. To absolutna pustka, gdzie powinno być serce.
DZIENNIKARZ: Opowie Pan o tamtej nocy? O zdradzie?
JUDASZ: (zamyka oczy) Tamta noc… (długa cisza) To nie było tak, jak opowiadają. To nie było tak proste.
Byłem z Nim trzy lata. Trzy lata słuchałem Jego nauk, widziałem cuda, wierzyłem, że On zmieni świat. Że wyrzuci Rzymian, że przywróci chwałę Izraela. Byłem Jego skarbnikiem, bo myślałem praktycznie. Ktoś musiał dbać o pieniądze, o codzienne potrzeby.
Ale z czasem… zacząłem się niecierpliwić. On mówił o miłości, o przebaczeniu, o nadstawianiu drugiego policzka. A ja chciałem rewolucji. Chciałem, żeby użył swojej mocy przeciwko okupantom.
DZIENNIKARZ: I dlatego Go zdradził?
JUDASZ: (ostro) Nie! Nie dlatego! (uspokaja się) Przepraszam. To… skomplikowane.
Nie zdradziłem Go z chciwości. Te trzydzieści srebrników… (śmiech bez radości) Wie Pan ile to było warte? Mniej niż pensja za miesiąc. Gdybym chciał pieniędzy, ukradłbym z kasy. Miałem przecież dostęp.
Zdradziłem Go, bo… bo chciałem Go zmusić. Myślałem, że jak Go schwytają, to w końcu przestanie udawać pokojowego kaznodzieję i pokaże swoją prawdziwą moc. Że zejdzie z krzyża w chwale, zniszczy swoich wrogów i obejmie tron Dawida.
DZIENNIKARZ: Więc to była manipulacja?
JUDASZ: Tak myślałem. Byłem… (długa pauza) byłem przekonany, że Go znam. Że rozumiem Jego plan lepiej niż On sam. Jaką arogancją trzeba było się wykazać, żeby pomyśleć, że można zmusić Syna Bożego do czegokolwiek?
Ale największą ironią jest to, że… (głos się łamie) że bez mojej zdrady nie byłoby odkupienia. Bez mojej zdrady Chrystus nie mógłby umrzeć za grzechy świata. Byłem narzędziem w ręku Boga, ale… nie miałem o tym pojęcia.
DZIENNIKARZ: Jak wspomina Pan samego Jezusa? Jaki On był?
JUDASZ: (twarz się rozjaśnia po raz pierwszy) Był… był niezwykły. Gdy się uśmiechał, cały świat wydawał się jaśniejszy. Gdy mówił, nawet najprościsi ludzie rozumieli najgłębsze prawdy. Miał w sobie spokój, którego nigdy nie doświadczyłem ani przed, ani po.
Pamiętam, jak uzdrowił córkę jednego z faryseuszów. Dziewczynka była chora na febę, umierała. Jej ojciec nienawidził nas, nazywał nas heretycami. Ale gdy jego dziecko umierało, przyszedł błagać. I Jezus… Jezus nie wahał się ani chwili. Poszedł z nim, uzdrowił dziecko, nie prosząc o nic w zamian.
A ten faryseusz? Nadal Nas potępiał następnego dnia. Ale Jezus tylko się uśmiechnął i powiedział: „Ojciec kocha wszystkie swoje dzieci, Judaszu. Nawet te, które Mu się sprzeciwiają.”
DZIENNIKARZ: Brzmi jakby naprawdę Go Pan kochał.
JUDASZ: (łzy w oczach) Kochałem. Kocham do dziś. I to jest najgorsze. Że zdradziłem kogoś, kogo kochałem najbardziej na świecie. Kogoś, kto mi ufał, kto mnie wybrał, kto mnie… przebaczył.
Bo On wiedział. Wie Pan, że On wiedział? Podczas ostatniej wieczerzy, gdy powiedział „jeden z was mnie zdradzi”… spojrzał na mnie. Nie z gniewem, nie z nienawiścią. Ze smutkiem. Z współczuciem. Jakby to On mnie żałował, a nie siebie.
DZIENNIKARZ: I nic Pan nie zrobił, żeby to powstrzymać?
JUDASZ: Mogłem. Powinienem. Ale… (kręci głową) już było za późno. Już umówiłem się z kapłanami. Już wzięli mnie pod swoje skrzydło, przekonali, że robię coś ważnego dla narodu. Żeby zapobiec powstaniu, żeby uniknąć rzezi…
Wie Pan, jak łatwo jest zracjonalizować zło? Jak łatwo przekonać siebie, że robi się coś dla wyższego dobra? Kapłani byli mistrzami takiej manipulacji. Wmawiali mi, że jestem patriotą, że ratuję naród przed katastrofą.
DZIENNIKARZ: A ten pocałunek? Dlaczego akurat pocałunek był znakiem?
JUDASZ: (dotyka ust) Bo to był nasz sposób powitania. Tak witaliśmy się przez te trzy lata. Pocałunek w policzek – znak miłości, szacunku, przyjaźni.
Oni chcieli czegoś dyskretnego. Garden była ciemny, żołnierze mogliby pomylić osoby. Ale ja… (głos drży) ja mogłem po prostu na Niego wskazać. Mogłem powiedzieć „to On”. Ale nie. Wybrałem pocałunek.
Wiem dlaczego. Podświadomie chciałem, żeby to był akt miłości, nie nienawiści. Chciałem siebie okłamać, że to nie jest zdrada, tylko… rozstanie. Ostatni pocałunek przed wielkim objawieniem Jego mocy.
Ale gdy nasze usta się zetknęły… (milczy) Jego skóra była zimna. Drżał. I wtedy zrozumiałem. On wiedział, co się stanie. Wiedział, że umrze. I mimo to pozwolił mi to zrobić.
DZIENNIKARZ: Co Pan czuł w tamtej chwili?
JUDASZ: Nicość. Absolutną nicość. Jakby cały świat nagle stracił sens. Jakby kolory zniknęły, dźwięki ucichły, jakby życie wyparowało z wszystkiego.
A potem przyszedł żal. Taki żal, że myślałem, że mnie rozorwie na strzępy. Pobiegłem do kapłanów, rzuciłem im te przeklęte monety w twarz. „Zgrzeszyłem wydając krew niewinną!” krzyczałem. A oni tylko wzruszyli ramionami. „Co nam do tego? Sam się tym zajmij.”
DZIENNIKARZ: I wtedy postanowił się Pan powiesić?
JUDASZ: Nie było innego wyjścia. Nie mogłem żyć z tym, co zrobiłem. Nie mogłem patrzeć ludziom w oczy. Nie mogłem myśleć o przyszłości, w której On już nie będzie.
Poszedłem na pole garncarza – to tam, gdzie kupili je za te trzydzieści srebrników. Zawsze mnie to irytowało – że miejsce mojej śmierci zostało kupione za pieniądze, które otrzymałem za Jego życie.
Uwiązałem sznur do drzewa. Stary, sękaty dąb. Pamiętam każdy szczegół – jak kora była szorstka pod moimi dłońmi, jak wiatr szumiał w liściach, jak pachniała ziemia po deszczu.
I skoczyłem.
DZIENNIKARZ: Ale się Pan obudził.
JUDASZ: Obudziłem się na tej samej ziemi, z pętlą wokół szyi, ale żywy. I wtedy usłyszałem głos. Nie Boga, nie Jezusa. Mój własny głos, ale jakby z oddali: „Będziesz żył, dopóki się nie nauczysz kochać tak, jak On cię kochał.”
I zrozumiałem. To nie była kara od Boga. To była szansa. Szansa na odkupienie. Ale także przekleństwo – bo jak można się nauczyć kochać bezwarunkowo, gdy nosi się w sobie taką winę?
DZIENNIKARZ: Jak wyglądało Pana życie przez te wszystkie wieki?
JUDASZ: (patrzy w dal) Byłem świadkiem całej historii ludzkości. Widziałem upadek Rzymu, narodziny islamu, krucjaty, czarną śmierć, odkrycie Ameryki, rewolucje, wojny światowe, Holocaust…
Czasem próbowałem pomagać. Ratowałem ludzi z pożarów, karmiłem głodnych, pocieszałem umierających. Ale zawsze musiałem odejść, zanim ktoś zauważył, że się nie starzę.
Najgorsze były czasy, gdy chrześcijaństwo traciło swoją drogę. Inkwizycja, polowania na czarownice, wojny religijne… Widziałem, jak ludzie mordują się w imię Tego, którego zdradziłem. I wiedziałem, że częściowo to moja wina. Gdyby nie moja zdrada, może historia potoczyłaby się inaczej.
DZIENNIKARZ: Czy kiedykolwiek miał Pan rodzinę? Przyjaciół?
JUDASZ: (smutny uśmiech) Próbowałem. Wielokrotnie.
W średniowieczu byłem żonaty. Miałem żonę, Rebekę, i dwoje dzieci. Ukrywałem swoją tożsamość, mówiłem, że nazywam się Joachim. Byliśmy szczęśliwi… przez jakiś czas.
Ale dzieci dorastały, a ja pozostawałem młody. Rebeka się starzała, a ja wyglądałem tak samo jak w dniu ślubu. W końcu musiałem odejść. Udawałem swoją śmierć i zniknąłem.
Wróciłem po latach, żeby zobaczyć ich groby. Moje dzieci zmarły jako starcy, nie wiedząc, kim naprawdę był ich ojciec. To był jeden z najcięższych momentów w moim życiu.
DZIENNIKARZ: A przyjaciele?
JUDASZ: Trudno nawiązać prawdziwą przyjaźń, gdy nie można być sobą. Ale kilka razy… tak, miałem bliskich ludzi.
W XIX wieku przyjaźniłem się z pisarzem w Paryżu. Był to młody mężczyzna o wielkim sercu i jeszcze większych marzeniach. Godzinami rozmawialiśmy o sprawiedliwości, o miłości, o sensie cierpienia. Nie wiedział, z kim rozmawia, ale jego słowa często przypominały mi Jezusa.
Pewnego dnia zapytał mnie, czy wierzę w przebaczenie. „Czy myślisz, Joachim” – tak wtedy się nazywałem – „że można przebaczyć komuś, kto zdradził swojego najlepszego przyjaciela?”
Nie mogłem odpowiedzieć. Po prostu wstałem i wyszedłem. Nigdy go więcej nie zobaczyłem.
DZIENNIKARZ: Jak Pan postrzega współczesny świat?
JUDASZ: (rozgląda się po kawiarni) Widzę w nim to samo, co widziałem zawsze – ludzi poszukujących miłości, sensu, nadziei. Technologia się zmieniła, ale ludzkie serca pozostały takie same.
Ale jest coś, co mnie przeraża w tym stuleciu. Ta… obojętność na cierpienie innych. W internecie ludzie bezkarnie krzywdzą się słowami. W telewizji codziennie pokazują tragedię, a widzowie przełączają kanały jak gdyby nic.
Jezus uczył współczucia. A współczesny świat uczy obojętności. To może być gorsza zdrada niż moja – zdrada przez zaniedbanie, przez brak reakcji na zło.
DZIENNIKARZ: Czy wierzy Pan, że kiedyś otrzyma przebaczenie?
JUDASZ: (długa cisza) Każdego dnia się o to modlę. Ale modlitwa zdrajcy… czy może być wysłuchana?
Wie Pan, co jest najdziwniejsze? Mimo wszystko, co zrobiłem, mimo tego przekleństwa, nadal wierzę. Wierzę, że Jezus zmartwychwstał. Wierzę, że odkupił świat. Wierzę, że Jego miłość jest większa niż moja wina.
Ale czy mogę wybaczyć sobie? To jest pytanie, na które nie znam odpowiedzi.
DZIENNIKARZ: Jaką radę dałby Pan ludziom, którzy zmagają się z poczuciem winy?
JUDASZ: (zastanawia się długo) Nie róbcie tego, co ja zrobiłem. Nie izolujcie się ze swoją winą. Nie myślcie, że jesteście sami.
Największym błędem nie była moja zdrada – była samotność. Gdybym wrócił do apostołów, gdybym im powiedział, co zrobiłem, może by mi pomogli. Może znaleźlibyśmy razem drogę do przebaczenia.
Ale ja wybrałem dumę. Wybrałem samotność. Myślałem, że jestem gorszy niż wszyscy inni, że moja wina jest nie do przebaczenia. I przez to skazałem się na wieczne cierpienie.
Jeśli ktoś was krzywdzi, przebaczcie. Jeśli wy krzywdzicie innych, poproście o przebaczenie. Ale najważniejsze – przebaczcie sobie. Bo bez tego nie ma drogi naprzód.
DZIENNIKARZ: Czy ma Pan jakiś cel w tym wiecznym życiu?
JUDASZ: Szukam. Codziennie szukam sposobu, żeby odkupić to, co zrobiłem. Może poprzez pomoc innym. Może poprzez miłość, której się uczę.
Czasem myślę, że spotkam Go ponownie. Że przyjdzie dzień, gdy stanę przed Nim i będę mógł powiedzieć: „Nauczyłem się. Nauczyłem się kochać tak, jak Ty mnie kochałeś.” I może wtedy… może wtedy będę mógł odpocząć.
DZIENNIKARZ: A gdyby mógł Pan cofnąć czas?
JUDASZ: (bez wahania) Oczywiście. Ale nie po to, żeby zapobiec zdradzie. Po to, żeby zapobiec temu, co nastąpiło potem – mojej desperacji, mojej samotności, mojej odmowie przyjęcia przebaczenia.
Bo rozumiem teraz, że Jezus by mi przebaczył. Przebacza mi każdego dnia. To ja nie potrafię przyjąć tego przebaczenia.
DZIENNIKARZ: Co chciałby Pan przekazać ludziom, którzy usłyszą tę historię?
JUDASZ: (patrzy wprost w oczy dziennikarza) Że nie ma grzechu nie do przebaczenia. Że nie ma człowieka tak złego, żeby nie zasługiwał na miłość. Że największa tragedia to nie popełnienie błędu, ale odmowa przyjęcia przebaczenia.
I że… (głos się łamie) że mimo wszystko warto kochać. Warto ryzykować zranienie, warto ufać, warto wierzyć w drugiego człowieka. Brak zaufania, lęk przed zdradą – to więzi nas bardziej niż jakakolwiek rzeczywista zdrada.
DZIENNIKARZ: Jak widzi Pan swoją przyszłość?
JUDASZ: Nie wiem. Może kiedyś nauczę się kochać bezwarunkowo. Może spotkam kogoś, kto będzie potrzebował mojej pomocy w taki sposób, że moja przeszłość stanie się błogosławieństwem, a nie przekleństwem.
A może… (patrzy w okno) może pewnego dnia po prostu pozwolę sobie uwierzyć, że jestem kochany mimo wszystko. I może to będzie wystarczające.
DZIENNIKARZ: Czy żałuje Pan tego wywiadu?
JUDASZ: Nie. To pierwszy raz od dwóch tysięcy lat, gdy mogłem powiedzieć prawdę. To pierwszy raz, gdy ktoś mnie wysłuchał bez osądzania.
Wie Pan, co jest najdziwniejsze? Czuję się… lżej. Jakby opowiedzenie tej historii zdjęło ze mnie część ciężaru.
DZIENNIKARZ: Na koniec – czy ma Pan jakieś przesłanie dla Jezusa, gdyby Go Pan spotkał?
JUDASZ: (łzy spływają po twarzy) Że Go kocham. Że kocham Go tak samo jak wtedy, gdy chodziłem z Nim po Galilei. Że żałuję. Że żałuję każdego dnia, każdej godziny, każdej minuty.
I że… (głos zadrżał) że dziękuję Mu. Bo nawet moja zdrada stała się częścią Jego planu zbawienia. Nawet ja, najbardziej znienawidzony człowiek w historii, miałem swoje miejsce w historii odkupienia.
To nie usprawiedliwia tego, co zrobiłem. Ale może… może oznacza, że nawet zdrajcy mogą być narzędziami w ręku Boga.
(Judasz wstaje od stolika. Jego postać wydaje się jakaś mniejsza, bardziej krucha niż na początku rozmowy.)
JUDASZ: Dziękuję za to spotkanie. Za możliwość opowiedzenia mojej historii. Może ktoś ją usłyszy i zrozumie, że nie jest sam ze swoją winą. Że przebaczenie jest możliwe, nawet gdy wydaje się niemożliwe.
(Zatrzymuje się przy drzwiach)
A jeśli ktoś myśli, że jego grzechy są nie do przebaczenia, niech pomyśli o mnie. Jeśli ja, który zdradziłem Syna Bożego, wciąż mam nadzieję na przebaczenie, to każdy ją ma.
(Wychodzi, pozostawiając tylko pusty kubek kawy i historie, która brzmi w powietrzu jak echo dwutysiącletniej skruchy.)
EPILOG DZIENNIKARZA:
Po tym spotkaniu długo nie mogłem zasnąć. Historia Judasza – czy to była prawda, czy fantazja desperackiego człowieka, czy może coś pomiędzy – poruszyła mnie głęboko.
Sprawdziłem dokumenty, których podał mi numery. Sprawdziłem historie, o których opowiadał. Wszystko się zgadzało. Ale to mogło być dziełem kogoś, kto przez lata studiował historię, przygotowując się do tej roli.
Czy uwierzyłem? Nie wiem. Ale wiem jedno – niezależnie od tego, kim naprawdę był ten człowiek, jego przesłanie było prawdziwe. O przebaczeniu, o miłości, o tym, że żaden grzech nie jest tak wielki, żeby przekreślić możliwość odkupienia.
Może to właśnie jest najważniejsze. Nie to, czy Judasz naprawdę jeszcze żyje, ale to, czy jego historia może komuś pomóc w zmaganiu się z własną winą, własnym żalem, własną potrzebą przebaczenia.
Dzień po naszym spotkaniu wróciłem do kawiarni. Kelnerka powiedziała, że nikt taki tam nie był. Że nie pamiętają, żebym z kimkolwiek rozmawiał.
Ale kubek był brudny. I rachunek opłacony.
Ten wywiad, bez względu na jego autentyczność, pozostaje świadectwem ludzkiej potrzeby przebaczenia i nadziei na odkupienie. W świecie pełnym zranień i zdrad, historia Judasza przypomina nam, że nawet w najciemniejszych chwilach możliwe jest znalezienie światła.