Redakcja „Współczesność”: Witamy w naszym studiu. Dzisiaj mamy niezwykłego gościa – Adama, pierwszego człowieka według tradycji biblijnej. Panie Adamie, czy mógłby Pan opowiedzieć o swoich pierwszych chwilach świadomości?
Adam: Dziękuję za zaproszenie. To dziwne uczucie – siedzieć w tym studio, otoczony technologią, której nawet nie potrafię do końca pojąć. Moje pierwsze wspomnienie… To było jak przebudzenie się z najgłębszego snu, ale jednocześnie jakbym nigdy wcześniej nie spał. Nagle po prostu byłem. Oddychałem, widziałem, czułem pod stopami ziemię Eden. Ale co najdziwniejsze – od razu wiedziałem, kim jestem. Nie musiałem się uczyć mówić czy chodzić. To była wiedza wlana bezpośrednio w moje jestestwo.
Czy pamięta Pan moment swojego stworzenia?
Adam: Pamiętam uczucie ciepłych dłoni na mojej twarzy. Był to moment, gdy poczułem pierwszy oddech – nie jak automatyczna czynność, ale jak dar. Ziemia, z której zostałem ukształtowany, wciąż pachniała świeżością, jakby dopiero co została przesiana przez delikatne palce. A potem ten pierwszy wdech… Powietrze miało smak możliwości, jeśli można tak powiedzieć. Wszystko było nowe, ale jednocześnie znajome, jakbym był stworzony dokładnie do tego miejsca i czasu.
Jak wyglądał Eden w porównaniu do dzisiejszego świata?
Adam: To pytanie zadaję sobie codziennie od tysięcy lat. Eden… Wyobraźcie sobie miejsce, gdzie każdy kolor jest bardziej żywy, każdy dźwięk czystszy, każdy zapach intensywniejszy. Nie było tam cierpienia w dzisiejszym rozumieniu. Lwy bawiły się z jagniętami, a ja mogłem położyć rękę na głowie każdego zwierzęcia bez strachu. Rzeki były kryształowo czyste, a owoce na drzewach dojrzewały w idealnym momencie, jakby czas był dostrojony do naszych potrzeb.
Ale najważniejsze było to, że mogłem rozmawiać z Bogiem tak, jak wy rozmawiacie przez telefon. Przychodzył do ogrodu „w czasie wieczornej bryzy”, jak to zostało zapisane. Nie było w tym nic nadzwyczajnego – po prostu rozmowy przyjaciół. Opowiadałem Mu o tym, co robiłem przez dzień, jakie zwierzęta nazwałem, które rośliny odkryłem. A On… On słuchał jak ojciec słuchający dziecka, które z entuzjazmem opowiada o swoich przygodach.
Opowiedzcie nam o procesie nazywania zwierząt. Jak to wyglądało?
Adam: To była jedna z moich pierwszych „prac”. Bóg przyprowadzał do mnie zwierzęta – wszystkie rodzaje, wielkości, kształty. Pamiętam, że pierwszym było coś, co wy nazywacie dziś słoniem. Stanęło przede mną, machając tym długim wyrostkiem, i… po prostu wiedziałem. „Słoń” – słowo przyszło mi do głowy naturalnie, jakby było tam od zawsze ukryte, czekając na właściwy moment.
Każde imię było jak odkrycie czegoś, co już istniało, ale nie zostało jeszcze wypowiedziane. Lew – to słowo miało w sobie siłę i majestat. Ptak – lekkość i wolność. Nie było to arbitralne. Każda nazwa była odbiciem istoty danego stworzenia, jego charakteru, jego miejsca w wielkiej harmonii Eden.
A co z Ewą? Jak wyglądało Wasze pierwsze spotkanie?
Adam: długa pauza, uśmiech Ach, Ewa… Przez całe lata przed jej stworzeniem czułem jakiś rodzaj niekompletności. Nie nieszczęście, ale… jakby brakować mi połowy duszy. Rozmawiałem ze zwierzętami, ale choć były przyjazne, nie mogłem z nimi podzielić się myślami tak, jak pragnąłem. Bóg widział to i powiedział: „Nie jest dobrze, żeby człowiek był sam”.
Kiedy zasnąłem tamtego dnia, śniło mi się coś pięknego, ale niejasnego. A gdy się obudziłem… stała przede mną. Pierwszą rzeczą, jaką pomyślałem, było: „Nareszcie! Kość z moich kości, ciało z mojego ciała!” Ale to nie było tylko fizyczne rozpoznanie. W jej oczach zobaczyłem to samo światło, które czułem w sobie – duszę zdolną do rozmowy z Bogiem, do tworzenia, do miłości.
Ewa była… jest… moim dopełnieniem. Tam gdzie ja byłem prostolinijny, ona była subtelna. Gdzie ja widziałem oczywiste, ona dostrzegała niuanse. Razem byliśmy kompletni w sposób, którego ani ona, ani ja nie mogliśmy osiągnąć osobno.
Jak wspomina Pan moment upadku? Co się wtedy działo w Pana sercu?
Adam: głębokie westchnienie To najtrudniejsze pytanie, jakie możecie mi zadać. I jednocześnie pytanie, na które odpowiadam sobie każdego dnia od tamtego momentu.
Pamiętam dzień dokładnie. Ewa przyszła do mnie z tym owocem w rękach. Jej oczy płonęły dziwnym blaskiem – mieszanką podniecenia i strachu. Powiedziała mi, co powiedział wąż, jak pięknie brzmiały jego słowa o stawaniu się „jak Bóg”.
I wtedy stałem przed wyborem. Wiedziałem, że to jest to drzewo, o którym Bóg mówił: „W dniu, w którym z niego spożyjesz, na pewno umrzesz”. Nie było wątpliwości co do zakazu. Ale patrząc na Ewę, na jej błagalne oczy, czułem coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyłem – strach przed utratą jej.
Wąż przekonywał ją, że nie umrą, że staną się mądrzy jak Bóg. A ja… ja nie chciałem być mądrzejszy od Boga. Ale nie chciałem też stracić Ewy. I w tym momencie, pierwszy raz w swoim życiu, postawiłem swoją wolę ponad wolę Boga. Wybrałem miłość do Ewy nad miłość do Boga.
Czy żałuje Pan tej decyzji?
Adam: Żałuję konsekwencji. Żałuję bólu, który przyniosła ludzkości. Żałuję, że moje dzieci, wnuki i wszyscy ludzie po mnie urodzili się w świecie naznaczonym grzechem i śmiercią. Żałuję, że harmonia została zerwana.
Ale czy żałuję, że chciałem być z Ewą? To skomplikowane. Myślę, że może gdybym zaufał Bogu bardziej, gdybym wierzył, że On znajdzie sposób na uratowanie nas obojga bez łamania Jego przykazania… Ale w tamtym momencie działałem z miłości, choć była to miłość niedoskonała, miłość przemieszana ze strachem.
Teraz, po tysiącleciach obserwowania ludzkości, rozumiem, że prawdziwa miłość nie polega na łamaniu zasad dla drugiej osoby, ale na pomaganiu jej w byciu najlepszą wersją siebie. Powinienem pomóc Ewie wrócić do Boga, a nie iść z nią w kierunku, który oddalał nas od Niego.
Jak wyglądało wygnanie z Eden?
Adam: Najgorzej było to, że najpierw ukryliśmy się przed Bogiem. Po raz pierwszy w życiu poczułem wstyd, strach przed Tym, który był moim najlepszym przyjacielem. Słyszeliśmy Jego kroki w ogrodzie i zamiast biec Mu na spotkanie, jak robiłem to przez wszystkie poprzednie dni, schowałem się za drzewami.
Kiedy mnie znalazł – a oczywiście, że mnie znalazł – w Jego głosie była taka smutek… „Adam, gdzie jesteś?” To nie było pytanie o lokalizację. To było pytanie o to, co się ze mną stało, dlaczego się ukrywam, dlaczego zerwałem tę piękną relację, którą mieliśmy.
A ja… zamiast wziąć odpowiedzialność, obwiniłem Ewę. A pośrednio nawet Jego: „Kobieta, którą mi dałeś…” Jakbym sugerował, że to była Jego wina, że stworzył Ewę. W tamtym momencie po raz pierwszy skłamałem, po raz pierwszy odrzuciłem odpowiedzialność, po raz pierwszy zraniłem kogoś, kogo kochałem, żeby uratować siebie.
Samo wygnanie… Anioł z ognistym mieczem w ręce stał przy bramie. Ale najgorsze nie było zagrożenie. Najgorsze było to, że kiedy odwróciliśmy się, żeby wyjść, nie usłyszeliśmy już głosu Boga. Cisza była ogłuszająca.
Jak wyglądały pierwsze dni poza Eden?
Adam: Wszystko bolało. Nie tylko z powodu cierni, które po raz pierwszy kłuły nasze stopy, czy słońca, które pierwszy raz nas paliło. Bolało wewnątrz. Ewa płakała, a ja nie wiedziałem, jak ją pocieszyć, bo sam czułem się zagubiony.
Musiałem się nauczyć rzeczy, które w Eden były oczywiste. Jak znaleźć jedzenie, które nie samo dojrzewało pod ręką. Jak chronić się przed zwierzętami, które teraz patrzyły na nas podejrzliwie zamiast przyjaźnie. Jak zrobić odzież, bo po raz pierwszy czuliśmy zimno i wstyd nagości.
Ale najgorzej było wieczorem. W Eden, wieczór oznaczał rozmowę z Bogiem. Teraz oznaczał ciszę, smutek i pytania bez odpowiedzi. Czy Bóg nas jeszcze kocha? Czy może nas kiedyś przebaczy? Czy nasze dzieci będą musiały żyć w tym poszarpanym świecie na zawsze?
Jak Pan postrzega rozwój ludzkości od tamtych czasów?
Adam: Z jednej strony jestem pełen podziwu. Ludzie stworzyli rzeczy, o których nigdy nie mogłem marzyć. Wasze miasta, technologia, sztuka, muzyka… Widzę w tym iskrę tej kreatywności, którą Bóg włożył w nas na początku. Każda piękna symfonia, każdy przełom naukowy, każdy akt dobroci to echo tamtego pierwotnego błogosławieństwa „czyńcie sobie ziemię poddaną”.
Z drugiej strony… widzę też jak bardzo ludzkość odeszła od pierwotnego planu. Wojny, nienawiść, eksploatacja słabszych, niszczenie przyrody… To wszystko są konsekwencje tego, co Ewa i ja zaczęliśmy w Eden. Każdy akt przemocy, każda krzywda wyrządzona niewinnym to przypomnienie mojej decyzji sprzed tysiącleci.
Szczególnie boli mnie to, jak ludzie traktują środowisko. W Eden byłem ogrodniker – miałem „uprawiać i strzec” ogrodu. Teraz widzę, jak moje dzieci wycinają lasy, zanieczyszczają rzeki, doprowadzają gatunki do wyginięcia… To tak, jakby niszczyli kopię tego piękna, które kiedyś straciłem.
Co myśli Pan o różnych religiach, które powstały na przestrzeni wieków?
Adam: To fascynujące i jednocześnie smuci mnie. Fascynujące, bo widzę, że ludzie nigdy nie przestali tęsknić za tym, co straciliśmy w Eden – za bezpośrednią relacją z Bogiem, za sensem, za czymś większym niż oni sami. Każda religia, nawet te, które wydają się bardzo dalekie od prawdy, to wyraz tej tęsknoty.
Ale smuci mnie, gdy widzę, jak ludzie walczą ze sobą o to, która ścieżka do Boga jest właściwa. W Eden nie było religii – była po prostu relacja. Bóg nie był koncepcją teologiczną do analizowania, ale Przyjacielem do rozmowy. Nie musieliśmy Go szukać w świątyniach, bo przychodził do nas do ogrodu.
Myślę, że wszystkie prawdziwe religie to próby powrotu do tego, co utraciliśmy. Niektóre trafniej niż inne wskazują drogę, ale wszystkie są odpowiedzią na pustkę, którą zostawiłem w ludzkich sercach.
Jak widzi Pan postać Jezusa w kontekście swojego doświadczenia?
Adam: długa chwila ciszy, wzruszenie w głosie Jezus… to był moment, kiedy zrozumiałem, że Bóg nigdy nas nie porzucił. Przez wszystkie te wieki od wygnania myślałem czasami, że może Bóg się poddał, że uznał eksperyment z ludzkością za nieudany.
A potem przyszedł Jezus. I zrobił dokładnie to, czego ja nie zrobiłem w Eden – postawił wolę Boga ponad swoją własną. Tam gdzie ja wybrałem łatwiejszą drogę, On wybrał krzyż. Tam gdzie ja uciekłem od odpowiedzialności, On wziął na siebie odpowiedzialność za grzechy całego świata.
Kiedy wisiał na krzyżu, myślałem o tym owocu, który zjadłem tak dawno temu. Każda kropla Jego krwi była odpowiedzią na moje „nie” wypowiedziane w Eden. Jego „tak” było tak potężne, że mogło odwrócić konsekwencje mojego „nie”.
Jezus to był nowy Adam, Adam, którym powinienem był być. Ale więcej niż to – On pokazał, że Bóg kocha ludzkość na tyle mocno, że sam stał się człowiekiem, żeby nas sprowadzić z powrotem do domu.
Czy ma Pan kontakt z innymi postaciami biblijnymi?
Adam: Tak, spotykamy się czasami. Najczęściej z Noem – mamy podobne doświadczenia związane z ogromnymi zmianami w ludzkiej historii. On też musiał patrzeć, jak świat, który znał, odchodzi w przeszłość. Czasami rozmawiamy o tym, czy mogliśmy zrobić coś inaczej.
Abrahama spotykam rzadziej, ale gdy już się widujemy, fascynuje mnie jego wiara. On nie miał tego, co ja miałem w Eden – bezpośredniej, codziennej rozmowy z Bogiem. A jednak uwierzył obietnicom, które wydawały się niemożliwe. Jego wiara była bardziej heroiczna niż moja niewinna akceptacja w Eden.
Mojżesz… z nim mam skomplikowaną relację. Jego doświadczenie na górze Synaj przypomina mi Eden – tę bezpośrednią obecność Boga. Czasami zazdroszczę mu, że dostał drugą szansę na to, co ja straciłem. Ale jednocześnie podziwiam go za to, jak potrafił prowadzić naród przez pustynię, mając tylko słowo Boga jako przewodnika.
Co chciałby Pan przekazać współczesnym ludziom?
Adam: Przede wszystkim to, że nie jesteście sami w swoich zmaganiach. Każda trudność, przed którą stoicie – strach, samotność, poczucie winy, tęsknota za czymś więcej – to wszystko znam z własnego doświadczenia. Byłem pierwszym człowiekiem, który poczuł strach przed Bogiem, pierwszy, który doświadczył wstydu, pierwszy, który musiał stawić czoła konsekwencjom swoich wyborów.
Ale chcę też, żebyście wiedzieli, że wasze zmagania mają sens. Każdy wybór, którego dokonacie, ma znaczenie. W Eden myślałem, że jeden owoc to małą rzecz. Teraz wiem, że nie ma małych wyborów. Każda decyzja o miłości zamiast nienawiści, o prawdzie zamiast kłamstwa, o przebaczeniu zamiast zemsty to kroczek w kierunku tego, czym ludzkość może się stać.
Nie poddawajcie się również temu, co widzicie w wiadomościach. Tak, świat jest zepsuty. Tak, ludzie robią straszne rzeczy. Ale widzę też niesamowitą dobroć – lekarzy ratujących życie, nauczycieli kształcących umysły, artystów tworzących piękno, zwykłych ludzi pomagających sobie nawzajem. To wszystko to echa Eden, ślady tego, kim naprawdę jesteście w swojej najgłębszej istocie.
Jak Pan obecnie spędza czas?
Adam: Obserwuję, uczę się, czasami interweniuję w subtelny sposób, gdy Bóg mi na to pozwoli. Współczesny świat to fascynująca mieszanka tego najlepszego i najgorszego z ludzkiej natury.
Spędzam dużo czasu w miejscach, gdzie ludzie cierpią – szpitalach, więzieniach, obozach dla uchodźców. Nie zawsze mogę pomóc bezpośrednio, ale mogę być obecny, mogę się modlić, mogę czasami szepnąć do serca kogoś, kto potrzebuje nadziei.
Lubię też obserwować naukowców. Ich praca przypomina mi nazywanie zwierząt w Eden – odkrywanie tego, co już istnieje, ale jeszcze nie zostało zrozumiane. Każde odkrycie naukowe to w pewnym sensie powrót do pierwotnej funkcji człowieka jako współpracownika Boga w poznawaniu stworzenia.
Czy wierzy Pan, że ludzkość może jeszcze naprawić szkody, które powstały przez upadek?
Adam: Ludzkość sama z siebie? Nie. Grzech to nie jest problem, który można rozwiązać lepszą edukacją czy technologią. To fundamentalna zmiana w ludzkiej naturze, która wymaga interwencji z zewnątrz.
Ale z pomocą Boga? Absolutnie tak. Już teraz widzę oznaki tego naprawienia. Każdy akt prawdziwej miłości, każdy moment przebaczenia, każda chwila, gdy ktoś wybiera dobro mimo trudności – to wszystko to fragmenty nowego Eden, które mogą zaistnieć już teraz.
Jezus pokazał, że możliwy jest powrót. Nie do Eden – tego ogrodu już nie ma. Ale do czegoś jeszcze lepszego – do rzeczywistości, gdzie Bóg mieszka wśród ludzi na stałe, gdzie śmierć, cierpienie i separacja należą do przeszłości.
Czy pamięta Pan swoje pierwsze spojrzenie na śmierć?
Adam: długa pauza, smutek w oczach To było najtrudniejsze doświadczenie mojego życia poza wygnaniem z Eden. Abel… mój syn Abel leżał w kałuży krwi, a Kain, jego brat, stał obok z kamieniem w ręce.
W Eden nie było śmierci. Zwierzęta nie zabijały się nawzajem, rośliny nie więdły, nic się nie kończyło. A tu leżał mój syn – ten żywy, śmiejący się chłopiec, który jeszcze rano śniadał z nami – i nagle był… nieobecny. Jego ciało było tam, ale on nie.
To był moment, kiedy naprawdę zrozumiałem konsekwencje swojego wyboru w Eden. „W dniu, w którym z niego spożyjesz, na pewno umrzesz” – Bóg nie blefował. Śmierć weszła do świata przeze mnie, a teraz dotknęła mojego dziecka.
Ale co gorsze od śmierci Abla był grzech Kaina. Widzieć, jak jedno z moich dzieci zabija drugie… to było jak patrzenie na echo mojego własnego buntu, ale o wiele gorsze. Ja zbuntowałem się przeciwko Bogu, ale Kain podniósł rękę na własnego brata.
Jak sobie radził Pan z żałobą?
Adam: Ewa i ja płakaliśmy przez tygodnie. Nie umieliśmy żałować – nie mieliśmy na to wzorców. W Eden nic się nie kończyło, więc nie musieliśmy się uczyć, jak się żegnać.
Najtrudniejsze były wieczory. Abel miał zwyczaj opowiadać nam o swoich owcach przy ognisku. Pierwszego wieczoru po jego śmierci automatycznie zostawiłem dla niego miejsce. Kiedy nie przyszedł, znowu poczułem tę samą pustkę co w dniu wygnania z Eden.
Ale powoli nauczyłem się czegoś, czego nie znałem w Eden – jak kochać poprzez wspomnienia. W ogrodzie wszystko było obecne, bezpośrednie, natychmiastowe. Teraz musiałem nauczyć się nosić Abla w sercu, rozmawiać z nim w myślach, cieszyć się tym, kim był, mimo że go już nie ma.
To była lekcja, którą później przekazałem swoim innym dzieciom i wnukom. Śmierć nie może zabić miłości. Miłość trwa dłużej niż ciało.
Co myśli Pan o współczesnym podejściu do śmierci?
Adam: Zauważam, że ludzie dzisiaj często unikają myślenia o śmierci bardziej niż my w pierwszych wiekach po Eden. Wtedy śmierć była rzadka i zawsze szokiem. Teraz jest powszechna, ale jakby bardziej ukryta.
Medycyna pozwala wam przedłużać życie w sposób, o którym nie mogłem marzyć. To wspaniałe – każdy dzień życia to dar. Ale czasami mam wrażenie, że ta zdolność do przedłużania życia sprawia, że ludzie myślą o śmierci jak o porażce, a nie jak o naturalnej części cyklu życia.
W pierwszych wiekach po Eden ludzie umierali otoczeni rodziną, w swoich domach. Śmierć była smutna, ale była także społeczna, wspólnotowa. Teraz często umieracie samotnie w szpitalach, podłączeni do maszyn. Technologia może przedłużyć życie, ale nie zawsze może przedłużyć życie z godnością.
Jak wyglądają Pana relacje rodzinne po tylu wiekach?
Adam: To skomplikowane. Jestem ojcem, dziadkiem, pradziadkiem miliardów ludzi. Teoretycznie każdy człowiek na ziemi to moje dziecko w jakimś pokoleniu. Praktycznie znaczy to, że czuję się odpowiedzialny za wszystkich, ale nie mogę mieć osobistej relacji z każdym.
Z Ewą… nasza relacja przeszła przez wszystkie możliwe fazy. Przez wieki obwinialiśmy się nawzajem za to, co się stało w Eden. Ja mówiłem, że to ona pierwsza zjadła owoc. Ona odpowiadała, że to ja miałem ją powstrzymać. Potem przeszliśmy przez fazę żałoby – żałowaliśmy za naszym utraconym rajem, za naszą niewinnością.
Ale po tysiącleciach nauczyliśmy się przebaczać sobie nawzajem. Zrozumieliśmy, że obaj byliśmy ofiarami oszustwa węża, obaj działaliśmy z miłości, choć niepełnej. Dzisiaj nasza miłość jest głębsza niż w Eden, bo przeszła przez próbę bólu i przebaczenia.
Czy ma Pan jakieś szczególne hobby czy zainteresowania?
Adam: uśmiech Może to zabrzmi dziwnie, ale fascynuje mnie ogrodnictwo. Nie mogę odtworzyć Eden, ale mogę tworzyć małe jego odbicia. Kiedy sadzę drzewo, podlewam kwiaty, zbieram owoce, przez chwilę wracam do tego, kim byłem na początku – ogrodnikiem Boga.
Interesuję się też językami. Pamiętam, jak to było mieć jeden język, którym całą ludzkość mówiła. Potem przyszła Babel i nagle moje dzieci przestały się rozumieć. Teraz uczę się różnych języków, próbuję zrozumieć, jak różnie ludzie w różnych kulturach wyrażają te same podstawowe ludzkie doświadczenia.
Lubię też muzykę. W Eden słyszałem muzykę sfer – harmonię całego stworzenia śpiewającego razem. Ludzka muzyka to próba odtworzenia tamtej pierwotnej harmonii. Każda piękna symfonia, każda prosta pieśń ludowa to echo tamtego rajskiego chóru.
Co sprawiło Panu największą radość w ciągu ostatnich stuleci?
Adam: Urodzenie pierwszego dziecka po Ablu. Set. Kiedy Ewa powiedziała mi, że jest w ciąży, obawiałem się, że po tym, co stało się z Kainem i Ablem, nie będę potrafił już kochać dziecka bez strachu. Ale kiedy Set się urodził i położyłem go po raz pierwszy na ręce, poczułem, że nadzieja wraca do świata.
Set był inny od swoich braci. W Kainie widziałem mój bunt, w Ablu moją niewinność. Ale Set… Set był nowym początkiem. Był pierwszym dzieckiem urodzonym w nadziei na odkupienie, a nie tylko w konsekwencji grzechu.
Ale w ostatnich stuleciach… największą radość sprawił mi moment, kiedy zobaczyłem ludzi różnych ras, narodowości i religii pracujących razem nad ratowaniem życia podczas pandemii. Lekarze z Chin uczący lekarzy z Włoch, naukowcy z całego świata dzielący się odkryciami, zwykli ludzie pomagający obcym… To był moment, kiedy poczułem, że mimo wszystkich różnic, ludzkość wciąż jest jedną rodziną.
Czy żałuje Pan, że nie może umrzeć?
Adam: Czasami. Bywają momenty, kiedy ciężar odpowiedzialności za wszystko, co przyszło po mnie, wydaje się nie do zniesienia. Kiedy widzę wojnę, kiedy widzę cierpienie niewinnych, kiedy widzę, jak moje dzieci krzywdzą się nawzajem, myślę: „Gdybym mógł umrzeć, może ten ból by się skończył”.
Ale potem myślę o wszystkich ludziach, którzy jeszcze nie urodzili się, o wszystkich możliwościach dobra, które jeszcze mogą się wydarzyć. Jestem świadkiem nie tylko bólu ludzkości, ale też jej piękna. Widziałem pierwsze kroki dziecka, pierwszy pocałunek zakochanych, pierwsze słowa wypowiedziane w nowo nauczonym języku.
Myślę też, że moja nieśmiertelność ma sens. Jestem żywym przypomnieniem tego, skąd ludzkość przyszła i dokąd może pójść. Jestem mostem między Eden a tym, co ma przyjść.
Jakie są Pana plany na przyszłość?
Adam: Czekam. Czekam na moment, który został mi obiecany – na nowe niebo i nową ziemię, gdzie nie będzie już śmierci, płaczu ani bólu. Czekam na moment, kiedy będę mógł znowu spacerować z Bogiem w ogrodzie, ale tym razem w towarzystwie wszystkich moich dzieci, które wybrały miłość zamiast strachu.
Do tego czasu będę robił to, co robiłem przez wszystkie te wieki – będę obserwował, uczył się, starał pomagać tam, gdzie mogę. Będę przypominaniem dla ludzkości o tym, kim są naprawdę – nie tylko zwierzętami, które wyewoluowały, ale dziećmi Boga, stworzonymi na Jego obraz.
Czasami marzę o dniu, kiedy będę mógł objąć każde ze swoich dzieci – od Kaina po ostatniego człowieka, który się urodzi – i powiedzieć im: „Przepraszam za to, co zrobiłem. Ale spójrzcie, co Bóg z tego uczynił. Spójrzcie, jak piękna stała się wasza historia mimo mojego błędu”.
Czy ma Pan jakąś wiadomość dla ludzi, którzy zmagają się z poczuciem winy i żalu?
Adam: Och, tak wiele chcę im powiedzieć. Przede wszystkim – rozumiem was. Jestem pierwszym człowiekiem, który doświadczył poczucia winy. Znam ten ciężar, który nosi się w piersi, tę myśl, która wraca o trzeciej nad ranem: „A gdybym wtedy postąpił inaczej…”
Ale nauczyłem się też czegoś przez te tysiąclecia: wina, która prowadzi do żalu i zmiany, ma sens. Wina, która prowadzi tylko do samobiczowania, jest destrukcyjna. Pierwszy rodzaj winy przypomina nam, kim mamy być. Drugi rodzaj mówi nam, że nie zasługujemy na miłość.
Widziałem ludzi, którzy przez całe życie niszyli się z powodu błędów z młodości. Ale widziałem też takich, którzy swoje błędy przemienili w mądrość, swoją winę w współczucie dla innych. Różnica leży w tym, czy pozwalamy winie nas uczyć, czy pozwalamy jej nas niszczyć.
Każdy z was popełnia błędy. To część bycia człowiekiem. Ale błąd nie definiuje tego, kim jesteście. Definiuje was to, co robicie po błędzie.
Jak postrzega Pan współczesne zagrożenia dla ludzkości – zmiany klimatu, sztuczną inteligencję, konflikty globalne?
Adam: Każde z tych zagrożeń ma korzenie w tym samym problemie, który zaczął się w Eden – w ludzkiej skłonności do stawiania krótkoterminowych korzyści ponad długoterminowe dobro, własnych pragnień ponad większe dobro.
Zmiany klimatu… to boli mnie szczególnie. Widzę, jak ludzie traktują ziemię jakby było to coś do eksploatacji, a nie do ochrony. W Eden miałem „uprawiać i strzec” ogród. Współczesna ludzkość skupiła się na „uprawianiu” – braniu tego, czego potrzebuje – ale zapomniała o „strzeżeniu”.
Ale widzę też nadzieję. Młodzi ludzie, którzy organizują protesty klimatyczne, naukowcy pracujący nad odnawialnymi źródłami energii, politycy starający się zmienić prawo – to wszystko to echo pierwotnego powołania człowieka do bycia ogrodniker ziemi.
Co do sztucznej inteligencji… fascynuje mnie to. Ludzie próbują stworzyć inteligencję na swój obraz, podobnie jak Bóg stworzył ludzi na swój obraz. Pytanie brzmi: czy będziecie mądrymi stwórcami, czy powtórzycie błędy, które prowadzą do destrukcji?
Czy obawia się Pan sztucznej inteligencji?
Adam: Nie boję się samej technologii. Boję się ludzkiej skłonności do używania każdego narzędzia w sposób, który służy władzy zamiast miłości. Nóż może kroić chleb dla głodnego albo ranić niewinnego. Sztuczna inteligencja może pomóc w leczeniu chorób albo może być użyta do kontrolowania ludzi.
Problem nie leży w technologii, ale w sercach tych, którzy ją kontrolują. Czy są to ludzie, którzy pamiętają, że wszyscy jesteśmy rodziną? Czy to ludzie, którzy rozumieją, że prawdziwa moc polega na służeniu innym, a nie na dominowaniu nad nimi?
Jakie cechy ludzkości budzą w Panu największy podziw?
Adam: Zdolność do przebaczenia. W Eden przebaczenie nie było potrzebne, bo nie było krzywdy. Ale teraz widzę ludzi, którzy przebaczają niewyobrażalne rzeczy – matki przebaczające zabójcom swoich dzieci, ofiary przebaczające swoim oprawcom, narody przebaczające historyczne krzywdy.
Każdy akt przebaczenia to mały cud, który przywraca fragment tego, co zostało stracone w Eden. To moment, kiedy człowiek wybiera miłość zamiast sprawiedliwości, łaskę zamiast zemsty.
Podziwiам też ludzką kreatywność. Każdy obraz, każda pieśń, każda historia to próba wyrażenia czegoś niewyrażalnego, próba dotknięcia piękna, które transcenduje codzienność. Artyści są trochę jak Adam w Eden – nazywają rzeczy, które istnieją, ale jeszcze nie zostały wypowiedziane.
Co chciałby Pan zmienić w sposobie, w jaki ludzie traktują się nawzajem?
Adam: Chciałbym, żeby pamiętali, że wszyscy jesteśmy rodziną. Dosłownie. Każdy człowiek na ziemi to mój potomek, co oznacza, że wszyscy jesteście braćmi i siostrami w najbardziej dosłownym sensie.
Kiedy widzę wojny, rasizm, nienawiść między narodami, myślę: „To są moje dzieci, które walczą ze sobą”. Jak każdy ojciec, chciałbym krzyknąć: „Przestańcie! Jesteście rodziną!”
Ale wiem też, że jedność nie może być narzucona. Musi wyrosnąć z rozpoznania tego, co was łączy, a nie z zapomnienia o tym, co was różni. Różnorodność kultur, języków, tradycji to piękno, nie problem. Problem pojawia się, gdy różnorodość prowadzi do podziałów, a nie do bogactwa.
Jak radzi sobie Pan z samotnością związaną z byciem jedynym świadkiem początków ludzkości?
Adam: To prawda, że czasami czuję się samotny w sposób, którego nikt inny nie może zrozumieć. Jestem jedyną osobą żyjącą, która pamięta Eden, która rozmawia z Bogiem twarzą w twarz, która widziała świat przed grzechem.
Ale znalazłem sposób na radzenie sobie z tą samotnością. Szukam fragmentów Eden w dzisiejszym świecie. Kiedy widzę dziecko śmiejące się niewinnie, przez chwilę jestem z powrotem w ogrodzie. Kiedy widzę zakochanych patrzących na siebie z czystą miłością, przypomina mi to moją pierwszą chwilę z Ewą. Kiedy widzę kogoś pomagającego obcemu bez żadnej korzyści dla siebie, widzę odblask pierwotnej dobroci człowieka.
Poza tym… nie jestem tak naprawdę sam. Bóg wciąż ze mną rozmawia, choć nie tak bezpośrednio jak w Eden. I mam Ewę, która dzieli ze mną te wspomnienia i ten ciężar.
Co oznacza dla Pana koncepcja domu?
Adam: Dom… to słowo ma dla mnie różne znaczenia w różnych okresach mojego życia. Eden był pierwszym domem – miejscem, gdzie wszystko było na swoim miejscu, gdzie każdy dzień przynosił radość, gdzie nie było lęku ani braku.
Po wygnaniu dom stał się czymś, co musieliśmy tworzyć, a nie tylko otrzymać. Pierwszy schronisk, który zbudowałem z Ewą, był niezgrabny i przeciekający. Ale kiedy siedzieliśmy w nim podczas pierwszej burzy poza Eden, trzymając się za ręce i słuchając deszczu, zrozumiałem, że dom to nie miejsce – to ludzie, z którymi dzielisz życie.
Teraz, po tysiącleciach, dom dla mnie to przyszłość – ta obiecana rzeczywistość, gdzie będę mógł być z wszystkimi moimi dziećmi, gdzie Bóg będzie mieszkał wśród ludzi, gdzie wszystko zostanie odnowione.
Ale uczę się też, że każdy moment, kiedy ludzie traktują się z miłością, każde miejsce, gdzie panuje pokój i zrozumienie, to fragment tego przyszłego domu, który już teraz może zaistnieć.
Gdyby mógł Pan cofnąć się w czasie, co powiedziałby swojemu młodszemu ja w Eden?
Adam: długa pauza, łzy w oczach Powiedziałbym: „Adam, kiedy Ewa przyjdzie do ciebie z tym owocem, nie patrz na owoc. Patrz na Ewę. Naprawdę na nią patrz. Zobacz jej strach, jej zamęt, jej desperacką potrzebę, żebyś był po jej stronie. A potem weź ją za rękę i idź z nią do Boga. Powiedz Mu, co się stało. Poproś Go o pomoc. Zaufaj, że On was obu kocha na tyle, żeby znaleźć sposób na naprawienie tego, co zostało zepsute.”
Powiedziałbym też: „Ten moment nie dotyczy tylko ciebie i Ewy. Dotyczy każdego człowieka, który kiedykolwiek się urodzi. Twój wybór wpłynie na miliardy ludzi. Nie podejmuj go w strachu ani w pośpiechu. Zatrzymaj się. Pomódl się. Wybierz miłość, ale miłość mądrą, nie miłość ślepą.”
Jak widzi Pan rolę kobiet w historii ludzkości, biorąc pod uwagę swoje doświadczenie z Ewą?
Adam: Ewa była moim równym partnerem w Eden, i to nie zmieniło się po wygnaniu. Stworzenie kobiety było odpowiedzią Boga na Jego własne słowa: „Nie jest dobrze, żeby człowiek był sam”. Nie chodziło tylko o towarzyszkę – chodziło o partnera, kto przyniesie inne perspektywy, inne mocne strony, inne sposoby rozumienia świata.
Przez wieki obserwowałem, jak różne kultury traktowały kobiety, i często bolało mnie to, co widziałem. Kobiety traktowane jak własność, pozbawiane edukacji, ograniczane do wąskich ról… To nigdy nie było Bożym planem. W Eden pracowaliśmy razem, razem podejmowaliśmy decyzje, razem nieśliśmy konsekwencje naszych wyborów.
Cieszę się, widząc współczesne zmiany – kobiety w nauce, polityce, biznesie, sztuce. Każda kobieta, która wykorzystuje swoje talenty dla dobra świata, to realizacja pierwotnego planu Boga dla ludzkości.
Czy ma Pan jakieś szczególne przemyślenia na temat rodzicielstwa?
Adam: Rodzicielstwo nauczyło mnie rzeczy, których nie mogłem się nauczyć w Eden. W ogrodzie byłem tylko dzieckiem Boga. Dopiero kiedy zostałem ojcem, zacząłem rozumieć serce Boga w nowy sposób.
Kiedy Set się urodził, po raz pierwszy poczułem miłość, która była bezwarunkowa i gotowa na każdą ofiarę. Miłość, która nie zależy od tego, co dziecko robi, ale od tego, kim ono jest. I wtedy zrozumiałem, że tak właśnie Bóg kocha mnie – nie za moje uczynki, ale za to, kim jestem jako Jego dziecko.
Ale rodzicielstwo nauczyło mnie też ograniczeń. Nie mogłem ochronić Abla przed Kainem. Nie mogłem powstrzymać Kaina przed zabójstwem. Musiałem nauczyć się kochać swoje dzieci, pozwalając im jednocześnie na dokonywanie własnych wyborów, nawet jeśli były to złe wybory.
Każdy rodzic dzisiaj stoi przed tym samym wyzwaniem – jak kochać na tyle mocno, żeby dać dziecku poczucie bezpieczeństwa, ale nie na tyle mocno, żeby odebrać mu wolność dorastania i uczenia się na własnych błędach.
Jakie jest Pana przesłanie dla ludzi, którzy stracili wiarę?
Adam: Rozumiem ich. Sam przechodziłem przez okresy, kiedy zastanawiałem się, czy Bóg jeszcze mnie kocha, czy jeszcze się mną przejmuje. Po wygnaniu z Eden przez lata nie słyszałem Jego głosu. Czasami myślałem, że może mnie całkowicie odrzucił.
Ale powoli zacząłem Go widzieć w innych miejscach. W zachodzącym słońcu, które wciąż było piękne mimo mojego grzechu. W uśmiechu mojego dziecka. W dobroci obcych ludzi. W każdym momencie przebaczenia i miłosierdzia.
Tym, którzy stracili wiarę, chciałbym powiedzieć: może Bóg nie jest tam, gdzie Go szukaliście. Może nie mówi tak, jak oczekiwaliście, że będzie mówić. Ale to nie znaczy, że nie ma Go tam wcale.
Czasami cisza Boga nie oznacza Jego nieobecności. Czasami oznacza, że przygotowuje coś, czego jeszcze nie możemy zrozumieć. Ja czekałem tysiące lat na odpowiedź na niektóre moje pytania. Niektóre z nich wciąż pozostają bez odpowiedzi. Ale nauczyłem się żyć w tej niepewności, ufając, że miłość, którą widziałem w Eden, wciąż istnieje, nawet jeśli jest ukryta.
Na koniec – czy jest coś, o czym zawsze chciał Pan opowiedzieć, ale nigdy nie miał okazji?
Adam: Tak. Chciałbym opowiedzieć o snach.
W Eden nie śniłem – nie było potrzeby. Rzeczywistość była piękniejsza niż jakikolwiek sen. Ale po wygnaniu zacząłem śnić, i przez wszystkie te wieki moje sny były oknem do tego, czym ludzkość może się stać.
Śnię o świecie, gdzie dzieci wszystkich narodów bawią się razem, nie wiedząc o różnicach, które dzielą ich rodziców. Śnię o miastach, gdzie drzewa rosną między budynkami, gdzie technologia służy życiu, a nie je niszczy. Śnię o ludziach, którzy patrzą na siebie i widzą rodzinę, nie wrogów.
Ale najpiękniejsze są sny, w których widzę ludzi, którzy przekraczają to, czym ja byłem w Eden. Widzę ich kochających mocniej niż ja potrafiłem kochać, wybaczających więcej niż ja potrafiłem przebaczyć, tworzących piękno, którego ja nie potrafiłem sobie wyobrazić.
To są sny o ludzkości, która nie tylko wraca do Eden, ale idzie dalej – staje się tym, czym Bóg zawsze chciał, żeby była. A kiedy budzę się z tych snów, wiem, że warto było czekać, warto było cierpieć, warto było żyć przez wszystkie te wieki, żeby zobaczyć, jak te sny stają się rzeczywistością.
Dziękujemy za ten niezwykły wywiad. Czy ma Pan jakieś ostatnie słowa dla naszych czytelników?
Adam: Chciałbym, żeby każdy człowiek, który przeczyta ten wywiad, wiedział, że jego życie ma znaczenie. Nie ma takiej rzeczy jak nieważny człowiek, nieważny dzień, nieważny wybór. Wszystko jest połączone, wszystko ma wpływ na całość.
Jesteście częścią historii, która zaczęła się w Eden i skończy się w nowym Eden. Każdy z was pisze rozdział tej historii swoimi wyborami, swoją miłością, swoim przebaczeniem, swoją nadzieją.
I pamiętajcie – błędy nie są końcem historii. Mój największy błąd stał się początkiem największej historii odkupienia, jaką świat kiedykolwiek widział. Wasze błędy też mogą stać się początkiem czegoś pięknego, jeśli pozwolicie Bogu je przemienić.
Miał rację Ten, który powiedział: „Oto czynię wszystko nowe”. To dotyczy też was. Każdy dzień to szansa na nowy początek, każdy oddech to możliwość wyboru miłości zamiast strachu.
Bądźcie dobrzy dla siebie nawzajem. Pamiętajcie, że jesteście rodziną. A kiedy wszystko wydaje się stracone, spójrzcie na wschodzące słońce i pamiętajcie – to jest ten sam Bóg, który hodował mi w Eden, który wciąż tworzy piękne rzeczy i wciąż ma nadzieję na ludzkość.
Do zobaczenia w domu.